Agnostyk o źródłach sensu 3 komentarze
Napisano dnia 29 grudnia 2009, w Ogólne, Przemyślenia Filozoficzne
Jednym z głównych argumentów teistów za istnieniem Boga jest kwestia sensu. Bez Boga- twierdzą- życie byłoby sensu pozbawione. Bo po co dobrze żyć, skoro nie ma istoty najwyższej, która byłaby gwarantem odpowiedniej gratyfikacji za niesienie swego krzyża? Innymi słowy, po co kupować od przydrożnego sklepikarza losu na loterię, której nie ma? Moim zdaniem, problem ten jest jeszcze jednym argumentem za przyjęciem stanowiska życzliwego i ateistom, i świadomym wierzącym agnostycyzmu. A oto kilka zdań na poparcie tej tezy.
O sensie
Swego czasu, czytając o współczesnej filozofii logiki, natrafiłem na ciekawą definicję sensu logicznego, gdzie zdanie sensowne to zdanie poprawnie sformułowane, którego przedmiot jest różny od niego samego. Zostawmy kwestię poprawności, sprowadza się ona bowiem do koncepcji zdań protokolarnych, która nijak się ma do dalszej części tekstu. Co oznacza stwierdzenie „którego przedmiot jest różny od niego samego”? Chodzi po prostu o to, że zdanie musi mówić coś o nie-sobie. Czyli zdanie „Kwiatki są ładne” jest zdaniem sensownym (ale nie logicznie poprawnym), natomiast zdanie „To zdanie jest ładne” już nie, bowiem przedmiot wypowiedzi jest z nią tożsamy.
Przenieśmy to na grunt działania. Definicja brzmiałaby „działanie sensowne to działanie poprawne, którego przedmiotem nie jest ono samo”. Jak rozumieć poprawność działania? Myślę, że można to słowo zamienić z etycznością czy po prostu dobrem. Działanie poprawne to działanie, którego efektem jest szeroko rozumiane dobro. Dobro czynimy tu niewiadomą, by uzyskać wzór, definicję, a nie skonkretyzowaną tezę. Wartość tej niewiadomej nadajemy my, jako ludzie, w konkretnych sytuacjach etycznych. Podam przykład banalny: widzimy podjeżdżający na przystanek autobus. Możemy biec przez trawnik, albo chodnikiem. Jeżeli wyżej cenimy punktualność, polecimy przez trawnik. Jeżeli większą wartością jest dla nas zieleń miejska, to pozwolimy mu uciec biegnąc chodnikiem. W obydwu wyborach kryterium dobra uczyniliśmy człowieka. Stąd sens musi być związany z człowiekiem, jako jego kryterium i, jak przekonamy się dalej, głównym źródłem. Jest to pierwszy argument przeciwko uczynieniu z Boga jedynego źródła sensu.
Nieco problematyczny jest drugi człon definicji. Co to znaczy „działanie,którego przedmiotem nie jest ono samo”? Cóż, skojarzenia mam czysto rekurencyjne:). Można to uprościć to stwierdzenia „działanie, która ma jakiś cel” (jest dla kogoś, lub czegoś, a nie dla samego siebie), lub przenieść na wyższy poziom, poziom „życia, które nie jest skupione na samym sobie”.m Obydwa te twierdzenia służą naszej tezie głównej, chociaż to pierwsze jest bardziej uniwersalne i empirycznie weryfikowalne.
Działania, które mają jakiś cel
Pełna definicja brzmi wówczas „Działanie sensowne to działanie dobre, które ma jakiś cel”. Nieważne, czy celem tym jest pomoc głodnym dzieciom, chorym zwierzętom, ratowanie fok szarych czy zwyczajne wzbogacenie się. Tak długo, jak możemy stwierdzić, iż jest to działanie dobre i celowe, ma ono sens. W tym kontekście Bóg przestaje być koniecznym warunkiem sensu, a staje się nim cel działania. Owszem, Bóg może być gwarantem sensu, gdy stanie się jego celem. Ale nie jest on temu niezbędny. Swoją drogą, w kontekście powyższego, ciekawego, nieteistycznego charakteru nabiera intencjonalna modlitwa. Jeżlei modlim się o dobre zdanie jakiegoś egzaminu, to modlitwa owa ma sens niezależnie od tego, czy Bóg istnieje, czy też nie. No chyba, że modlimy się o to, by Bóg za nas ten egzamin zdał. Wtedy przy jego ew. braku trudno by było udowodnić sens tego działania:)
Życie sensowne, to dobre życie, które nie jest skupione na sobie
To rozwinięcie w sam raz nadaje się dla zyciowych filantropów. Może gryźć jego skrajny altruizm, ale nie to jest przedmiotem tekstu. Niezależnie od tego potwierdza główną tezę. Bóg bowiem może być przedmiotem, na którym skupia się życie. Ale nie musi być. Stąd: Bóg nie jest koniecznym warunkiem sensu!
Zdroworozsądkowo
Od strony zdroworozsądkowej temat ten podejmuje Henry Jacoby w „Dr House i filozofia”. Pyta on retorycznie, czy bez Boga nasze działanie na rzecz drugiego człowieka straciłoby sens? Oczywiście, że nie. Widocznie wciąż warto kupować te losy, ale ze względu na ich inny, niż loteryjny (boski) wymiar. Widocznie jest w nich coś z człowieka...
Dziecięca nienawiść 23 komentarze
Napisano dnia 29 grudnia 2009, w Ogólne, Polityka..., Przemyślenia Filozoficzne
Przed paroma dniami gen. Wojciech Jaruzelski podzielił się w programie „Tomasz Lis na żywo” taką oto refleksją: dlaczego w Polsce, kraju najlżejszego spośród europejskich, komunizmu, wciąż z taką zawiścią i nienawiścią próbuje się rozgrywać kwestie, które od dawna powinny leżeć w kompetencji wyłącznie historyków? Nie da się ukryć, że wiele jest tu na rzeczy. Władza bezkrwawo przeszła w ręce opozycji, a to, co ona z nią zrobiła, to już zupełnie inna kwestia. Minęło dwadzieścia lat. Czy to nie dość, by emocje opadły?
Nie. Bowiem nienawiści tej już dawno nie podsycają dawne strony sporu. Ludzie ci są albo zbyt chorzy, albo zniechęceni albo po prostu dojrzali, by na noże walczyć ze sobą o przeszłość (wyłączając kilka wiecznie obrażonych wyjątków). Pałeczkę przejmują młodzi. Nie chodzi jedynie o IPN, w którym historycy pamiętający PRL już przez mgłę tworzą nową wersję historii. Chodzi również o sieć i jej młodych i zupełnie najmłodszych użytkowników. Ci, tak jak ja, nie doświadczyli komunizmu. Żaden milicjant ich nie spałował, żadnej osobistej krzywdy od komuny nie doświadczyli. Jest oczywiście wąska grupa wyjątków, których rodzinom służby bezpieczeństwa poprzedniego systemu mogły autentycznie wyrządzić krzywdę. Ale to nieliczna grupa, zwłaszcza w porównaniu z aktywnością Stasi w NRD czy służ rumuńskich. Ale nie o tym teraz.
Do tych kilku słów skłoniła mnie „dyskusja” pod pewnym demotywatorem. Słabym i czysto politycznym. Tak się bowiem składa, że to nie studia, a wynik wyborczy decydują o prezydenturze. Sporo takich pseudodemotów się na głównej ostatnio pojawia, no ale trudno. Przeszedłbym nad nim dalej, gdyby nie komentarze doń.
Zaczyna się przewidywalnie. Wyszukiwanie „prawdziwego” nazwiska Kwaśniewskiego, potem jakieś z kosmosu wzięte skany rzekomych dyplomów z sowieckich uczelni. Jak ktoś lubi, niech wierzy. Potem pojawiają się konkretniejsze komentarze blasta, wrony90 czy kyda, z którymi nie mogę się nie zgodzić. Zaczęło się potem. Niejaki KlaunSzyderca (zwłaszcza z pierwszym członem trudno się nie zgodzić), podzielił się swoimi wynurzeniami: „kyd, a jaki problem skończyć studia za komuny samemu będąc czerwoną świnią?”. Cóż, sam nie studiował w tych latach, nie wie, ile tamte studia kosztowały, więc łatwo mu takie rzeczy pisać. No i od tego się zaczęło. Z jednej strony „czerwona świnia”, to z drugiej „durni, kato-solidarucho-pojeby”. Miarka przebrała się po słowach „mindcrasher, mam nadzieję, że twoja partyjna rodzinka zdychała jak rzesza ludzi pod jej rządami.”. Szlag mnie trafia, jak czytam takie wynurzenia, mimo iż nie są one adresowane do mnie. Jak można coś takiego ludziom pisać? Że ma się nadzieję, że ich rodziny zdychały? Wtedy też padł najlepszy tego wieczora komentarz, który przed chwilą przywoływałem w innym poście:
Jeżeli chcesz się z kimś spierać to atakuj jego a nie jego rodzinę. A co do 89 to może nie wiesz, ale właśnie wtedy zakończył się w Polsce komunizm i jeśli system komunistyczny wyrządził ci krzywdę to raczej przed ta datą, a jeśli mieściłeś się wtedy na stojąco pod stołem to jest to raczej mało prawdopodobne, a w związku z tym bądź uprzejmy wygłaszać trochę bardziej stonowane komentarze bo zwyczajnie nie rozumiesz na co i dlaczego plujesz.
Potem dołączali się kolejni wielcy, nastoletni bojownicy z komunizmem. Oni przecież chcieli walczyć, tylko się urodzili parę lat za późno, żeby się załapać. Ja włączam się o 21:27, wskazując na intelektualną miałkość takiego antykomunizmu. Zaraz dostaję propozycję wyjazdu do KRLD. Niejaki Mrgrzesiek zdobył się na erudycyjne „@spoleczniecom Jesteś idiotą.”. Niestety, mój apel o rozwinięcie tej odkrywczej myśli pozostał bez odpowiedzi. Mój apel o to, by dyskutować merytorycznie. Historia ma dochodzić prawdy historycznej, a nie obrażać.
Jak dyskusja toczyła się dalej, można sobie poczytać. Szybko się dowiedziałem, że jestem „komuchem”, „czerwoną świnią” i że pochodzę z „czerwonej rodziny”. No tak, moi dziadkowie emigrowali z PRL, mój ojciec w latach 80' zaliczył nawet krótką odsiadkę na tle politycznym. Rodzina „czerwona” jak cholera! Na koniec powtórzone „CZERWONA ŚWINIO”, jako, że jestem „śmieciem, który broni tego zakłamanego systemu”.
Historia nienawiści
Czy Polacy nie potrafią już dyskutować na argumenty (z krzykaczy pomijam biohumusa, który na ogół pisał merytorycznie)? Nie potrafią usiąść przy stole i wymienić poglądów, w miarę merytorycznie odnieść się do omawianego przedmiotu? Wskazać złe strony i je potępić, a potem szukać dobrych i je uznać? Czemu, idąc tropem Generała Jaruzelskiego, nie możemy podchodzić do tych kwestii jak Czesi czy Niemcy- było, minęło, zostawmy to historykom? Czy dyskusja musi wyglądać na zasadzie: założenie-jesteś czerwoną świnią, komuchu!!!, dowody-jesteś czerwoną świnią komuchu!!!, wnioski- twoja czerwona rodzina powinna zdychać komuchu!!! ?
Nie miałem ani jednego komunisty w rodzinie. Pełnoletni, żyjący za komuny, należeli do Solidarności. Pół rodziny emigrowało na Zachód. A mimo wszystko nawet sugestia, by system ten oceniać z pozycji historycznych, a nie własnych kompleksów, kończy się przemalowaniem mnie na piękną czerwień, napisaniem mojej rodzinie esbeckiej przeszłości i wyrzucaniem mi, że zapewne moi dziadkowie stali nad grobami w Katyniu. Nie stali, bo byli wtedy dziećmi. Jeden pradziadek poległ we wrześniu 1939', drugi... walczył z rewolucją w 1917' jako żołnierz carski. Ale też pewnie był „czerwoną świnią”...
Internetowi krzykacze
Nie tyczy się to jedynie kwestii historycznych. To samo tyczy się bieżącej polityki. Ze świecą na portalach wp.pl szukać jakichś merytorycznych komentarzy do newsów politycznych, czy gospodarczych (o mitycznym onecie nawet nie wspominam). Zazwyczaj są to wypowiedzi na poziomie „Ryży-SS sprzedaje Polskę swej prawdziwej ojczyźnie!!!1111111”, i o Kaczyńskich analogicznie. Raz z ciekawości przejrzałem galerię o Kasi Tusk, która chce zostać pogodynką. Jak przeczytałem "potworzyca, wnuczka wehrmachtowca!!!", to mi się niedobrze zrobiło. W takich chwilach wstyd mi, że tacy ludzie pochodzą z tego samego narodu, co ja. Jeszcze gorzej, kiedy piszą o kimś z inteligencji. Wtedy musi się pojawić „prawdziwe”, oczywiście żydowskie, nazwisko. Gdy wypowiada się ktoś z lewicy, to można być pewnym całego szeregu „czerwonych świń” i „komuchów”. Ale nie merytoryki. Szkoda.
Ale cóż...
Ty tylko potwierdza moją starą tezę. Że nacjonalizm w Polsce ma głównie gówniarzersko-osiedlowy charakter. :)
PS. Zapomniałem dodać. Jak już ktoś musi o mnie pisać per "czerwona świnia" i "śmieć". Podpisz się gnojku swoim imieniem i nazwiskiem i to powtórz. Wtedy pogadamy
Jakim prawem? 15 komentarzy
Napisano dnia 29 grudnia 2009, w Ogólne, Polityka..., Przemyślenia Filozoficzne
Przy okazji 70. rocznicy agresji ZSRR na Kresy Wschodnie II RP na demotywatorach i w innych sieciowych miejscach publicznych pojawiło się mnóstwo materiałów albo nawołujących do zemsty na „ruskich”, albo po prostu traktujących o tej napaści i jej następstwach. Śledziłem również... opisy na gg pewnego młodego nacjonalisty, mieszkającego gdzieśtam. Zarówno je, jak i demoty, przeglądalem z pewnym rozbawieniem. Treść ich bowiem wyglądała zazwyczaj „Walczyliśmy do końca!!!”, „KATYŃ- Przebaczamy, ale nie zapomnimy!!!” itp. Co mnie w tym śmieszy, a czasem bulwersuje? Owo „-my”. Dlaczego? Ano dlatego, że demoty te są najczęściej mocno dziecięcego pochodzenia, z całym zestawem błędów ortograficznych czy interpunkcyjnych. Jakim prawem, synku, piszesz „walczyliśmy!!!”? Walczyłeś?
Rozumiem, że prawo do takich słów mają rodziny pomordowanych oficerów. Ale gdy takie słowa pisze nastoletni odźwierny na osiedlu (charytatywnie stojący w bramie:)), jednocześnie aktywista ruchu „JP na 100%” i boiskowy zadymiarz, to trudno nie potraktować tego inaczej, jak brukanie pamięci o ofiarach. Gdy słowa „walczyliśmy” pisze ktoś, kto swą jedyną walkę w życiu stoczył rzucając płytą chodnikową w radiowóz, to jest to hańbienie pamięci o pomordowanych. Nie- „bronienie pamięci”, lecz HAŃBIENIE jej.
Aktywność wielkich bojowników o wolną RP wróciła wraz z kolejną rocznicą wprowadzenia w Polsce stanu wojennego. Znów pojawiły się demoty o treści „Byłeś jeden, a nas były miliony” (adresowane do gen. Wojciecha Jaruzelskiego), dodawane przez kogoś, kto godzinę wcześniej wrzucił demota ze zdjęciem szkoły podstawowej w Radzyminie, najpewniej własnego (bo kiepskiego autorstwa). Pojawiały się demoty „Nie daliśmy się komunie” itp. I znów to „my!”. Byłeś tam? Przeżyłeś to? To czemu się w ten sposób wypowiadasz? Świetnie, przy innej okazji (którą szerzej omówię w innym tekście), skomentował to niejaki Klobuk, komentując wypowiedzi takiego krzykacza:
„A co do 89 to może nie wiesz, ale właśnie wtedy zakończył się w Polsce komunizm i jeśli system komunistyczny wyrządził ci krzywdę to raczej przed ta datą, a jeśli mieściłeś się wtedy na stojąco pod stołem to jest to raczej mało prawdopodobne, a w związku z tym bądź uprzejmy wygłaszać trochę bardziej stonowane komentarze bo zwyczajnie nie rozumiesz na co i dlaczego plujesz.”
W zasadzie oddaje to istotę problemu: jakie prawo pisać w ten sposób o Katyniu czy innych tragicznych momentach polskiej historii ma ktoś, kto ledwo od ziemi odrósł i któremu ten system nie wyrządził żadnej krzywdy? Rozumiem, że prawo do tych słów mogą mieć ofiary systemu. Ale nie ktoś, kto go nawet nie pamięta (jak ja).
Jest to kolejne potwierdzenie mojej starej tezy. Nacjonalizm w Polsce ma głównie gówniarzersko-osiedlowy charakter.
Szacunek dla pracy. 12 komentarzy
Napisano dnia 19 grudnia 2009, w Ogólne, Przemyślenia Filozoficzne
Jestem cholerykiem. Nie, nie na co dzień. W dni zwyczajne staram się być wyrozumiały. Nie, nie oznacza to, że jeżeli ktoś umówi się ze mną na wykonanie czegoś, otrzyma miesiąc czasu, by zrobić swoją część pracy i w przeddzień terminu wyśle mi przed północą sms-a o treści „Sorry, nie zdążyłem”, ew. uszkodzi wszystkie swe środki komunikacyjne i przestanie przychodzić do szkoły, to będę go głaskał po główce i mówił „Wiesz... fajnie, że jesteś”. W takiej sytuacji trafia mnie szlag, zwłaszcza, gdy ja swoją część wykonam. Czemu? Są dwa powody. Przede wszystkim- staram się myśleć zadaniowo. Dostaję termin, dostaję zadanie i wtedy istnieją dla mnie trzy rzeczy: termin, zadanie/ce i środki do wykonania/osiągnięcia go. Jeżeli się już w coś angażuję, to staram się dać z siebie wszystko, by cel osiągnąć. Zwłaszcza, gdy jest to jakaś praca grupowa. Wszystko musi być zrobione tak dobrze, jak się dało, albo jeszcze lepiej. I nieważne, jaki będzie tego koszt społeczny/szkolny/zdrowotny. Mam zrobić i zgodziłem się na to, to zrobię to. Z tego wynika powód drugi- doświadczywszy następstw takiego oddania się pracy nauczyłem się szanować pracę innych ludzi. W związku z tym nie znoszę, gdy ktoś nie szanuje mojej pracy. Ale tu nie tylko o to chodzi.
Zauważyłem, że większość ludzi nie zauważa tego, że ich działania dotykają innego człowieka. Nie chodzi tylko o sytuacje typu „idę korytarzem i trącam kogo popadnie”. W tym sensie człowiek to nie tylko nogi i ręce, to również jego własność, spokój, prawa i PRACA. W ten sposób buduje się wokół materialnego człowieka jego swego rodzaju przestrzeń- przestrzeń własności i w/w. Teoretycznie ja, jako człowiek otoczony swoją przestrzenią, powinienem szanować przestrzeń każdego innego człowieka. Jak jednak szanować to, czego się nie widzi?
Miała dziś [w piątek- przyp. tłumacza] miejsce wigilia szkolna. Grono pedagogiczne, plus nieliczni w tym roku uczniowie, plus jeszcze mniej liczni kombatanci. Gwoździem wigilii był, obok oczywiście życzeń i opłatka, program artystyczny przygotowany przez uczniów pod muzycznym kierownictwem wspominanego wczoraj kolegi Kuby W. i opieką naszej polonistki. Przygotowania trwały miesiąc i był to naprawdę ogrom pracy włożony w złożenie tego w spójną całość. Obok świetnych, od lat śpiewających, solistek, do przerobienia Maestro dostał kilka zupełnych amatorek, które wcześniej w takich imprezach udziału nie brały. On i dziewczyny sporo z siebie dali- na pierwszej próbie nowe koleżanki miały problem nawet ze złapaniem dźwięku, co dopiero z jego utrzymaniem i płynnym śpiewem (do tego stopnia, że rozsyłałem im tunery komputerowe, by mogły utrzymywanie czystego dźwięku ćwiczyć w domu z mikrofonem w ręku(-:). Efekt końcowy był piorunujący- świetnie brzmiący chór, bezproblemowo wykonujący naprawdę niełatwe partie, dzielone na głosy z różną dynamiką etc. Serce przy ich śpiewie biło naprawdę mocno. Mój udział w tym był skromny- dwie kwestie na gitarze elektrycznej, jedna na basowej. Ważniejszym było to wszystko sprawnie nagłośnić.
Godzinny harmonogram dostaliśmy jasny- od dziewiątej do dziesiątej trwa dekoracja sali, o dziesiątej do jedenastej wchodzimy ze sprzętem, o dwunastej zaczyna się próba generalna. Kolumny wynieść z piwnicy pomogli nam koledzy z klasy (dziękuję), przez co pierwszy etap poszedł dość sprawnie. Potem wszystko zaczęło się sypać. Wnieśliśmy kolumny na salę i zaraz zaczęliśmy tłumaczenie, że nie, nie wnieśliśmy ich tu po to, by dekorujący mogli składować na nich ścinki i odpady papierowe. Przynieśliśmy sobie trzy stoły (trzy dość masywne stoły, po schodach na górę), a gdy wróciliśmy się po przyniesione nam przez koleżankę krzesła, stoły rozjechały się po wszystkich końcach sali. Bo przecież stanie na stole zamiast stania na krześle to +2 do lansu. Dwa od razu zabraliśmy oburzonym gimnazjalistom, na trzeci zdążył się już wrąbać jakiś chłopak. W trepach. Mówię mu- skończycie, wyczyść stół i odstaw na miejsce, potrzebujemy go. Nie odstawił. I nie wytarł. Rozstawić kolumny? Nie, bo dzieciaki biegają i pospadają. OK. Rozwinąć kable? Nie, bo porozrywają. Przygotować mikrofony i wzmacniacze? Nie, bo tam drabina jeszcze musi stanąć, by można było zawiesić dekoracje (skończyli o czternastej- ledwo cztery godziny poślizgu). Nie mówiąc już o absolutnym debilizmie, jakim było odłączenie nam przedłużacza, z którego szedł prąd na kilkanaście różnych urządzeń (Czemu to g...o przestało działać...), by wpiąć zasilanie migoczących lampek na ścianie. Jakby nie można było wpiąć ich w nasz przedłużacz...
Nie wiem, jaki mieliśmy przez to poślizg. Duży. Najważniejsze było jednak to, że wszystko zaczynało się w dużym pośpiechu i nic nie było przygotowane gruntownie i spokojnie. A to wymuszało korygowanie wszystkich błędów na bieżąco. Latanie od mikrofonu do mikrofonu, od kolumny do kolumny. I gadanie jak do ściany, żeby nie siadać na kablach, bo sygnał odłączają. I żeby się o kolumny nie opierać, bo polecą. I żeby się tak nie drzeć, bo próba jest. Łącznie nad wyregulowaniem wszystkiego pracowaliśmy trzy godziny. Wszystko było dopięte na ostatni guzik, równo wymierzone, nawet kolumny poustawiane tak, by linie na parkiecie sali gimnastycznej wyznaczały zakres sceny. Mikrofony chóru wyczulone tak, by zbierać chór, a nie szum wokół. Nasze Panie było słychać na drugim końcu szkoły w połowie przerwy. Mikrofony solistek poprawione korektorem graficznym, by śpiewniej to wszystko brzmiało. Nie, nie obyło się bez spięć. Nie jestem typem człowieka, który gdy po trzech godzinach latania słyszy wyrzuty od sporo spóźnionej, dopiero co przybyłej solistki, „ile to jeszcze??!!!”, będzie pisał jej laurkę lub uniżenie błagał o pozostanie. Ale ogólnie pracowaliśmy w bardzo fajnej, choć (ze względów czasowych) zwariowanej atmosferze. Efekt był kapitalny- wszystko gotowe. Na koniec wyregulowaliśmy głośność elektryka i basu. Nad tonem i barwą pracowaliśmy na dwóch wcześniejszych zerówkach. Nie było to łatwe- z typowo heavy metalowej gitary i słabego pieca uzyskać ciepłe, przyjemne i akceptowalne dla klasycznego multiinstrumentalisty brzmienie. Efekt był zadowalający. Teraz już tylko wyrównaliśmy głośność. Potem kilka indywidualnych prób, dopracowanie szczegółów i koniec tej części. Wszystko wyłączyłem, zebrałem mikrofony w jednym miejscu.
Na odchodne potwierdziłem godzinę próby z jednym z dwóch zespołów grających na tej samej wigilii. O tym, że będą grać dowiedziałem się zupełnie przez przypadek, gdy prowadziłem poszukiwania zaginionego wzmacniacza i mikrofonu. Nie chcę z siebie robić jakiejś szarej eminencji, ale takie rzeczy fajnie by było wiedzieć nieco wcześniej. Koniec końców, nikt nie miał takich możliwości, by zepsuć im ten występ, jak nagłaśniający. Z oficjalną grupą kwestie ustawień omawialiśmy na tydzień przed wigilią. Wszystko- liczbę mikrofonów, ich przydział, przeznaczenie, układ osób i sprzętu. Maestro i ja z charakterystycznym dla nas obydwu upierdliwym perfekcjonizmem ustawialiśmy wszystko, co można było ustawić. A tu teraz trzeba przecież wygospodarować miejsce na perkusje, sprzęt gitarzystów i jakiś Lebensraum dla tych zespołów. Gdyby nam, nieświadomym innych grup, weszli w piątek po domizianiu przez nas wszystkiego i zaczęli się rozstawiać, to by dopiero poznali, co to znaczy duet Wnuk i Pakulski w szale bojowym. Ale wszystko poszło gładko- w ten przeddzień ustaliliśmy, że po swojej czwartkowej próbie zostawią naszą kolumnę, wzmacniacz i mikrofon na sali (mikrofonu nie zostawili, kolumnę wrzucili nam na szafę...:)), że przyjdą na 14:30 się rozstawić, że na 15:30 zrobimy im próbę. Potwierdziłem godzinę i wyszedłem.
Jak wróciłem, świeciło się wszystko, co mogło się świecić. Wszystko było włączone. „Ktoś to ruszał? Nieeeeeeeeeeeee, skąd???”. Nie ruszałem, ale wiesz, ten mikrofon nie działa. Jeden z podwójnego zestawu nagłaśniającego chór. Od razu żaróweczka w głowie: no pięknie, dziewczyny miesiąc zasuwały, żeby się przygotować, a teraz idzie się to... Prawie godzina szamotaniny ze sprzętem, żeby to naprawić. Nieskutecznej. W międzyczasie znalazł się jeden zaginiony mikrofon, naprawiliśmy inny zestaw. Zamiast obiecanych pięciu były cztery. Jeden zabrałem chórowi, walcząc przy tym z prowadzącym zespół. Trudno, komuś trzeba. Kolejna godzina opóźnienia.
Nie, nie była to łatwa godzina. Jeden z zespołów postanowił sobie pograć mimo braku mikrofonów. I mimo powtarzanych i przeplatanych coraz ostrzejszymi przekleństwami próśb i ponagleń, by przestali i pozwolili nam (ja+informatyk+opiekun zespołów) doprowadzić sprawę do końca. Ponagleń oczywiście nieskutecznych. Po którymś razie usłyszałem dudnienie. Cholernie znajome dudnienie. Po chwili zorientowałem się, że basista drugiego zespołu też postanowił sobie pograć. Hmm. Na moim sprzęcie.
-Kolego, co ty robisz?
-Gram.
-Ale ty wiesz, że to mój prywatny sprzęt, nie?
-No wiem. No i co?
-No to, że wypadałoby się zapytać, czy można...
-??? A tak w ogóle, masz aktywne przetworniki??
-Nie.
-To czemu ustawienia są takie do dupy?
-Nawet nie próbuj...
Potem prośba, by przestał grać, bo sprawdzamy mikrofony i nic nie słychać. Skinął, że przestanie. I gra dalej. Kolejna prośba. To samo. Trzecia, czwarta. Aż informatyk nie wyłączył wzmacniacza basowego. Spokój? Nie. Bo po chwili rozlega się równie znajomy dźwięk. Hmmm, gitary elektrycznej. Hmm, na moim wzmacniaczu. Tym razem gitarzysta tego zespołu postanowił sobie pograć. Znów ta sama gadka, znów ta sama reakcja. Ten jednak miał mniej instynktu samozachowawczego. Postanowił sobie pokręcić. Nie zauważyłem, ciepła i miła dla ucha gitara zabrzmiała już na samej wigilii nie tylko ostro i narowiście, ale do tego dwa razy głośniej, niż powinna. Nie mówiąc o tym, że z solo w „Cichej nocy” nie zostało nic, bo strun do trzeciej włącznie w ogóle nie było słychać. Nie wiem, czy to takie trudne do zrozumienia, że na gitarze elektrycznej grają również ludzie, którym zależy, by brzmiała ona adekwatnie do granego materiału bez topienia dźwięku w tonie przesteru. W naszym przypadku przygotowanie sprzętu nie polegało na jedynie jego włączeniu. I trochę czasu na wyregulowanie brzmienia poświęciliśmy. O rzucanych na ziemię kablach na trasie szybkiego i masowego ruchu Maestro-chór wspominać chyba nie trzeba. Gdyby ktoś na nie skoczył i wyłamał końcówki, to też by nie był winnych.
Czy tego naprawdę nie widać? Że ktoś ZAPIER....LAŁ przez miesiąc, tydzień czy ostatnie cztery godziny, żeby to wszystko działało? Że to coś NALEŻY do kogoś innego i że WYPADAŁOBY zapytać o możliwość korzystania z tego? Że NIE WYPADA rozregulowywać CUDZEGO sprzętu na godzinę przed imprezą? Że po prostu PEWNYCH RZECZY SIĘ NIE ROBI, bo naruszają one w jakiś sposób czyjąś przestrzeń? Że „CISZA!!!” oznacza „ciszę”, a nie „Dajcie czadu chłopaki!!!”?
Nasza część wigilii wypadła rewelacyjnie. Jest to pierwsza impreza szkolna, w trakcie której nic nie nawaliło. Raz tylko koleżanka wyszła z wyłączonym mikrofonem. Dziewczyny cudownie wyglądały i jeszcze lepiej śpiewały, recytatorzy też byli bezbłędni. Błędu z gitarą chyba nie było słychać. Potem życzenia, opłatek, trochę jedzenia, dalej śpiewanie, znowu jedzenie. A potem występy zespołów. Pierwszy grał instrumentalny (ci od moich wzmacniaczy). Trudno to ocenić, bo gitara była wyciszona. Bas brzmiał tak, jak ma brzmieć bas w tego typu muzyce- to, czy był adekwatny to wigilii szkolnej, to inna kwestia. W drugim przypadku też wyciszyło partię solową jednej gitary. Miały one najbardziej przeze mnie nielubiane brzmienie gitar elektrycznych :) Za to basista i perkusistka grali bardzo sprawnie, zwłaszcza ten pierwszy. Miło czuło się jego grę na żebrach:) Natomiast skutek tych dwóch występów był dość, hmm, wymierny. Uczniom się podobało, natomiast kombatanci zaczęli masowo opuszczać salę, za nimi poszli nauczyciele. Wigilia skończyła się szybciej niż zwykle. Pół godziny sprzątania sprzętu. Za dwadzieścia dziewiąta było po wszystkim.
Następnym razem zabiorę ze sobą kartkę: NIE DOTYKAĆ!!! KOPIE PRĄDEM!!!
A mikrofony pomaluję w barwy maskujące.
Ludzie. Tak się, kurde, nie robi...
Potęga symbolu 4 komentarze
Napisano dnia 09 listopada 2009, w Ogólne, Polityka..., Przemyślenia Filozoficzne
Będąc w pierwszej albo drugiej klasie gimnazjum naszyłem na swoim plecaku inicjały. Lewy dolny róg dumnie zdobiło „JP”. Dlaczego? Sam nie wiem/nie pamiętam. Po prostu wszystkie sztucznie postarzane kostki miały wówczas jakieś imiona i nazwiska czy inicjały rzekomych żołnierzy frontowych, więc i moja, niepostarzana, musiała mieć. Oprócz dumnych inicjałów znajdowały się na nim jeszcze naszywki AC/DC, odwrócony krzyż z inicjałami B.S (od Black Sabbath, jakoś nikt tego nie kojarzy), dwoma naszywkami Judas Priest, jakąś Mettalicą, Rammsteinem i czymśtam jeszcze. W przeciągu tych lat dochodziły tam różne dopiski, w zależności od przypływu szczeniackiej inwencji. Pod koniec drugiej klasy gimnazjum jeszcze flaga Niemiec, co by mnie podczas pobytu w Niemczech przed imigrancką młodzieżą bronić. Któregoś wieczora przysiadłem i nieco przeczyściłem wierzchnią warstwę. Wyleciały trzy szóstki i jeden Judasz, Metallica i coś jeszcze. W zamian pojawił się wyszywany własnoręcznie „Judas Priest”, przedzielony judaszowym krzyżem, flaga Polski, co by mnie podczas pobytu w Polsce przed polską młodzieżą bronić i metalowa przypinka „Uśmiechnij się”. „JP” zostało. Wówczas znaczyło jedynie „Jakub Pakulski”. Niektórzy nawet szkolni znawcy mojej osoby tłumaczyli to na „Jan Paweł” (jako wyraz mojej rzekomej bezgranicznej uległości wobec kleru) bądź „jestem ******lnięty” (czego tłumaczyć ani negować chyba nie muszę).
Od pewnego czasu ludzie się na mnie dziwnie patrzyli. W szkole, w autobusie, gdziekolwiek. Nie, żeby to była jakaś nowość, tym razem jednak skupiali się na plecaku. Nic obrazoburczego przecież na nim nie ma. Wcześniej rechotali z okularów, puchowej kurtki, czasem pijoczki czepiały się książek, ale do plecaka nic nie mieli. Zaczepiała mnie też policja. To też nie jest żadna nowość, kiedyś postanowili mnie spisać za spacerowanie o godzinie szesnastej po osiedlu Przyjaźni. Pytali o wartościowe przedmioty (wówczas odtwarzacz mp3) i ich pochodzenie. Jak usłyszeli „finał gimnazjalnego konkursu filozoficznego”, to bez słowa się odwrócili i poszli dalej. Teraz zatrzymywali się, oglądali i patrzyli wzrokiem mówiącym „no dawaj gówniarzu, no dawaj!”. Co jest panowie, ja do was nic nie mam!
W piątek, pisząc na WOK specyfikę subkultury heavy metalowej usłyszałem coś w stylu „Co ty Kuba taki antypolicyjny jesteś?”, z dodatkiem „A na 100% już się nie zmieściło, co?”. O żesz w mordę. Kilkumiesięczne rechotanie z ruchu „JP na 100%” się zemściło. Wyjąłem nożyczki i szybko wyciąłem, co mogłem. Trochę zostało. Uśmiecha się do mnie z rogu pokoju i czeka na swoją kolej.
Gdy symbol ostro wnerwia
Moją aktualnie przemijającą lekturą są „Dziady”Mickiewicza. Miałem takie... szczęście, że trafił mi się egzemplarz czytany wcześniej przez jakiegoś cholernie elokwentnego gówniarza. Cała książka jest w swastykach, zarówno klasycznych jak i alternatywnych (trójramiennych etc). I nie przyjmę tu chrzanienia o tym, że swastyka wcześniej oznaczała co innego. Znam inne znaczenia i zastosowania swastyki, również w symbolice polskiej. Niemniej umieszczenie jej w kontekście pisanego na przemian „Heil! Heil! Heil!”, „Chwała, Chwała, Chwała!”, „Tylko autorytaryzm!”, „Apartheid is good!” i „Niech panuje Aryjska Rasa!” nadaje jej w 100% określone znaczenie. I w pełni odbiera przyjemność z czytania. Ale to potwierdza tylko moją starą tezę, że nacjonalizm w Polsce ma gówniarzersko-osiedlowy charakter.
Jasne, „to tylko młodość”. Sam pamiętam czasy (szkoły podstawowej, ale jednak), gdy swastyka była tak strasznie śmieszna. Jeszcze w gimnazjum miałem w klasie idiotkę, która mi je na piórniku rysowała (oczywiście różowe), znając moją apatię do jakiejkolwiek skrajnej prawicy. Bo to śmieszy. Ale co jest pobudką do zapisania co drugiej strony książki rysunkami penisa z dopiskiem „tu byłem!!!”? To co, do cholery, wyprawiano z tą książką??!!!
„Bo chciałem być fajny...”
Symboliki można użyć nie tylko w złej intencji. Przykładem niech będą nauczyciele, którzy próbując być fajnym rzucają pod swoim adresem na lekcji jakieś obraźliwe fragmenty gwary uczniowskiej, zupełnie się przy tym ośmieszając, bo to dźwięcznie brzmiało. Czy też uczniowie, którzy na dyrektorski zakaz przynoszenia pistoletów na kulki do szkoły rozwiesili po szkole odezwy okupanckie do ludności polskiej nakazujące zwrot broni posterunkom Wehrmachtu pod groźbą kary śmierci. Bo to wydawało się śmieszne i w ogóle. Wszystko można zrozumieć, samemu było się, jest i jeszcze długo będzie młodym i głupim. Mam jednak tylko jeden zestaw pytań- czemu w książkach biblioteki czy na korytarzach szkolnych? A nie w domu, w domowych książkach i w obecności domowników? Bo mamusia by zawału dostała widząc PRZEKLINAJĄCEGO SYNECZKA? To jedno z moich starych powiedzonek: uważasz, że jesteś hardkorem/za....bisty? To zrób to przy swojej matce. Jakoś zawsze działało.
Galerianki 6 komentarzy
Napisano dnia 24 października 2009, w Ogólne, Przemyślenia Filozoficzne, Przemyślenia Globalne
W końcu, po kilku tygodniach marudzenia, zobaczyłem przy okazji szerszego wyjścia ten obraz. Pod kinem znaleźliśmy inną licealną grupkę i kupiliśmy bilet grupowy :-) (nam brakowało jednej osoby). To był jeden z zasadniczo dwóch problemów, na które napotkaliśmy. Drugim była grupka gówniarzerii siedzącej przed nami i w debilny i infantylny sposób komentującej kolejne sceny. Trudno jest wejść w postać (a na tym mi najbardziej zależało!!!), gdy towarzyszy jej potok idiotyzmu. A tak poza tym, to większych problemów nie było ;)
Film arcydziełem nie jest. Od strony warsztatu ma sporo braków. Aktorki w części dialogów zacinają się, niektóre sceny i całe wątki są naciągnięte (jak choćby ta z samobójstwem- nie ruszyła mnie w ogóle, a szkoda) i jakieś takie niedorobione. Wielkie brawa natomiast należą się za temat i treść. Sam fakt poruszenia tematu młodocianej prostytucji i całej warstwy syfu narosłego wokół instytucji pt „gimnazjum” zasługuje na wielkie brawa, takich filmów mi w polskiej sztuce brakuje. Drugą wielką zaletą obrazu był sposób ujęcia młodzieży- bez infantylnych i absolutnie nic nie mających z rzeczywistością dialogów rodem z polskich telenowel, za to z autentyczniej brzmiącymi wypowiedziami, okraszonymi mięskiem i slangiem. Katarzynie Rosołaniec udało się głęboko wejść w opisywane zjawisko i doskonale je zrozumieć. Wcześniej czytałem w „Polityce” wywiad z nią i była to pierwsza tak kompetentna wypowiedź osoby dorosłej o kurwiącej się młodzieży, jaką czytałem.
Autentyczność zjawiska
Przed zobaczeniem filmu czytałem i słyszałem różne opinie. Oprócz pozytywnych również te negatywne. Że film jest niby przerysowany, tendencyjny. Jakaś zakonnica stwierdziła, że on w ogóle nic z rzeczywistością wspólnego nie ma. Innym razem, że to tylko problem najgorszych szkół. Więc po kolei. W mojej opinii, człowieka młodego i niewiele od bohaterek starszego, przerysowania zawarte w filmie nie mają żadnego wpływu na jego główną treść. Owszem, pojawiają się, ale ogólna teza filmu przerysowana na pewno nie jest. Przedstawiono bowiem trzy „galerianki” na całą szkołę. Czy to sporo? Jeżeli zważymy, że w Polsce jest ponad 1600 tys gimnazjalistów, to uzyskamy liczbę dziesięciu tysięcy dotkniętych tym problemem dziewcząt. To sporo. Oczywiście spora część uczniów to nie mieszkańcy miast z galeriami handlowymi, ale w ogóle liczba trzech osób na szkołę (szkoły są przecież różnych rozmiarów) jest dyskusyjna. Czy adekwatnie mała? Można wątpić. W końcu problem kwantyfikatora najgorszych szkół. Przede wszystkim w obecnie prawie każde rejonowe gimnazjum (bez egzaminów wstępnych lub limitu miejsc) to najgorsza szkoła. A tych jest przecież najwięcej. Ale to nie wszystko- szkoły „limitowane” wcale nie są od galerianek i sponsorowanych wolne. Sam z jedną chodziłem do klasy. I sprzedajność była dla niej powodem do dumy z rzekomej „dorosłości” i „dojrzałości”.
Wolność a młodość
Tym, co mnie osobiście najbardziej uderzyło, była oczywiście metamorfoza głównej bohaterki. Z cichej, spokojnej, zamkniętej w sobie (ale pragnącej bliskości) dziewczyny staje się ona jedną z galerianek. Owszem, na końcu symbolicznie topi dziewczynę, która ją w to wciągnęła, w kiblu i zmywa makijaż, ale nie przeczy, że stała się jedną z nich. Czy dziewczyna, która staje wobec „zła tego świata”, czy też (stosując bardziej filozoficzną kategorię), powszechnego kurewstwa, musi się mu podporządkować i biec zgodnie z jego pędem, samemu przy tym kurewiejąc? W tym wypadku wybrała taką drogę. A czy w rzeczywistości mogłaby wybrać inną? Czy znalazłaby w kimkolwiek oparcie? W kim? W ojcu-pierdole, puszczającej się (za pieniądze?) matce, szkole, nauczycielce z poprzedniej epoki, chłopaku sapiącym do pornosów? Pytanie pozostaje zostawić bez odpowiedzi, nie wolno przecież uogólniać. Mimo że dla 90% przypadków chyba znamy odpowiedź.
Co zrobić z gimnazjami?
Należę do umiarkowanych przeciwników gimnazjów. Nie ze względu na złe założenia reformy, ale na jej skutki. Zabrzmi to jak słowa jakiegoś starego pierdziela, ale dzieciakom w klasie siódmej po prostu odwala „dorosłość”. Bo wszystko im wolno. Bo są nastolatkami. Bo skończyli pierwszy etap swej edukacji. Dla mnie nie jest to problemem, bo nie chodziłem do szkoły rejonowej (dlatego też mogę być nieobiektywny). Gimnazjum przy dziewiątce pozwala co najwyżej twierdzić, że młodzież debileje, ale nie chamieje. Owszem, u nas również zdarzają się mniejsze bądź większe świństwa uczniowskiego autorstwa (czego niestety sam jestem niechlubnym przykładem), ale nijak to się ma do dna sinusoidy. Ale z tym dnem jest jak z puszką Pandory- raz otwarta będzie straszyła do końca. Nasze dno sięgnęło już dna niemieckiego czy szerzej- zachodniego- i sama likwidacja gimnazjów tego już nie zmieni. Pozostaje wierzyć, że ew. poprawienie się sytuacji materialnej mas pozwoli zmniejszyć desperację* i co za tym idzie- podnieść cenę młodocianych usług. Za wyższą ceną idzie mniejszy popyt. Oby się to sprawdziło.
Na chwilę obecną polecam jedną małą zmianę- zabranie gimnazjalistów wszystkich klas do kina na „Galerianki”. Nieważne, że film wulgarny i momentami ostro erotyczny. Może uda mu się coś zmienić. Natomiast we mnie zmiana zaszła inna- wróciła myśl, czy jako drugiego kierunku nie zrobić resocjalizacji. Może...
*- nie uwzględnia to faktu, że spora część galerianek to dziewczyny z dobrych domów, córki prawników i lekarzy, które puszczają się dla zabawy. Głupoty bogactwo nie leczy
RENT Dodaj komentarz
Napisano dnia 17 października 2009, w Ogólne, Przemyślenia Filozoficzne
Uwaga! Zawiera elementy fabuły!
Tydzień temu miałem przyjemność zobaczyć w szczecińskiej Operze na Zamku musical „Rent”. Sam nie wiem, czemu nadać rangę przyjemności większej- samemu dziełu, czy może towarzystwu, w jakim miałem chwilową przyjemność się obracać- obydwa bowiem elementy tego wieczoru były co najmniej bardzo satysfakcjonujące :). Jedyne, co można zarzucić temu musicalowi, to długość i zbyt ostre podzielenie odcinków akcji. Po prostu przed w 2/3 przedstawienia myślałem już „ile jeszcze?”, bowiem kolejne sceny były odgrywane, a nierzadko nie mogłem znaleźć w nich kontynuacji scen poprzednich. Kilka fragmentów zresztą bym wyrzucił, jak choćby scenę z „krową”. Ani nie grzała, ani nie śmieszyła. Oczywiście od razu nastąpiło porównanie do „HAIR”, choć nie są to sztuki równoległe (musical na scenie a musical w formie filmu). I chyba tylko sceniczność wykonania ochroniła aktorów przed wskazaniem na film. Co nie zmienia faktu, że był to bardzo przyjemny wieczór, a kreacje na scenie były w 90% bezbłędnie świetne. Szczególnie udany był absurdalny humor zawarty w prawie każdej wypowiedzi. Tyle o wykonaniu, teraz do przesłania.
Przesłanie
Akcja zaczyna się na poddaszu, na którym znajduje się dwóch przyjaciół-artystów: kamerzysta i gitarzysta. Ten pierwszy marzy o nakręceniu filmu stulecia, drugi zaś pracuje nad pieśnią wszech czasów. Jest bożonarodzeniowa noc. Wkrótce gaśnie światło- bohaterowie nie opłacili czynszu. Czekają na przyjaciela. Zjawia się trzecia postać, przedstawiciel jakiegoś konsorcjum (zapomniałem większości imion, nazwijmy go biznesmenem), właściciela kamienicy. Żąda zapłaty za czynsz. Z czasem okazuje się, że to ich dawny przyjaciel. Kolejno do akcji wchodzą kolejne osoby. Ongiś stanowili oni jedną wielką rodzinę, teraz tworzą kilka skłóconych ze sobą (głównie z powodu pieniędzy bądź rywalizacji uczuciowej) grupek. W pewnym momencie z kolejnym dawnym przyjacielem (tym, który miał przyjść jako pierwszy) zjawia się transwestyta Angel, wokół którego osobowości (i pieniędzy rozwiązujących problemy) odbudowuje się dawna grupa, do której dołączają jeszcze dwie lesbijki. Wszyscy żyją w „szczęściu absolutnym”, bez kłótni i problemów. Do czasu.
Dalej akcja toczy się tak, jak w życiu, nawet jakby znajomo. Grupę zaczyna rozsadzać zazdrość oparta głównie na sprzecznych uczuciach. Biznesmen wypycha z grupy Gitarzystę, bowiem startują do tej samej dziewczyny. Muzyk zresztą z wielką chęcią się wycofuje, okazując wszem i wobec swe cierpienie. Wkrótce sprzeda instrument i wyjedzie z miasta. Do tego dochodzi kłótnia między przyjaciółkami o to, która którą krócej trzyma. W końcu zrywają one ze sobą. Tylko Angel i jego przyjaciel żyją ze sobą w szczęściu i próbują zatrzymać upadek całości. Wkrótce cała reszta jest ze sobą skłócona. Tylko filmowiec stoi jakby z boku, zaangażowany, ale nie walczący, dokumentując kolejne etapy rozpadu przyjaźni. Ale (w opinii reszty) to oczywiście on się „alienuje”, oddaje pracy, lekceważy przyjaciół i nie chce „poddać się grupie”. I w ten sposób z człowieka, który nie chce się angażować w upadek swych przyjaźni robi się głównego winowajcę.
W końcu, gdy wydaje się, że już wszystko stracone, Angel umiera na AIDS. Wokół jej łóżka gromadzi się dawna grupa. Dawne waśnie zostają zawieszone. Szybko jednak wracają. Tylko w towarzystwie przyjaciela Angel jest spokój. Gdy on znika, konflikty wracają. Do miasta wraca muzyk, zbliżają się święta („Dzwonią dzwonią dzwonki, dzwonią dzwonią dzwonki, dzwonią dzwonią dzwonki, w MTV”). Znów filmowiec i muzyk są sami. Na tym samym poddaszu. Znów wyłączają prąd. I znów ktoś do nich przychodzi- przyjaciel Angel. Wkrótce przynoszą ukochaną muzyka i biznesmena w stanie agonalnym. Umiera, ale wkrótce ożywa, jak twierdzi- za sprawą Angel. Wokół tego cudu dawna grupa znów się jednoczy. Fabuła zatacza krąg.
I pewnie będzie zataczała dalej.
Aż wszyscy nie wymrą.
Bo Polska jest w nas 9 komentarzy
Napisano dnia 14 października 2009, w Ogólne, Polityka..., Przemyślenia Filozoficzne
Ostatnimi czasy na joggerze pojawiło się kilka tekstów-manifestów dotyczących kraju, w którym przyszło nam żyć. Naszym kraju. Kolejności chronologicznej były to moje skromne „I have a dream”, „Polska jest jak PHP” Claygirl, oraz przedruk Zbyszka Czernika „Żyjemy w kraju” z racjonalisty.pl (autor: Łukasz Dąbrowiecki). Jeżeli kogoś pominąłem, to nie ze złej woli (dopisać się można w komentarzach). Swoich wypocin komentować nie będę, natomiast chciałbym się odnieść do dwóch pozostałych tekstów. Na pewno nie będzie to nacjonalistyczny osiedlowo-gówniarzerski jazgot o tym, że Polska jest tak naprawdę piękna i wspaniała (bo nie jest), ale to wszystko wina bliżej nieokreślonej „masonerii” czy „żydokomuny” (bo to wina Polaków). Mimo wszystko może być ciekawy :)
„Polska jest jak PHP”
Teza artykułu jest parafrazą wypowiedzi Karola Kozuba ("W PHP można pisać dobre programy, ale język tego nie wspiera.") :
"W Polsce można żyć dobrze i szczęśliwie, ale kraj tego nie wspiera."
Pierwsze pytanie, które się nasuwa, brzmi: co to właściwie jest ten „kraj”? Kraj to instytucje polityczne? Nie, raczej nie. To jest państwo. Kraj to ustrój? Kultura? Historia? Prawo? Góry i niziny? Gospodarka? Czy może raczej społeczeństwo? Europejską protoplastą „kraju” jest grecka polis, gdzie polis to nie tylko „miasto-państwo”, jak się zwykło tego uczyć na historii. To wszystko to, co odróżnia społeczeństwo od stada zwierząt, tj organizacja społeczeństwa, prawo pisane i zwyczajowe, historia polis, instytucje państwowe, w końcu tradycyjna pozycja rodów szlacheckich i ludzie to polis tworzący. Aleksiej Łosiew pisze, że polis to: „całe życie społeczne i społeczno-polityczne zorganizowane w jedną całość. […] Inaczej mówiąc, grecką polis należy rozumieć jako najmniejsza jednostkę historyczną obejmującą to wszystko, co należy do społecznej kultury w jej całokształcie”. Innymi słowy: polis było wszystkim. Ale kto był polis? Motto greckich kolonizatorów brzmiało: Gdziekolwiek WY będziecie, tam będzie Wasze polis!. Nie „gdziekolwiek będzie wasz władca”, czy też „wasze miasto”. Istotą polis uczyniono społeczeństwo i ludzi je tworzących. Hannah Arendt pisze w „Kondycji Ludzkiej”, że rzeczywistością polityki jest typ interakcji między ludźmi, dla których państwo użycza jedynie sceny (za Niną Gładziuk, „Tysiąc oczu Polis”). Można to przekształcić na parafrazujące „państwo to scena, aktorami ludzie”. Dlaczego jest to tak ważne? Bowiem sceną może być scena Teatru Narodowego. Ale równie dobrze może to być ulica, ławka w parku czy piwnica. Owszem, w ciepłym fotelu ogrzewanego budynku ogląda się przedstawienie przyjemniej. Ale równie dobrze można usiąść na chodniku czy trochę postać. Zresztą, naszą ambicją winno być w miarę częste wchodzenie na scenę, a nie siedzenie przed nią. Czy to poprzez żywe uczestnictwo w życiu społecznym, czy choćby przez bloga.
Kolejnymi przykładami wartymi przywołać jest wybitny XX-wieczny myśliciel chrześcijański Józef Tischner, który to twierdził, że to nie system polityczny czyni ludzi szczęśliwymi, lecz oni sami. Można do tego dodać tezę Thich Nhat Hanh'a, który to w książeczce „Każdy krok niesie pokój” stwierdza między wierszami, że „pokój jest w nas”. Nie w państwie, nie systemie, lecz w ludziach. Nawet, jeżeli przyjmiemy, że system rozbudowanej pomocy społecznej uczyni społeczeństwo absolutnie szczęśliwym (a nie uczyni), to ktoś na funkcjonowanie tego systemu musi zapracować. Czyli źródłem społecznego szczęścia nie jest system, lecz opodatkowana praca, opodatkowana aktywność ludzka. Itd.
W oparciu o powyższe dwa akapity można przekształcić tezę na
"W Polsce można żyć dobrze i szczęśliwie, ale ludzie tego nie wspierają."
A po usunięciu podmiotu nieokreślonego na:
"W Polsce człowiek może żyć dobrze i szczęśliwie, ale ludzie tego nie wspierają."
A stąd prowadzą co najmniej dwie drogi.
Droga pierwsza
W gruncie rzeczy to... z jakiego powodu ludzie mają ułatwiać Ci życie dobre i szczęśliwe? To tylko i wyłącznie Twój interes, by tak żyć! Albo, którą cenię wyżej:
Droga druga
W zasadzie to teza ta brzmi tak: nie możemy żyć godnie, bo tego sobie nie ułatwiamy. Ale zaraz... czyja to wina? Jest to relacja jest na linii my-my, bądź ja-my. Zawsze jednak pierwszy człon zawiera się w drugim, stanowi jego część. Czyli To również od Ciebie zależy, czy będziesz mogła liczyć na wsparcie reszty społeczeństwa. Bowiem to Ty jesteś jedną trzydziestoośmio milionową reguł przez nie ustalanych. A to nie tylko korzyści, lecz również odpowiedzialność za całokształt.
Żyjemy w kraju...
Na wstępie zaznaczam, iż z treścią merytoryczną dotyczącą nadużyć kościoła katolickiego w sferze publicznej w pełni się zgadzam. Mnie tez wk..... denerwuje sytuacja, w której kapelan jakiejś służby zarabia kilkukrotność zarobków mundurowych+ mieszkanie służbowe+ samochód za samo bycie na miejscu (vide: celnicy). Irytuje mnie to, że na lekcje religii w szkole etat i sala znajduje się zawsze, a lekcje etyki miewałem i od piątej godziny po południu, a za gros czasu ze mną spędzonych (liczba przekraczająca tysiąc kilkaset godzin) szkolny filozof nie otrzymywał ani grosza. Wpienia mnie to, że od każdej złotówki płaconego podatku prawie trzy grosze idą na obowiązkową daninę na jedyną_słuszną_religię. O lęku polityków przed gniewem biskupów nie wspominając. Mimo to nie mogę sobie odmówić małej formalnej zabawy nad przedstawionymi tezami, w oparciu o spostrzeżenia z wcześniejszej części.
Weźmy pierwszą tezę
— Żyjemy w kraju, gdzie głowa jednego z wyznań podczas swych wizyt jest fetowana przez czynniki państwowe, a na przygotowanie jej podróży, choć nie jest wizytą dyplomatyczną, wydawane są środki publiczne z budżetu państwa.
I przekształćmy ją na raczej:
— Żyjemy w kraju, gdzie większość społeczeństwa akceptuje to, że głowa jednego z wyznań podczas swych wizyt jest fetowana przez czynniki państwowe, a na przygotowanie jej podróży, choć nie jest wizytą dyplomatyczną, wydawane są środki publiczne z budżetu państwa.
I analogiczny zabieg przeprowadźmy z każdą tezą. Otrzymamy wówczas krytykę nie „kraju”, ale społeczeństwa, czyli nas wszystkich. Bowiem kto decyduje o tym, że szkoła x nie podaje godziny rozpoczęcia roku szkolnego, lecz godzinę mszy? Dyrektor. A skoro uczniowie i ich rodzice nie doprowadzili do zmiany tego stanu, to oznacza, że społeczeństwo na taki stan się zgadza. Itd., itd... Jeżeli rzeczywistość jest rąbnięta, to równie porąbane musi być społeczeństwo. Bowiem ono ją tworzy.
Jaki to ma cel?
No właśnie, po co tych tysiąc kilkaset słów rozgryzania innych słów? Ano po to, by uświadomić sobie, że Polska jest w nas. Że to nie od państwa zależy, jak będziemy żyli, lecz od nas, bowiem koniec końców to my te państwo determinujemy. Gdyby społeczeństwo miało rozwinięty zmysł samozachowawczy, empatii i szacunku dla pracy (a nasze nie ma), to nie byłoby potrzeby budowania silnego państwa socjalnego. Gdyby krajów zachodnich nie zalewały nacje ze społeczeństw bez ww zmysłów (również Polacy), to ich model państwa socjalnego nie bankrutowałby. Wniosek z tego wypływa następujący- to społeczeństwo stanowi, w jakich warunkach żyje. A każdy z nas jest jego częścią.
Racjonalizm wariata 2 komentarze
Napisano dnia 29 września 2009, w Ogólne, Przemyślenia Filozoficzne
Przed niemal już trzema tygodniami miałem możność mieć zajęcia z nową polonistką IX LO. Po jednej godzinie trudno „osądzić” osobę nowego nauczyciela (zresztą nie jestem w żadnej mierze kompetentną osobą, by czynić to publicznie), niemniej moje wrażenia były niemal jednoznacznie pozytywne. Chciałoby się rzec, że gdyby wszyscy belfrowie zaczynali w ten sposób, oblicze naszej oświaty byłoby znacznie pozytywniejsze. Zbyt mała próba kontrolna uniemożliwia jednak tak definitywne sądy. Ale do rzeczy.
W trakcie omawiania tekstu literackiego narysowana została standardowa dychotomia pomiędzy oświeceniowym empiryzmo-racjonalizmo-scjentyzmem (scjentyzm usiłowałem wykreślić, nieskutecznie) a romantycznym irracjonalizmem. Przez polonistkę została postawiona teza brzmiąca „wariactwo przecież kłóci się z racjonalizmem”,. Ja natomiast chętnie pokłóciłbym się z tym twierdzeniem. Lekcyjną polemikę sobie odpuściłem. Raz, to polski, a nie filozofia, dwa to treść względem tematu raczej poboczna, trzy w coraz większym stopniu przechodzi mi pęd „ufilozoficzniania” wszystkich wkoło (a klasowe gremium ma już prawo mieć tych praktyk szczerze dość). Niemniej temat to dość wdzięczny dla intelektualnej zabawy, w sam raz na okienko między zajęciami.
Poproszony wczoraj o definicję wariactwa odparłem „Wariactwo to zamknięcie się w sowim umyśle”. Zanegowano ją jako zbyt filozoficzną. Niemniej jestem gotów jej bronić. Wariat traci kontakt z potocznie pojmowaną rzeczywistością, czyli, w kategoriach filozoficznych, rzeczywistością realistyczną. Wariat (w największym skrócie oczywiście) postrzega coś, czego potocznie nie ma, a nie dostrzega realnych problemów. Skupia się na wytworach swego umysłu i doprowadza przetwarzanie danych empirycznych do skraju umysłowych możliwości. Nawet, jeżeli to, co zewnętrzne dociera do jego świadomości, to odbiera on materiał silnie przerobiony (przystojny mężczyzna z pluszowego misia, stary nieżyjący przyjaciel z myszy czy szczura, kumpel przerobiony na białego smoka etc). Jest zamknięty sam w sobie.
Definicję racjonalizmu podawałem we wcześniejszym tekście „Racjonalizm a empiryzm”. Zakłada ona, że za to, co REALNE, uznajemy to, co jest dziełem ludzkiego rozumu. Mówi to nawet (a może przede wszystkim?) wyświechtane „myślę, więc jestem”, „myślę=>jestem”. Myślenie staje się założeniem, stąd fetysz logiki, a potem matematyki (po uprzednim zlogicyzowaniu jej). Wariat zamyka się w tym, co jest wytworem umysłu, stąd jest racjonalistycznym bytem, idealnym.
Skąd więc wzięła się teza o „wariactwie wbrew racjonalizmowi”? Ano pewnie z pomieszania paradygmatów. Przy przedstawieniu filozoficznej treści epoki użyto potocznego znaczenia wyrażenia „racjonalizm”, nawet pozornie nietożsamego z jego pierwotnym (filozoficznym,) znaczeniem. Tego typu rozdźwięku można by usunąć, gdyby racjonalizm zostawić filozofii, a językowi potocznemu dać „racjonalność”. Wtedy to, co racjonalne, byłoby zweryfikowane prze rozum, a to, co racjonalistyczne, byłoby zagadnieniem filozoficznym. Zresztą, tego typu problemy natrafiają się gość często (choćby egzystencjalny problem a teza egzystencjalistyczna etc.). Problem widzę jednak również w tym, że filozofia równie chętnie sięga po „racjonalność”, co „racjonalizm”.
Marzy mi się kraj 20 komentarzy
Napisano dnia 26 września 2009, w Ogólne, Polityka..., Przemyślenia Filozoficzne, Przemyślenia Globalne
Marzy mi się kraj... Kraj, w którym żyją „ludzie”, a nie „wyborcy”. Kraj, w którym państwo swą zachłannością nie zachęca ludzi do przestępstw podatkowych, nie zatrudnia dziesiątek tysięcy urzędników do wynajdywania błędów podatkowych rzędu siedemdziesięciu groszy, nie sprawia, że ludzie czują się przez państwo okradani, a nie wspierani. Byłoby również miło, gdyby przedsiębiorcy nie musieli starać się o dziesiątki pozwoleń, koncesji. Gdyby państwo mówiło im „taką i taką część dochodu przekazujesz na cele wspólne” zamiast „taką i taką część dochodu, do której doliczysz tyle i tyle VAT-u, podatku dochodowego i od nieruchomości, przekazujesz na cele wspólne, by to, co Ci zostanie, było jeszcze kilkukrotnie opodatkowane”. Kraj, w którym pochwalano by pracowitość, wspierano słabość, ale nie legitymizowano by nieróbstwa i społecznego złodziejstwa.
Marzy mi się kraj, w którym nierobocie nie jest sposobem na życie. W którym pomoc od państwa otrzymują samotne matki, osoby chore, a nie pijacy, którym kalkuluje się życie z niego. Kraj, w którym socjal pozwala żyć godnie, ale nie w nieskończoność. Kraj, w którym istnieją jasne kryteria otrzymania pomocy społecznej ustalone tak, by nie można było dzięki niej żerować na społeczeństwie. Kraj, w którym siedzenie przed telewizorem bądź pod sklepem przez kilkanaście godzin dziennie nie jest akceptowane przez społeczeństwo. Ale również państwo w tym kraju mogłoby wspierać aktywność zawodową młodzieży tak, by ludzie w tym kraju od najmłodszych lat przyjmowali do wierzenia twierdzenie, że na „furę i komórę” trzeba w swoim życiu nieco popracować. Inaczej się tego nie zrobi, jak poprzez zapewnienie płacy minimalnej, która zwracałaby chociaż koszty dojazdu.
Marzy mi się kraj, w którym można bez lęku wyjść o dowolnej porze na ulicę. Kraj, w którym gdy zobaczysz wandala niszczącego ławkę pomyślisz „Gnojek niszczy MOJĄ ławkę!”. Kraj, w którym ludzie nie tylko nie muszą kraść, ale również za swą kradzież są społecznie osądzani. Kraj, w którym nie uznaje się za obojętne okradania wspólnoty (państwa), bo to „niczyje”. Kraj, w którym nie ma pojęcia „uzasadnionej kradzieży” (biedny bogatemu). Kraj, w którym przestępstwo poniża, a nie gloryfikuje „buntownika”. Ale również kraj, w którym nie utrzymuje się dziewięćdziesięciu tysięcy więźniów bez żadnej resocjalizacji ich, by ci po wyjściu znów trafili za kratki. Kraj, w którym od dziecka wpaja się ludziom, że „pewnych rzeczy się nie robi”. I w którym taki przykład idzie z góry.
Marzy mi się kraj, w miastach którego podstawowym prawem „matematyki społecznej” jest aksjomatyczne wyrażenie „człowiek>>samochód”. Kraj, w którym dylemat „parking czy park” ma jasne rozstrzygnięcie, bynajmniej nie na rzecz czterech kółek. Miasto, w którym można dojechać rowerem do pracy bądź szkoły. Albo chociaż na przystanek autobusowy i tam nasze kółka bez lęku, że wieczorem ich nie będzie, że zostanie sama rama. Miasto, w którym wytycza się drogi niekolidujące ze ścieżkami rowerowymi, nie na odwrót, w którym z każdego parkingu samochodowego zabiera się część miejsc i robi z nich stanowiska dla rowerów. W którym jeździ tak sprawna komunikacja miejska, że ludzie mogą bez strat przesiąść się z samochodów do autobusów. W którym rezygnacja z fetyszu dwóch kółek pozwala na zasadnicze ograniczenie ruchu. Co z kolei odciąża miejskie powietrze, podnosi sprawność transportu i obniża koszty naprawy dróg. A najmilej by było, gdyby umożliwiło zaoranie kilku pasów i przerobienie ich na na obiekt użyteczności publicznej.
Marzy mi się kraj, w którym pójście w piątek wieczorem do parku czy teatru (a nie na „popijawę”) nie jest obciachem. Kraj, w którym człowiek z człowieka „pracującego i pijącego” przekształci się w człowieka „pracującego i odpoczywającego”. Kraj, w którym „człowiek negatywny” ustąpi miejsca „człowiekowi pozytywnemu”. W którym po powrocie z pracy bierze się dziecko za rękę i idzie na spacer. W którym dzieci nie biegają samopas całymi dniami, wnerwiając wszystkich sąsiadów wkoło. Kraj, w którym siedzenie z dzieckiem na placu zabaw jest traktowane jak przyjemność, a nie „pieprzony obowiązek”. Kraj, w którym wychodzi się do drugiego człowieka, a nie przed nim ucieka. W którym wybiera się koniunkcję zamiast alternatywy. W którym ludzie skupiają się na pięknie wszelkich aspektów życia, a nie na tym, co w nim negatywne.
W końcu marzy mi się kraj, w którym władza jest przy ludziach, a nie w Warszawie. W którym to Szczecinianie decydują o Szczecinie. W którym stołków nie wykorzystuje się w celach przestępczych. W którym ludzie mają wybór pomiędzy programami, a nie przeciw programom. W którym policji nie szczuje się na ludzi. W którym gdy jest problem z deficytem w ZUS-ie najpierw zastanawia się nad reorganizacją pracy tych stu tysięcy urzędników, potem sięga do kieszeni obywateli. W którym nie tworzy się ponad półmilionowej armii urzędniczej, z czego co drugie stanowisko polega na przekładaniu kartek z miejsca na miejsce.
Taki sobie kraj.
Porządek Dodaj komentarz
Napisano dnia 15 września 2009, w Ogólne, Przemyślenia Filozoficzne
Raz na jakiś czas trzeba coś poukładać. Jedni układają plan dnia, inni książki na półce. Z układaniem książek to w ogóle jest niezła historia. Kurzą się, przewracają, wazą, niszczeją. Każda ma inną wysokość, grubość, użyteczność i osobiście rozumianą wartość dla właściciela. Pół biedy, jeżeli zawartość domowej biblioteczki jest stała. Wtedy wystarczy raz na jakiś czas przetrzeć je ściereczką, pogłaskać, może przeczytać. A potem odłożyć na zarezerwowane dla nich miejsce. Gorzej jeżeli domowa książnica się rozrasta. Wtedy nawet najrozmyślniejszy rozkład materiałów na regałach przestaje po pewnym czasie wystarczać. Owszem, można nawalić książki na książki, powpychać je między siebie, pouciskać po same brzegi mebli. Ale znajdź sobie wtedy upchniętą za dwoma szeregami książek pozycję. W końcu dotychczasowy model przestaje wystarczać. Trzeba wówczas rozpiskę książek zmienić, przełożyć je z półki na półkę tak, by wszystko do siebie pasowało. A i to może nie wystarczyć. Czasem trzeba bowiem dostawić nowy segment, nową szafę. A z tym może być problem. Trzeba mieć trochę grosza (możliwości sprawczych), miejsca w pokoju (przestrzeni życiowej), pomysłu na ich ustawienie (chęci) i wytrwałości w przekładaniu książek na ich nowe pozycje (determinacji). Nawet, gdy nowy mebel znajdzie się w końcu na swoim równie nowym miejscu, możemy zawalić go bzdetami. Toć nie tylko książki mamy w pokoju, zbytnio to uogólniłem. Możemy nawalić płyt z muzyką, pamiątek z dawnych wojaży, zdjęć, zrobić z niego barek na alkohol bądź zwykłe wysypisko śmieci. Można go też porąbać siekierą i napalić nim w kominku. Można. Ale po co?
Z tymi bowiem regałami, książkami i pokojami jest jak z życiem, jakkolwiek banalnie/śmiesznie/idiotycznie (niepotrzebne skreślić) to brzmi. Dokładniej rzecz ujmując, życie to taki pokój. Pokój o określonej powierzchni i wysokości, a więc i objętości. Pokoje jednych są wysokie, ale powierzchniowo niewielkie. Ci żyją intensywnie, ale życie ich pozbawione jest szerszej perspektywy. Są też pokoje niższe, ale za to dłuższe i szersze. Ich właściciele żyją mniej intensywnie, lecz za to pełniej doświadczają swej egzystencji. Rozmiar pokoju zależy oczywiście od konkretnej osoby, nie jest on stały dla wszystkich. To, co się w nim znajdzie, zależy w znacznej mierze od nas. Możemy postawić tam regały z książkami, będące tu symbolem edukacji i intelektualnych poszukiwań. Możemy zaopatrzyć się w wielkie biurko bądź urządzenie techniczne będące naszym miejscem pracy. Może się w nim znaleźć pudło z zabawkami, czy konsola do gier, jako nasza życiowa rozrywka. Możemy tak ustawić zdjęcia rodziny i przyjaciół. Możemy postawić instrument. Możemy z niego zrobić jedno wielkie łóżko. Ale możemy też zostawić tam przeraźliwie głuchą pustkę.
Pustka również gra swoją rolę. Czym jest to, co nie jest w ogóle? Jest tym, co może być. Jest to czas niezagospodarowany, Czas przemarudzony, przegadany czy przesiedziany w autobusie, ale również czas przemyśleń, refleksji, spacerów czy zwykłej życiowej ciszy. Od nas zależy, czy pustka ta nabierze paradoksalnej pełni, czy też pozostanie jedynie głuchą pustką.
Całe nasze życie to nieustanne układanie książek i innych przedmiotów na naszych regałach życia. Ich pojemność jest wypadkową naszej determinacji, wewnętrznej siły, wytrzymałości, talentów, uzdolnień, stanu zdrowia. Nie jest ona nieskończona. Tak, jak trudno byłoby upchnąć dwunastotomową Encyklopedię Powszechną PWN w kieszeni, tak samo niełatwym jest być jednocześnie genialnym fizykiem, humanistą, filozofem, muzykiem, sportowcem i programistą z uporządkowanym życiem osobistym w jednym. To tak, jakby studiować na dobrej uczelni 3-4 kierunki naraz na wszystkich mając średnią >4,5 i zaliczać imprezy co wieczór. W moim pokoju by się to nie zmieściło.
By nie dopuścić do przeładowania swojego życia należy od czasu do czasu uprzątnąć siebie. Nie chodzi o to, by w każdy pierwszy piątek miesiąca siadać nad kartką i decydować, co do planu dnia dopisać, a co skreślić. Takie decyzje powinny być podejmowane strategicznie, tj wraz z rozpoczęciem się kolejnego etapu życiowego, gdzie przez etap życiowy rozumiem nie „miesiąc” czy „tydzień”, lecz konkret „od... do” (np. semestr czy rok szkolny), oraz spontanicznie, gdy stwierdzamy, że czegoś po prostu nie pociągniemy, bo nie damy rady i tyle. Warto jednak robić to z rozmysłem. Coś bowiem od tego zależy. I to nie byle jakie coś, bo wszystko, co mamy dane wprost i na zawsze, czyli my sami. Warto. Choćby po to, by te książki nam na łeb nie spadły.
Pierwsza interwencja 16 komentarzy
Napisano dnia 31 sierpnia 2009, w Ekologia, Ogólne, Przemyślenia Filozoficzne
Zrobiłem dziś 30 kilometrów na rowerze. Powinienem być zadowolony. Niemniej dopiero teraz powoli dociera do mnie w czym brałem udział i czego uniknąłem. Ale po kolei.
Od chyba już ponad miesiąca jestem wolontariuszem Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami. Zapytany dziś, skąd się tam znalazłem, odparłem, że to wina lewackich poglądów :) Doszedłem rok temu, pod wpływem ciocino-kuzynianych przepiórczych jajek do wniosku, że nie jest sztuką usiąść i marudzić, że świat jest jakiś nie taki. Że trzeba coś od siebie dać. Przez cały rok szkolny podejmowałem próby dania czegoś od siebie innym. Zazwyczaj na gruncie szkolnym. Jednak 9/10 przypadków kończyło się albo wielkim oburzeniem, że w ogóle ŚMIEM oferować pomoc (bo to przecież wielka obraza), albo przyjęciem jej i wielkim wyrzutem, że jest tak do d..., albo traktowaniem mnie jak dojnej krowy, czego nie znoszę. Pod koniec roku szkolnego stwierdziłem, że skoro z ludźmi dogadać się nie mogę, to spróbuję ze zwierzakami.
Kilka słów o TOZowym wolontariacie
W zasadzie to niewiele trzeba zrobić, by wolontariuszem zostać. Wypełnić i podpisać dwie umowy. Młodociani do tego muszą przynieść zgodę rodzica (Nie mamo, to nie jest kara ze szkoły. Nie, gdybym dostał sądowy wyrok robót publicznych, wiedziałabyś o tym). Potem kilka słów wprowadzenia i... można brać psa i na spacer! W kojcach znajduje się zawsze koło trzech psów wyciąganych ze schroniska. Są to zwierzaki z, choć okrutne to kryterium, największą szansą na adopcję. Rotacja jest bardzo szybka. Ja przez ten krótki czas miałem do czynienia z 9 różnymi psami. Wybierane są te z największą szansą, to jest najprzyjaźniejsze i odleczone. Reszta trafia do „tymczasów”, czyli domów tymczasowych. Często tymczasowość zamienia się w adopcję, co jest materiałowo wspierane przez TOZ. Dom tymczasowy gotowy do przyjęcia zwierzaka można również zgłosić w trakcie rejestracji wolontariusza. Możliwości pomocy jest sporo. Dla każdego się coś znajdzie.
Atmosfera współpracy jest świetna. Początkowo zalatywało to lekką anarchią (takiego wydania anarchii nie lubię:) ), ale po krótkim czasie widać jasne zasady, których się nie łamie. Nie ma rządzenia się, mędrkowania, każdy jest traktowany równo. Tylko polecić taki model innym organizacjom wolontariackim.
Kilka słów o TOZowym dozorze
Członkowie TOZu dzielą się na trzy grupy. Wolontariuszy małoletnich, wolontariuszy pełnoletnich i inspektorów (a ci na szczeble). Wolontariuszy małoletnich używa się (:)) do wyprowadzania zwierzaków z kojców i opieką nad nimi na terenie siedziby TOZ. Pełnoletnich zabiera się ponadto na interwencje w roli pomocników. Kierują nimi inspektorzy. Mówi się, że CZASAMI i WYJĄTKOWO można zabrać ze sobą wolontariusza niepełnoletniego. Jednak nie wszyscy inspektorzy są tak restrykcyjni, chyba nawet większość nie jest. Zabierają młodocianych na łagodniejsze akcje typu zawieść babci karmę, dokarmić koty na Wyspie Puckiej, sprawdzić, czy donos o głodzonych zwierzętach jest prawdziwy etc. Jest oczywiste, że nikt nie zabierze osoby niepełnoletniej na akcję w towarzystwie funkcjonariuszy Straży Miejskiej czy Policji u szczególnie agresywnego osobnika. To jest jasne.
Pierwsza interwencja
Pierwszą „akcję” zaliczyłem dwa tygodnie temu. Znalazłem bezdomnego psa nieopodal osiedla. Podszedł i się uśmiechnął. Łasił się tak, że było dla mnie na 100% jasne, że albo go ktoś porzucił, albo puścił luzem. Podpytałem tubylców, którzy przekazali mi, że jest to pies przybłęda. Zdążył się do mnie przykolegować, a ja nie miałem co z nim zrobić. W końcu zadzwoniłem do Straży Miejskiej. Po trzech godzinach (na deszczu, wietrze i chłodzie) zjawił się Pan z Animal Control i psa zabrał. Mógłbym jednak przysiąść, że po kilku dniach znów go widziałem. Dziś też. Ale to jeszcze zostanie sprawdzone.
Dziś jednak byłem umówiony na 19 na wieczorny spacer z psami z jedną z inspektorek i młodszym dziewiątkowym kolegą. Spacer był naprawdę miły i udany. Wzięliśmy całą trójkę psów. Mi przypadł jamnik Edek, którego przykrą historię miałem możliwość poznać kilka godzin wcześniej. Jego właściciel postanowił wyjechać. A psa? Psa wyrzucił. Mały więc był wyraźnie przygnębiony. Szedł z nami, ale wyraźnie z tyłu. Jakby przepraszał, że żyje. Raz na jakiś czas powtarzał „Stary pewnie znalazł sobie innego. Odszedł z innym. Pewnie z młodszym...”, ale szedł. Przed samą siedzibą o pomoc poprosił nas jakiś gościu, który nie mógł poradzić sobie ze zwinięciem jakiejś gumowej plandeki (jakiś balon?), w czym im raźnie pomogliśmy, naszą inspektorkę zostawiając z psami. Po władowaniu tego do samochodu odprowadziliśmy zwierzaki do kojców, zrobiliśmy im kilka zdjęć do ogłoszeń i przy ich żałosnym skowycie pożegnaliśmy się z nimi.
Przed samym spacerem dołączyłem się do wieczornej „porządkowej” interwencji. Dostaliśmy zgłoszenie, że w domu przy pewnej ulicy są dwa bardzo zaniedbane koty. Kiedyś należały do właścicielki domu, która zmarła. Potem wprowadziło się tam dwóch panów. Mamy pojechać sprawdzić, czy to prawda, czy nie potrzebują pomocy, czy nie trzeba podjąć jakichś kroków. Jedziesz? Ano jadę. To jedziemy.
Krótka interwencja
Na wstępie zostaliśmy przez naszą inspektorkę (bardzo sympatyczną babkę, co z sympatią odnotowuję) uświadomieni, że większość wyjazdów to fałszywe zgłoszenia. Często jeżdżą do rzekomo głodzonych zwierząt, a na miejscu okazuje się, że są one przekarmione. Czasem jednak trafiają do miejsc, gdzie zwierzęta traktowane są jak przedmioty. Zaniedbane, zagłodzone, chore, brudne, nieleczone, zaświerzbione, zawszone, z mnóstwem nieleczonych ran... Od tego jest TOZ, by to sprawdzić i by im pomóc.
Gdy podjechaliśmy szukaliśmy miejsca parkingowego. Zaproponowałem podjechanie kawałek dalej i zatrzymanie się na boku. Dowodząca wybrała inne rozwiązanie. Zawróciła i zatrzymała się pod domem. I DZIĘKI JEJ ZA TO.
Kotów wokół było mnóstwo. Kot przy kocie. Nas jednak interesowały dwa z tej posesji. Jeden stał przed nią. Zaniedbany, brudny. Zrobiliśmy mu fotograficzną dokumentację. Drugi stał na posesji. Daleko, a było już późno. Stąd zdjęcie jedynie potwierdza fakt jego istnienia:). Przy bramce nie było żadnego dzwonka. Nie był potrzebny, bowiem nie była zamknięta. W ogóle nie miała klamki. Weszliśmy na posesję, zadzwoniliśmy do domu. Inspektorka dała aparat drugiemu z wolontariuszy, on go schował. Wszystko było brudne, tandetne, niezadbane.
Po pewnym czasie otworzył młody facet. Przedstawienie powodów przybycia, pytanie czemu koty są takie zaniedbane. Odpowiedź- bo mają 23 lata. Od razu było widać, że kręci. Dwudziesto-trzyletni kot z pełnym uzębieniem i wyglądem wskazującym na GÓRA 10 lat? Nie jestem kociarzem, ale od razu mi to śmierdziało. Reszcie też. Klient był cholernie agresywny, wyciągał rękę po aparat i żądał oddania go. Niemniej babka, z którą byliśmy, nie należy raczej do takich, które można by przestraszyć łysym łbem. Zaczął grozić nam policją. W ten sposób:
-Aparat. Dawaj aparat. Dzwonię po policję.
-To dzwoń.
-To dzwonię po policję.
-To dzwoń.
-To się zastanówcie, gdzie wchodzicie!!!
Sorry facet, dzwonka nie ma, a było otwarte. Zaczęliśmy powoli sugerować, by sobie odpuściła. Co prawda gościu był co najwyżej mocny w gębie. Rzucał się, ale widok wojowniczej babki i jednak dwóch gości za nią (mimo, iż „osłoną” byliśmy żałosną:D ), a do tego chyba miał świadomość prawnych konsekwencji ew. postępowania. W końcu sobie odpuściła i skierowaliśmy się do samochodu.
-To co, przyjechaliście żeby tu zadymę zrobić?!!!
-Przyjechaliśmy Panu powiedzieć, że TAK ZDROWE KOTY NIE WYGLĄDAJĄ!!!
-JA CI ZARAZ K....O POKAŻĘ, JAK NIE WYGLĄDA ZDROWY CZŁOWIEK!!!
Wsiedliśmy do samochodu, facet wybiegł bluzgając przed samochód. „Wypiął się” i wyjął pałkę teleskopową i... i skojarzył mi się ze sceną z jakiejś zachodniej komedii, w której był krótki przerywnik z męskim striptizem, a pałka teleskopowa była głównym narzędziem weń występującym. „No to się zrobi gorąco”- pomyślałem (dwuznaczność zamierzona). Najpierw była to zabawna myśl. Potem, gdy nasza inspektorka zabójczym spojrzeniem skłoniła go do zejścia, przyszła raczej refleksja, że mało cholera zabrakło. To niedziela, miałby jakąś imprezę w domu i zestaw podpitych kumpli i moglibyśmy mieć niezłe kłopoty. Nasza Dowódczyni przez następnych kilka minut powtarzała do siebie, że następnym razem przyjedzie z Michałem i mundurowymi. Znając charakterystykę kolegi Michała uśmiechnąłem się w duchu.
Następna bowiem interwencja na pewno będzie skuteczna.
HAIR! 10 komentarzy
Napisano dnia 29 sierpnia 2009, w Ogólne, Przemyślenia Filozoficzne
Lata 70-te. Czas dzieci kwiatów i Wojny w Wietnamie. Hasła wolności, miłości i pokoju przeplatają się z krwawym konfliktem, obowiązkiem wobec ojczyzny i tragediami tysiąca rodzin.
20-letni ClaudeBukowski przyjeżdża z Oklahomy do Nowego Jorku na posiedzenie komisji wojskowej. Na swojej drodze spotyka czwórkę hippisów- przypadek sprawia, że zostaje z nimi na dłużej. Odkrywa świat nieznanych wartości i narkotycznych uniesień. Świat braterstwa, równości i tolerancji. Rozbrzmiewa Era Wodnika.
Kilka nierecenzujących słów
Z ulotki reklamującej musical HAIR wyświetlany w Szczecińskim kinie-legendzie Pionier. Znalazłem się w nim przez przypadek. Coroczne przygotowania do rozpoczęcia roku skończyły się po drugiej, a projekcja przewidziana była na 16. „Idziesz?” W sumie... czemu nie?
Przyszło jakieś dziesięć osób. Może trochę więcej. Profil wiekowy tej... licznej grupy był absolutnie zróżnicowany. Obok kogoś, w kim bez problemu można było rozpoznać nieśmiertelnego ducha hippizmu byli tam również statecznie wyglądający ludzie w wieku średnim i... z trudem chodząca babunia. Ona zresztą najwyraźniej okazywała zachwycenie projekcją. Sam film był świetny. Co prawda na jakieś 30 minut przed końcem pojawiło się natrętnie przez pewien czas wracające pytanie „Ile jeszcze?” i „Dokąd to zmierza?”, ale w miarę szybko one zniknęły. Są dwie rzeczy, za które można ten film pokochać- muzyka i niesamowita naiwność, która promieniowała z ekranu od początku aż do końca. Można stwierdzić, że spora część filmu była wręcz banalna, ale banalność ta zwalała z nóg swą trafnością („Chcę białego chłopca”...;)). Wątki płytkie i nieco głupiutkie mieszały się z bardzo głębokimi, ciężkimi i wzywającymi do refleksji nad różnymi aspektami ludzkiej egzystencji momentami (czy też ten kawałek).
Muzyka
„Jak tylko wydadzą muzykę z tego filmu, kupię ją!”. Nie, jak tylko znajdę ten film z niemieckim dubbingiem, to Ci go kupię. „??!!!!!!! Mam niemiecki film o Clashu, wystarczy mi!!!”. Skąd ten zachwyt? Muzyka była po prostu bezbłędna. Co prawda nie poleciłbym jej na romantyczny wieczór z tą jedyną, bowiem niektóre utwory były dość... bezpośrednie(nie mogę znaleźć tego, którego szukałem). Niemniej całościowa ocena jest niebywale pozytywna. Muzyka przejmowała, porywała, wzbudzała głębokie emocje. W połączeniu z bardzo dobrymi układami choreograficznymi stworzyła ona świetną jednię. Wielki plus.
Posłowie
Film oczywiście wzbudził pytania „Czy dziś jest to możliwe” i dyskusję mającą udzielić odpowiedzi nań. Z Kina Pionier musiałem dojść na Plac Żołnierza, by zabrać rower. Zdjąłem z niego wszystko, co dało się zdjąć. Robię tak od czasu, gdy ktoś ukradł mi okulary niemalże z nosa. Brat mnie pocieszył, że to jeszcze nic. Jemu ukradli pięćdziesiąt groszy z kubeczka na napiwki. Bałem się o prędkościomierz, którego zdjąć się nie da. Gdy podeszliśmy i zobaczyliśmy, że jest on na swoim miejscu, z ulgą odetchnąłem. Odpiąłem rower i poszliśmy wraz z proponującym film w kierunku jego przystanku tramwajowego. Było mi tam dane zobaczyć miłą duszy i dawno niewidzianą twarzyczkę, dar ten zresztą został dziś powtórzony:). Doczekałem do przyjazdu tramwaju, pożegnałem się i ruszyłem w swoją drogę.
Przed Duńską na ścieżce rowerowej stała kobitka szerokości trzech ustandaryzowanych osobników płci żeńskiej. W ręku trzymała smycz psa, który domykał przepustowość ścieżki. Wyraz twarzy miała wojowniczy i zdawała się ani myśleć o zejściu na pas dla pieszych, ew. samochodów ciężarowych (nie mogłem się powstrzymać). „Kurde, to nie jest chodnik, żebym musiał prosić o zrobienie przejścia”- pomyślałem i postanowiłem zrezygnować z przekonania o nieużywaniu dzwonka. Wykonałem więc wyuczony ruch i... trafiłem w próżnię. Spojrzałem na kierownicę- prędkościomierz jest. Dzwonek mi zwędzili. Chciało im się odkręcać przykręcony dzwonek, a stoper mi zostawili?
Kocham ten kraj.
Imperatyw silnego człowieka 12 komentarzy
Napisano dnia 28 sierpnia 2009, w Ogólne, Przemyślenia Filozoficzne
Imperatyw silnego człowieka
Zastanawia mnie od pewnego czasu jedna rzecz. Żyjemy w kulturze kultu siły jednostki. Bądź silny, nie okazuj słabości. Umiesz liczyć- licz na siebie. Bądź zawsze pewny siebie. Inaczej nie osiągniesz sukcesu.Takie post-Nietscheańskie wierzenia dominują we współczesnym modelu świata.
Paradoks quazi-niezależności
Oto mamy model człowieka silnego, niezależnego. Paradoksalne jest to, że ten sam silny człowiek jest człowiekiem uzależnionym jak nigdy przedtem. Nigdy wcześniej przekonanie o szkodliwości nałogów i uzależnień nie było w społeczeństwie tak silne. Przekonanie owo wpisuje się w postulat silnego człowieka, który od nałogów jet wolny. Jednocześnie ten wyzwolony człowiek XX(I) wieku łapie się na liczne „zasadzki” współczesnego życia. Wytarte, przeżute i przetrawione slogany o szkodliwości picia, palenia, ćpania etc nie odstraszają, a nałogi łapią ludzi w swoje macki. Owym paradoksem jest to, że kreowany przez popkulturę człowiek niezależny jest w gruncie rzeczy człowiekiem powolnym, pozbawionym asertywności, świadomości następstw i przede wszystkim- żałośnie uzależnionym, żałośnie słabym. Jeżeli n% internautów zarywa regularne odżywianie się , bo nie może oderwać się od komputera, jeżeli 33% włoskich użytkowników sieci z 2005 roku zaspało do pracy bądź w ogóle opuściło dzień roboczy, bo spędzili noc w sieci, to to ma być silne społeczeństwo?! „Internet daje wolność słowa”. Tak, i jednocześnie często odbiera inne jej aspekty. Czego sam na sobie doświadczam od dawna.
W tym kontekście szczególnym rodzajem uzależnienia staje się uzależnienie od pracy. Bowiem, żeby być niezależnym, musisz na siebie zarabiać. Żeby dobrze zarabiać, musisz jak najwięcej pracować. Żeby nie płacić za cudze błędy, polegaj na sobie. Czyli pracuj więcej. I tak w imię niezależności człowiek stacza się na zdrowotne i rodzinne dno, bo uzależnia się od pracy. Ja dziękuję za taką siłę.
Bądź silny!
Bądź silny. Weź się w garść. Zbierz się do kupy- takie wsparcie często oferuje się swoim przyjaciołom, braciom, siostrom, dzieciom itd. Zmarł Ci ktoś bliski i chcesz o tym porozmawiać? Nie! Bo Ty MUSISZ być silny! Nie możesz rozpaczać! Nie możesz się załamać. A niby czemu nie ma się wygadać ze swoich problemów? Wygadać, wypłakać, wykrzyczeć, zbluzgać pół miasta i okazać zwyczajną ludzką słabość? Bo gdybyś na to pozwolił, to sam ukazałbyś swoją słabość? Bo zapewnić komuś chwilę NORMALNOŚCI i umożliwić rozładowanie negatywnych emocji to zbrodnia przeciw potędze człowieka? Bo to jakieś nie takie i w ogóle nie na miejscu! ? Czy może po prostu boisz się swojej słabości, która w takiej sytuacji wypłynie?
Zachowanie typu Bądź silny! przypomina mi postępowanie trenera boksu, który w przerwie między rundami (nie wiem, na co dzieli się mordobicie w boksie) rąbie swojego mdlejącego zawodnika po twarzy, byle ten podniósł się zaraz na nogi. Czy jeżeli obijesz komuś twarz, to przestanie mdleć? Czy jeżeli ktoś nosi w sobie granat żalu, lęku, bólu i cierpienia, to należy przed tym kimś spierniczać gdzie pieprz rośnie, bo a nuż ten granacik wybuchnie i obryzga nas przy okazji? Na ważną rzecz zwrócił uwagę p. Paweł Kołodziński. Jeżeli odmawiasz komuś pomocy w takiej sytuacji to nie tylko bierzesz na siebie odpowiedzialność za zupełne strucie się duszy takiego człowieka, lecz również za to, że człowiek ten sam stanie się trucicielem. Któremu odmówiono pomocy i który sam też jej odmówi. Który swoim ładunkiem trucizny podzieli się z każdym, bo to mu przecież ulży. Który może zmarnować życie nie tylko swoje, ale i innych. Spójrz na matki, które tłuką niemiłosiernie swoje pięcio-sześcioletnie dzieci, bo te są zmęczone wielogodzinnym oglądaniem butów, sukienek i innych pomadek. I płaczą. To są właśnie nośniki trucizny. Którym ktoś zawczasu nie wytłumaczył, do czego NIE SŁUŻY dziecko. Dziecko, któremu przekręca się dzieciństwo, które gdy dorośnie, będzie truło swoje dzieci.
Bądź słaby!
Gdy ktoś następnym razem w chwili słabości będzie nad wymiar Ci ją wyrzucał i nawoływał do Bycia Silnym! , to odpowiedz mu „P...dol się człowieku, akurat mam ochotę, by być rozmemłaną, niekonkretną i słabą kaleką życiową!”.
Ale potem... Nie zapomnij wziąć się w garść, człowieku...
Empiryzm a racjonalizm Dodaj komentarz
Napisano dnia 27 sierpnia 2009, w Ogólne, Przemyślenia Filozoficzne
Wstęp
Czytając trzy tygodnie temu wstęp Kotarbińskiego do jego zbioru tekstów „Myśli o działaniu” natknąłem się na nawiązanie do nauczyciela Kotarbińskiego, Profesora Twardowskiego. Mianowicie, pisze Kotarbiński, Twardowski postulował filozofię prostoty. Można sparafrazować bodaj Einsteina głosząc, że „Filozofia powinna być tak prosta, jak to tylko możliwe. Ale nie prostsza”. Przyjmując do wierzenia wartość powyższego, genialnego wręcz, postulatu postanowiłem mieć to na uwadze pisząc swoje wypociny. Nie bez podstaw. Mam opinię osoby piszącej w sposób „nielogiczny” (nie wiem, jak jest to w ogóle możliwe, ale skoro tak twierdzą...), niejasny, zagmatwany, przemilczając przy tym wszystko, co dla mnie jest oczywiste. Po krótkim zastanowieniu się nad pojęciem prostoty w ogóle, zabrałem się za pisanie któregośtam tekstu (leży w sporym stosiku notatek, nie mam do nich ani serca ani chęci) i nieświadome ułatwianie zrozumienia całych partii tekstu od razu u siebie zauważyłem. Ciekawe doświadczenie.
Na wstępie postanowiłem opublikować coś naprawdę prostego, co początkującym w sztuce filozofowania sprawia spore kłopoty. Mianowicie chodzi o kwestię relacji na linii empiryzm-racjonalizm. Gdy ja zaczynałem swoją przygodę z filozofią (tj. już cztery lata temu), były to terminy tak kosmiczne, że ich definicje po prostu wkułem, miast spróbować je zrozumieć. Nawet po zakuciu wciąż nie potrafiłem odnaleźć empiryczności w choćby Kole Wiedeńskim, którego kierunek filozoficzny ma empirię w nazwie. Zazwyczaj to, co empiryczne, wydawało mi się bardzo racjonalistyczne. I na odwrót. Poniższych kilka słów może mieć jakąś wartość jedynie dla bardzo początkujących, ale różni ludzie tu trafiają:) Oczywiście nie mogę ich podpisać żadnym tytułem akademickim i proszę mieć to na uwadze. Próbę prostoty czas zacząć!
Znaczenia terminów
Racjonalizm jest to stanowisko filozoficzne głoszące postulat opierania poznania na rozumie. Empiryzm zaś to stanowisko filozoficzne głoszące postulat oparcia poznania na danych doświadczalnych. Tyle definicji. Warto zaznaczyć, iż są to terminy systematyki filozoficznej. Filozofowie nie wpisywali sobie do biografii założenia „jestem empirystą” czy „jestem racjonalistą”. Są to określenia umowne, więc empirycy różnili się między sobą. Racjonaliści zresztą też. Stąd przyjmijmy, że racjonalizm i empiryzm to to dwie naprzeciwległe końcówki większego bloku zwanego „poznanie”. Weź kartkę i przedziel ją dwoma prostymi równoległymi oddalonymi w równym stopniu od środka karki. Po lewej stronie wpisz „E”, po prawej „R”, zaś pośrodku nie wpisuj nic. Owa kartka to poznanie. A poznanie może być bardzo różne. To, czy ktoś jest empirystą, czy racjonalistą, zależy od tego, czy przekroczy owe umowne proste. Ci, których umieścisz pośrodku, łączą obydwie metody w jedną.
Jak mówiłem, racjonalizm racjonalizmowi nie równy. Można być racjonalistą skrajnym (jak Spinoza, Kartezjusz czy filozofia starożytna), można być racjonalistą-empirystą, jak Kant. Można być empirystą skrajnym, jak Hume, ale można też być empirystą dopuszczającym do poznania rozum. Mogą decydować naprawdę niuanse.
Przykład poznawczy
Załóżmy, że siedzi przed Tobą trójka filozofów. Jest to skrajny empirysta Hume, skrajny racjonalista Spinoza i człowiek środka- Kant. Masz również trzy identyczne grudki wosku. Zawiązujesz oczy swoim gościom i dajesz po jednej grudce każdemu z nich do ręki. Takie mniej więcej powinny być sądy:
Hume: Trzymam w ręku coś twardego. Ma nieregularny kształt. Nie wiem co to jest i nie dopuszczę tego cholernego rozumu, by zepsuł moje idealnie zmysłowe poznanie!!!
Jak widać, oparł się jedynie na zmysłach. I zbyt wiele się nie dowiedział.
Spinoza: Dali mi coś do ręki. Niemniej zapomnieli podać logicznej wartości tego czegoś o raz wyrażenia, prawdziwość bądź fałszywość którego miałbym na podstawie klasycznego rachunku zdań określić. Poznanie jest niemożliwe, ponieważ rozum nie ma danych niezbędnych do działania.
W tym wypadku poznający odrzucił zmysły w ogóle. Oparł się tylko na rozumie, któremu brak było danych. I ten niewiele skorzystał z tej „sesji poznawczej”. Został nam jeszcze Kant.
Kant: Trzymam w ręku coś twardego. Pod wpływem ciepła mego ciała to coś mięknie. Stąd wysnuwam wniosek, iż może to być wosk. Ma kształt jakby... serca? Może klucza. Albo to flet?
Kant poszedł środkiem. Przyjął dane empiryczne i zaczął je „obrabiać” rozumem. Jego rozum nadał im kształty: serca czy klucza. Efekt poznania jest korelatem poznania zmysłowego i rozumu, który je opracowuje. Przedstawiając to na przykładzie matematyki można przyjąć, że odpowiednikiem danych zmysłowych są dane z zadania matematycznego. Rozum zaś w oparciu o nie wydaje sądy na przykład o tym, jaka to jest figura geometryczna, czy jaka jest miara kąta alfa. W naszym przypadku sądem był sąd o przewidywanym kształcie figury i materiale, z którego powstała. Zdaje się, że Kant był najbliżej „prawdziwego” rozwiązania zagadki poznawczej. Dr Simeon Hein stwierdził bowiem, iż tylko około 20% naszego poznania zewnętrznego to faktyczne dane zewnętrzne, a 80% to obróbka rozumu i to, czego spodziewamy się od świata.
Oczywiście przyjęcie jedynie trzech wartości- empiryzmu, racjonalizmu i „środka”, byłoby błędem. Można być mniej lub bardziej od środka oddalonym. To, na co należy zwracać uwagę, to metoda dominująca i metoda krytykowana. Jeżeli ktoś pisze, że metoda racjonalizmu jest w pełni bezpłodna, to racjonalistą nie jest. I w drugą stronę, jeżeli ktoś odrzuci poznanie zmysłowe jako zbyt niepewne, to trudno go nazwać empirystą.
Mieć rację. Mieć cholera rację. 3 komentarze
Napisano dnia 21 lipca 2009, w Ogólne, Przemyślenia Filozoficzne
Nie ukrywam, iż pobudki do napisania poniższych kilku słów były czysto osobiste. Nazwanie mnie człowiekiem ciasnym umysłowo było dla mnie doznaniem nienowym, co nie zmniejszało dość bolesnego ładunku przekazu tego wyrażenia. Zwłaszcza, że nigdy nie odmawiam dyskusji, wymiany poglądów, a gdy już to czynię, staram się dyskutować na argumenty. Chyba, że druga strona wyraźnie prze w kierunku rozgrywki personalnej. Ale to już inna sytuacja.
Głównym argumentem było: nie potrafisz napisać-masz rację. Jest on niesłuszny, bowiem od „owszem, masz rację, ale...” zaczyna się prawie każda moja dyskusja. Ponadto jak ognia unikam kategorii „racji” w wyrażeniach negatywnych „nie, nie masz racji”, zwłaszcza ze względu na charakter prowadzonych przeze mnie dysput. Nie mniej jednak warto zastanowić się nad racją jako taką, jej znaczeniem i w miarę prawidłowym zastosowaniem.
Przede wszystkim racja=! prawda. Prawdę Arystoteles zdefiniował jako jedność myśli i rzeczywistości, tj. zdanie prawdziwe to takie zdanie, które ma odzwierciedlenie w rzeczywistości. Jest to klasyczna definicja prawdy. Ma ona co najmniej jedną wadę- kryterium rzeczywistości zawiera sama w sobie. Jest tak jak jest i tak właśnie jest. A jak jest? Tak, jak jest. Tyle, że to do niczego nie prowadzi. A=B. Ile równa się B? A. A A? B. Aha, dzięki.
Problem ten doprowadził do powstania nieklasycznych definicji prawdy, z których najważniejsze to: koherencyjna, pragmatyczna, zgody powszechnej i oczywistościowa. Koherencyjna definicja prawdy zakłada, iż zdanie jest prawdziwe wewnątrz systemu zdań, jeżeli nie stoi w sprzeczności z żadnym innym zdaniem, zastosowanie znajduje ona we wszelkich naukach, których język uległ logicyzacji- głównie matematyce, a za nią we wszelkich naukach zfizykalizowanych (których język podległ matematyzacji). Pragmatyczna definicja prawdy zakłada, iż zdanie jest prawdziwe, jeżeli znajduje zastosowanie. Stosowana jest na przykład w tzw. etyce pragmatycznej, czy też technice. Na podstawie definicji prawdy jako zgody powszechnej legitymizuje się wszelkiej maści konwencje- naukowe (np. do kiedy ciało jest planetoidą, od kiedy planetą etc.), społeczne, językowe. Znajduje również zastosowanie w psychologii grupy. W końcu oczywistościowa koncepcja prawdy jest to koncepcja oparta na intuicyjnym postrzeganiu rzeczywistości- prawdziwe jest to, co postrzegane intuicyjnie: wprost, bezpośrednio i bez wątpliwości. Na tej bazie powstało na przykład Kartezjańskie cogito.
Do powyższego dodać można jeszcze elementarny podział „prawd” na logiczne (2>0), naukowe (woda przy określonym ciśnieniu paruje w określonej temperaturze) i faktualne wyrażane językiem protokolarnym (21 lipca 2009 roku o 16:17 piszę tekst o prawdzie), które to z kolei dzieli na kolejne podgrupy (prawdy teoretyczne, historyczne, psychiczne i inne cuda).
Jak wobec tego stoi racja? Samo słowo wyprowadzać należy od łacińskiego ratio, czyli rozum. Od razu widać, iż nie nawiązuje ono do prawdziwości, lecz intelektu. Filozofia mówi często o „racjach uzasadniających”, co jeszcze bardziej przybliża nas do celu. Racja staje się uzasadnieniem, zbiorem zdań, teorią, która ma wyjaśnić zjawisko. Nigdy nie jest stanem faktycznym, nie podlega więc w stu procentach pewnej falsyfikacji. Co więcej, każdy wypowiadający się, kto podpiera swój wywód jakimś uzasadnieniem, ma rację. Może błędnie interpretować fakty, ale jeżeli w ogóle się na nich opiera, to rację-uzasadnienie- ma. Marną, bo marną, ale ma. Filozofia starożytna na przykład nie używała pojęcia „kłamstwa”, lecz „podłej prawdy”. Jest to wskazówka, iż racja nawet najbardziej idiotyczna jest racją. Podłą, mdłą i słabą, ale jest.
Racja jest więc odpowiedzią na rzeczywistość, jej mniej lub bardziej przybliżoną wartością. Prawda zaś jest cechą rzeczywistości immanentną. Tym niechętniej czyjąś rację kwestionuję, iż nieczęsto dyskutuję o czymś, co można w sposób jasny i pewny zanegować bądź potwierdzić. Przykładem może być ostatnia dyskusja o prawicowości bądź lewicowości totalitaryzmów. Jeżeli same pojęcia lewicy i prawicy są wciąż rozmyte, niejasne i niedopowiedziane wprost, to trudno stwierdzić, że totalitaryzm (A) jest lewicowy (B) bądź prawicowy (C), bowiem A ma wciąż niejasne wartości, nie mówiąc już o B czy C. Łatwiej w tym wypadku dla przykładu operować zbiorami. B może być zbiorem <1;3>, C=<4;6>, a B=<2;5>. Do którego zbioru należy C, skoro A=!B? Obydwa zdania- totalitaryzm był lewicą i totalitaryzm był prawicą są błędne. Lecz znajdują racjonalne poparcie, bowiem iloczyny A*B i A*C zwracają taki sam zakres wartości. I obydwaj mówcy... mają rację.
Człowiek Człowiekowi? 23 komentarze
Napisano dnia 12 lipca 2009, w Ogólne, Przemyślenia Filozoficzne
„Czy tego chcesz, czy nie, to byli ludzie. To nie były koniki, świnki czy krówki. To byli ludzie. I to jest właśnie tak bardzo przerażające. Jak coś takiego może obudzić się w człowieku?”
Powyższa wypowiedź dotyczy zbrodni hitlerowskich popełnionych w obozie koncentracyjnym w Sztutowie. Wypowiedź, z która nie do końca mogę się zgodzić. Bowiem co to w ogóle znaczy- być człowiekiem- i czy w pełni wyczerpuje to znaczenie „człowieka” przywołanego powyżej?
Za Dietriechem von Hildebrandem egzystencjalizm i personalizm, a za nimi cała dwudziestowieczna filozofia, przyjęły do wierzenia tezę o absolutnej wartości człowieka. Zdaniem Hildebranda człowiek nie ma zaprzeczenia, nie można więc będąc człowiekiem po chwili nim nie być, a po momencie znów być. Człowiek ma być wartością najwyższą, a więc niezastępowalną i niezwracalną. Tak rozumiany człowiek przyjmuje cechy Parmenidejskiego bytu, gdzie „byt jest i nie może nie być a niebytu nie ma i nie może być”. „Byt” należy podmienić z „człowiek”.
Trudno mi zgodzić się z powyższą tezą. Wynika ona ze zbytniego rozszerzenia pola semantycznego wyrażenia „człowiek”. Ludzki rozum w ogóle ma tendencje do bardzo szerokiego rozszerzania zdań nauk niefizykalnych (niepodlegających fizykalizacji, tj. których język nie jest językiem matematyczno-logicznym) dotyczących istoty człowieczeństwa, wiary, ideologii, religii etc. tak, by negacja tych zdań ogólnych prowadziła do negacji innych zdań kluczowych bądź szeregu zdań szczegółowych, w konsekwencji prowadząc do ośmieszenia negującego. Przedstawię to na wyraźnym przykładzie matematycznym. Załóżmy, że w dyskusji osobnik A przedstawia tezę, iż wynik dodawania jest zawsze dodatni. B odpowiada na to, że przecież a+b<0:a=(-1), b=(-1). Na to A reaguje- czy chcesz mi wmówić, że 1+1<0, 2+2<0, 3+3<0...n+n<0:n>0?, na co oponent na gruncie nauk niezmatematyzowanych (a więc niedopuszczających prostego dowodu logicznego) nie za bardzo zareagować może.
Podobne rozszerzenie popełnił Hildebrand. Połączył on w całość dwa, w mej opinii nieprzystające byty i pojęcia: człowieka i człowieczeństwo. Człowiek jest faktycznie wartością absolutną. Ale jest to człowiek fizyczny, byt materialny, człowiek jako gatunek, homo sapiens sapiens. Przede wszystkim zaś jest to swoista „platforma” pod człowieczeństwo. Można porównać go do instrumentu, na którym można grać, lecz który sam z siebie dźwięków nie wydaje. W tym wypadku człowiek jest STANEM danym, od narodzin, aż po śmierć.
Człowieczeństwo jest w tym wypadku muzyką. Jest ono albo aktualne, albo potencjalne, tzn., że albo doświadcza się go tu i teraz (akt) albo ma się możliwość doświadczenia go zaraz i natychmiast (potencjał), tak jak instrument jest wartością zarówno, gdy ktoś na nim gra, jak i gdy może grać. Człowieczeństwo jest więc człowiekiem w filozoficznym tego słowa rozumieniu nie danym, lecz ZADANYM, budowanym przez silne doświadczenie (pełniące rolę muzyka). Doświadczenie zaś dzielę, za Locke’em, na wewnętrzne i zewnętrzne.
Silniejszym doświadczeniem jest doświadczenie wewnętrzne. Jest to doświadczenie naszych uczuć, stanów psychicznych zorientowanych wokół dowolnych obiektów. Jeżeli obiektami tymi jesteśmy my sami, to jest to pełne doświadczenie wewnętrzne, w którym nie bierze udziału żaden czynnik zewnętrzny. Doświadczenie wnętrza we wnętrzu. Bodziec przychodzi ze środka, więc relacja odpowiedzi skierowana jest do środka.
Doświadczenie zewnętrzne obiektem stanu psychicznego czyni coś wobec podmiotu zewnętrznego. Może to być zachwyt nad pięknem krajobrazu, znużenie długim wyczekiwaniem w kolejce etc. Towarzyszą mu stany psychiczne, lecz są one słabsze i mniej osobiste. Bodziec przychodzi od zewnątrz, odpowiedź skierowana jest do zewnątrz. Człowiek, na którym gra świat, odpowiada muzyką człowieczeństwa.
Doświadczenia te mogą się nakładać, śmiem nawet twierdzić, że 99% doświadczenia świadomego swego istnienia człowieka to właśnie doświadczenie mieszane. Im mniej Sokratejską jest postawa podmiotu, tym w „mieszance” większy udział zdobywa doświadczenie zewnętrzne (rośnie „współczynnik zdebilenia”). Czyste doświadczenie wewnętrzne możliwe jest bodaj jedynie w stanie śpiączki farmakologicznej. Wtedy bowiem nie ma „zewnątrz”, jest tylko „Ja”. Nie ma żadnych bodźców zewnętrznych (przynajmniej na gruncie naszej wiedzy o tych stanach). Czystego doświadczenia zewnętrznego nie ma chyba nawet sensu brać pod uwagę. Wymagałoby ono wyłączenia myślenia i świadomości, a bez świadomości człowieczeństwa być nie może. Przykładem doświadczenia mieszanego może być uczucie piękna absolutnego bądź wewnętrznego wywołane przez doświadczenie estetyczne i wszystko to, co działając od zewnątrz pobudza wnętrze.
Szczególnym rodzajem doświadczenia „,mieszanego” jest coś, co nazywałem wcześniej „doświadczeniem człowieka”(również tutaj). Po głębszych przemyśleniach dochodzę jednak do wniosku, że być może właściwszym, ale idiotycznie brzmiącym, byłoby określenie „doświadczenia zewnętrznego podmiotu”. W doświadczeniu tym w świecie przedmiotów odkrywamy podmiot, jakim może być człowiek jako osoba, lecz również zwierzę jako istota czująca i myśląca. Kluczowym jest moment, w którym drugi człowiek ze zwykłego, nijakiego przedmiotu poznania przeistacza się w pełną uczuć i piękna osobę. Osobę, która nagle zaczyna wydawać nam się tak bliska, znana, zrozumiała i ludzka... Osobę, którą mogliśmy wcześniej nie znosić, wręcz nienawidzić, uczynić jej dużo bólu i cierpienia, a do której chciałoby się nagle podejść i powiedzieć- wiesz, dobrze, że jesteś. To jest właśnie moment najgłębszej ludzkości. Nie wtedy, gdy rozmawiamy z przyjaciółmi (choć to też jest głęboko człowiecze!), gdy jest nam miło i przyjemnie, lecz wtedy, gdy widzimy obcego lub znienawidzonego człowieka i podajemy mu dłoń, przepraszamy go, rozmawiamy czy po prostu uśmiechamy się do niego.
Człowiek pozostaje dla mnie wartością najwyższą i nieskończoną, jednak nie ze względu na jego absolutny charakter. Tym, co w człowieku nieskończone, jest potencjał dobra, miłości i przyjaźni, którym może obdarzyć drugiego człowieka. Bez względu na kolor skóry, wyznanie i poglądy. W człowieku nie ma zła wrodzonego, jest wrodzona biologiczna złośliwość, która pod wpływem warunków życia przeradza się w mniejsze bądź większe kur..., eeee, zło.
Cóż jednak musiało dziać się z tymi ludźmi z barwą brunatną w tle, by w tak bestialski sposób mordowali innych ludzi? Śmiem twierdzić, iż byli to ludzie z „zawieszonym człowieczeństwem”. Nie było żadnego wystarczająco silnego doświadczenia, które mogłoby im powiedzieć „Jestem człowiekiem. Zabijam człowieka. Coś tu kurde nie gra.”. Słowa Francois Poiriego w rozmowie z Levinasem: „Po raz pierwszy w historii ludzki byt nic nie znaczy. Nie jest to wróg, z którym trzeba walczyć, więzień, którego można wymienić. Jest przedmiotem do zniszczenia.” Skrajna prawica tak wymiotła im mózgi, że w ich świadomości nie było człowieka-więźnia, raczej zwierzęta w barakach. Oni nie palili ludzi, lecz ciała. Tak jak lekarz nie leczy człowieka, lecz diagnozuje jednostkę chorobową u pacjenta i podejmuje odpowiednie kroki w leczeniu klinicznym. Żołnierz nie zabija człowieka, lecz likwiduje nieprzyjaciela.
Nacjonalista nie skopie bezdomnego na śmierć. On usuwa element bezwartościowy.
Wolność Finansowa? 12 komentarzy
Napisano dnia 13 czerwca 2009, w Ogólne, Przemyślenia Filozoficzne, Przemyślenia Globalne
Jakiś czas temu, gdy nasz informatyk postanowił wprowadzić na zajęciach elementy składni HTML, skakałem po stronach joggera szukając ciekawych tekstów. Trafiłem min. na „ Moją drogę ku wolności finansowej ” i zbiór wpisów z nią związanych. „Wolność finansowa”...? Nie, tutaj coś nie styka. Pieniądz jako taki zakłada mniejsze bądź większe zniewolenie jednostki. Wynika to z jego struktury, gdzie pieniądz jest bytem społecznym powstałym na skutek umowy społecznej. „Dążenie do większego posiadania, niż to ludziom jest potrzebne, zmieniło właściwą wartość rzeczy, która zależy od jej użyteczności dla życia człowieka, zgodzili się oni, że mały kawałek żółtego metalu, który można było zachować bez zniszczenia bądź zepsucia, winien odpowiadać wartości dużego kawałka mięsa, czy kopca zboża”- John Locke, „Traktat Polityczny II”, księga „O Własności”. „Wymyślenie” pieniądza stało się więc katalizatorem wszystkiego tego, co w człowieku najgorsze- zawiści, chciwości, lenistwa. Dotąd pracował on tylko tyle (aż tyle?), ile musiał, by PRZEŻYĆ. Nie musiał wchodzić nikomu w drogę, bo pożywienia było dość (wedle Locke’a). Odtąd zaczął on pracować, by MIEĆ więcej.
Podobne poglądy odnaleźć można w utopii regresywnej JJ Rousseau. Jednak współczesna antropologia i biologia dostarcza garści dowodów nie tylko na to, iż człowiek nie jest chodzącym dobrem, lecz że złośliwość jest wręcz wrodzona nie tylko człowiekowi, lecz wszystkim zwierzętom. Nie mniej jednak, wyraźne przewartościowanie „przeżyć” na „mieć” w definitywny sposób wpłynęło na kształtowanie się kultury europejskiej. Kultury przez filozofię nazywanej mianem „kultury logosu”, socjologię „kultury konsumpcji”, a najwłaściwszym określeniem wydawałaby się „kultura posiadania”.
Czy więc, skoro pieniądz jest tak głęboko zakorzeniony w naszej kulturze (świadomości?), można się od niego w ogóle wyzwolić? To zależy, co rozumieć poprzez „wyzwolenie”. Jeżeli ma to oznaczać „niekorzystanie”, to na obecnym etapie rozwoju cywilizacyjnego może to już chyba budzić jedynie pełen politowania uśmiech. Jeżeli komuś marzy się spędzenie życia pod chmurką, z dala od bieżącej wody i elektryczności, to jestem pełen uznania i podziwu, ale ja jednak pozostanę przy mydle i ciepłej wodzie.
Sam jednak autor twierdzi, iż wolność finansowa to „stan w którym posiadane aktywa pracują na utrzymanie ich posiadacza, uwalniając go od konieczności parania się pracą zarobkową”. Zastanawia mnie samo stwierdzenie o niekonieczności pracowania, które wydaje się być równie utopijne, co niebezpieczne wręcz. Nie znam autora osobiście, nie znam siły jego charakteru. Ja jednak jestem osobą, która działa wedle maksymy „daj z siebie zawsze dwa razy więcej, niż od ciebie wymagają”. Gdy nie wymagają nic, to mogę dać z siebie nawet sto razy więcej. Wynik mnożenia przez zero jest zazwyczaj porównywalny. A dla takich osób postulat wolności finansowej byłby chyba najatrakcyjniejszy.
Inną kwestią jest kwestia bezpieczeństwa, czy raczej- zagrożeń wiążących się z wieloletnią stagnacją zawodową. Omińmy kwestie charakterologiczne- jedni cieszyli by się życiem i rozwijali, inny leżeli by przed telewizorem podpięci do cysterny z piwem. Załóżmy jednak, w pełni naiwnie i hipotetycznie, że po -nastu latach korzystania z dobrodziejstw życia z odsetek tracimy znaczą część aktywów. Mniejsza o sposób. Akcje tracą wartość, bank upada, dom nam zalewa. Odsetki nie starczają już na życie. I co teraz? Nie mamy pozycji zawodowej, odzwyczailiśmy się od pracy, straciliśmy kompetencje. Iść w KFC pracować?
Autor podzielił swój plan na cztery części:
1. Ustalenie kwoty dzielącej mnie od wolności finansowej
2. Jak najszybsze pozbycie się długów
3. Inwentaryzacja aktywów
4. Plan inwestycyjny, którego zadaniem jest na mnie zarabiać
Więc po kolei.
1. Ustalenie kwoty dzielącej mnie od wolności finansowej
Jest to, zaiste, świetny sposób, by stać się niewolnikiem „wolności finansowej”. Wyznaczenie miesięcznej kwoty minimalnej i pieniędzy potrzebnych, bo z odsetek od nich ją opłacić? Ten tok rozumowania ma przynajmniej dwie wady. Po pierwsze- człowiek był na tyle głupi, by upłynnić miarę wartości, czyli pieniądz (wahania kursów walut, wysoka inflacja). To tak, jakby zrobić układ równań y=x^x=y. Jeżeli w tym roku kwota wynosi powiedzmy 1500 zł, to za rok może być nieurodzaj, skoczą ceny żywności i kwota również musiałaby skoczyć. I co wtedy? Przegłodować deficyt?
Drugą wadą jest płynność odsetek i zysków kapitałowych. raz fundusz może zrobić 50%, innym razem może przegrać nasze pieniądze. Mamy więc dwie wartości x i y. Obydwie ze znacznym marginesem błędu. „Wolność” staje się więc statystyczna i teoretyczna- konwencjonalna, licha i niepewna.
2. Jak najszybsze pozbycie się długów
To jedyny punkt „programu”, z którym się absolutnie zgadzam. Dług jest zniewoleniem o tyle obrzydliwszym od innych finansowych zależności, że praca na spłatę kredytu nie służy bieżącemu poprawieniu stanu materialnego. Nie pracujemy dla siebie, lecz na kredyt. Kredyt ze środka staje się celem, kamieniem na szyi ciągnącym ku dnu. Cóż jednak poradzić, skoro ludzie tak chętnie obwieszają się tymi głazami?
3. Inwentaryzacja aktywów
To najlepszy przykład „maniactwa wolności finansowej”. Wszystko wycenić, by wiedzieć, ile z tego może być odsetek? Dla mnie jest to perspektywa dość przerażająca- każdy posiadany przedmiot identyfikować z jego wartością rynkową? „Ramka ze zdjęciem rodzinnym. 3,50.”
4. Plan inwestycyjny, którego zadaniem jest na mnie zarabiać
Ten punkt jest dla mnie dość problematyczny, głównie ze względów etycznych. Fundusze inwestycyjne walnie przyczyniły się do nadmuchania bańki, której pęknięcie pozbawia obecnie pracy setki tysięcy ludzi. Bogacić się na cudzym nieszczęściu? Dziękuję, postoję.
Reasumując. Uważam zaproponowane rozwiązania za błędne, bo i sam autor nie do końca dookreśla swój cel. Jest nim nie wolność finansowa, lecz wolność od pracy. Bogactwo nie jest samorodne. Żeby ktoś mógł poleżeć, ktoś inny musi postać. Bogaci rodzice, podatnik- ktokolwiek.
W mej opinii należy szukać innych dróg do uwolnienia się spod tyranii pieniądza. Jedną z nich jest właśnie praca, jako środek do zapewnienia sobie wpierw materialnego, potem finansowego bezpieczeństwa. Ale nie tylko. „Pieniądz jest bytem społecznym”- od tego zacząłem. W związku z tym, to w gestii społeczeństwa bądź wspólnot leży moc znoszenia ciążącej siły pieniądza. Rodzina, przyjaciele, czy nawet uczciwy i przyjazny pracodawca- oni wszyscy mogą pomóc, gdy powinie nam się „finansowa” noga. Sami jednak mają prawo do oczekiwania analogicznej pomocy, gdy będą w kłopotach. Można zastosować strategię Obamy, przedstawioną przez niego w „Odwadze Nadziei”. Gdy ma się przed sobą dwa lata w senacie, przez rok trzeba pomagać tylu senatorom, ilu się da. By przez drugi rok korzystać z ich wdzięczności przy walce o prezydenturę. Ale tego nie da się osiągnąć przeliczając wszystko na odsetki.
Logika Szczęścia- Logika Sukcesu 4 komentarze
Napisano dnia 05 czerwca 2009, w Ogólne, Przemyślenia Filozoficzne
Sprawiłem dziś sobie książkę „O ulotności życia” Profesora Tadeusza Gadacza. Z Panem Profesorem miałem do czynienia raz- na pogadance o Józefie Tischnerze, którą wspominam jako... kiepską, co i tak jest eufemizmem. Powód wyboru tej właśnie książki? No cóż, miałem upatrzone opracowanie europejskich systemów politycznych, na które zabrakło mi paru złotych. Przeszedłem do działu „Filozofia”, trafiłem na Gadacza, skojarzyłem i... wziąłem.
Książka pisana jest językiem dość prostym, momentami można mieć wręcz wrażenie, iż czyta się dobry podręcznik do etyki dla liceum. Trzyma się ona ram ogólnych konwencji pisania o filozofii- są więc cytaty z wielkich bądź znacznych, nawet na poparcie truistycznych tez. Po lekturze kilku pierwszych stron mogę ją w zasadzie polecić jako zaczyn poszukiwań JEDNEJ Z MOŻLIWYCH odpowiedzi na pytanie „Jak żyć?”. Bowiem już lektura pierwszego rozdziału wprowadzającego, którego tytuł przyjąłem za tytuł wpisu, dostarcza pewnych podstaw, by filozofować wedle definicji filozofii autorstwa dr Zienkiewicza, czyli- wbijać szpilki w lity pomnik rzeczywistości.
Pierwszą ważną tezą postawioną przez Profesora Gadacza jest stwierdzenie, iż celem działań każdego człowieka jest szczęście. Co podkreśla on cytatami z Augustyna, Kanta, Wojtyły i, jako ostatniego, Arystotelesa. Co więcej, cytat z Karola Wojtyły o naturalności dążenia do szczęścia jest w zasadzie... absolutnie niepotrzebny. Nic on, w porównaniu z późniejszym fragmentem z Arystotelesa, nie wnosi. Rozumiem autorytarny charakter cytatów z Papieża-Polaka, aczkolwiek jest dla mnie sytuacją co najmniej zastanawiającą, gdy filozof, by publikować swą pracę, musi (albo chce?) jak najwięcej tez poprzeć cytatem z Wojtyły. Analogia nasuwa mi się dość jasna- kiedyś praca doktorska bez cytatu z Marksa nie była pracą doktorską. Czemu w analogiczną skrajność wpada się z, nie kwestionuję- wielkim, Polakiem? To trochę tak, jakby stwierdzić dziś, iż każde ciało gęstsze od wody wrzucone do wody powinno tonąć. I przywołać Newtona, powołać się na Einsteina (bo jak Einstein coś powiedział, to to musi być prawda) a na końcu sięgnąć po prawo Archimedesa. Bowiem to Arystoteles stwierdził (jako pierwszy?- nie wiem, by ktoś mówił to przed nim), iż celem działania każdego człowieka jest szczęście. Różnie jest ono jednak pojmowane, co zresztą zdaje się być, po lekturze fragmentu i przewertowaniu jej, ważnym tematem książki Profesora Gadacza, Teleologiczna koncepcja Arystotelesa była oczywiście dużo szersza- człowiek jako byt celowy jest jedynie następstwem metafizyki Arystotelesowskiej. Jednakże jedno nie ulega wątpliwości- to myśliciel grecki był ‘ciutkę’ wcześniejszym autorem koncepcji.
Jest to jednak pewna uwaga tycząca się doboru cytatów. Zresztą dla tak oczywistego stwierdzenia raczej niepotrzebnych, wystarczyłaby wzmianka o wcześniejszych myślicielach głoszących podobny bądź analogiczny pogląd. Uwagę mą przykuł raczej nieco późniejszy fragment. Kontekstem jest absurdalność przewartościowania szczęścia i utożsamienia jej z życiowym sukcesem zawodowym, rodzinnym etc. Zacytuję:
„Sukces całkowicie zależy od dóbr zewnętrznych, częściowo zależnych, częściowo niezależnych od człowieka. Także do szczęścia należy pomyślność. (...) Wiele jednak z tych dóbr nie jest od nas zależnych. Człowiek powinien się rozwijać, wciąż dążyć do nowych celów, kształtować swoje życie, dbać o zdrowie. (...) Siedzibą szczęścia jest wnętrze SAMEGO człowieka. Nie przyniesie go nam żadne obiektywne dobro, jeżeli nie odnajdziemy go w nas samych. Tajemnica szczęścia polega na umiejętności odnalezienia w sobie punktu oparcia. Sukces zależy jest często od innych lub od zrządzeń losu. Szczęście może być tylko naszym własnym udziałem. Nie może być szczęśliwym ktoś, kto sam sobie nie wystarcza.”
Prof. Tadeusz Gadacz,„O ulotności życia”, strona siódma.
Koniec cytatu. Podkreślenia moje.
Przygotowując się do tej wypowiedzi po parokroć próbowałem złożyć spójną podstawę pod krytykę powyższych stwierdzeń. Dylemat mój opierał się na pozornej niekonkretności zdania „Szczęście może być tylko naszym własnym udziałem”. Naszym w sensie nas jako ludzkości, czy naszym w znaczeniu moim, tylko moim i tylko przeze mnie? W pierwszym przypadku przeszedłbym nad stwierdzeniem dalej. Jeżeli człowiek jest „podmiotem uszczęśliwiającym” (a w mej opinii- absolutnie jest), to nie podważa to ani pozytywnej koncepcji człowieka w personalizmie, doszukującej się w człowieku nieskończonego potencjału szczęścia, dobra i miłości, którym to obdarzyć może drugiego człowieka. Wskazywałoby na to pierwsze podkreślone zdanie.
Drugą opcją byłoby uznanie, iż autor miał na myśli człowieka jako indywiduum oddzielone od świata. To stawiałoby ucznia Tischnera obok Sartre’a- ateisty raczej, niż egzystencjalizmu teistycznego. Co by się bowiem okazało- szczęście mogę nadać sobie tylko ja sam. Szczęście jest celem mojego życia, moim najważniejszym dążeniem. Powstaje więc układ równań: cel=szczęścia^szczęście=ja. Stąd- cel=ja. Stąd cel!= inny człowiek. Niesie to za sobą parę następstw. Po pierwsze- skoro drugi człowiek nie może mnie uszczęśliwić, to... po ką choinkę mi on? Po drugie, jeżeli drugi człowiek może uszczęśliwić jedynie sam siebie, to... po ką choinkę ja jemu? Po trzecie, skoro ja nie mogę go uszczęśliwiać, to nie mogę podnosić własnego szczęścia poprzez uszczęśliwianie drugiej osoby (ufff). Czyli też nie jest mi ona do niczego potrzebna. Człowiek jako indywiduum staje się więc jedynym wartościowym podmiotem w świecie przedmiotów. Sartre.
Skłaniałem się ku drugiej opcji. Coś jednak powstrzymywało mnie przed przyjęciem jej. Uczeń Tischnera, filozofa dialogu, który tak chętnie i tak często odwołuje się do swego mistrza, zaczyna głosić tak skrajnie izolacjonistyczne tezy?
Spójrzmy jednak na drugie podkreślenie. „Sukces zależy jest często od innych lub od zrządzeń losu. Szczęście może być tylko naszym własnym udziałem”. Sukces= inni. Szczęście= tylko nasz własny udział. I Sukces!= Szczęście. Czyli Szczęście!= inni. To raczej potwierdza przypuszczenie drugie, niźli pierwsze. I sam koniec. „Nie może być szczęśliwym ktoś, kto sam sobie nie wystarcza.”. Szczęścia nie należy więc szukać w drugim człowieku. Należy szukać go w sobie.
Absolutnie nie mogę się zgodzić z powyższym tokiem myślowym. Zasadniczo zauważam w nim dwie luki- odrzucenie zewnętrzności jako raz źródła, dwa celu, bądź adresata. Więc po kolei.
Najłatwiejszym przedstawieniem argumentów za pierwszą opcją jest sięgnięcie po empirię. Przykład banalny, ale przebogaty w uczucia. X przychodzi smutny do szkoły. Y widząc jego smutek, obdarowuje go czymś. X rozpogadza się, uśmiecha, dziękuje, etc. Czy można zaprzeczyć, iż nie został obdarzony pewnym ładunkiem szczęścia (można powiedzieć, że małym. Dla mnie zaś to ogrom człowieczeństwa)? Zaś w kategoriach zaprezentowanych przez Profesora Gadacza jest to sukces, bowiem elementem wyzwalającym jest dobro zewnętrzne (dar) oraz obdarowujący. A sukces nie jest szczęściem. Toć to nonsens.
Potencjał takich zewnętrznych uszczęśliwień jest przecież niemal nieskończony, jeżeli w przypadku czegoś tak subiektywnego, jak szczęście można w ogóle mówić o jakiejkolwiek miarze, a jeżeli nie, to każda zmiana szczęścia jest nieskończona. Czemu idziemy do przyjaciela, gdy los nam dołoży? Czemu w ogóle żyjemy w społeczeństwie? Dla sukcesów? Panie Profesorze, toć to sprowadzenie człowieka do roli interesownej hieny!
Inną kwestią jest to, iż świat zewnętrzny do nie musi być poklepujący po ramieniu przyjaciel. Może być poklepujący po szczęce opryszek. No ale człowiek musi znaleźć w sobie ostoję, punkt oparcia, na którym zbuduje swoje szczęście. „Okradają mnie, biją mnie, poniżają mnie, och jak dobrze!” Szczęście +2.
Postulat idealnie zrównoważonego podmiotu etycznego jest dla mnie przykładem urojonych dążeń człowieka do absolutnego samoudoskonalenia się. Jasne, to pięknie brzmi, gdy się mówi „jestem emocjonalnie niezależny”. Ale to absolutna brednia. W dobie wojny akceptującej użycie środków psychotropowych, które z największych „twardzieli” robią płaczące dzieci, jest to po prostu nieprawda. Zwłaszcza, że wewnętrzny spokój buduje się przecież w oparciu o interakcję. Rozmowę z samym sobą, ale również odbieranie bodźców ze świata zewnętrznego. Przykładem niech będzie sytuacja, w której nie mogąc zasnąć włączamy sobie przy łóżku muzykę relaksacyjną. Wpadamy w półsen, po czym ona nagle się kończy. Czy niepokóju tym wywołanego można uniknąć poprzez budowanie silnej osobowości? Inny przykład to powtarzany do znudzenia w horrorach motyw monotonnej muzyki (pozytywka, bicie dzwonów), gdy cichnie która- zaczyna się rzeź. Znowuż- czy tej chwilki niepokoju pojawiającej się w momencie pomiędzy muzyką a akcją da się uniknąć poprzez kształtowanie swojej osobowości?
Powyższe przykłady mają jedną wadę- nijak mają się do szczęścia. Oczywiście- na wstępie można by sięgnąć po ostrzejsze przykłady, jak choćby śmierć najbliższych, rodziny, przyjaciół. W/w niepokój jest przecież jednym z rozlicznych uczuć. Tak samo, jak smutek, rozpacz, żal, radość. Uczuć, które są znaczącymi składowymi szczęśliwości jako takiej.
Drugą dziurą przeze mnie podnoszoną wadą modelu Profesora Gadacza jest odrzucenie zewnętrzności jako adresata ludzkich działań. Adresata uszczęśliwiającego. Ilekroć czynimy coś, nie dla nas samych, lecz dla skonfrontowaniem efektów naszej pracy z różną od nas rzeczywistością? I ilekroć uszczęśliwia (bądź nie) nas skutek tejże konfrontacji? Czy Pan Profesor potraktował tą książkę jako sukces, czy szczęście? Jeżeli jako sukces, to jaki sens ma pisanie jej? A jeżeli jako szczęście, to czy byłby równie szczęśliwy, gdyby stracił zamówienie i z tekstem nie zapoznał by się nikt, poza nim?
Czy też inaczej- czy uszczęśliwia nas pokazowy samochód, bo jest ładny, czy bo komuś innemu wpadł w oko? Czy dbamy o siebie, by być zadbanymi, czy by spodobać się komuś? Nagrywamy muzykę, by słuchać jej w samotności, czy by podzielić się z kimś swą twórczością?
Piszemy, by ktoś mógł to przeczytać. Kochamy, by być kochanymi. Obdarzamy, by w każdej chwili móc liczyć na pomocny dar od innych. Każda z tych czynności wymaga obecności drugiego człowieka. Nie elementu rzeczywistości, kogoś, kto może nam pomóc i my na tym skorzystamy, lecz CZŁOWIEKA, jako celu samego w sobie.
Przedwczoraj rozmawialiśmy o przeintelektualizowaniu jako czynniku utrudniającym poznanie człowieka. Model szczęścia tworzony przez Profesora Gadacza jest przykładem właśnie takiego przeintelektualizowania. Nie można wszystkiego brać na rozum. Zawsze pojawią się sytuacje, w których główka bardziej nam przeszkadza, niż pomaga. Liczmy na swoje serca.
O potrzebie filozofii. 2 komentarze
Napisano dnia 03 czerwca 2009, w Ogólne, Przemyślenia Filozoficzne
Dzisiejszy dzień był szczególny. Był to bowiem drugi przypadek w tym roku, by na Międzyszkolnym Kole Interdyscyplinarnym mającym miejsce w IX LO było więcej słuchaczy, niż sztuk jeden. Dodatkowy słuchacz jest uczniem klasy drugiej matematyczno-fizycznej. Przyszedł „przez przypadek”. Zobaczył afisz reklamujący wykład naszego fizyka pt. „Czy Bóg gra z nami w kości?” i postanowił wpaść. Gościu wygadany, z szerokim horyzontem i, co bodaj najważniejsze, z wyczuwalnym głodem pytań i potrzebą odpowiedzi. Rozmowa o Bogu Einsteina całkiem nam się udała. Wielkim plusem był sam fakt jej zaistnienia- drugi taki przypadek w tym roku (wcześniejszym była całkiem udana Sesja Popularnonaukowa). Niestrudzony i niezrażający się niepowodzeniami organizator pozwolił sobie nawet na stwierdzenie orzekające o „zerwaniu relacji mistrz- uczeń”. No i w sumie miał rację- czwórka chcących poszerzyć horyzonty ludzi dyskutowała dość długo i udanie w warunkach dyskutanckiej równości, oczywiście przy zachowaniu form grzecznościowych etc. Inną ciekawą kwestią jest w ogóle profil rozmówców- zawodowy filozof uprawiający filozofię na wzór niemiecki, fizyk po podyplomówce z filozofii, lecz mimo to wciąż poruszający się trochę po omacku, zwłaszcza w zagadnieniach głęboko egzystencjalno-metafizycznych, uczeń profilu mat-fiz, miłośnik fizyki i astronomii (tyle o sobie powiedział) oraz uczeń profilu inf-mat, który swą dość chaotyczną filozofię opiera raczej na tym, co można zrozumieć, a czego nie da się wytłumaczyć. Sytuacja taka sprawiła, iż nikt nie mógł wziąć w dyskusji góry nad resztą, bowiem teren był dla każdego z nas w znacznej mierze nieznany.
Równie ciekawą dyskusją skończyło się dzisiejsze koło. Mianowicie rozmawialiśmy o frekwencji i sposobach zmienienia beznadziejnej sytuacji. Bo przy rozmowach o wadach współczesnej szkoły wracają kwestie- Szkoła zabija myślenie! Szkoła wbija w szablon! W szkole nikt nie pyta uczniów o zdanie! W szkole nie ma dyskusji!- ale kiedy pojawia się konkretna i interesująca oferta, to na pytanie „Idziesz dziś na koło na wykład Waszaka?” pada odpowiedź „Eee, no wiesz, bardzo go lubię, ale no, tego.... filozofia...?”. W sumie postanowienia były dość konkretne- przede wszystkim poluźnienie koła. Ja proponowałem zmianę nazwy z „Koła Interdyscyplinarnego” (brzmiącego trochę odstraszająco...) na zwykłe „Koło dyskusyjne”, czy też cosik w ten deseń. Problem jest takiej materii, że brak iskry zapłonowej. Gdyby zebrało się kilka osób na przykład na dzisiejszym spotkaniu, to dalsze same by się organizowały. Pojawiłoby się parcie od spodu, którego brak. Całość żyła by swoim życiem. Problem jest taki, że takowego parcia nie ma. A przecież jest tyle fajnych tematów, które można by opracować i przedstawić. Od typowych zagadnień etyczno-filozoficznych, poprzez filozofię polityczną, a na filozofii kultury kończąc. Przeprowadzone w odpowiedniej konwencji wprowadzenie powinno wystarczyć, by każdy uczeń posiadający elementarną świadomość kulturową i wymagane w liceum wiadomości z zakresu nauk szczegółowych mógł podjąć dyskusję. Zresztą- zaczyna się od epistemologii u Einsteina, a kończy na neo-logoizmie. Do dzisiejszego składu zabrakło nam kogoś skierowanego ku filozofii kultury, do tego jakiegoś uczniowskiego teologa i byłoby o wiele ciekawiej. Zaproponowałem również, by dać innym nauczycielom przedmiotowym propozycję, by ci w ramach przygotowań do olimpiad proponowali swoim uczniom referaty, które mogliby prezentować na środowym kole. Zysk i dla nich, i dla nas. Oni zyskaliby publikę, przed którą mogliby doszlifować wypowiedzi ustne. My zyskalibyśmy referujących, ciekawe tematy i potencjalnych członków koła.
Wszystko to jest jednak kwestią przyszłości. Nadzieja w pierwszych, nienastawionych negatywnie bądź obojętnie klasach. Jest to ogólnie przykra sytuacja. Tyle fajnych rzeczy można by razem zrobić. A braci uczniowskiej się po prostu nie chce. Nie mówiąc już o tym, że takie koło dawałoby bardzo szeroki zakres obycia w kodach kulturowych, możliwość poznania konkretnych teorii naukowych od strony historycznej, strony ich źródeł i poszukiwań, które wywołały.
Powyższą ideę udało się zrealizować dziś w II LO. Równie niestrudzony P. Paweł Kołodziński zwołał zebranie tegorocznych olimpijczyków na godzinę osiemnastą w dwójce. Oczywiście o w pół do szóstej już robiliśmy herbatę. Przyszło nas w sumie sztuk sześć, po czym jedna sztuka odpadła z przemęczenia. Mam zasadniczy problem z opisaniem tego spotkania, bowiem... o czym to myśmy nie gadali? Pływaliśmy po licznych morzach zagadnień- od rozmów bardziej prywatnych, poprzez dzielenie się własnymi spostrzeżeniami, aż po standartowe pytania o źródła i cele naszych filozofii. Po raz kolejny podjąłem próbę przedstawienia mych opinii na temat postrzegania człowieka w świecie przedmiotów. I mimo, iż Kołodziński raczej przez grzeczność kiwał głową, to zauważam swoje istotne postępy w przedstawianiu swych racji:):):)
Nie można podważać znaczenia takich spotkań. Młody człowiek nie ma zbyt wielu możliwości, by móc twórczo pogadać o trudniejszych niż przeciętnych zagadnieniach przy ciasteczkach i herbacie. Co nabiera niebywałego znaczenia, gdy ma się do czynienia z uczniem po czterech godzinach snu, małym śniadaniu i nastu godzinach na nogach. Wracając o dziewiątej do domu można usiąść nad obiadem i bez żalu stwierdzić, iż to najlepiej spędzone popołudnie od długiego czasu.
W trakcie spotkania padło kilka niezobowiązujących stwierdzeń traktujących o przyszłości zgromadzonego wokół Olimpiady Filozoficznej młodofilozoficznego środowiska naszego regionu. Gdyby udało się je zrealizować, to byłby to nasz spory sukces. Kołodziński niemal na pożegnanie rzekł nam- Z filozofią jest jak z wodą mineralną na pustyni. Gdy już się po nią sięgnie, należy dzielić się nią z każdym napotkanym człowiekiem. Ale to taka rąbnięta woda mineralna- im więcej rozdasz, tym więcej jej zdobędziesz. Koniec cytatu.
« Wcześniejsze wpisy

Kuba Pakulski
Szczecinianin. Fascynat filozofii, historii i nauk społecznych. Piszący dla przyjemności i praktyki. Lewicowiec, umiarkowany anarchista, skrajny antynacjonalista. Antyklerykał, którego serce bije po lewej stronie. Dziewiątkowicz z pięcioletnim stażem. Od lat aktywny w mikronacjach. Słucha wszystkiego, co da się zamknąć w trójkącie Judas Priest- Enya- Miles Davis.
Kontakt:
e-mail: kuba.pak666 wp.pl
jabber: kuba.pak666 jabber.wp.pl
gg: 9933809
SZUKAJ
KATEGORIE
ARCHIWUM
- Marzec 2010
- Luty 2010
- Grudzień 2009
- Listopad 2009
- Październik 2009
- Wrzesień 2009
- Sierpień 2009
- Lipiec 2009
- Czerwiec 2009
- Maj 2009
- Kwiecień 2009
- Marzec 2009
- Luty 2009
- Styczeń 2009
- Grudzień 2008
- Listopad 2008
- Październik 2008
- Wrzesień 2008
- Lipiec 2008
- Czerwiec 2008
- Maj 2008
