Galerianki 6 komentarzy

Napisano dnia 24 października 2009, w Ogólne, Przemyślenia Filozoficzne, Przemyślenia Globalne

W końcu, po kilku tygodniach marudzenia, zobaczyłem przy okazji szerszego wyjścia ten obraz. Pod kinem znaleźliśmy inną licealną grupkę i kupiliśmy bilet grupowy :-) (nam brakowało jednej osoby). To był jeden z zasadniczo dwóch problemów, na które napotkaliśmy. Drugim była grupka gówniarzerii siedzącej przed nami i w debilny i infantylny sposób komentującej kolejne sceny. Trudno jest wejść w postać (a na tym mi najbardziej zależało!!!), gdy towarzyszy jej potok idiotyzmu. A tak poza tym, to większych problemów nie było ;)

Film arcydziełem nie jest. Od strony warsztatu ma sporo braków. Aktorki w części dialogów zacinają się, niektóre sceny i całe wątki są naciągnięte (jak choćby ta z samobójstwem- nie ruszyła mnie w ogóle, a szkoda) i jakieś takie niedorobione. Wielkie brawa natomiast należą się za temat i treść. Sam fakt poruszenia tematu młodocianej prostytucji i całej warstwy syfu narosłego wokół instytucji pt „gimnazjum” zasługuje na wielkie brawa, takich filmów mi w polskiej sztuce brakuje. Drugą wielką zaletą obrazu był sposób ujęcia młodzieży- bez infantylnych i absolutnie nic nie mających z rzeczywistością dialogów rodem z polskich telenowel, za to z autentyczniej brzmiącymi wypowiedziami, okraszonymi mięskiem i slangiem. Katarzynie Rosołaniec udało się głęboko wejść w opisywane zjawisko i doskonale je zrozumieć. Wcześniej czytałem w „Polityce” wywiad z nią i była to pierwsza tak kompetentna wypowiedź osoby dorosłej o kurwiącej się młodzieży, jaką czytałem.

Autentyczność zjawiska
Przed zobaczeniem filmu czytałem i słyszałem różne opinie. Oprócz pozytywnych również te negatywne. Że film jest niby przerysowany, tendencyjny. Jakaś zakonnica stwierdziła, że on w ogóle nic z rzeczywistością wspólnego nie ma. Innym razem, że to tylko problem najgorszych szkół. Więc po kolei. W mojej opinii, człowieka młodego i niewiele od bohaterek starszego, przerysowania zawarte w filmie nie mają żadnego wpływu na jego główną treść. Owszem, pojawiają się, ale ogólna teza filmu przerysowana na pewno nie jest. Przedstawiono bowiem trzy „galerianki” na całą szkołę. Czy to sporo? Jeżeli zważymy, że w Polsce jest ponad 1600 tys gimnazjalistów, to uzyskamy liczbę dziesięciu tysięcy dotkniętych tym problemem dziewcząt. To sporo. Oczywiście spora część uczniów to nie mieszkańcy miast z galeriami handlowymi, ale w ogóle liczba trzech osób na szkołę (szkoły są przecież różnych rozmiarów) jest dyskusyjna. Czy adekwatnie mała? Można wątpić. W końcu problem kwantyfikatora najgorszych szkół. Przede wszystkim w obecnie prawie każde rejonowe gimnazjum (bez egzaminów wstępnych lub limitu miejsc) to najgorsza szkoła. A tych jest przecież najwięcej. Ale to nie wszystko- szkoły „limitowane” wcale nie są od galerianek i sponsorowanych wolne. Sam z jedną chodziłem do klasy. I sprzedajność była dla niej powodem do dumy z rzekomej „dorosłości” i „dojrzałości”.

Wolność a młodość
Tym, co mnie osobiście najbardziej uderzyło, była oczywiście metamorfoza głównej bohaterki. Z cichej, spokojnej, zamkniętej w sobie (ale pragnącej bliskości) dziewczyny staje się ona jedną z galerianek. Owszem, na końcu symbolicznie topi dziewczynę, która ją w to wciągnęła, w kiblu i zmywa makijaż, ale nie przeczy, że stała się jedną z nich. Czy dziewczyna, która staje wobec „zła tego świata”, czy też (stosując bardziej filozoficzną kategorię), powszechnego kurewstwa, musi się mu podporządkować i biec zgodnie z jego pędem, samemu przy tym kurewiejąc? W tym wypadku wybrała taką drogę. A czy w rzeczywistości mogłaby wybrać inną? Czy znalazłaby w kimkolwiek oparcie? W kim? W ojcu-pierdole, puszczającej się (za pieniądze?) matce, szkole, nauczycielce z poprzedniej epoki, chłopaku sapiącym do pornosów? Pytanie pozostaje zostawić bez odpowiedzi, nie wolno przecież uogólniać. Mimo że dla 90% przypadków chyba znamy odpowiedź.

Co zrobić z gimnazjami?
Należę do umiarkowanych przeciwników gimnazjów. Nie ze względu na złe założenia reformy, ale na jej skutki. Zabrzmi to jak słowa jakiegoś starego pierdziela, ale dzieciakom w klasie siódmej po prostu odwala „dorosłość”. Bo wszystko im wolno. Bo są nastolatkami. Bo skończyli pierwszy etap swej edukacji. Dla mnie nie jest to problemem, bo nie chodziłem do szkoły rejonowej (dlatego też mogę być nieobiektywny). Gimnazjum przy dziewiątce pozwala co najwyżej twierdzić, że młodzież debileje, ale nie chamieje. Owszem, u nas również zdarzają się mniejsze bądź większe świństwa uczniowskiego autorstwa (czego niestety sam jestem niechlubnym przykładem), ale nijak to się ma do dna sinusoidy. Ale z tym dnem jest jak z puszką Pandory- raz otwarta będzie straszyła do końca. Nasze dno sięgnęło już dna niemieckiego czy szerzej- zachodniego- i sama likwidacja gimnazjów tego już nie zmieni. Pozostaje wierzyć, że ew. poprawienie się sytuacji materialnej mas pozwoli zmniejszyć desperację* i co za tym idzie- podnieść cenę młodocianych usług. Za wyższą ceną idzie mniejszy popyt. Oby się to sprawdziło.

Na chwilę obecną polecam jedną małą zmianę- zabranie gimnazjalistów wszystkich klas do kina na „Galerianki”. Nieważne, że film wulgarny i momentami ostro erotyczny. Może uda mu się coś zmienić. Natomiast we mnie zmiana zaszła inna- wróciła myśl, czy jako drugiego kierunku nie zrobić resocjalizacji. Może...

*- nie uwzględnia to faktu, że spora część galerianek to dziewczyny z dobrych domów, córki prawników i lekarzy, które puszczają się dla zabawy. Głupoty bogactwo nie leczy


Marzy mi się kraj 20 komentarzy

Napisano dnia 26 września 2009, w Ogólne, Polityka..., Przemyślenia Filozoficzne, Przemyślenia Globalne

Marzy mi się kraj... Kraj, w którym żyją „ludzie”, a nie „wyborcy”. Kraj, w którym państwo swą zachłannością nie zachęca ludzi do przestępstw podatkowych, nie zatrudnia dziesiątek tysięcy urzędników do wynajdywania błędów podatkowych rzędu siedemdziesięciu groszy, nie sprawia, że ludzie czują się przez państwo okradani, a nie wspierani. Byłoby również miło, gdyby przedsiębiorcy nie musieli starać się o dziesiątki pozwoleń, koncesji. Gdyby państwo mówiło im „taką i taką część dochodu przekazujesz na cele wspólne” zamiast „taką i taką część dochodu, do której doliczysz tyle i tyle VAT-u, podatku dochodowego i od nieruchomości, przekazujesz na cele wspólne, by to, co Ci zostanie, było jeszcze kilkukrotnie opodatkowane”. Kraj, w którym pochwalano by pracowitość, wspierano słabość, ale nie legitymizowano by nieróbstwa i społecznego złodziejstwa.

Marzy mi się kraj, w którym nierobocie nie jest sposobem na życie. W którym pomoc od państwa otrzymują samotne matki, osoby chore, a nie pijacy, którym kalkuluje się życie z niego. Kraj, w którym socjal pozwala żyć godnie, ale nie w nieskończoność. Kraj, w którym istnieją jasne kryteria otrzymania pomocy społecznej ustalone tak, by nie można było dzięki niej żerować na społeczeństwie. Kraj, w którym siedzenie przed telewizorem bądź pod sklepem przez kilkanaście godzin dziennie nie jest akceptowane przez społeczeństwo. Ale również państwo w tym kraju mogłoby wspierać aktywność zawodową młodzieży tak, by ludzie w tym kraju od najmłodszych lat przyjmowali do wierzenia twierdzenie, że na „furę i komórę” trzeba w swoim życiu nieco popracować. Inaczej się tego nie zrobi, jak poprzez zapewnienie płacy minimalnej, która zwracałaby chociaż koszty dojazdu.

Marzy mi się kraj, w którym można bez lęku wyjść o dowolnej porze na ulicę. Kraj, w którym gdy zobaczysz wandala niszczącego ławkę pomyślisz „Gnojek niszczy MOJĄ ławkę!”. Kraj, w którym ludzie nie tylko nie muszą kraść, ale również za swą kradzież są społecznie osądzani. Kraj, w którym nie uznaje się za obojętne okradania wspólnoty (państwa), bo to „niczyje”. Kraj, w którym nie ma pojęcia „uzasadnionej kradzieży” (biedny bogatemu). Kraj, w którym przestępstwo poniża, a nie gloryfikuje „buntownika”. Ale również kraj, w którym nie utrzymuje się dziewięćdziesięciu tysięcy więźniów bez żadnej resocjalizacji ich, by ci po wyjściu znów trafili za kratki. Kraj, w którym od dziecka wpaja się ludziom, że „pewnych rzeczy się nie robi”. I w którym taki przykład idzie z góry.

Marzy mi się kraj, w miastach którego podstawowym prawem „matematyki społecznej” jest aksjomatyczne wyrażenie „człowiek>>samochód”. Kraj, w którym dylemat „parking czy park” ma jasne rozstrzygnięcie, bynajmniej nie na rzecz czterech kółek. Miasto, w którym można dojechać rowerem do pracy bądź szkoły. Albo chociaż na przystanek autobusowy i tam nasze kółka bez lęku, że wieczorem ich nie będzie, że zostanie sama rama. Miasto, w którym wytycza się drogi niekolidujące ze ścieżkami rowerowymi, nie na odwrót, w którym z każdego parkingu samochodowego zabiera się część miejsc i robi z nich stanowiska dla rowerów. W którym jeździ tak sprawna komunikacja miejska, że ludzie mogą bez strat przesiąść się z samochodów do autobusów. W którym rezygnacja z fetyszu dwóch kółek pozwala na zasadnicze ograniczenie ruchu. Co z kolei odciąża miejskie powietrze, podnosi sprawność transportu i obniża koszty naprawy dróg. A najmilej by było, gdyby umożliwiło zaoranie kilku pasów i przerobienie ich na na obiekt użyteczności publicznej.

Marzy mi się kraj, w którym pójście w piątek wieczorem do parku czy teatru (a nie na „popijawę”) nie jest obciachem. Kraj, w którym człowiek z człowieka „pracującego i pijącego” przekształci się w człowieka „pracującego i odpoczywającego”. Kraj, w którym „człowiek negatywny” ustąpi miejsca „człowiekowi pozytywnemu”. W którym po powrocie z pracy bierze się dziecko za rękę i idzie na spacer. W którym dzieci nie biegają samopas całymi dniami, wnerwiając wszystkich sąsiadów wkoło. Kraj, w którym siedzenie z dzieckiem na placu zabaw jest traktowane jak przyjemność, a nie „pieprzony obowiązek”. Kraj, w którym wychodzi się do drugiego człowieka, a nie przed nim ucieka. W którym wybiera się koniunkcję zamiast alternatywy. W którym ludzie skupiają się na pięknie wszelkich aspektów życia, a nie na tym, co w nim negatywne.

W końcu marzy mi się kraj, w którym władza jest przy ludziach, a nie w Warszawie. W którym to Szczecinianie decydują o Szczecinie. W którym stołków nie wykorzystuje się w celach przestępczych. W którym ludzie mają wybór pomiędzy programami, a nie przeciw programom. W którym policji nie szczuje się na ludzi. W którym gdy jest problem z deficytem w ZUS-ie najpierw zastanawia się nad reorganizacją pracy tych stu tysięcy urzędników, potem sięga do kieszeni obywateli. W którym nie tworzy się ponad półmilionowej armii urzędniczej, z czego co drugie stanowisko polega na przekładaniu kartek z miejsca na miejsce.

Taki sobie kraj.



Wolność Finansowa? 12 komentarzy

Napisano dnia 13 czerwca 2009, w Ogólne, Przemyślenia Filozoficzne, Przemyślenia Globalne

Jakiś czas temu, gdy nasz informatyk postanowił wprowadzić na zajęciach elementy składni HTML, skakałem po stronach joggera szukając ciekawych tekstów. Trafiłem min. na „ Moją drogę ku wolności finansowej ” i zbiór wpisów z nią związanych. „Wolność finansowa”...? Nie, tutaj coś nie styka. Pieniądz jako taki zakłada mniejsze bądź większe zniewolenie jednostki. Wynika to z jego struktury, gdzie pieniądz jest bytem społecznym powstałym na skutek umowy społecznej. „Dążenie do większego posiadania, niż to ludziom jest potrzebne, zmieniło właściwą wartość rzeczy, która zależy od jej użyteczności dla życia człowieka, zgodzili się oni, że mały kawałek żółtego metalu, który można było zachować bez zniszczenia bądź zepsucia, winien odpowiadać wartości dużego kawałka mięsa, czy kopca zboża”- John Locke, „Traktat Polityczny II”, księga „O Własności”. „Wymyślenie” pieniądza stało się więc katalizatorem wszystkiego tego, co w człowieku najgorsze- zawiści, chciwości, lenistwa. Dotąd pracował on tylko tyle (aż tyle?), ile musiał, by PRZEŻYĆ. Nie musiał wchodzić nikomu w drogę, bo pożywienia było dość (wedle Locke’a). Odtąd zaczął on pracować, by MIEĆ więcej.

Podobne poglądy odnaleźć można w utopii regresywnej JJ Rousseau. Jednak współczesna antropologia i biologia dostarcza garści dowodów nie tylko na to, iż człowiek nie jest chodzącym dobrem, lecz że złośliwość jest wręcz wrodzona nie tylko człowiekowi, lecz wszystkim zwierzętom. Nie mniej jednak, wyraźne przewartościowanie „przeżyć” na „mieć” w definitywny sposób wpłynęło na kształtowanie się kultury europejskiej. Kultury przez filozofię nazywanej mianem „kultury logosu”, socjologię „kultury konsumpcji”, a najwłaściwszym określeniem wydawałaby się „kultura posiadania”.

Czy więc, skoro pieniądz jest tak głęboko zakorzeniony w naszej kulturze (świadomości?), można się od niego w ogóle wyzwolić? To zależy, co rozumieć poprzez „wyzwolenie”. Jeżeli ma to oznaczać „niekorzystanie”, to na obecnym etapie rozwoju cywilizacyjnego może to już chyba budzić jedynie pełen politowania uśmiech. Jeżeli komuś marzy się spędzenie życia pod chmurką, z dala od bieżącej wody i elektryczności, to jestem pełen uznania i podziwu, ale ja jednak pozostanę przy mydle i ciepłej wodzie.

Sam jednak autor twierdzi, iż wolność finansowa to „stan w którym posiadane aktywa pracują na utrzymanie ich posiadacza, uwalniając go od konieczności parania się pracą zarobkową”. Zastanawia mnie samo stwierdzenie o niekonieczności pracowania, które wydaje się być równie utopijne, co niebezpieczne wręcz. Nie znam autora osobiście, nie znam siły jego charakteru. Ja jednak jestem osobą, która działa wedle maksymy „daj z siebie zawsze dwa razy więcej, niż od ciebie wymagają”. Gdy nie wymagają nic, to mogę dać z siebie nawet sto razy więcej. Wynik mnożenia przez zero jest zazwyczaj porównywalny. A dla takich osób postulat wolności finansowej byłby chyba najatrakcyjniejszy.

Inną kwestią jest kwestia bezpieczeństwa, czy raczej- zagrożeń wiążących się z wieloletnią stagnacją zawodową. Omińmy kwestie charakterologiczne- jedni cieszyli by się życiem i rozwijali, inny leżeli by przed telewizorem podpięci do cysterny z piwem. Załóżmy jednak, w pełni naiwnie i hipotetycznie, że po -nastu latach korzystania z dobrodziejstw życia z odsetek tracimy znaczą część aktywów. Mniejsza o sposób. Akcje tracą wartość, bank upada, dom nam zalewa. Odsetki nie starczają już na życie. I co teraz? Nie mamy pozycji zawodowej, odzwyczailiśmy się od pracy, straciliśmy kompetencje. Iść w KFC pracować?

Autor podzielił swój plan na cztery części:

1. Ustalenie kwoty dzielącej mnie od wolności finansowej
2. Jak najszybsze pozbycie się długów
3. Inwentaryzacja aktywów
4. Plan inwestycyjny, którego zadaniem jest na mnie zarabiać

Więc po kolei.


1. Ustalenie kwoty dzielącej mnie od wolności finansowej

Jest to, zaiste, świetny sposób, by stać się niewolnikiem „wolności finansowej”. Wyznaczenie miesięcznej kwoty minimalnej i pieniędzy potrzebnych, bo z odsetek od nich ją opłacić? Ten tok rozumowania ma przynajmniej dwie wady. Po pierwsze- człowiek był na tyle głupi, by upłynnić miarę wartości, czyli pieniądz (wahania kursów walut, wysoka inflacja). To tak, jakby zrobić układ równań y=x^x=y. Jeżeli w tym roku kwota wynosi powiedzmy 1500 zł, to za rok może być nieurodzaj, skoczą ceny żywności i kwota również musiałaby skoczyć. I co wtedy? Przegłodować deficyt?

Drugą wadą jest płynność odsetek i zysków kapitałowych. raz fundusz może zrobić 50%, innym razem może przegrać nasze pieniądze. Mamy więc dwie wartości x i y. Obydwie ze znacznym marginesem błędu. „Wolność” staje się więc statystyczna i teoretyczna- konwencjonalna, licha i niepewna.


2. Jak najszybsze pozbycie się długów

To jedyny punkt „programu”, z którym się absolutnie zgadzam. Dług jest zniewoleniem o tyle obrzydliwszym od innych finansowych zależności, że praca na spłatę kredytu nie służy bieżącemu poprawieniu stanu materialnego. Nie pracujemy dla siebie, lecz na kredyt. Kredyt ze środka staje się celem, kamieniem na szyi ciągnącym ku dnu. Cóż jednak poradzić, skoro ludzie tak chętnie obwieszają się tymi głazami?


3. Inwentaryzacja aktywów

To najlepszy przykład „maniactwa wolności finansowej”. Wszystko wycenić, by wiedzieć, ile z tego może być odsetek? Dla mnie jest to perspektywa dość przerażająca- każdy posiadany przedmiot identyfikować z jego wartością rynkową? „Ramka ze zdjęciem rodzinnym. 3,50.”


4. Plan inwestycyjny, którego zadaniem jest na mnie zarabiać

Ten punkt jest dla mnie dość problematyczny, głównie ze względów etycznych. Fundusze inwestycyjne walnie przyczyniły się do nadmuchania bańki, której pęknięcie pozbawia obecnie pracy setki tysięcy ludzi. Bogacić się na cudzym nieszczęściu? Dziękuję, postoję.



Reasumując. Uważam zaproponowane rozwiązania za błędne, bo i sam autor nie do końca dookreśla swój cel. Jest nim nie wolność finansowa, lecz wolność od pracy. Bogactwo nie jest samorodne. Żeby ktoś mógł poleżeć, ktoś inny musi postać. Bogaci rodzice, podatnik- ktokolwiek.

W mej opinii należy szukać innych dróg do uwolnienia się spod tyranii pieniądza. Jedną z nich jest właśnie praca, jako środek do zapewnienia sobie wpierw materialnego, potem finansowego bezpieczeństwa. Ale nie tylko. „Pieniądz jest bytem społecznym”- od tego zacząłem. W związku z tym, to w gestii społeczeństwa bądź wspólnot leży moc znoszenia ciążącej siły pieniądza. Rodzina, przyjaciele, czy nawet uczciwy i przyjazny pracodawca- oni wszyscy mogą pomóc, gdy powinie nam się „finansowa” noga. Sami jednak mają prawo do oczekiwania analogicznej pomocy, gdy będą w kłopotach. Można zastosować strategię Obamy, przedstawioną przez niego w „Odwadze Nadziei”. Gdy ma się przed sobą dwa lata w senacie, przez rok trzeba pomagać tylu senatorom, ilu się da. By przez drugi rok korzystać z ich wdzięczności przy walce o prezydenturę. Ale tego nie da się osiągnąć przeliczając wszystko na odsetki.

Koniec EUFORii Dodaj komentarz

Napisano dnia 10 maja 2009, w Ogólne, Polityka..., Przemyślenia Globalne

15 marca 2009 roku skończył się roczny mandat Rady Bezpieczeństwa ONZ dla operacyjnej aktywności sił Unii Europejskiej (EUFOR) w Czadzie i Republice Środkowoafrykańskiej. Zakończyła się więc ponad roczna aktywność Polskiego Kontyngentu Wojskowego Czad. Przynajmniej pod gwieździstą flagą.

Zgrywanie kontyngentu oficjalnie rozpoczęto 18 lutego ubiegłego roku. Polegało ono min. na wszechstronnym przeszkoleniu kulturowo-realioznawczym, przygotowaniu epidemiologicznym, szerokim doszkoleniu w zakresie korzystania z broni będącej na wyposażeniu PKW oraz finalnych kilkudniowych ćwiczeniach poligonowych. Czterystuosobowy kontyngent składał się z wydzielonych oddziałów: bojowo-operacyjnych 11. Lubuskiej Dywizji Kawalerii Pancernej w Żaganiu, żandarmerii z Oddziału Specjalnego ŻW w Gliwicach oraz grup logistycznych różnego pochodzenia. Na wyposażenie kontyngentu, prócz broni osobistej, składały się min. KTO Rosomak, moździerze, wozy terenowe, kołowe zabezpieczenie logistyczne oraz śmigłowce transportowe. Pod względem bogactwa uzbrojenia jedynie Francja miała szerszy (i to z uwzględnieniem samolotów odrzutowych, czy bezpilotowców szpiegowskich, których nie miał żaden inny kontyngent), a Irlandia porównywalny zakres wyposażenia. Polski kontyngent stanowił około 11% sił EUFOR (3700 żołnierzy), jedynie Francja miała większy (2100 żołnierzy) a Irlandia równy. Pozostałe z 17 państw biorących udział w operacji wystawiły kontyngenty nie większe niż 200 osób. Co ciekawe, zaproszenie do wspólnej operacji przyjęli Rosjanie, wysyłając około stuosobowy kontyngent transportowo-szpitalny.

Główną bazą PKW Czad została Iriba. Pierwszy oddział polskich żołnierzy, tzw. Inżynieryjna Grupa Przygotowawcza, trafiła doń w drugiej połowie kwietnia 2008. Przy budowie obozu Polacy otrzymali pomoc francuskich wojsk inżynieryjnych, Irlandczycy zaś bazy pilnowali. Pełną gotowość PKW Czad miał osiągnąć we wrześniu 2008.

Główną zasadą sił EUFOR miało być zachowanie neutralności. Przyczyny były dwie. Po pierwsze- ochrona własnych żołnierzy przed ewentualną zemstą rebeliantów, po drugie zaś- brak powodu, by wspierać „reżim” w Czadzie. Stronie rządowej wybitnie się to nie podobało. Domagała się ona, wbrew umowie, dokładnych informacji o trasach konwojów oraz udziału żołnierzy rządowych w nich, na co absolutnie nie było zgody dowództwa EUFOR. Zadania misji miały być inne.

Przede wszystkim EUFOR miał swym autorytetem chronić agendy ONZ. Chronić i umożliwiać działanie, poprzez eskortowanie czy użyczanie środków logistycznych. Miał zabezpieczać szkolenia policjantów pod agendą ONZ (miało ich być 1700, przeszkolono ledwie połowę, głównie z winy rządu) oraz humanitarną aktywność w obozach uchodźców i przesiedleńców. Ogólny wzrost bezpieczeństwa miał być pochodną samej obecności militarnej sił europejskich. Swym prestiżem i rozmiarami sił miały odstraszać potencjalnych przestępców perspektywą ujęcia i ukarania.

Za główne zagrożenia dla żołnierzy uznano siły rebeliantów, dopiero potem wskazując na przestępczość. Stąd taki nacisk na neutralność. Jak jednak przyznaje zastępca dowódcy EUFOR Chad gen. dyw. dr Bogusław Pacek rzeczywistość okazała się zupełnie inna. Rebelianci skrzętnie omijali stanowiska EUFOR traktując żołnierzy UE absolutnie neutralnie. Zresztą, przeprowadzili oni jedynie dwa uderzenia, z czego pierwsze nieomal nie zakończyło się zdobyciem stolicy kraju, N’Dżameny. Atak jednak odparto, choć zginął w nim głównodowodzący wojsk rządowych. Skutkiem tego ataku były masowe zbrojenia Czadu, w tym w śmigłowce i pojazdy opancerzone. W ten sposób odebrano rebeliantom chętkę do wojowania. Drugi masowy atak polegał na obejściu sił EUFOR i... zawróceniu do Darfuru w Sudanie.

Dużym problemem była natomiast przestępczość. Zdecydowanie nie doceniono jej roli planując operację. Zabito szefa jednej z ONZ-owskich organizacji humanitarnych, ukradziono kilka samochodów ONZ-u. Nietrudno się więc domyślić, że ludność cywilna również nie miała łatwego życia. Nie zmienia to jednak faktu, iż był to pierwszy od lat rok, w którym obeszło się bez czystek plemiennych (które pochłonęły uprzednio 200 tysięcy osób). ONZ znacząco podniósł standard obozów dla uchodźców. Dał ludziom nie tylko spokój. Dal im również nadzieję i wiarę naw lepsze jutro.

Ponadto bardzo szeroka była aktywność sił EUFOR w kwestii inżynieryjnej i budowlanej. W kraju praktycznie pozbawionym infrastruktury pojawiły się polowe lotniska, grupy inżynieryjne poszczególnych kontyngentów utwardzały kluczowe drogi, patrole wyjeżdżały nowe trasy. Ponadto obserwowalna była aktywność geodezyjna, kopano studnie (również przy bazach), choć żołnierze nie pili z nich.

Ogólna ocena działalności sił EUFOR jest, mimo krytyki ze strony ONZ, zdecydowanie pozytywna. Nie udało się, to prawda, zapewnić absolutnego spokoju i zwalczyć przestępczości, lecz kieszonkowiec a nacjonalista- jest różnica.

Pozytywnie ocenia się również polski kontyngent. Obyło się bez ofiar- to najważniejsze. Polacy nawiązali przyjazne stosunki z lokalnymi władzami, brali udział w rozbudowie infrastruktury regionu. Świetne opinie zebrał, wychwalany ostatnio wszędzie i przez wszystkich, KTO Rosomak. Podkreślano niezawodność techniczną, łatwość serwisowania i ogólną sprawność.

Otwartą pozostaje kwestia pozostania PKW w Czadzie. Ogólny koszt rocznego pobytu wojsk EU wyniósł 113 milionów euro, co pozwala przypuszczać, iż na Polskę przypadło nie więcej, niż kilkanaście milionów euro, czyli około 50 milionów złotych. Koszt transportu szacuje się na 40 milionów, a trzeba zaznaczyć, że duża część sprzętu i tak pozostanie w Czadzie, bowiem nie opłacałoby się wieźć jej do Polski. Pytanie jest więc następujące- czy warto dopłacić 10 milionów złotych i utrzymać swą rolę w kształtowaniu porządku w regionie centralnej Afryki, a więc i uznanie z tym związane? Nie mówiąc już o bezkrwawym poligonie i bezcennych doświadczeniach, zwłaszcza kadry oficerskiej. W mej opinii- warto.


Źródła:

Michał Starski, "Polacy w Czadzie", "Nowa Technika Wojskowa" 8/2008
Gen. Dyw. dr Bogusław Pacek, "Koniec EUFOR, początek MINURCAT", "RAPORT Wojsko Technika Obroność" 3/2009

Współczesne utopie? 6 komentarzy

Napisano dnia 22 kwietnia 2009, w Ogólne, Przemyślenia Filozoficzne, Przemyślenia Globalne

Człowiek od dawien dawna szuka lepszych rozwiązań społeczno-politycznych niźli te, które oferuje mu rzeczywistość. Za twórcę pierwszej utopii zwykło się przyjmować Tomasza Morusa, choć i Państwo Platona posiada cechy społecznego manifestu. Wydawać by się mogło, że po katastrofie realnego socjalizmu myśli utopijna została zupełnie pogrzebana. Złudne to mniemanie.

Autorzy utopii postulowali niemal całkowite przekształcenie rzeczywistości, na co ona nie za bardzo chciała się zgodzić. Właśnie ów opór świata realnego obszedł bokiem Armin Mikos von Rohrscheidt zakładając w październiku 2002 roku w Poznaniu Królestwo Scholandii- jedną z pierwszych w Polsce mikronacji. Mikronacje jako takie funkcjonowały na zachodzie już w latach siedemdziesiątych. W Polsce jednakże przyjęły zupełnie inną niźli zachodnia formę. Miast aspirować do roli reformatorów świata realnego usadowiły się w bezpiecznej przestrzeni świata... wirtualnego.

Czym właściwie są mikronacje?
W państwach zachodnich mikronacje przyjmowały niejednokrotnie komiczną postać. Właściciel skrawka ziemi ogłaszał swoją niepodległość i powstanie na nim nowego państwa. W Polsce przybrały one zupełnie inną formę, istnieją praktycznie jedynie w internecie. Za swe zadanie stawiają sobie jak najwierniejsze odwzorowanie rzeczywistości, próbując oczywiście pozbawić tę kopię wad oryginału.

W mikronacjach odnajdujemy więc pełną strukturę państwową. Największe wirtualne państwa są monarchiami konstytucyjnymi o w pełni demokratycznych mechanizmach wyłaniania władzy. Prócz urzędu Monarchy funkcjonują w nich również parlamenty (czasem kilkuizbowe) z posłami z wyboru, senatorami z tytułu przynależności do arystokracji, czy czasem samozwańczymi przedstawicielami narodu. Do sprawnego funkcjonowania państw potrzebne są oczywiście rady ministrów wraz z licznymi ministerstwami. Administracja niższego rzędu składa się z prefektur bądź księstw. Każde państwo posiada co najmniej kilka miast otwartych (takich, w których można zamieszkać). Każde państwo opiera swe funkcjonowanie na własnej, autorskiej konstytucji. Na jej bazie powstają akty prawne, ustawy, rozporządzenia etc. Jest więc oczywistym, iż funkcjonują sądy i trybunały honorowe i stanu. Działa nawet wirtualny ONZ- Organizacja Polskich Mikronacji (OPM). Pod jej pieczą powstają międzynarodowe konwencje dotyczące chociażby szkolnictwa, czy uznania, oczywiście wirtualnych, tytułów naukowych.

Rządy państw wirtualnych kładą duży nacisk na rozwój kulturalny swych mikronacji. W mikroświecie funkcjonują liczne biblioteki i galerie, zawierające autorskie teksty mieszkańców v-świata. Podejmowano nawet próby tworzenia muzyki tylko na użytek wirtualnych odbiorców. Funkcjonują rozgłośnie radiowe, wirtualne kina i teatry. Powstało nie jedno opowiadanie, którego akcja toczy się w wirtualnej rzeczywistości.

Główną jednak sferą rozwoju kulturalnego jest prasa. Organów prasowych są dziesiątki, różnej specjalizacji: od prasy satyrycznej, po poważne organy ekonomiczno-polityczne. Jedną z pierwszych decyzji towarzyszących ustanowieniu nowego państwa jest utworzenie zalążka rynku prasowego. Nie zawsze jednak udaje się utrzymać poziom liczby publikacji wysokiej jakości. Pisanie jest przecież czasochłonne, a przy wciąż niewielkim gronie odbiorców nie zawsze daje ono wystarczającą satysfakcję. Reakcją na taki stan rzeczy stały się agencje prasowe. Obecnie funkcjonują dwie znaczące agencje informacyjne: starsza Grodziska Agencja Prasowa (GAP), oraz młodsza Agencja Prasowa Scholandii (APSik). O czym nie wolno zapomnieć, zdarzyły się również akty paskudnych plagiatów dzieł realnych mistrzów pędzla. Jest to jasny sygnał, iż z ideałem do czynienia nie mamy.

Wielkim sukcesem mikronacji jest ich dorobek naukowy. Prócz największego i nie mającego (póki co...) w swojej klasie konkurencji KUS-u (Królewski Uniwersytet Scholandii) działają liczne ośrodki badawcze konkretnych wirtualnych państw, organizacji czy ideologii. Podejmują one różnorodną tematykę rozważań. Prócz publikacji w formie wykładów pojawiają się zupełnie twórcze dzieła dotykające zagadnień czysto wirtualnych (jak choćby z dziedziny ekonomiki wirtualnej) bądź posiadających realne źródła. Od reinterpretacji Marksa, aż po teorię libertarianizmu. Od przenoszenia myśli chrześcijańskiej na grunt wirtualny, aż po tworzenie wirtualnych kościołów ateistycznych. Poziom refleksji bywa na tyle głęboki, że nie jeden realny myśliciel zawodowy mógłby swym wirtualnym odpowiednikom pozazdrościć.

Nie zapomniano o systemach gospodarczych, co jest kolejnym wyróżnikiem polskich mikronacji na arenie międzynarodowej. Struktury gospodarcze są dość zbliżone do tych realnie istniejących, główny podział gospodarki oparty jest na rozróżnieniu dóbr „materialnych” (uwzględnionych w informatycznym systemie gospodarczym) od dóbr „niematerialnych”, czyli usług. Dóbr systemowych jest całkiem sporo, mimo, iż systemy gospodarcze są relatywnie ubogie. Opierają się one na tzw. potrzebach systemowych (termin wprowadzony przez wirtualną myśl ekonomiczną), które spełnione być mogą w różnym stopniu, z różną efektywnością i polotem. Widocznym problemem jest niedobór popytu, spowodowany brakiem „potrzeby zaspokajania potrzeb”, jak również ograniczonym efektem motywacyjnym (wirtualna jednostka zazwyczaj nie odczuwa potrzeby posiadania więcej i lepiej, nie ma więc głównego motoru gospodarki). Drugim filarem gospodarek są usługi, opierające się głównie na usługach informatycznych, dziennikarstwie oraz pracy naukowej. Tu zaś zauważa się niedobór pracowników. Istnieją oczywiście środki akumulacji dóbr, czyli pieniądze, indywidualne dla większości krajów. Mamy więc różne waluty (arminy, liberty etc) o różnej sile nabywczej. Funkcjonują banki centralne, pojawiają się próby bankowości prywatnej. Mówiąc o pieniądzach warto wspomnieć o jeszcze jednym- mikronacje są organizacjami non-profit. Nikt na nich nie zarabia i nikt nań nie płaci.

Głównym budulcem mikronacji są jednakże ludzie. Często zupełnie od siebie różni ludzie o nie zawsze czystych wobec współuczestników zamiarach. Jest to jedna z przyczyn, dla których mikronacje nie aspirują do miana roli państw idealnych. Zdarzają się u nas zupełnie na poważnie odbierane afery zarówno na szczytach władzy, jak i na poziomie szarych mieszkańców wirtualnego świata. Odnotowano niejeden przypadek oszustwa, kradzieży czy złamania prawa. Finałem takich sytuacji jest zazwyczaj interwencja sił porządkowych i skierowanie sprawy do sądu. Orzeczenia wydawano po rozmaitych przestępstwach, od zwykłej potwarzy, aż po wyjątkowo perfidne przekręty gospodarcze. Niemal zawsze jednak zasada ograniczonego zaufania połączona z daniem delikwentowi „drugiej szansy” kończyła się sukcesywnym naprawianiem przez niego swoich błędów.. Człowiek i jego twory nie są idealni, ale mają zdolność stawać się lepszymi.

Mnogość państw
Jak dotąd pojawiła się nazwa jednej mikronacji- Królestwa Scholandii. Błędnym byłoby jednak twierdzenie, że jest ona jedyną mikronacją. Prócz niej do tak zwanej „Wielkiej Trójki” wirtualnego świata należy jeszcze Księstwo Sarmacji oraz Królestwo Dreamlandu. Ponadto funkcjonują dziesiątki mniej lub bardziej do planktonu zbliżonych państw i państewek. Większość z nich upada po krótkim czasie, lecz niektóre bronią się przed (bardzo silną!) konkurencją i potrafią przez lata egzystować na arenie wirtualnego świata. Między konkretnymi państwami nawiązywane są bogate kontakty dyplomatyczne. Od wspólnych konwencji, niewielkich umów, aż po wieloletnie sojusze lub jawne wrogości. Mimo, iż kilkakroć ogłaszano już „wirtualne wojny”, to każdy kraj ma świadomość, iż jedyne efektywne uderzenia są możliwe w kontekście paraliżowania systemów informatycznych. To zaś jest zagrożone w pełni realnymi konsekwencjami. Często więc walczy się innymi metodami- zakładając pseudopaństwa „wykarmione i utrzymane na kpinie”, lub też, w pełni cywilizowany sposób, poprzez konkurencję sportową, naukową bądź propagandową.

Wystarczająco to dużo, by wykształcić własną specyfikę i niepowtarzalną kulturę. W pełni uzasadnione jest mówienie o wirtualnych narodach posiadających własną historię, kulturę i tożsamość. Pojawia się tutaj kolejny bezcenny aspekt mikronacji- przekraczanie granic pomiędzy poszczególnymi wirtualnymi państwami i narodami i spotkanie z Innym. W wydaniu wirtualnym jest to nie mniej ekscytujące i wciągające niż poznawanie realnych krajów i ich kultur. Uczy nas to ponadto umiejętności rozumienia Inności w codziennych sytuacjach. Zmusza również do spostrzeżeń dotyczących ludzkiej wartości, stereotypów bądź dogmatów, co może ułatwić dostrzeganie i usuwanie niejasności i uproszczeń w naszych obrazach świata realnego.

Od klasycznej utopii mikronacje różni jeszcze jedno- wirtualna tożsamość ich uczestników, niezależna od naszych codziennych przejawów realnej aktywności życiowej. Daje to uczestnikom „zabawy w państwo” niespotykane w życiu realnym możliwości. Będąc na co dzień niskiego szczebla pracownikiem administracji państwowej, w mikronacji nic nie przeszkodzi Tobie sięgnąć po fotel Ministra Spraw Wewnętrznych i Administracji. Będąc realnym studentem równie dobrze możesz być wykładowcą wirtualnego uniwersytetu (z własnym tytułem Profesora net.). Ciężką pracą można dojść do tego, do czego rzeczywistość z różnych powodów nie chce nas dopuścić.

Jednym z głównych aspektów wirtualnego życia jest właśnie dążenie do realizacji własnych celów, pragnień i ambicji. Myli się jednak ten, kto uważa mikronacje za tani i niskich lotów zamiennik rzeczywistości- tutaj nikim nie zostaje się za dobre chęci. Owszem, ścieżka kariery jest w porównaniu z życiem realnym znacznie ułatwiona, ale do wszystkiego dochodzi się ciężką pracą. Pracą procentującą nie tylko w wirtualnym państwie, lecz również w życiu realnym. Ani życie codzienne, ani coraz bardziej nastawiona na... ćwiczenie pamięci szkoła nie zmusiła mnie nigdy do takiej gimnastyki umysłowej jak zwykła, codzienna praca w mikronacjach. To, co wypracowałem, pozostanie we mnie. Ze zdolności, których mikronacje wymagają do zwykłego funkcjonowania w wirtualnej rzeczywistości każdy współtwórca korzysta na codzień w pełni realnej pracy, szkole czy rodzinie.

Dla kogo ten fenomen?
Odpowiedź na to pytanie jest dla mnie oczywista. Dla wszystkich. Każdy zapalony społecznik, lubiący kontakt z drugim człowiekiem, mający sobą coś do zaprezentowania i chcący czegoś nowego doświadczyć, odnajdzie swoje miejsce w wirtualnym państwie. Niewątpliwie jednak trzeba mieć pojęcie chociaż o podstawach obsługi przeglądarki internetowej (co wciąż nie jest normą), bowiem rzecz się dzieje w internecie, a trudno poruszać się weń, nie odwiedzając go. Być może jest to wartościowy powód, by przełamać niechęć do sieci?

Szczególnie jednak polecam mikronacje młodym. Zarówno młodym fizycznie, jak i młodym duchem. Wirtualne państwa są świetnym miejscem by zdobywać wiedzę, doświadczenie, umiejętność współżycia w społeczeństwie i by popełniać błędy. Popełniać błędy w przestrzeni wirtualnej i nie powtarzać ich już w świecie realnym. Uczyć się odpowiedzialności i umiejętności współpracy, zanim jeszcze świat realny będzie tego od nas wymagał. Być kimś, gdy codzienność pozwala co najwyżej być.

Gdy pracowałem jako prefekt jednej ze scholandzkich prowincji miałem obowiązek pomagać młodym Scholandczykom na starcie, tłumaczyć im ideę i zasady mikronacji. Jednym z najczęściej powtarzających pytań było „Czyli Scholandia to taka gra?”. Owszem. Gra w życie.

Polityka a odpowiedzialność, prawda. 6 komentarzy

Napisano dnia 18 marca 2009, w Ogólne, Przemyślenia Filozoficzne, Przemyślenia Globalne

Treść referatu przedstawionego (powiedzmy) przeze mnie na IV Sesji Popularnonaukowej. Tekst jest w oryginale, nie chciało mi się już poprawiać licznych błędów składniowych, interpunkcyjnych czy po prostu luk w tekście. Życzę miłej lektury i udanej interpretacji.


Słowo „polityka” wyprowadzać należy od greckiego słowa-klucza: polis. Sam ten źródłosłów jest sam w sobie niezmiernie problematyczny. Polis bowiem to coś więcej niż państwo. Alieksiej Łosiew objaśniając tytuł dialogu „Polityk” zaznacza, że polis to nie tylko zespolenie miasta i państwa, lecz przede wszystkim „całe życie społeczne i społeczno-polityczne zorganizowane w jedną całość. […] Inaczej mówiąc, grecką polis należy rozumieć jako najmniejsza jednostkę historyczną obejmującą to wszystko, co należy do społecznej kultury w jej całokształcie”. Jest więc rzeczą oczywistą, że również znaczenie polityki musiało być dla Starożytnych znacznie bardziej niż dziś szerokie. Jeżeli uwzględni się przy tym dalece posuniętą idealizację (zarówno w potocznym, jak i filozoficznym tego słowa znaczeniu) i polityki jako dziedziny ludzkiej aktywności, i polityka jako pożądanego społecznie zawodu, otrzyma się wówczas obraz polityki jako sztuki powiększania i dbania o dobro wspólne. Oczywiście owo dobro wspólne różnie było pojmowane- u Platona jest nim absolutna jedność państwa-społeczeństwa, u Augustyna zaś zbliżanie się ku Bogu i wypełnianie planu Bożego- ale przez cały okres Starożytności i Średniowiecza była to absolutnie dominująca koncepcja.

Zasadnicze przewartościowania miały miejsce wraz z przełomem kartezjańskim i odkryciem człowieka jako indywiduum. Od czasów Hobbesa funkcjonuje w filozofii społecznej pojęcie polityki jako sztuki przezwyciężania naturalnych sprzeczności pomiędzy ludźmi. Polityka, za pomocą środków perswazji, przymusu i przemocy, prowadzić ma do kompromisów służących ochronie ładu społecznego opartego na wzajemnych społecznych i gospodarczych zależnościach grup społecznych. Punktem wyjścia dla tak rozumianej polityki jest rzetelna ocena ekonomicznej i społecznej siły grup i dostosowanie swych działań do interesów tychże.

Współczesne definicje mają już czysto pragmatyczny charakter. Stephen Tansy definiuje politykę jako działalność, która „obejmuje szeroki wachlarz sytuacji, w których ludzie kierujący się odmiennymi interesami działają wspólnie dla osiągnięcia celów, które ich łączą, i konkurują ze sobą, gdy cele są sprzeczne”. Klasyczną zaś już podstawą tychże definicji stały się badania Maxa Webbera, który to pojmował politykę jako „dążenie do udziału we władzy lub do wywierania wpływu na podział władzy, czy to między państwami, czy też w obrębie państwa, między grupami ludzi, jakie to państwo tworzą” .

Odpowiedzialność polityki była i jest ściśle związana z dominującą definicją i rozumieniem polityki. Polityka jest odpowiedzialna za celowość, zasadność, trafność czy adekwatność podejmowanych przez siebie działań. Takie pojęcie odpowiedzialności politycznej oparte jest na prawnie bądź zwyczajowo przyjętej zasadzie, według której piastowanie danego urzędu jest w pełni zależne od poparcia i zaufania podmiotu mianującego. W związku z powyższym nie jest ona nierozerwalnie związana ze stanem prawnym polityka i złamaniem bądź nie prawa przez politykę. Nie obowiązuje tu zasada domniemania niewinności, bowiem i sankcje ograniczają się do utraty urzędu, nie zaś więzienia czy innych form restrykcji.

Problemem nierozerwalnie z takim politycznej odpowiedzialności rozumieniem jest zagadnienie podmiotu mianującego, odpowiedzialnym jest się bowiem „za coś” i „przed kimś”. Brak wyższej instancji etycznej był jednym z krytykowanych przymiotów tyranii, którą to rozliczali i Platon, i Arystoteles. Tę podstawę krytyki zachowają i rewolucjoniści francuscy, i inni „bojownicy o wolność”. Ideolodzy na przestrzeni wieków różne opcje instancji etycznej podawali- w starożytnych demokracjach bezpośrednich był nią lud, w monarchiach średniowiecznych Bóg, a w europie od przełomu XVII i XVIII stulecia ukształtowało się pojęcie odpowiedzialności parlamentarnej. Dziś funkcjonuje ona jako synonim odpowiedzialności politycznej.

Występuje również pojęcie odpowiedzialności przeniesione na wyższy poziom abstrakcji. Jedno z nich zaproponowała nam polska konstytucja kwietniowa, będąca w praktyce ucieczką od odpowiedzialności. Mianowicie jest to zapis o odpowiedzialności prezydenta jedynie przed „Bogiem i Historią”. Przenoszenie instancji na bardzo niedookreślony i zagmatwany poziom ma swe zastosowanie nie tylko w kontekście uciekania przed odpowiedzialnością, lecz również w przypadku odpowiedzialnego czynienia zadość politycznej powinności. Jest to widoczne szczególnie w kontekście archetypu polityka, polityka idealnego, który w obliczu bardzo trudnego wyboru dokonuje wyboru właściwego, będąc w pełni świadom, iż utraci on za to swój urząd.

Popełniwszy ten krótki wstęp do polityki i odpowiedzialności warto podjąć się próby klasyfikacji prawdy oraz scharakteryzowania jej w kontekście konkretnych epok filozoficznych. Klasyczna koncepcja prawdy głosząca, iż zdanie prawdziwe to zdanie pozostające w zgodzie z rzeczywistością, eliminuje możliwość „zwycięstwa fałszu”. Prawda bowiem, odnajdując swe źródła w rzeczywistości, nie może przegrać z czymś nierealnym. Fałsz zaś, który takowych korzeni nie ma, nie może wygrać z rzeczywistością. W związku z powyższym filozofowie starożytni nie traktowali na poważnie groźby zwycięstwa celowego fałszu, przedmiotem krytyki było raczej błędne mniemanie (doxa). Co więcej, Starożytni w ogóle niechętnie używali kategorii kłamstwa jako takiego, dużo częściej mówili o prawdach słabych bądź brzydkich- Twoja racja, Sokratesie, jest tak odrażająca, jak Twój wygląd.

Epoka nowożytna i w tej materii przyniosła zasadnicze przewartościowania. Zdecydowanie rzuca się w oczy mnożenie prawd i ich relatywizacja, indywidualizacja. W tej epoce powstały zasadniczo trzy podziały prawd, klasyfikujące je ze względu na ich naturę, źródła i stosunek ludzi do nich. Autorstwo pierwszego z wymienionych podziałów przypisuje się Leibnizowi. Dzielił on prawdy na prawdy faktualne bądź racjonalne, w skład których wchodzą prawdy filozoficzne, matematyczno-aksjomatyczne i naukowe. Prawdy faktualne przedstawić można za pomocą zdań protokolarnych (same zdania protokolarne są wymysłem dopiero neopozytywizmu!!!), prawdy filozoficzne są to ciągi myślowe (np. teoria idei u Platona), prawdy matematyczno-aksjomatyczne są to aksjomaty i twierdzenia matematyczne (dwa punkty wyznaczają prostą) prawdy naukowe zaś to teorie naukowe (I Dynamika Arystotelesa chociażby).

Klasyfikacja ze względu na źródła opiera się na definicjach prawdy. Mamy więc prawdy rzeczowe (klasyczna definicja prawdy), prawdy pragmatyczne (pragmatyczna koncepcja prawdy), prawdy intuicyjne (oczywistościowa koncepcja prawdy) i prawdy logiczne (koherencyjna definicja prawdy). Trzecim podziałem jest podział autorstwa Hobbesa, który to dzielił prawdy na prawdy akceptowalne dla jednostki (nie godzą w jej interesy bądź stan posiadania, przeciwnie, czerpie on z ich tytułu jakieś korzyści),prawdy dla jednostki nieakceptowalne (godzą w jego interesy, godność, stan posiadania) i prawdy obojętne powszechnie akceptowalne (nie mają wpływu na status społeczny czy majątkowy nikogo). Hobbes zauważył, iż do prawd powszechnie akceptowalnych nalezą jedynie zdania aksjologiczne, jako niezagrażające nikomu.

Jaki jest jednak stosunek polityki do prawdy, kto odgrywa tu rolę pana, a kto sługi, kto jest narzędziem, a kto rzemieślnikiem? Jeżeli oprzemy się na obecnym, utylitarystycznym rozumieniu polityki, to polityka ma tak kształtować rzeczywistość, by jak najszersza ludzi była jak najbardziej szczęśliwa. Polityka przekracza więc swe kompetencje, gdy sprzeciwia się prawdzie wypływającej z rzeczywistości. Pozostaje jednak na swoim podwórku, gdy tak fałszuje rzeczywistość, by uzyskać wygodną dla siebie prawdę. Polityczny zamach na prawdę może mieć wielorakie skutki i konsekwencje. Nie będę nawet podejmował się próby odpowiedzenia na pytanie, czy można zbudować świat prawdy na kłamstwie. Zajmę się jednak możliwością rekonstrukcji prawd. Najpewniejszą i najtrwalszą prawdą jest prawda aksjomatyczna. Po pierwsze, nikt nie będzie podnosił ręki na nią (bo i po co?), po drugie zaś, nieważne, czy będę tego świadom, ale dwa punkty zawsze wyznaczą mi prostą, a gdy zbuduję kwadrat o boku dwa, to jego pole będzie zawsze pozostanie równe cztery. Ich znaczenie z punktu widzenia etycznego i społeczno-politycznego jest jedna mizerne, by nie powiedzieć- żadne. Znacznie większe znaczenie ma jednak prawda naukowa, która zasadniczo wpływa na jakość i sposób życia społeczeństwa. Podlega ona, ciężkiej po ciężkiej, rekonstrukcji. Przykładem niechaj będą Einstein i _luka_w_głowie_. Nawet gdyby trwale uniemożliwiono Einsteinowi publikację jego szczególnej teorii względności, to _luka_w_głowie_ zrobiłby to rok, czy dwa lata później. Innym przykładem niechaj będzie inkwizycja- mimo dziesiątek lat walki z ludźmi nauki nauka szła naprzód.

Jeszcze trudniejsza, niemal niemożliwa, do rekonstrukcji jest prawda filozoficzna. Jedynie przez przypadek można wiernie odtworzyć czyjś proces myślowy, zwłaszcza, gdy jest on wieloletni i dość złożony. Wystarczy zadać sobie pytanie, co by się stało z filozofią europejską, gdyby wziętego do niewoli Platona nie znalazł przez przypadek na targu niewolników jeden z jego dalekich krewnych i nie wykupił go? Trudno sobie wyobrazić, by ktoś odtworzył tak abstrakcyjny system filozoficzny. Co nie oznacza, iż jest to niemożliwe.

Jeżeli prawdy racjonalne są trudne do rekonstrukcji, to rekonstrukcja zatraconych prawd faktualnych jest praktycznie niemożliwa. Stąd ich odgórne zakłamanie jest znacznie łatwiejsze, niźli zakłamanie nauki czy filozofii. Raz zapomniany fakt nie da się już nigdy odtworzyć. Można doszukiwać się związków przyczynowo –skutkowych, ale tu już kłania się Hume…

Często jednak jest tak, że nawet rzeczywista prawda może doprowadzić do równie rzeczywistej zagłady społeczeństw. Uświadamia to starogrecka maksyma pytająca, czy należy czynić zadość sprawiedliwości, gdy istnienie świata jest zagrożone? Czy polityk zawsze MUSI trzymać się prawdy, nie zważając na zagrożenia z niej wypływające?

Wyobraźmy sobie następującą sytuację. Mamy trzy państwa- pierwsze, drugie i trzecie. Pomiędzy państwem pierwszym a drugim leży pas ziemi spornej, podzielonej po połowie. Państwo pierwsze jest militarną potęgą, państwo drugie jest znacznie słabsze, najsilniejsze jednak jest państwo trzecie. Jest ono jednak neutralne i nie będzie mieszać się w ewentualny konflikt pomiędzy państwem pierwszym a drugim, jeżeli wojna będzie uzasadniona. Państwo drugie zaczyna szybkie i masowe zbrojenia. Specjaliści od zbrojeniówki państwa pierwszego policzyli, iż nawet przy pełnej produkcji broni przez państwo pierwsze państwo drugie stanie się znacznie silniejsze w przeciągu pięciu lat. Państwo pierwsze postanawia więc napaść na państwo drugie, by uchronić się przed niebezpieczeństwem. Państwo drugie zaś chce postarać się o pięcioletni pakt o nieagresji. Spotykają się wiec dyplomaci obydwu z państw. Dyplomata państwa pierwszego mówi: nie chcemy podpisać paktu o nieagresji, bowiem jest on niepotrzebny; paktu nie było, a pokój był. Kłamie, bowiem nie chce podpisać paktu o nieagresji, by móc napaść państwo drugie. Dyplomata państwa drugiego mówi: chcemy podpisać pakt o nieagresji, bowiem jesteśmy narodem miłującym pokój! Też kłamie, bowiem chce jedynie wyczekać lepszej chwili na atak.

Co by było, gdyby obydwaj z dyplomatów powiedzieli prawdę?

Niewątpliwie, gdyby pierwszy dyplomata nie skłamał, to ściągnąłby na swoje państwo gniew państwa trzeciego, a w konsekwencji klęskę w wojnie. Gdyby drugi dyplomata nie skłamał, ściągnąłby na swoje państwo atak państwa pierwszego, a państwo trzecie patrzyłoby na niego mniej przychylnym okiem, być może nie dość przychylnym, by pomóc mu militarnie.

Czy w związku z powyższym obydwaj dyplomaci powinni kłamać, czy raczej powiedzieć prawdę?


Oświadczenie Kongresu ws. zwrotu majątku, a hisotriozoficznych urojeń kilka... 10 komentarzy

Napisano dnia 16 lipca 2008, w Ogólne, Przemyślenia Filozoficzne, Przemyślenia Globalne

Dziś słyszałem wypowiedź jednego z amerykańskich kongresmanów na temat projektu rezolucji ws. zwrotu żydowskich majątków. Prócz tego, jakie bzdury opowiadał on działaniach władz po wojnie wobec Żydów (którzy mieli, w porównaniu do reszty mieszkańców Polski, przynajmniej niegorsze warunki egzystencji), uderzyła mnie buta i bezczelność tegoż Pana. Abstrahuję od oceny samego zagadnienia zwrotu majątków, który jest wg mnie rzeczą absolutnie Żydom należną.

Irytują mnie sytuacje, gdy przeżywające swój zmierzch mocarstwo zabiera się za pouczanie swego mniejszego, słabszego partnera. Irytują i zmuszają do zastanowienia nad pewnych kołem historii. Cóż jest głównym zarzutem względem Polski Ludowej? Służalczość wobec Moskwy. Wszystkie ważniejsze decyzje, do połowy lat osiemdziesiątych, uzgadniane były z "centralą". To w Moskwie zapadały kluczowe dla nas decyzje, Moskwa doiła nas jak tylko mogła. Była naszym zwierzchnikiem militarnym i ekonomicznym. Moskwa stała się (i wciąż jest) dla Polaków synonimem zniewolenia. O wolność od Moskwy Polacy walczyli. I teraz uwaga. "Komunizm" upada. W kilka lat Polska jest już militarnie uzależniona od innego mocarstwa militarnego (za pośrednictwem NATO), kilkanaście lat później uzależnia się gospodarczo od mocarstwa ekonomicznego. Całkowicie abstrahuję w tej chwili od oceny tego zjawiska, jedynie zaznaczam tendencję.

Jeszcze ćwierć wieku nasz kraj był upominany przez zmierzchających "Władców Kremla". Dziś upominają nas pochylający się Amerykanie. Ćwierć wieku temu o kształcie naszej gospodarki decydowała niewydolna gospodarka Radziecka. Dziś decyduje o niej przeżywająca problemy i zbiurokratyzowana gospodarka unijna.

Poprzedni zwierzchnik militarny narzucał nam przekraczająca nasze możliwości zbrojenia. NATO wymusza na nas ciągłe udoskonalanie Armii po to, by wykrwawiać ją potem w górach Afganistanu i na Irackich pustyniach. Polska, mniej lub bardziej dobrowolnie, wysyła na misje kontyngenty, które dość zdrowo przekraczają nasze możliwości finansowe. Wyjeżdżają na kredyt, spłacany polską krwią.

O tym, ile naszego majątku pojechało za wschodnią granice w zamian za ruble transferowe, krążą w narodzie legendy. Jedni widzieli wagony węgla, inni wagony internowanych liderów "Solidarności", jadących na Sybir. Co opowieść, to bardziej mrożąca krew w żyłach wersja zdarzeń. Nie zmienia to faktu, że dla ZSRR byliśmy niejako państwem kolonialnym. Oczywiście otrzymywaliśmy w zamian surowce, umożliwiające nam przeżycie- ropę czy gaz. Ale to nie my dyktowaliśmy warunki, ropa i gaz były niejako jałmużną. Dziś to Bruksela dyktuje nam warunki. To Bruksela decyduje o tym, co możemy, a czego nie. Dzisiejszą jałmużną są unijne dotacje.

Sześćdziesiąt lat temu naród cieszył się z pomocy gospodarczej od Związku Radzieckiego. W oficjalnym języku stawiano na piedestale braterstwo broni żołnierza polskiego i radzieckiego. Dziś naród cieszy się, że jesteśmy w NATO (lub "Nacie", dla wielbicieli Andrzeja L.), bezpieczni, nietykalni. Naród cieszy się, że nasi żołnierze ćwiczą zagranicą. A że na Murzynach i Arabach, to już nikogo nie obchodzi.

Naród cieszy się z dotacji. Tak jak komunizm miał być sposobem na wyjście ze stosunków feudalnych, tak europejski kapitalizm ma pomóc wyjść w pełni z komunizmu.

Po wojnie ograniczano w Polsce wolności obywatelskie, tłumacząc do imperialnym Zachodem, niemieckim rewizjonizmem. Dziś ogranicza się wolności obywatelskie, tłumacząc to walką ze zorganizowaną przestępczością, pedofilią, narkobiznesem. Po wojnie tłumaczono, iż jesteśmy częścią socjalistycznego świata. Dziś tłumaczy się, że jesteśmy znowuż w Europie.

Nie jest to pamflet na Unię Europejską i NATO. Sam jestem zwolennikiem dalszej integracji, z powołaniem własnych, niepodlegających Waszyngtonowi, sił zbrojnych. Napisałem to, by zaznaczyć niejako powtarzającą się historię. Czy tych, których dziś wynosi się na ołtarze za akces do Paktu Sojuszu Północnoatlantyckiego i Unii Europejskiej, nie będziemy kiedyś przeklinać? Czy nasze dzieci, wnuki, nie będą się uczyły o Traktacie z Lizbony jako nowej Targowicy? Czy polski anarchizm nie rozwali kolejnego bloku militarno-gospodarczego? I czym wtedy będzie Polska? Niewiele liczącym się państwem "skądśtam", jak dziś, czy nowym centrum po raz kolejny "uwolnionej" Europy, nowym Paryżem i Berlinem? Czy może po zrzuceniu europejskiego jarzma będziemy kandydowali do Unii Północnoafrykańskiej? A może Azjatyckiej?

A wszystko to przez jedną deklarację Kongresu Stanów Zjednoczonych. Bezczelną i pełną buty, dodajmy.

 

pozdrawiam
KP

Polski Antysemityzm 49 komentarzy

Napisano dnia 13 lipca 2008, w Ogólne, Polityka..., Przemyślenia Globalne

Po tym artykule doczekam się zapewne najazdu narodowego socjalizmu w wersji retro. Tytuł celowo taki, a nie inny, by tu jak najwięcej kolegów narodowców pościągać:) Profilaktycznie dziękuję wszystkim wcześniejszym życzliwym odwiedzającym, bowiem od teraz nie mogę być pewien jutra:) Danych kontaktowych tu nie podałem, ale kto wie, co przyniesie następny dzień?:)

Determinantą napisanie tych słów było przeczytanie wpisu na pewnym joggerze. Z początku myślałem, że to jakiś żart, lecz po lekturze całego wpisu i komentarzy zastanowiłem się, czy przypadkiem na joggerze nie powinno się wprowadzić limitu wielu od, powiedzmy, dziesięciu lat...

Gdybym miał cytować bzdury rodem z tamtej publikacji, to musiałbym zacytować całość. Już w pierwszym zdaniu autor udowadnia, że kwestie międzynarodowe są mu nieco obce, bowiem oskarża on Kongres Stanów Zjednoczonych o bycie naszym „największym sojusznikiem”. Panie Johny, proszę się złapać czegoś stabilnego. Kongres zawsze był największym hamulcowym naszego „sojuszu” ze Stanami, choć ja raczej użyłbym określenia „stosunku wasalnego”. To kongres blokował finansowe wsparcie, a raczej jałmużnę, dla naszej armii. „Sojusz” był zawsze kwestią prezydenta Busha.

Dalej spróbuję nieco ogólniej. Od czasów Kazimierza Wielkiego (dla Johny’ego: XIV wiek) Żydzi w Polsce odnajdywali oazę spokoju. Gdy w całej Europie Zachodniej władcy szaleli z edyktami przeciw Żydom, w Polsce stwarzano im warunki do spokojnej egzystencji. Oni potrzebowali Polski, by móc tu żyć, Kazimierz potrzebował ich, by zmniejszyć wpływy niemieckich kupców i bankierów.

Polska stała się europejskim fenomenem. Po przyłączeniu Rusi Halickiej wraz z przyległościami (1349-1366) w Polsce w miarę pokojowo koegzystowały trzy kultury: polska, ruska, niemiecka (lub zachodnioeuropejska) i żydowska właśnie. Oczywiście nie odbyło się bez zajść (tzw. pogromy), ale tego nigdy się nie uniknie. Byliśmy ewenementem.

Póki Polska była rzymskim wasalem w średniowiecznym tego słowa znaczeniu (co częściowo tylko ukróciły dopiero Stanisławowskie czasy...), póty wiele kluczowych dla gospodarki stanowisk (głównie bankowość) obsadzali Niemcy. Z punktu widzenia Króla Polskiego była to sytuacja o tyle niebezpieczna, że z naszym zachodnim sąsiadem często miewaliśmy konflikty. Żydzi, pozbawieni własnego państwa, byli neutralni i w tym kontekście znacznie bezpieczniejsi. Dzięki królewskim przywilejom, swej zaradności i znajomości europejskich trendów gospodarczych, szybko wykształciła się dość wąska, bogata elita finansowa, mająca w garści olbrzymią ilość zadłużonych u niej Polaków-ojców narodu, w tym panujących. Mimo wszystko trzeba podkreślić, że WIĘKSZOŚĆ ŻYDÓW ŻYŁA W BIEDZIE, zapewniając Polakom ogrom niezbędnych im do życia usług, głównie rzemieślniczych.

Właśnie owo zadłużenie u Żydów i niebywała zazdrość, jaką względem ich majątków żywili Polacy, było ważną przyczyną antyżydowskich zajść. Trzeba niestety oddać sprawiedliwość Kościołowi, który to od początku walczył z Żydami. Po pierwsze, nie podlegali oni jurysdykcji prawnej kościoła, lecz podlegali swym gminnym sądom- w Polsce biskup nie mógł wedle własnego widzi-mi-się spalić, kogo chciał, jak to z powodzeniem funkcjonowało np. w Kastylii, czy Aragonii. Ponadto kościelni nie mogli wydoić Żydów (jak to czynili z Polakami), oni odprowadzali podatek grupowo Królowi. Kościół od początku zwalczał Żydów, bowiem od początku był u Żydów zadłużony. Ciągle mnie zastanawia, ile złoceń z Bazyliki Świętego Piotra sfinansowano z pożyczki od jakiegoś zachodniego Żyda, którego potem spalono, twierdząc, iż śmiał głosić kulistość Ziemi.

Przenieśmy się w czasy międzywojenne. Żydzi Polscy stanowili jedną dziesiątą społeczeństwa. Dzięki swemu wkładowi w odbudowę powojenną (po I WŚ) Polski odzyskali znaczną pozycję ekonomiczną. Mimo ekscesów rodzimych faszystów pod wodza Dmowskiego pozostali w kraju pozostali w kraju i NA TEN KRAJ PRACOWALI. Gdy za czasów płk Koca i ozonu próbowano wytępić ekonomicznie Żydów, zaprzestano tej akcji po podliczeniu wpływów do budżetu od nich. Wynosiły one 25% całości. Wszystkim zajadłym narodowcom, oskarżających żydów o całe zło tego świata, proponuję jedno- gdy popatrzą na dochód narodowy w latach 36’-38’- odejmijcie odeń 12 mld złotych. Gdy popatrzycie na statystyki produkcji przedwojennej- zmniejszcie je o jedną czwartą. A od armii broniącej naszych granic we wrześniu odejmijcie ćwierć miliona walczących za żydowskie pieniądze.

Formy represji były różne- od tzw. terroru ławkowego na studiach, aż po odmawianie wstępu do OZN (który to pełnił funkcję analogiczną do PZPR). Świetnym przykładem są dla mnie wiejskie sklepiki. Prowadzone z dziada-pradziada przez Żydów, dawały im utrzymanie i pozwalały przeżyć. Drogą represji ekonomicznych i wyroków sądowych odbierano je Żydom, bądź doprowadzano ich do ruiny. Przekazywano je Polakom, którzy po miesiąc-dwóch bankrutowali, nie umiejąc poprowadzić interesu i nie mogąc się utrzymać. Mojego komentarza- brak. Obejdzie się bez niego.

Mimo tych prześladowań Żydzi nie uciekali z Polski. Przyczyn było kilka- niewielką ich część było w ogóle stać na wyjazd, a poza tym nie za bardzo mieli gdzie uciekać. Na tle Hitlerowskich Niemiec Polska była rajem na ziemi. Kochali tą ziemię, na której od kilkuset lat spoczywali ich przodkowie. Często sami siebie nazywali mianem „Polaków wyznania mojżeszowego”. Byli Polakami i Polski we wrześniu bronili. Znaczna część, jak nie większość, polskiej elity naukowej, kulturalnej stanowiły osoby pochodzenia żydowskiego. Oni stali się częścią naszego narodu. Czy to się różnym onrom, czy innym plebejskim bandom podoba, czy nie, 99% z nas ma domieszkę „obcej” krwi. Co w przypadku mniej więcej połowy mogę udowodnić. Co teraz zrobią? Podpowiem, że transfuzja krwi nie wystarczy, by się „oczyścić”.

Teraz słówko o tym, jakim to cnotliwym narodem są Polacy. Na każdym kroku spotykamy się z obrazem narodu polskiego, jako wiecznie cierpiących Jedynych Sprawiedliwych. Ciągle zniewoleni, ciągle doznający niebywałych zbrodni, lecz nigdy ich nieczyniący. Polaków zawsze trzeba podziwiać, bo to wielki a naród, a krytykują nas tylko antypolacy, pederaści i rusofile (koniecznie rosyjscy agenci). W takim razie proszę Panów narodowców o odpowiedzenie na kilka pytań:

1) Skąd Niemcy w trakcie okupacji wiedzieli, że konkretna osoba to Żyd, nie Polak?
2) Co działo się z wielomiliardowym majątkiem Żydów, będących w obozach?
3) Co w Polsce działo się z Żydami po wojnie?

Ad.1. Gorzka prawda o Polakach. By wkupić się w łaski okupanta, by wyciągnąć kumpla z rąk Gestapo, lub by po prostu zemścić się na kimś, za to, że ma lepiej, Polacy wydawali ludzi, z którymi żyli, pracowali, bawili się i pili. Polskie podziemie przyzwalało na to, nie karząc takich konfidentów. Co trzeba zaznaczyć, analogiczne działania część Żydów prowadziła względem Polaków pod okupacją radziecką.

Ad. 2. Oczywiście, co wartościowsze rzeczy zabierali Niemcy. Ale to, co nie przedstawiało dla nich żadnej wartości (tańsze meble i inne elementy wyposażenia gospodarstw domowych) dla większości Polaków było luksusem, o którym przed wojną nie mogliby nawet pomarzyć. A teraz mogli to sobie bezkarnie UKRAŚĆ.

Ad 3. Wojnę przeżyło około ćwierć miliona Żydów. Na wielu Polaków padł blady strach, iż być może prawowity właściciel powróci i odbierze swój majątek, a oni znów pozostaną z niczym. Ponadto Żydzi, co zrozumiałe, traktowali Armię Czerwoną i komunizm jak wybawicieli, co uratowali ich od śmierci w obozie. Nic więc dziwnego, że aktywnie i z optymizmem brali udział we wprowadzaniu tego ustroju, który dawał im nadzieję na lepsze jutro i możliwość zemsty na donosicielach. Idę o zakład, że zdecydowana większość z tych „przypadkowych ofiar” stalinizmu (nie-wojskowych, nie-polityków- czyli osób niegroźnych dla systemu) to wojenni donosiciele, których ofiary nie zapomniały, kto sprawił, że prawie w obozie zgniły. Stąd wziął się ten silny opór Polaków względem tzw. „żydokomuny”, z czego może 10% czyniło to z przekonań światopoglądowych, a 905 z zazdrości o szybki awans społeczny „tych u władzy”. Stąd wzięły się tak zbrodnicze wypowiedzi, jak bp Kaczmarka (którego się dziś lansuje na ofiarę walki z komunizmem...) o Zagładzie i pogromie Kieleckim. Stąd wziął się właśnie ten pogrom, przeprowadzony pod błogosławieństwem proboszcza, który odbił się echem po całej Europie i który do dziś jest paskudnym wrzodem na naszej historii.

Mimo wszystko jestem przeciwny zwracaniu TEGO majątku Żydom. Czemu? Ano temu, że nadrobili sobie straty materialne zajmując poniemieckie majątki. Autor komentowanego artykułu napisał w komentarzu, iż nie wie, co to „układ jałtański”. Ze swojej strony życzę mu pozytywnego ukończenia edukacji w zakresie podstawowym, bowiem w podręczniku do historii do szóstej klasy znalazłem adnotację o postanowieniach tejże konferencji. Pragnę jeszcze przypomnieć, iż było jeszcze coś takiego, jak konferencja w POCZDAMIE. Zapytaj się Johny autorów serwisu „Polonica”, co o tym układzie myślą. W nim to przyznano Polsce tzw. Ziemie Odzyskane (Pomorze Zachodnie, Ziemię Lubuską, Śląsk, Prusy), jako REKOMPENSATĘ ZA ZIEMIE WSCHODNIE I STRATY WOJENNE. Ich wartość finansowa była (i jest) wielokrotnie wyższa, niż całość ziem II RP razem wzięta. Do dziś poniemieckie budynki mają większy standard, niż podkieleckie chaty na wsiach. Prócz Wilna i Lwowa czego tam żałować? Bagien Pińskich? Wsi na poziomie późnego średniowiecza, góra wczesnego renesansu?

Żądanie odszkodowań od Rosji za Ziemie wschodnie, lub, o zgrozo, ich zwrotu, wywołuje u mnie uśmiech na twarzy i gęsią skórkę zarazem. Korzyści finansowe, biorąc pod uwagę trzydziestokrotny spadek wartości dolara, byłyby śmieszna (maksimum kilkanaście mld dolarów amerykańskich), względem strat, które ponieślibyśmy na arenie międzynarodowej. Ponadto podważylibyśmy wartość traktatów, zabezpieczających nasza zachodnią granicę. Nic nie stałoby na przeszkodzie, by Niemcy zażądali odszkodowań za Ziemie Zachodnie, których Polska NIGDY nie byłaby w stanie zapłacić.

Za w pełni uzasadnione uważam natomiast roszczenia Żydów, którzy po nagonce z 68’ roku uciekali z kraju. Bezprawnym warunkiem wyjazdu było zrzeczenie się praw do majątku. Wszystkim żyjącym właścicielom należy się pełna rekompensata w wysokości ówczesnej wartości majątku, przeliczonego po ówczesnych kursie na dolara amerykańskiego (jako powszechną walutę). Potomkom właścicieli należy się niewielka część (10%-15%) wartości w ww. wysokości. Przede wszystkim należy tym ludziom oddać sprawiedliwość, iż RZĄD POLSKI ICH OKRADŁ i przeprosić za to.

Względem Żydów stosuje się podobną taktykę, jak względem powiernictwa Pruskiego. Ludzie, którzy dochodzą swych praw przed naszymi sądami to nie Niemcy, lecz Polacy, którzy uciekli z kraju po wojnie. Rdzenni mieszkańcy „Ziem Odzyskanych”- Mazurzy, Kaszubi, Ślązacy i wszyscy Ci, którzy zamieszkiwali przed wojną te ziemie i uważali się za Polaków. Po wojnie byli traktowani przez państwo i społeczeństwo jak Niemcy, dlatego zrzekali się polskiego obywatelstwa i uciekali do Republiki Federalnej Niemiec. Warunkiem wyjazdu było zrzeczenie się obywatelstwa. Bezprawnym warunkiem zrzeczenia obywatelstwa- zrzeczenie się praw do majątku w kraju. Ci ludzie domagają się odszkodowań i mają do tego pełne prawo. Jak na Niemców, zbyt płynnie mówią po polsku...

Listy polityków pochodzenia żydowskiego skomentuję jednym twierdzeniem- każdemu z nas można znaleźć w drzewie genealogicznym kogoś pochodzenia żydowskiego. Jak nie w pierwszej- to w czwartej, czy siódmej linii. Stanowili zbyt liczną mniejszość, by móc ominąć ich w badaniu obecnego narodu polskiego. Poza tym nie rozumiem jednego- czego się w żydowskości wstydzić? Wskaż mi drugi taki naród, który przez tyle tysiącleci pozostał wierny swej tradycji i przetrwał do dziś.

Cytując jedno zdanie z komentowanego wpisu- „jeżeli ta lista jest zgodna z prawdą, to niezły pasztet”- mogę powiedzieć jedno. Jeżeli myślisz to, co piszesz, to niezły pasztet. Już wiem na jakiego pokroju inteligencji nadają redaktorzy serwisu „polonica”. Jeżeli czerpiesz taką podnietę z oświadczenia amerykańskiego Irlandczyka na temat oddania ofiarom pochodzenia żydowskiego tego, co im się należy, to już wiem, skąd te pożałowania godne artykuły na tym serwisie. A swoim wpisem nie udowodniłeś nic ponad to, że nie znasz elementarnych faktów z historii swego kraju i narodu. Jeżeli jeden serwis umysłowych i światopoglądowych jaskiniowców doprowadza Cię do formułowania takich tez, to pozdrów ode mnie kolegów z młodzieży wszechpolskiej. Czekam niecierpliwie, aż tu wpadną...

 

pozdrawiam
KP

Irak dziś i jutro- perspektywy rozwoju Dodaj komentarz

Napisano dnia 05 maja 2008, w Przemyślenia Globalne

Odkąd pięć lat temu wojska Stanów Zjednoczonych rozpoczęły operację „Iracka Wolność”, kraj ten nie uzyskał jak dotąd ani wolności, ani spokoju, ani obiecanej demokracji. Raczkująca wojna domowa między sunnitami a szyitami rozerwie kraj przy pierwszej nadarzającej się okazji, gdy tylko siły koalicji wykażą, choćby najmniejszą, oznakę słabości chęci odwrotu. Nasze, nieocenione w roli dezinformacji środki masowego przekazu, ukazują nam co pewien czas oblicze byłego folwarku Husseina, obowiązkowo pokazując trumny poległych żołnierzy lub płonące samochody pułapki, w zależności od koniunktury. W żaden sposób oczywiście nie powiększa wiedzy mas o obecnej sytuacji w Iraku, ani nie pomagając w poznaniu irackiej specyfiki. Co mogłoby się wydarzyć w Iraku w wypadku wycofania sił Koalicji na niemalże półmetku roku Pańskiego 2008?

Na takowe pytanie warto sobie odpowiedzieć, zwłaszcza w perspektywie ciągłego powracania do irackich zagadnień przy okazji kolejnych wyborów, koalicji i mniejszego lub większego poszukiwania tematów zastępczych. Polscy i zagraniczni mężowie stanu wypowiadają się regularnie na temat Iraku i Afganistanu, nie mając zazwyczaj nic ciekawego do powiedzenia. Nic dziwnego, skoro zawsze można uciułać w ten sposób kilka punktów procentowych w sondażach, a „ciemny lud to kupi”, woląc wojownicze pokrzykiwania berserków, miast realnych konkretów.

A realia są takie, że na natychmiastowe wycofanie żołnierzy z Iraku nie ma co liczyć, zaś domaganie się tego to czysty populizm. Irak to nie Wietnam, nie ma tam konkurującej z amerykanizmem ideologii, która mogłaby zespolić kraj. Wietnamskim lepiszczem był komunizm, który wyprowadził ten kraj z ruiny i nędzy i wprowadza go dziś na azjatyckie salony, a nawet Stany Zjednoczone muszą się z nim liczyć w regionie. Dla Iraku jest inna perspektywa- wojna domowa. Krok w tył Amerykanów oznacza krok naprzód feudalistów. Przed Irakijczykami nie rysuje się, jak w ww. przykładzie, koncepcja postępu i walki o sprawiedliwość społeczną, lecz koncepcja państwa religijnego, dżihadu i terroryzmu.

Nadzieją na ustabilizowanie sytuacji w Iraku jest armia iracka, od początku interwencji systematycznie organizowana przez rząd iracki, przy wsparciu okupanta. Jej liczebność obecnie to mniej więcej 40 000 żołnierzy sił bezpieczeństwa (w całym kraju po stronie rządu walczy 445 000 ludzi opłacanych z budżetu- żołnierzy, byłych lokalnych watażków i policjantów), składających się na 140 czynnych bojowo batalionów armii i policji. Nadzieja to płonna, gdyż w przypadku rozpadu Iraku, armia niewątpliwie pójdzie w ślady państwa i również rozpadnie się na trzy bastiony, których żołnierze pójdą za głosem religii lub dowódców. Ci niewątpliwie wykorzystają nadarzającą się okazję, będącą wynikiem osłabienia centralnego dowództwa. W tym kontekście armia iracka stanie się głównym przedmiotem targu i walk między siłami odśrodkowymi. Jej tworzenie wytłumaczyć można faktem poszukiwania wzmocnienia dla sił okupanta oraz uzasadnić chęcią odebrania rekruta feudalistom i powstańcom irackim. Nietrudno zauważyć, że irackie władze kują sobie kajdany, a raczej plotą sznur i szubienicę stawiają. Szubienicę, na której razem z nimi zawisłaby koncepcja wolnego i, co najistotniejsze, zjednoczonego Iraku.

Pierwszym etapem wojny domowej byłby zapewne rozpad państwa na wzór zauważalnego rozpadu Afganistanu- kraj podzieliłby się na dziesiątki małych obszarów pseudo-państwowych, w których formalną tylko władzę sprawowałyby lokalne rady starszych, uzależnione od miejscowych kapłanów i watażków. Władzę, co zrozumiałe, opartą na przemocy fizycznej, popartej oczywiście lokalnymi armijkami, złożonymi z wszelkiego rodzaju elementu przestępczego, zmarginalizowanego.

Te lokalne bandy połączyłyby się w końcu w większe byty państwo-podobne, w zależności od wyznania. I tak na północy mielibyśmy Kurdów, na zachodzie Sunnitów, zaś na wschodzie- Szyitów. Kurdowie iraccy zapewne dążyliby do zjednoczenia z Kurdami tureckimi, co sprowokowałoby pewny konflikt z Turcją (w kontekście niedawnych działań armii tureckiej na granicy z Irakiem), prowadząc do, w pełni zrozumiałej, interwencji Turków w Iraku. Konsekwencją tego byłoby zaostrzenie się sytuacji w Europie i konflikt na linii Unia Europejska- Turcja. Postawiłoby to w trudnej sytuacji państwa Unii, które udzieliły wsparcia Amerykanom, z uwzględnieniem najaktywniejszej pośród nich- Polski (nie ominęłoby to bynajmniej pozostałych krajów- okupantów, takich jak, np. Litwini). Groźba krytyki zamknęłaby usta polskiemu rządowi, co przeszkodziłoby mu w odgrywaniu „kluczowej roli w Europie”, do której to aspiracje Polacy zgłaszają od lat kilku (w tym kontekście takim Litwinom niewiele to zaszkodzi, gdyż są państwem o lokalnie ukierunkowanej polityce zagranicznej). Skutkiem całej awantury może być powstanie Kurdystanu- zaczynu dla przyszłych „azjatyckich Bałkan”, pełniącego tam rolę podobną dla bałkańskiego Kosowa, lub palestyńsko- żydowskiej Jerozolimy.

Pozostałe dwa regiony Iraku wzięłyby się natychmiast za łby. Byłoby to konsekwencją różnic w wierze oraz dawnych zaszłości, takich jak chociażby niedawny zamach na Złoty Meczet w Samarze, czy prześladowań politycznych doby Husseina. Kluczowe dla przebiegu zmagań byłyby trzy kwestie:

  • Ilość oraz liczebność batalionów armii i policji, które udałoby się przejąć poszczególnym stronom konfliktu. Również pozostałe czynniki, jak uzbrojenie i doświadczenie żołnierzy, nie pozostałyby oczywiście bez skutku. Ważne miejsce w rachunku bilansu sił stanowiłyby również wspomniane 445 000 „cywilnych żołnierzy”- obecnych współpracowników rządu w kwestii zwalczania powstańców, terrorystów, feudałów i opozycji
  • Postępowanie Kurdów, którzy mogę nie poprzestać na aktywności w północnym Iraku i rozpocząć działania przeciw którejś ze stron konfliktu. Najbardziej jednak prawdopodobne, że walczyć będą przeciw obydwu grupom eks- współrodaków, na zasadzie lokalnych starć i wypraw łupieżczych pogranicznych watażków. W tym kontekście granica pomiędzy plemionami będzie dość umowna i zależna od chwilowego bilansu sił, zaś rejony przygraniczne i międzygranicznej „strefy niczyjej” będą najbardziej zniszczonymi, martwymi pasami w powojennym Iraku.
  • Aktywność sąsiadów, którzy, w zależności od koniunktury, wesprą lub nie poszczególne grupy konfliktu. Niemal pewna byłaby wspominana interwencja Turków, która zapewne wyeliminowałaby Kurdów. Szyici liczyć mogliby na pomoc Iranu, którą i dziś licznie otrzymują oddziały Milicji Szyickiej oraz Hezbollahu 2800. Iran zapewne nie odważyłby się na jawną interwencją zbrojną, ale dostarczyłby broni, pieniędzy i ochotników, niezbędnych do dalszej walki.

Sunnici znajdowaliby się w trudniejszej sytuacji. Na pewno mogliby liczyć na moralne wsparcie opinii publicznej, która jednak nie przekłada się na ani centymetr kwadratowy opanowanego terenu. Pomoc mogliby uzyskać od Arabii Saudyjskiej, która jednak prawdopodobnie wolałaby zachować neutralność. Pro- sunnicka okazać mogłaby się Syria, której zdecydowanie nie zależy na zdemolowaniu układu sił w regionie. Podobnymi pobudkami kierowałby się Izrael.

Ów układ sił zapewniają póki co tylko i wyłącznie siły koalicji. Nie odmawiam racji bytu armii Irackiej- odmawiam racji bytu anarchii w Iraku. Stany Zjednoczone nawarzyły dużą beczkę piwa, która kosztowała ich już setki miliardów dolarów. Teraz próbują opchnąć tą beczułkę państwom regionu i nań zwalić odpowiedzialność za dzisiejszy stan Iraku. Imperlializm zaoceanicznego mocarstwa doprowadził do rozbicia poprzedniego układu sił na Bliskim Wschodzie, dlatego też utrzymywanie kontyngentu w Iraku jest amerykańskim moralnym obowiązkiem. Gdyby tylko USA kiedyś kierowało się moralnością....

 

pozdrawiam
KP
kuba.pak666@wp.pl

Kuba Pakulski
Szczecinianin. Fascynat filozofii, historii i nauk społecznych. Piszący dla przyjemności i praktyki. Lewicowiec, umiarkowany anarchista, skrajny antynacjonalista. Antyklerykał, którego serce bije po lewej stronie. Dziewiątkowicz z pięcioletnim stażem. Od lat aktywny w mikronacjach. Słucha wszystkiego, co da się zamknąć w trójkącie Judas Priest- Enya- Miles Davis.

Kontakt:
e-mail: kuba.pak666 wp.pl
jabber: kuba.pak666 jabber.wp.pl
gg: 9933809


SZUKAJ


KATEGORIE

ARCHIWUM

Linki

META