Najpewniejsza metoda sambójstwa? 3 komentarze
Napisano dnia 07 marca 2010, w Ogólne, Polityka...
- Powiedzieć Korwinowi "Korwin! Ty pieprzony socjalisto!".*
-Wejść z kamerą TVN-u na kółko różańcowe.**
:-)
*wymyślone przedwczoraj w szczecińskim Teatrze Polskim
** za S. Płacheckim, Sekretarzem Komisji Rewizyjnej koła lokalnego Młodych Demokratów w Szczecinie
Dziecięca nienawiść 23 komentarze
Napisano dnia 29 grudnia 2009, w Ogólne, Polityka..., Przemyślenia Filozoficzne
Przed paroma dniami gen. Wojciech Jaruzelski podzielił się w programie „Tomasz Lis na żywo” taką oto refleksją: dlaczego w Polsce, kraju najlżejszego spośród europejskich, komunizmu, wciąż z taką zawiścią i nienawiścią próbuje się rozgrywać kwestie, które od dawna powinny leżeć w kompetencji wyłącznie historyków? Nie da się ukryć, że wiele jest tu na rzeczy. Władza bezkrwawo przeszła w ręce opozycji, a to, co ona z nią zrobiła, to już zupełnie inna kwestia. Minęło dwadzieścia lat. Czy to nie dość, by emocje opadły?
Nie. Bowiem nienawiści tej już dawno nie podsycają dawne strony sporu. Ludzie ci są albo zbyt chorzy, albo zniechęceni albo po prostu dojrzali, by na noże walczyć ze sobą o przeszłość (wyłączając kilka wiecznie obrażonych wyjątków). Pałeczkę przejmują młodzi. Nie chodzi jedynie o IPN, w którym historycy pamiętający PRL już przez mgłę tworzą nową wersję historii. Chodzi również o sieć i jej młodych i zupełnie najmłodszych użytkowników. Ci, tak jak ja, nie doświadczyli komunizmu. Żaden milicjant ich nie spałował, żadnej osobistej krzywdy od komuny nie doświadczyli. Jest oczywiście wąska grupa wyjątków, których rodzinom służby bezpieczeństwa poprzedniego systemu mogły autentycznie wyrządzić krzywdę. Ale to nieliczna grupa, zwłaszcza w porównaniu z aktywnością Stasi w NRD czy służ rumuńskich. Ale nie o tym teraz.
Do tych kilku słów skłoniła mnie „dyskusja” pod pewnym demotywatorem. Słabym i czysto politycznym. Tak się bowiem składa, że to nie studia, a wynik wyborczy decydują o prezydenturze. Sporo takich pseudodemotów się na głównej ostatnio pojawia, no ale trudno. Przeszedłbym nad nim dalej, gdyby nie komentarze doń.
Zaczyna się przewidywalnie. Wyszukiwanie „prawdziwego” nazwiska Kwaśniewskiego, potem jakieś z kosmosu wzięte skany rzekomych dyplomów z sowieckich uczelni. Jak ktoś lubi, niech wierzy. Potem pojawiają się konkretniejsze komentarze blasta, wrony90 czy kyda, z którymi nie mogę się nie zgodzić. Zaczęło się potem. Niejaki KlaunSzyderca (zwłaszcza z pierwszym członem trudno się nie zgodzić), podzielił się swoimi wynurzeniami: „kyd, a jaki problem skończyć studia za komuny samemu będąc czerwoną świnią?”. Cóż, sam nie studiował w tych latach, nie wie, ile tamte studia kosztowały, więc łatwo mu takie rzeczy pisać. No i od tego się zaczęło. Z jednej strony „czerwona świnia”, to z drugiej „durni, kato-solidarucho-pojeby”. Miarka przebrała się po słowach „mindcrasher, mam nadzieję, że twoja partyjna rodzinka zdychała jak rzesza ludzi pod jej rządami.”. Szlag mnie trafia, jak czytam takie wynurzenia, mimo iż nie są one adresowane do mnie. Jak można coś takiego ludziom pisać? Że ma się nadzieję, że ich rodziny zdychały? Wtedy też padł najlepszy tego wieczora komentarz, który przed chwilą przywoływałem w innym poście:
Jeżeli chcesz się z kimś spierać to atakuj jego a nie jego rodzinę. A co do 89 to może nie wiesz, ale właśnie wtedy zakończył się w Polsce komunizm i jeśli system komunistyczny wyrządził ci krzywdę to raczej przed ta datą, a jeśli mieściłeś się wtedy na stojąco pod stołem to jest to raczej mało prawdopodobne, a w związku z tym bądź uprzejmy wygłaszać trochę bardziej stonowane komentarze bo zwyczajnie nie rozumiesz na co i dlaczego plujesz.
Potem dołączali się kolejni wielcy, nastoletni bojownicy z komunizmem. Oni przecież chcieli walczyć, tylko się urodzili parę lat za późno, żeby się załapać. Ja włączam się o 21:27, wskazując na intelektualną miałkość takiego antykomunizmu. Zaraz dostaję propozycję wyjazdu do KRLD. Niejaki Mrgrzesiek zdobył się na erudycyjne „@spoleczniecom Jesteś idiotą.”. Niestety, mój apel o rozwinięcie tej odkrywczej myśli pozostał bez odpowiedzi. Mój apel o to, by dyskutować merytorycznie. Historia ma dochodzić prawdy historycznej, a nie obrażać.
Jak dyskusja toczyła się dalej, można sobie poczytać. Szybko się dowiedziałem, że jestem „komuchem”, „czerwoną świnią” i że pochodzę z „czerwonej rodziny”. No tak, moi dziadkowie emigrowali z PRL, mój ojciec w latach 80' zaliczył nawet krótką odsiadkę na tle politycznym. Rodzina „czerwona” jak cholera! Na koniec powtórzone „CZERWONA ŚWINIO”, jako, że jestem „śmieciem, który broni tego zakłamanego systemu”.
Historia nienawiści
Czy Polacy nie potrafią już dyskutować na argumenty (z krzykaczy pomijam biohumusa, który na ogół pisał merytorycznie)? Nie potrafią usiąść przy stole i wymienić poglądów, w miarę merytorycznie odnieść się do omawianego przedmiotu? Wskazać złe strony i je potępić, a potem szukać dobrych i je uznać? Czemu, idąc tropem Generała Jaruzelskiego, nie możemy podchodzić do tych kwestii jak Czesi czy Niemcy- było, minęło, zostawmy to historykom? Czy dyskusja musi wyglądać na zasadzie: założenie-jesteś czerwoną świnią, komuchu!!!, dowody-jesteś czerwoną świnią komuchu!!!, wnioski- twoja czerwona rodzina powinna zdychać komuchu!!! ?
Nie miałem ani jednego komunisty w rodzinie. Pełnoletni, żyjący za komuny, należeli do Solidarności. Pół rodziny emigrowało na Zachód. A mimo wszystko nawet sugestia, by system ten oceniać z pozycji historycznych, a nie własnych kompleksów, kończy się przemalowaniem mnie na piękną czerwień, napisaniem mojej rodzinie esbeckiej przeszłości i wyrzucaniem mi, że zapewne moi dziadkowie stali nad grobami w Katyniu. Nie stali, bo byli wtedy dziećmi. Jeden pradziadek poległ we wrześniu 1939', drugi... walczył z rewolucją w 1917' jako żołnierz carski. Ale też pewnie był „czerwoną świnią”...
Internetowi krzykacze
Nie tyczy się to jedynie kwestii historycznych. To samo tyczy się bieżącej polityki. Ze świecą na portalach wp.pl szukać jakichś merytorycznych komentarzy do newsów politycznych, czy gospodarczych (o mitycznym onecie nawet nie wspominam). Zazwyczaj są to wypowiedzi na poziomie „Ryży-SS sprzedaje Polskę swej prawdziwej ojczyźnie!!!1111111”, i o Kaczyńskich analogicznie. Raz z ciekawości przejrzałem galerię o Kasi Tusk, która chce zostać pogodynką. Jak przeczytałem "potworzyca, wnuczka wehrmachtowca!!!", to mi się niedobrze zrobiło. W takich chwilach wstyd mi, że tacy ludzie pochodzą z tego samego narodu, co ja. Jeszcze gorzej, kiedy piszą o kimś z inteligencji. Wtedy musi się pojawić „prawdziwe”, oczywiście żydowskie, nazwisko. Gdy wypowiada się ktoś z lewicy, to można być pewnym całego szeregu „czerwonych świń” i „komuchów”. Ale nie merytoryki. Szkoda.
Ale cóż...
Ty tylko potwierdza moją starą tezę. Że nacjonalizm w Polsce ma głównie gówniarzersko-osiedlowy charakter. :)
PS. Zapomniałem dodać. Jak już ktoś musi o mnie pisać per "czerwona świnia" i "śmieć". Podpisz się gnojku swoim imieniem i nazwiskiem i to powtórz. Wtedy pogadamy
Jakim prawem? 15 komentarzy
Napisano dnia 29 grudnia 2009, w Ogólne, Polityka..., Przemyślenia Filozoficzne
Przy okazji 70. rocznicy agresji ZSRR na Kresy Wschodnie II RP na demotywatorach i w innych sieciowych miejscach publicznych pojawiło się mnóstwo materiałów albo nawołujących do zemsty na „ruskich”, albo po prostu traktujących o tej napaści i jej następstwach. Śledziłem również... opisy na gg pewnego młodego nacjonalisty, mieszkającego gdzieśtam. Zarówno je, jak i demoty, przeglądalem z pewnym rozbawieniem. Treść ich bowiem wyglądała zazwyczaj „Walczyliśmy do końca!!!”, „KATYŃ- Przebaczamy, ale nie zapomnimy!!!” itp. Co mnie w tym śmieszy, a czasem bulwersuje? Owo „-my”. Dlaczego? Ano dlatego, że demoty te są najczęściej mocno dziecięcego pochodzenia, z całym zestawem błędów ortograficznych czy interpunkcyjnych. Jakim prawem, synku, piszesz „walczyliśmy!!!”? Walczyłeś?
Rozumiem, że prawo do takich słów mają rodziny pomordowanych oficerów. Ale gdy takie słowa pisze nastoletni odźwierny na osiedlu (charytatywnie stojący w bramie:)), jednocześnie aktywista ruchu „JP na 100%” i boiskowy zadymiarz, to trudno nie potraktować tego inaczej, jak brukanie pamięci o ofiarach. Gdy słowa „walczyliśmy” pisze ktoś, kto swą jedyną walkę w życiu stoczył rzucając płytą chodnikową w radiowóz, to jest to hańbienie pamięci o pomordowanych. Nie- „bronienie pamięci”, lecz HAŃBIENIE jej.
Aktywność wielkich bojowników o wolną RP wróciła wraz z kolejną rocznicą wprowadzenia w Polsce stanu wojennego. Znów pojawiły się demoty o treści „Byłeś jeden, a nas były miliony” (adresowane do gen. Wojciecha Jaruzelskiego), dodawane przez kogoś, kto godzinę wcześniej wrzucił demota ze zdjęciem szkoły podstawowej w Radzyminie, najpewniej własnego (bo kiepskiego autorstwa). Pojawiały się demoty „Nie daliśmy się komunie” itp. I znów to „my!”. Byłeś tam? Przeżyłeś to? To czemu się w ten sposób wypowiadasz? Świetnie, przy innej okazji (którą szerzej omówię w innym tekście), skomentował to niejaki Klobuk, komentując wypowiedzi takiego krzykacza:
„A co do 89 to może nie wiesz, ale właśnie wtedy zakończył się w Polsce komunizm i jeśli system komunistyczny wyrządził ci krzywdę to raczej przed ta datą, a jeśli mieściłeś się wtedy na stojąco pod stołem to jest to raczej mało prawdopodobne, a w związku z tym bądź uprzejmy wygłaszać trochę bardziej stonowane komentarze bo zwyczajnie nie rozumiesz na co i dlaczego plujesz.”
W zasadzie oddaje to istotę problemu: jakie prawo pisać w ten sposób o Katyniu czy innych tragicznych momentach polskiej historii ma ktoś, kto ledwo od ziemi odrósł i któremu ten system nie wyrządził żadnej krzywdy? Rozumiem, że prawo do tych słów mogą mieć ofiary systemu. Ale nie ktoś, kto go nawet nie pamięta (jak ja).
Jest to kolejne potwierdzenie mojej starej tezy. Nacjonalizm w Polsce ma głównie gówniarzersko-osiedlowy charakter.
Pytanie podatkowe 4 komentarze
Napisano dnia 24 grudnia 2009, w Ogólne, Polityka...
Przed paroma dniami rozpocząłem prace nad projektem „Wolni od pieniędzy”. Zakłada on powstanie serwisu społecznościowego, w którym każdy mógłby zaoferować swoje usługi. Zapłatę za nie otrzymywałby w wirtualnej, niewymienialnej na realną, walucie, wedle cen uzależnionych od czasu poświęconego na wykonanie pracy. Pozwala to z jednej strony przeprowadzić postulowane uwolnienie od pieniądza realnego, a z drugiej zaś uniknąć problemów związanych z wymianą barterową. Do tego praca byłaby równo wyważana. Mielibyśmy więc aktywność finansowo bezinteresowną, aczkolwiek potencjalnie dla pracującego korzystną, ze względu na możliwość wymienienia zarobionej waluty wirtualnej na którąś z oferowanych przez innych użytkowników usług.
Projekt szerzej omówię przy innej okazji. Wstrzymałem prace nad nim ze względu na podatkowe wątpliwości. Brat mój nastraszył mnie, że każda taka wymiana musi być opodatkowana. Dokładnie nazwy podatku podać nie potrafił. Stąd pytanie do osób zorientowanych- jak to zakwalifikować? Jako darowiznę i ostrzec użytkowników przed przekroczeniem granicy wolnej od podatku? Jako wymianę bezpieniężną, a jeżeli tak, to jak ma się do tego prawo podatkowe? Czy jako aktywność wolną od podatku?
Potęga symbolu 4 komentarze
Napisano dnia 09 listopada 2009, w Ogólne, Polityka..., Przemyślenia Filozoficzne
Będąc w pierwszej albo drugiej klasie gimnazjum naszyłem na swoim plecaku inicjały. Lewy dolny róg dumnie zdobiło „JP”. Dlaczego? Sam nie wiem/nie pamiętam. Po prostu wszystkie sztucznie postarzane kostki miały wówczas jakieś imiona i nazwiska czy inicjały rzekomych żołnierzy frontowych, więc i moja, niepostarzana, musiała mieć. Oprócz dumnych inicjałów znajdowały się na nim jeszcze naszywki AC/DC, odwrócony krzyż z inicjałami B.S (od Black Sabbath, jakoś nikt tego nie kojarzy), dwoma naszywkami Judas Priest, jakąś Mettalicą, Rammsteinem i czymśtam jeszcze. W przeciągu tych lat dochodziły tam różne dopiski, w zależności od przypływu szczeniackiej inwencji. Pod koniec drugiej klasy gimnazjum jeszcze flaga Niemiec, co by mnie podczas pobytu w Niemczech przed imigrancką młodzieżą bronić. Któregoś wieczora przysiadłem i nieco przeczyściłem wierzchnią warstwę. Wyleciały trzy szóstki i jeden Judasz, Metallica i coś jeszcze. W zamian pojawił się wyszywany własnoręcznie „Judas Priest”, przedzielony judaszowym krzyżem, flaga Polski, co by mnie podczas pobytu w Polsce przed polską młodzieżą bronić i metalowa przypinka „Uśmiechnij się”. „JP” zostało. Wówczas znaczyło jedynie „Jakub Pakulski”. Niektórzy nawet szkolni znawcy mojej osoby tłumaczyli to na „Jan Paweł” (jako wyraz mojej rzekomej bezgranicznej uległości wobec kleru) bądź „jestem ******lnięty” (czego tłumaczyć ani negować chyba nie muszę).
Od pewnego czasu ludzie się na mnie dziwnie patrzyli. W szkole, w autobusie, gdziekolwiek. Nie, żeby to była jakaś nowość, tym razem jednak skupiali się na plecaku. Nic obrazoburczego przecież na nim nie ma. Wcześniej rechotali z okularów, puchowej kurtki, czasem pijoczki czepiały się książek, ale do plecaka nic nie mieli. Zaczepiała mnie też policja. To też nie jest żadna nowość, kiedyś postanowili mnie spisać za spacerowanie o godzinie szesnastej po osiedlu Przyjaźni. Pytali o wartościowe przedmioty (wówczas odtwarzacz mp3) i ich pochodzenie. Jak usłyszeli „finał gimnazjalnego konkursu filozoficznego”, to bez słowa się odwrócili i poszli dalej. Teraz zatrzymywali się, oglądali i patrzyli wzrokiem mówiącym „no dawaj gówniarzu, no dawaj!”. Co jest panowie, ja do was nic nie mam!
W piątek, pisząc na WOK specyfikę subkultury heavy metalowej usłyszałem coś w stylu „Co ty Kuba taki antypolicyjny jesteś?”, z dodatkiem „A na 100% już się nie zmieściło, co?”. O żesz w mordę. Kilkumiesięczne rechotanie z ruchu „JP na 100%” się zemściło. Wyjąłem nożyczki i szybko wyciąłem, co mogłem. Trochę zostało. Uśmiecha się do mnie z rogu pokoju i czeka na swoją kolej.
Gdy symbol ostro wnerwia
Moją aktualnie przemijającą lekturą są „Dziady”Mickiewicza. Miałem takie... szczęście, że trafił mi się egzemplarz czytany wcześniej przez jakiegoś cholernie elokwentnego gówniarza. Cała książka jest w swastykach, zarówno klasycznych jak i alternatywnych (trójramiennych etc). I nie przyjmę tu chrzanienia o tym, że swastyka wcześniej oznaczała co innego. Znam inne znaczenia i zastosowania swastyki, również w symbolice polskiej. Niemniej umieszczenie jej w kontekście pisanego na przemian „Heil! Heil! Heil!”, „Chwała, Chwała, Chwała!”, „Tylko autorytaryzm!”, „Apartheid is good!” i „Niech panuje Aryjska Rasa!” nadaje jej w 100% określone znaczenie. I w pełni odbiera przyjemność z czytania. Ale to potwierdza tylko moją starą tezę, że nacjonalizm w Polsce ma gówniarzersko-osiedlowy charakter.
Jasne, „to tylko młodość”. Sam pamiętam czasy (szkoły podstawowej, ale jednak), gdy swastyka była tak strasznie śmieszna. Jeszcze w gimnazjum miałem w klasie idiotkę, która mi je na piórniku rysowała (oczywiście różowe), znając moją apatię do jakiejkolwiek skrajnej prawicy. Bo to śmieszy. Ale co jest pobudką do zapisania co drugiej strony książki rysunkami penisa z dopiskiem „tu byłem!!!”? To co, do cholery, wyprawiano z tą książką??!!!
„Bo chciałem być fajny...”
Symboliki można użyć nie tylko w złej intencji. Przykładem niech będą nauczyciele, którzy próbując być fajnym rzucają pod swoim adresem na lekcji jakieś obraźliwe fragmenty gwary uczniowskiej, zupełnie się przy tym ośmieszając, bo to dźwięcznie brzmiało. Czy też uczniowie, którzy na dyrektorski zakaz przynoszenia pistoletów na kulki do szkoły rozwiesili po szkole odezwy okupanckie do ludności polskiej nakazujące zwrot broni posterunkom Wehrmachtu pod groźbą kary śmierci. Bo to wydawało się śmieszne i w ogóle. Wszystko można zrozumieć, samemu było się, jest i jeszcze długo będzie młodym i głupim. Mam jednak tylko jeden zestaw pytań- czemu w książkach biblioteki czy na korytarzach szkolnych? A nie w domu, w domowych książkach i w obecności domowników? Bo mamusia by zawału dostała widząc PRZEKLINAJĄCEGO SYNECZKA? To jedno z moich starych powiedzonek: uważasz, że jesteś hardkorem/za....bisty? To zrób to przy swojej matce. Jakoś zawsze działało.
Piekło zza szyby 2 komentarze
Napisano dnia 07 listopada 2009, w Ogólne, Polityka...
Szum. Ciagły szum. I pykanie bąbelków powietrza. I tylko to. I nic więcej. Przez ostatnie osiem godzin. I ten marazm. I zupełne ogłupienie. Szklana ściana przed, szklana ściana za i wokół. Za prawą i lewą szybą inni więźniowie. A zza przedniej szyby nadchodzi piekło. Nagle, okrutnie, boleśnie i****wsko periodycznie. Zawsze wraca.
Zaczyna się od zagęszczenia atmosfery. Szum się zmienia. Pojawiają się coraz mocniejsze drgania. I ten przeraźliwy, nadchodzący jakby z karku niepokój. I strach. A potem pojawia się tłum tych, których religia każe nazywać „szatanami”, „upadłymi demonami”, czy też „lewicą”. Chwilę napierają z zewnątrz na drzwi, by wkrótce przełamać bramy piekielne i by wlać zło do naszego świata. I wtedy następuje najgorsze.
Najczęściej wpada dużo małych dręczycieli i kilku dużych, którzy nimi dowodzą. Póki są daleko, nie są niebezpieczni, Gdy podejdą bliżej- zaczyna się piekło. Gdy biegną, klatka się trzęsie, a my wraz z nią. Stają przed nią, wyciągają narzędzie tortur i zaczynają się tortury. Zazwyczaj najpierw celują w nas jakimś sześcianem. Gdy nacisną spust, słychać lekkie kliknięcie i widać jedną, wielką pieprzoną jasność. I przez następne pół minuty nie widać nic, jak tylko światło. Oczy przypominają rozżarzone węgielki włożone w oczodoły, ból jest nie do opisania.
Gdy w końcu wzrok wraca, słychać coś na kształt „No porusz się! No porusz się!”. To znak. Znak, że zbliża się najgorsze. Dręczyciel podnosi rękę, zbliża dłoń do szyby i zaczyna stukać w nią palcem. Przeraźliwy, nie dający się do niczego porównać, ból dociera do każdego centymetra kwadratowego ciała, rozrywając go na strzępy. „Nie rusza się, głupia ryba”. Następuje kolejny błysk, a potem cisza.
I zostaje tylko szum.
I ten pieprzony marazm.
I bramy piekieł zostają zamknięte.
Ale oni wrócą. Zawsze wracają.
Podstawa. Przywołałem kategorie „piekielne” w tych krótkich słowach. Śmieszą mnie bowiem bajki o „ogniu piekielnym” i niewiernych przypiekanych smołą, bo Bóg ich tam zesłał. Gdyby gość rzeczywiście był złośliwy, to po prostu wcielał by nas po śmierci w nasze zwierzęta hodowlane. Bądź też wystawowe.
Bo Polska jest w nas 9 komentarzy
Napisano dnia 14 października 2009, w Ogólne, Polityka..., Przemyślenia Filozoficzne
Ostatnimi czasy na joggerze pojawiło się kilka tekstów-manifestów dotyczących kraju, w którym przyszło nam żyć. Naszym kraju. Kolejności chronologicznej były to moje skromne „I have a dream”, „Polska jest jak PHP” Claygirl, oraz przedruk Zbyszka Czernika „Żyjemy w kraju” z racjonalisty.pl (autor: Łukasz Dąbrowiecki). Jeżeli kogoś pominąłem, to nie ze złej woli (dopisać się można w komentarzach). Swoich wypocin komentować nie będę, natomiast chciałbym się odnieść do dwóch pozostałych tekstów. Na pewno nie będzie to nacjonalistyczny osiedlowo-gówniarzerski jazgot o tym, że Polska jest tak naprawdę piękna i wspaniała (bo nie jest), ale to wszystko wina bliżej nieokreślonej „masonerii” czy „żydokomuny” (bo to wina Polaków). Mimo wszystko może być ciekawy :)
„Polska jest jak PHP”
Teza artykułu jest parafrazą wypowiedzi Karola Kozuba ("W PHP można pisać dobre programy, ale język tego nie wspiera.") :
"W Polsce można żyć dobrze i szczęśliwie, ale kraj tego nie wspiera."
Pierwsze pytanie, które się nasuwa, brzmi: co to właściwie jest ten „kraj”? Kraj to instytucje polityczne? Nie, raczej nie. To jest państwo. Kraj to ustrój? Kultura? Historia? Prawo? Góry i niziny? Gospodarka? Czy może raczej społeczeństwo? Europejską protoplastą „kraju” jest grecka polis, gdzie polis to nie tylko „miasto-państwo”, jak się zwykło tego uczyć na historii. To wszystko to, co odróżnia społeczeństwo od stada zwierząt, tj organizacja społeczeństwa, prawo pisane i zwyczajowe, historia polis, instytucje państwowe, w końcu tradycyjna pozycja rodów szlacheckich i ludzie to polis tworzący. Aleksiej Łosiew pisze, że polis to: „całe życie społeczne i społeczno-polityczne zorganizowane w jedną całość. […] Inaczej mówiąc, grecką polis należy rozumieć jako najmniejsza jednostkę historyczną obejmującą to wszystko, co należy do społecznej kultury w jej całokształcie”. Innymi słowy: polis było wszystkim. Ale kto był polis? Motto greckich kolonizatorów brzmiało: Gdziekolwiek WY będziecie, tam będzie Wasze polis!. Nie „gdziekolwiek będzie wasz władca”, czy też „wasze miasto”. Istotą polis uczyniono społeczeństwo i ludzi je tworzących. Hannah Arendt pisze w „Kondycji Ludzkiej”, że rzeczywistością polityki jest typ interakcji między ludźmi, dla których państwo użycza jedynie sceny (za Niną Gładziuk, „Tysiąc oczu Polis”). Można to przekształcić na parafrazujące „państwo to scena, aktorami ludzie”. Dlaczego jest to tak ważne? Bowiem sceną może być scena Teatru Narodowego. Ale równie dobrze może to być ulica, ławka w parku czy piwnica. Owszem, w ciepłym fotelu ogrzewanego budynku ogląda się przedstawienie przyjemniej. Ale równie dobrze można usiąść na chodniku czy trochę postać. Zresztą, naszą ambicją winno być w miarę częste wchodzenie na scenę, a nie siedzenie przed nią. Czy to poprzez żywe uczestnictwo w życiu społecznym, czy choćby przez bloga.
Kolejnymi przykładami wartymi przywołać jest wybitny XX-wieczny myśliciel chrześcijański Józef Tischner, który to twierdził, że to nie system polityczny czyni ludzi szczęśliwymi, lecz oni sami. Można do tego dodać tezę Thich Nhat Hanh'a, który to w książeczce „Każdy krok niesie pokój” stwierdza między wierszami, że „pokój jest w nas”. Nie w państwie, nie systemie, lecz w ludziach. Nawet, jeżeli przyjmiemy, że system rozbudowanej pomocy społecznej uczyni społeczeństwo absolutnie szczęśliwym (a nie uczyni), to ktoś na funkcjonowanie tego systemu musi zapracować. Czyli źródłem społecznego szczęścia nie jest system, lecz opodatkowana praca, opodatkowana aktywność ludzka. Itd.
W oparciu o powyższe dwa akapity można przekształcić tezę na
"W Polsce można żyć dobrze i szczęśliwie, ale ludzie tego nie wspierają."
A po usunięciu podmiotu nieokreślonego na:
"W Polsce człowiek może żyć dobrze i szczęśliwie, ale ludzie tego nie wspierają."
A stąd prowadzą co najmniej dwie drogi.
Droga pierwsza
W gruncie rzeczy to... z jakiego powodu ludzie mają ułatwiać Ci życie dobre i szczęśliwe? To tylko i wyłącznie Twój interes, by tak żyć! Albo, którą cenię wyżej:
Droga druga
W zasadzie to teza ta brzmi tak: nie możemy żyć godnie, bo tego sobie nie ułatwiamy. Ale zaraz... czyja to wina? Jest to relacja jest na linii my-my, bądź ja-my. Zawsze jednak pierwszy człon zawiera się w drugim, stanowi jego część. Czyli To również od Ciebie zależy, czy będziesz mogła liczyć na wsparcie reszty społeczeństwa. Bowiem to Ty jesteś jedną trzydziestoośmio milionową reguł przez nie ustalanych. A to nie tylko korzyści, lecz również odpowiedzialność za całokształt.
Żyjemy w kraju...
Na wstępie zaznaczam, iż z treścią merytoryczną dotyczącą nadużyć kościoła katolickiego w sferze publicznej w pełni się zgadzam. Mnie tez wk..... denerwuje sytuacja, w której kapelan jakiejś służby zarabia kilkukrotność zarobków mundurowych+ mieszkanie służbowe+ samochód za samo bycie na miejscu (vide: celnicy). Irytuje mnie to, że na lekcje religii w szkole etat i sala znajduje się zawsze, a lekcje etyki miewałem i od piątej godziny po południu, a za gros czasu ze mną spędzonych (liczba przekraczająca tysiąc kilkaset godzin) szkolny filozof nie otrzymywał ani grosza. Wpienia mnie to, że od każdej złotówki płaconego podatku prawie trzy grosze idą na obowiązkową daninę na jedyną_słuszną_religię. O lęku polityków przed gniewem biskupów nie wspominając. Mimo to nie mogę sobie odmówić małej formalnej zabawy nad przedstawionymi tezami, w oparciu o spostrzeżenia z wcześniejszej części.
Weźmy pierwszą tezę
— Żyjemy w kraju, gdzie głowa jednego z wyznań podczas swych wizyt jest fetowana przez czynniki państwowe, a na przygotowanie jej podróży, choć nie jest wizytą dyplomatyczną, wydawane są środki publiczne z budżetu państwa.
I przekształćmy ją na raczej:
— Żyjemy w kraju, gdzie większość społeczeństwa akceptuje to, że głowa jednego z wyznań podczas swych wizyt jest fetowana przez czynniki państwowe, a na przygotowanie jej podróży, choć nie jest wizytą dyplomatyczną, wydawane są środki publiczne z budżetu państwa.
I analogiczny zabieg przeprowadźmy z każdą tezą. Otrzymamy wówczas krytykę nie „kraju”, ale społeczeństwa, czyli nas wszystkich. Bowiem kto decyduje o tym, że szkoła x nie podaje godziny rozpoczęcia roku szkolnego, lecz godzinę mszy? Dyrektor. A skoro uczniowie i ich rodzice nie doprowadzili do zmiany tego stanu, to oznacza, że społeczeństwo na taki stan się zgadza. Itd., itd... Jeżeli rzeczywistość jest rąbnięta, to równie porąbane musi być społeczeństwo. Bowiem ono ją tworzy.
Jaki to ma cel?
No właśnie, po co tych tysiąc kilkaset słów rozgryzania innych słów? Ano po to, by uświadomić sobie, że Polska jest w nas. Że to nie od państwa zależy, jak będziemy żyli, lecz od nas, bowiem koniec końców to my te państwo determinujemy. Gdyby społeczeństwo miało rozwinięty zmysł samozachowawczy, empatii i szacunku dla pracy (a nasze nie ma), to nie byłoby potrzeby budowania silnego państwa socjalnego. Gdyby krajów zachodnich nie zalewały nacje ze społeczeństw bez ww zmysłów (również Polacy), to ich model państwa socjalnego nie bankrutowałby. Wniosek z tego wypływa następujący- to społeczeństwo stanowi, w jakich warunkach żyje. A każdy z nas jest jego częścią.
Między pomocą zwierzętom a oszołomstwem 2 komentarze
Napisano dnia 13 października 2009, w Ekologia, Ogólne, Polityka...
Była sobie w Szczecinie Stocznia. W Stoczni pracowali stoczniowcy. Stoczniowcom przypadły do gustu pojawiające się na terenie ich pracy koty. Zaczęli je dokarmiać. Tajemnicą poliszynela jest, że używali do tego celu niesmacznych kanapek przygotowywanych przez kochające żony [potrzebne źródło]. Wkrótce koty od nich się uzależniły i zaczęły rozmnażać. Ale pewnego dnia Stocznia upadła. Stoczniowcy dostali rządowy pakiet pomocowy. I tu się pojawił problem. Kociej specustawy bowiem nie było.
Liczyć tak, jak najwygodniej
Informacje o liczbie kotów na terenie Stoczni są róże. Są ludzie, którzy tam pracowali i przez cały okres pracy widzieli jednego kota. Ogólnie stoczniowcy mówią o liczbie 50, czasem 100 kotów. Niższą kwotę potwierdza administracja Stoczni. Niewiele, nie? Za mało, by zbić na tym jakikolwiek kapitał. Więc trzeba zacząć kręcić. Pani z imienia i nazwiska podana w artykule „Gazety..." podała kwotę 500 kotów. Na tym da się już jakieś lody ukręcić, nie? Ale odpowiedź społeczeństwa wciąż była marna. I do tego na ogół wykpiewająca. Więc ta sama pani na spotkaniu z młodzieżówką jednej ze szczecińskich partii stwierdziła, że tych kotów jest tam 4000 [słownie: cztery tysiące] sztuk. To jakby trochę więcej, niż 50, nie?
Bezsensowna pomoc
Strategia Zwierzęcego Telefonu Zaufania to zbiórka karmy i dokarmianie kotów. Załóżmy, że jest ich 50 i że jeden kot wcina pół puszki (powtarzam obliczenia bardziej w tej kwestii obeznanej osoby). Wychodzi co najmniej 50 PLN na karmę+ jakiś ryż do zwiększenia jej wartości energetycznej. Umówmy się, że to 70 PLN. Czyli 2100 miesięcznie. Ale zaraz! Tych kotów jest przecież 4000! ZTZ, by je dokarmić, potrzebuje ok. 170 tysięcy złotych miesięcznie. Jest to kwota dla szczecińskiego „rynku" organizacji pomocy zwierzętom astronomiczna. Warto robić dla niej szum.
Załóżmy jednak, że ktoś wyłoży te pieniądze na jeden miesiąc. Koty zostaną nakarmione. I? Co w miesiąc później? Dwa miesiące? Trzy? Co to zmieni? Nic! Koty wciąż będą potrzebowały stałej, cholernie kosztownej pomocy. Co więcej, czemu ma służyć fundowanie im pieskiego (hehe) życia? Temu, by się tam mnożyły bez końca? Kto będzie odpowiadał za los kolejnych zwierząt? Oczywiście nie ZTZ.
Bowiem ZTZ ma jasno określony pogląd na szczecińskie organizacje pomocy zwierzętom. Jego kierowniczka zapytana o to, co robią pozostałe organizacje w stoczni odpowiedziała, że w Szczecinie nie ma innych organizacji. Pewnie biedaczka nie wiedziała, że rozmawia z wolontariuszem TOZ-u, posiadającego własną lecznicę, program adopcyjny i, przede wszystkim, grupę oddanych działaczy. To, że ZTZ jest jedyną organizacją nie przeszkadza mu oczywiście żądać pomocy od pozostałych (rzekomo nieistniejących). Bo na konferencji prasowej łatwo zgrywać ostatniego Mohikanina. Ale jak przychodzi co do czego, to najlepiej, by inni zajęli się twardą i wymierną pomocą- tj odławianiem i sterylizacją zwierząt. Oraz ew. przewiezieniu ich w inne, przygotowane przez TOZ i ludzi dobrych woli miejsce.
Albo nie! Niech się nie zajmują! [notka z 07.10]. Bo przecież wyjdzie na jaw, że nie ma żadnych 4000 kotów. I że w kilka tygodni można ich problem rozwiązać albo znacznie zmniejszyć. I co wtedy? Co ze zbiórkami karmy i pieniędzy pod supermarketami i w szkołach? Co z przypływem kapitału i komitetami ochrony zwierząt? Jakoś przecież tą cholerną emeryturę spędzić trzeba.
Szum i dmuchanie bańki
Najlepszy stosunek ma do tego administracja upadłej Stoczni. Ma to wszystko bowiem głęboko w d...., twierdząc, że dość mają kocich oszołomów. Dość pomocy, która nie wniesie nic, prócz powstania wielkiej kociej armii, która prędzej czy później rozleje się po mieście. Gdy temat się w TOZ-ie pojawił, przedstawiono dwie drogi- odpuścić sobie zabawę w kotka i myszkę, albo spełnić żądania ZTZ. Ja optowałem za pierwsza opcją twierdząc, że cała sprawa to sposób na wylansowanie się i zdobycie środków. Decyzja jednak była kompromisowa i szlachetniejsza od mojego stanowiska- robić swoje. Po cichu. Bez szumu medialnego. Aż do czasu, gdy ZTZ wybrał opcję „mnożymy kociaki!!!". Mi to nic nie szkodzi, mieszkam z dala od Stoczni, a na koty jestem uczulony tylko w niewielkim stopniu. Pewnego jednak pięknego [?] dnia pani P. stwierdzi, że ma te koty tam, gdzie ma je Stocznia. I że wszystko przez to, że inni nie chcieli pomóc. I że niech oni się teraz tym zajmą.
I będzie problem.
I kto wie, czy nie czterotysięczny?
Szczyt cynizmu 19 komentarzy
Napisano dnia 08 października 2009, w Ogólne, Polityka...
Dzień dzisiejszy, przystanek tramwajowy przy rondzie Giedroycia na Wyzwolenia. Szczecin. Pora poranna, dość późna co prawda, ale wciąż zimna. Czekam na tramwaj. Przez tłumek osób o podobnych do moich oczekiwań przedziera się jakaś kobieta. Kurteczka, torebka, czapka- ubiór jakością nie odstępujący ubiorowi typowego mieszkańca RP. Niesie coś w ręku. Jeden ze znanych Szczecinianom kartonów z napisem w stylu „Jestem chora, zbieram na leki i jedzenie dla dziecka”. Do tego kubeczek. Konsumpcyjno-zarobkowy, rzekłoby się. Bełkocząc coś pod nosem przepycha się przez tłum i wsiada do drugiego wagonu tramwaju, który właśnie nadjechał. Ale to nie koniec.
Przystanek dalej. Ktoś wsiada do tramwaju. Kto? Ta właśnie kobieta. Zdziwiłby się jednak ten, kto by oczekiwał, że wejdzie w ubraniu, w którym chodziła po dworze. Nie. Teraz jest marznącą kaleką, pokazującą wszystkim swoje oparzenie. Zaczyna się wyuczona śpiewka. „Boże matko święta pięćdziesiąt groszy boże pomocy choroba prosić pięćdziesiąt groszy matko święta prosić jedzenie choroba”. Powtarzane monotonnie przez cały przystanek. Ale niespodzianka. Nikt nie wrzuca. Ktoś za to rzuca uwagę „ubierz się kobieto i idź do pomocy społecznej”. Odpowiedź jest taka, jak reakcja pijaka na stwierdzenie „idź do pracy”. Wzrok pełen pogardy (!!!) i nienawiści. Nie zmienia to faktu, że kubeczek pusty.
Zmiana taktyki. Teraz podchodzi do konkretnych osób wyciąga kubeczek i skanduje śpiewkę „ło matko święta, ło matko, ło matko”. Jak długo? Ano aż oblegany nie wrzuci pieniędzy. Do mnie podchodzi raz, drugi, trzeci. Nie wiem, na co liczy. Raz- mimo (a może dzięki?) silnie lewicowej wrażliwości nie znoszę ludzi w tak obrzydliwy sposób żerujących na litości i człowieczych uczuciach innych ludzi. Dwa, mam przy sobie 1,10 PLN. W sam raz na wypadek konieczności dopłacenia do biletu na pośpieszny. Może okulary nieco mnie postarzają. Ale zawartości portfela nie zwiększają. Podchodzi do innych ludzi. Zwłaszcza tych siedzących. Stamtąd nie ma ucieczki. Zachowuje się w sposób bezczelny, jak złodziej, który osacza ofiarę. W końcu ktoś się łamie, wrzuca. Bez słowa podchodzi do innych. Brak reakcji. Ktoś rzuca, że wszyscy są tu biedni. Nic ponadto.
Znowu zmiana taktyki. Teraz podchodzi do młodych. Takich, którzy albo są wrażliwi, albo nie mają mechanizmów obronnych. Od jakiejś dziewczyny wyciąga jedzenie. Głupia dziewucha, będzie głodowała do obiadu, bo sprytniejsza baba ją wyrolowała. Sprytniejsza i coraz bardziej bezczelna. Wręcz domaga się pieniędzy. Ciekawe, co by zrobiła, gdyby ktoś z drugiego wagonu jej te ciuszki i torebkę wyrzucił? Być może nie dopuszcza takiej opcji. Chodzi dalej. Od osoby stojącej za mną wyciąga kolejny obiad. Przechodzi obok mnie, zatrzymuje się, obraca i rzuca: te, chłopiec, ty nie mieć kanapka do szkoły?! To nie był ton proszący. Ani nawet pytający. To był ton nauczyciela rzucającego „Te, Pakulski, czyś ty zapomniał, gdzie ja mam salę?!!”. Może nawet bezczelniejszy. Nauczyciel bowiem miewa pretensje o używanie sobie na zwolnieniach przed olimpiadami (no dobra, czasem bez zwolnień). A tej pani przeszkadzało to, że nie chcę oddać obiadu cynicznej, fałszywej i zepsutej kobiecie. Mojego, kurde, obiadu.
Gdy wyssała z ludzi, co się dało, wróciła do drugiego tramwaju. Potem z niego wysiadła. W łachmanach? Nie. W kurteczce, czapeczce, z torebką i tym samym pogardliwym spojrzeniem na świat.
Problem żebrzących powrócił w Szczecinie około półtorej roku temu, po rozszerzeniu UE o Rumunię. Celowo unikałem wspominania o domniemanym pochodzeniu, bo takich kategorii staram się unikać. W zeszłe (2008) wakacje przejście pomiędzy Wyzwolenia a pętlą przy Manhattanie było wręcz zawalone żebrzącymi. Zwiększyła się też ich liczba w ścisłym centrum miasta i przy kościołach. Przede wszystkim zaś zwiększyła się liczba żebraków z wyboru, którym się to opłaca. A biznes jest biznes, jak ruch się zmniejsza, to marketing musi być odpowiednio ostrzejszy. Więc spora część z nich (rzekłoby się- część importowana) jest po prostu bezczelna. Czasem mi po prostu tęskno do Rumunów jeżdżących tramwajową trójką z akordeonami. Ci chociaż oferowali jakąś usługę. Teraz chodzi tylko o to, by wykorzystać naiwnych.
Emerytur dla gospodyń domowych!!! 8 komentarzy
Napisano dnia 01 października 2009, w Ogólne, Polityka...
Siedząc dziś z bratem przy obiedzie rozmawialiśmy o różnych metodach omijania polskich podatków, składek i innych zusów- oczywiście w pełni legalnej formie. Wniosek był prosty- prawo podatkowe mamy do niczego. Przy okazji przypomniał mi się reportaż sprzed roku, którego autorka domagała się stałych pensji dla gospodyni domowych, argumentując to ich ciężką pracą. Razem z bratem porechotaliśmy do zupy i tym pozytywnym akcentem zakończyliśmy rozmowę. Ale...
Elita polskiego rynku pracy
Jak informuje Katarzyna Sosnowska z gazetapraca.pl „Kobieta pracująca w domu wykonuje kilkanaście zawodów. Jest kucharką, sprzątaczką, nauczycielką, pielęgniarką - na pełnym etacie.". Nie jest to żadne polskie novum. Toć ludzie po jednym kierunku studiów nie mogą już znaleźć pracy, co dopiero po kilkunastu! Moim zdaniem gospodynie domowe są same sobie winne, że są gospodyniami domowymi. Gdyby bowiem nie były gospodyniami domowymi, nie miałyby tak licznych kwalifikacji. A skoro mają, to na nikogo innego niż gospodynie domowe się nie nadają. Światełkiem w tunelu jest nowy trend w rządowych programach dla bezrobotnych- dekwalifikacja. Skoro gosposie umieją za dużo, należy ich czegoś oduczyć. Wtedy na 100% znajdą pracę!
Żądania finansowe
Jako elitarne pracownice potencjalne, gosposie domagają się słusznych wynagrodzeń i emerytur. Ich pracę przed czterema laty wyceniono na 1300 PLN/miesięcznie. Korzystając z kalkulatora emerytur wyliczyłem, że (zaczynając w wieku 25 lat) należałaby im się emerytura w kwocie 488,69 PLN. Miesięczne koszty utrzymania sześciomilionowej armii nadkwalifikownaych pracownic to ledwie 93,6 miliardów złotych. A czymże to jest, wobec nieprzesolonych zup, domytych naczyń i startych kurzów?
Zawartość pracy w pracy
Pani Sosnkowska nie jest jedyną kobietą walczącą z dyskryminacją gospoś! Wielkie zasługi na tym polu (chociażby przekonanie mnie do słuszności idei płatnej gosposi) ma również Pani Sylwia Chutnik! Oto cytat z jej przełomowej dla sprawy polskich gosposi pracy: „Czy kiedykolwiek zastanawiałyśmy się, co dokładnie robimy w domu? Na przykład pod pojęciem „pranie" kryje się segregowanie go kolorami, kupienie proszku do prania, wsypanie go do pralki, nastawienie jej. Później wyjęcie prania i powieszenie go do schnięcia. Na końcu prasowanie i położenie na półki do szafy. Jedno pojęcie- osiem czynności!". Aaaach! Czy kiedykolwiek zastanawiałem się, ile czynności wykonuję korzystając z komunikacji miejskiej? Wsiadam do autobusu, idę do wolnego miejsca siedzącego, rozwalam się w fotelu, wyjmuję słuchawki, podłączam je do telefonu, sprawdzam, która do którego ucha jest dedykowana, wybieram ścieżkę, by potem wstać, podejść do wyjścia i wysiąść! Jedno pojęcie- dziesięć czynności! Dla mnie będzie 1560 miesięcznie, ok?
Ale gdyby się temu dokładniej przyjrzeć... Czy wejście do autobusu jest jedynie wejściem do autobusu? Przecież ja zginam nogę w kolanie unosząc ją do góry, następnie pochylam się do przodu, opuszczam nogę, sprawdzam, czy trafiła na twardy grunt etc etc. I tak moja emeryturka rośnie. Cud gospodarczy?
Księgowość partnerska
Pani Sylwia przygotowuje ruch na Rzecz Wyzwolenia Pań Gospoś (znane jako komunistyczny byt RWPG) od podstaw! Zbiera dane z samych źródeł, by móc roztlić w nich ogień gospodarskiej rewolucji! Ten oto apel: „Prosimy Was o nadsyłanie nam Listy Czynności Domowych, tak, aby móc stworzyć z nich wyliczankę naszej pracy. Jeżeli wykonujecie te czynności z partnerem/rką to zaznaczcie to przy wyliczaniu!" w zasadniczym stopniu wpłynął na moje postrzeganie świata. Oto bowiem, kiedy będę miał partnerkę/a, przy każdej wspólnej czynności będę zmuszony odnotować ją w Indywidualnej Księdze Zachowań (znanej jako IKZ, również to), by w informacji dla organów skarbowych odliczyć od podatku wspólne czynności. Oraz, co najważniejsze, by nie dopuścić do wypłaty NIENALEŻNEJ EMERYTURY. Za uwspólnione czynności.
Podsumowanie
Możesz zapytać, użytkowniku jogger.pl, „PO KĄ CHOLERĘ MI TO"? Odpowiedź zdaje się jasna. Czy chcesz doprowadzić do upadku polskiej sieci? Co się stanie z joggerem, Wirtualną Polską, Onetem i Pudelkiem, gdy Gosposie zmusimy do płatnej pracy zawodowej? Czy google nie upadnie, gdy nikt nie będzie już wyszukiwał słów „Przepis na ciasto z rabarbarem"(38200 wyników)? Dbajmy o nasze gosposie. To one są ostoją silnej gospodarki.
Marzy mi się kraj 20 komentarzy
Napisano dnia 26 września 2009, w Ogólne, Polityka..., Przemyślenia Filozoficzne, Przemyślenia Globalne
Marzy mi się kraj... Kraj, w którym żyją „ludzie”, a nie „wyborcy”. Kraj, w którym państwo swą zachłannością nie zachęca ludzi do przestępstw podatkowych, nie zatrudnia dziesiątek tysięcy urzędników do wynajdywania błędów podatkowych rzędu siedemdziesięciu groszy, nie sprawia, że ludzie czują się przez państwo okradani, a nie wspierani. Byłoby również miło, gdyby przedsiębiorcy nie musieli starać się o dziesiątki pozwoleń, koncesji. Gdyby państwo mówiło im „taką i taką część dochodu przekazujesz na cele wspólne” zamiast „taką i taką część dochodu, do której doliczysz tyle i tyle VAT-u, podatku dochodowego i od nieruchomości, przekazujesz na cele wspólne, by to, co Ci zostanie, było jeszcze kilkukrotnie opodatkowane”. Kraj, w którym pochwalano by pracowitość, wspierano słabość, ale nie legitymizowano by nieróbstwa i społecznego złodziejstwa.
Marzy mi się kraj, w którym nierobocie nie jest sposobem na życie. W którym pomoc od państwa otrzymują samotne matki, osoby chore, a nie pijacy, którym kalkuluje się życie z niego. Kraj, w którym socjal pozwala żyć godnie, ale nie w nieskończoność. Kraj, w którym istnieją jasne kryteria otrzymania pomocy społecznej ustalone tak, by nie można było dzięki niej żerować na społeczeństwie. Kraj, w którym siedzenie przed telewizorem bądź pod sklepem przez kilkanaście godzin dziennie nie jest akceptowane przez społeczeństwo. Ale również państwo w tym kraju mogłoby wspierać aktywność zawodową młodzieży tak, by ludzie w tym kraju od najmłodszych lat przyjmowali do wierzenia twierdzenie, że na „furę i komórę” trzeba w swoim życiu nieco popracować. Inaczej się tego nie zrobi, jak poprzez zapewnienie płacy minimalnej, która zwracałaby chociaż koszty dojazdu.
Marzy mi się kraj, w którym można bez lęku wyjść o dowolnej porze na ulicę. Kraj, w którym gdy zobaczysz wandala niszczącego ławkę pomyślisz „Gnojek niszczy MOJĄ ławkę!”. Kraj, w którym ludzie nie tylko nie muszą kraść, ale również za swą kradzież są społecznie osądzani. Kraj, w którym nie uznaje się za obojętne okradania wspólnoty (państwa), bo to „niczyje”. Kraj, w którym nie ma pojęcia „uzasadnionej kradzieży” (biedny bogatemu). Kraj, w którym przestępstwo poniża, a nie gloryfikuje „buntownika”. Ale również kraj, w którym nie utrzymuje się dziewięćdziesięciu tysięcy więźniów bez żadnej resocjalizacji ich, by ci po wyjściu znów trafili za kratki. Kraj, w którym od dziecka wpaja się ludziom, że „pewnych rzeczy się nie robi”. I w którym taki przykład idzie z góry.
Marzy mi się kraj, w miastach którego podstawowym prawem „matematyki społecznej” jest aksjomatyczne wyrażenie „człowiek>>samochód”. Kraj, w którym dylemat „parking czy park” ma jasne rozstrzygnięcie, bynajmniej nie na rzecz czterech kółek. Miasto, w którym można dojechać rowerem do pracy bądź szkoły. Albo chociaż na przystanek autobusowy i tam nasze kółka bez lęku, że wieczorem ich nie będzie, że zostanie sama rama. Miasto, w którym wytycza się drogi niekolidujące ze ścieżkami rowerowymi, nie na odwrót, w którym z każdego parkingu samochodowego zabiera się część miejsc i robi z nich stanowiska dla rowerów. W którym jeździ tak sprawna komunikacja miejska, że ludzie mogą bez strat przesiąść się z samochodów do autobusów. W którym rezygnacja z fetyszu dwóch kółek pozwala na zasadnicze ograniczenie ruchu. Co z kolei odciąża miejskie powietrze, podnosi sprawność transportu i obniża koszty naprawy dróg. A najmilej by było, gdyby umożliwiło zaoranie kilku pasów i przerobienie ich na na obiekt użyteczności publicznej.
Marzy mi się kraj, w którym pójście w piątek wieczorem do parku czy teatru (a nie na „popijawę”) nie jest obciachem. Kraj, w którym człowiek z człowieka „pracującego i pijącego” przekształci się w człowieka „pracującego i odpoczywającego”. Kraj, w którym „człowiek negatywny” ustąpi miejsca „człowiekowi pozytywnemu”. W którym po powrocie z pracy bierze się dziecko za rękę i idzie na spacer. W którym dzieci nie biegają samopas całymi dniami, wnerwiając wszystkich sąsiadów wkoło. Kraj, w którym siedzenie z dzieckiem na placu zabaw jest traktowane jak przyjemność, a nie „pieprzony obowiązek”. Kraj, w którym wychodzi się do drugiego człowieka, a nie przed nim ucieka. W którym wybiera się koniunkcję zamiast alternatywy. W którym ludzie skupiają się na pięknie wszelkich aspektów życia, a nie na tym, co w nim negatywne.
W końcu marzy mi się kraj, w którym władza jest przy ludziach, a nie w Warszawie. W którym to Szczecinianie decydują o Szczecinie. W którym stołków nie wykorzystuje się w celach przestępczych. W którym ludzie mają wybór pomiędzy programami, a nie przeciw programom. W którym policji nie szczuje się na ludzi. W którym gdy jest problem z deficytem w ZUS-ie najpierw zastanawia się nad reorganizacją pracy tych stu tysięcy urzędników, potem sięga do kieszeni obywateli. W którym nie tworzy się ponad półmilionowej armii urzędniczej, z czego co drugie stanowisko polega na przekładaniu kartek z miejsca na miejsce.
Taki sobie kraj.
Żałoba narodowa 10 komentarzy
Napisano dnia 19 września 2009, w Ogólne, Polityka...
Prezydent RP wprowadził dwudniową żałobę narodową od poniedziałku od 6 rano.
Każda śmierć jest tragedią. Nie mam żadnych podstaw do negowania tego stwierdzenia. Tragedii tej nie da się przeliczyć na żadną jednostkę. Nie to więc powinno być podstawą decydowania o ew. żałobie narodowej. Natomiast wymierny jest zasięg tragedii. Czy dotyka ona jednej osoby, rodziny, miasta, województwa, kraju- to można, dokonując uogólnienia, stwierdzić. Polskim decydentom ostatnio brakuje tej umiejętności.
Algorytm wyboru
W tym wypadku wybór oparty być musi na jednej (i jedynej wymiernej) podstawie- zasięgu FAKTYCZNEJ żałoby. Jeżeli po wydarzeniu X w żałobie pogrążona jest jedna wioska, to określenie „Żałoba Narodowa” nijak się ma do stanu faktycznego. Urzędową żałobę powinno się wprowadzać TYLKO I WYŁĄCZNIE wtedy, gdy w żalu po wydarzeniu X pogrążony jest cały kraj. Jeżeli wydarzenie wywiera wpływ na jedno miasto, to w gestii prezydenta tego miasta jest opuszczenie flagi przed urzędem miejskim. Jeżeli wpływ jest widoczny w województwie, to niech zrobią to wojewoda i marszałek. Konieckropka.
Skutki nadużyć „administracyjnego smutku”
Pierwszym, najbardziej oczywistym następstwem nadużyć, jest szybka dewaluacja znaczenia narodowej żałoby. Ta obecna na przykład nic a nic mnie nie rusza. Ruszyłaby, gdyby przekreśliła moje plany na następne dni. Na szczęście ich nie przekreśla. Ani nie ściszę muzyki w słuchawkach, ani nie przerzucę się na Chopina. Inną kwestią jest ludzka irytacja. Świetnie było to widać po śmierci Karola Wojtyły. Kilka dni po niej miał się odbyć pierwszy w Polsce koncert legendarnej grupy Judas Priest w oryginalnym składzie. Nie odbył się, bo Prezydent RP wprowadził żałobę narodową. Żeby było śmieszniej, w dniach agonii i po śmierci grali. Świta mi nawet coś w głowie, że grali we Włoszech, ale tego głową nie położę. Polski organizator bał się zorganizować koncert do końca. W pełni rozumiem irytację ludzi, których szlag trafił. To chyba najlepszy przykład nadużycia urzędowej żałoby. Wojtyła był autorytetem, ale nie dla wszystkich. Dla niektórych był kimś ważnym, inni pomylili go z Bogiem, a innych nic bądź niewiele obchodził. A urzędnicza decyzja dotknęła wszystkich.
Przykłady innych nadużyć
Świetnymi przykładami są żałoby po spaleniu się hotelu socjalnego w Kamieniu Pomorskim i po wypadku w Grenoble. Obydwa dotyczą mieszkańców miast leżących w pobliżu mego miejsca zamieszkania bądź nawet mieszkańców mojego miasta. W dniu wypadku pod Grenoble na drogach w kraju zginęły o dwie osoby więcej, niż w samym wypadku. Ich nikt urzędowo nie żałował. Inną sprawą jest to, że ludzie ci zginęli przez dorabianie kleru na pielgrzymkach. „Jak najwięcej za jak najtaniej”-> stąd niesprawny autobus (bo tańszy). W Kamieniu Pomorskim żałowaliśmy ludzi, którzy po pijaku podpalili pomieszczenie, w którym się znajdowali. Wielki żal dzieci, które zginęły przez ich głupotę. Ale czy głupota to podstawa pod żałobę narodową?
Albo-albo
Albo decydujemy się na żałobę narodową raz na cztery miesiące, która to nie będzie niosła za sobą żadnych innych następstw prócz spuszczenia flagi do połowy masztu, albo nie decydujmy się na nią przy byle okazji. Co, gdy (nie daj Boże!) będzie miała miejsce autentycznie wielka tragedia, gdzie liczba ofiar nie będzie do policzenia na palcach, lecz pójdzie w setki? Czy wówczas prezydent zdecyduje się na spuszczenie flag z masztów w ogóle?
Bo władza musi mieć "to coś"... 3 komentarze
Napisano dnia 19 sierpnia 2009, w Ogólne, Polityka...
Tekst ten jest już znacznie spóźniony. Najpierw awaria komputera, potem ponad tygodniowy wyjazd na wieś, znacznie opóźniły jego złożenie i ostatecznie- publikację tutaj. Niemniej (polubiłem ostatnio to słowo) osiem dni ciszy i spokoju to kawał czasu, stąd do miasta wróciłem z mnóstwem szkiców i notatek. Poniższych kilka słów to również zbiorek kilku notatek, którym postarałem się nadać w miarę spójną formę.
Źródła
Powodem napisania tych kilku słów były niewątpliwie zajścia spod hali KDT. Nie jestem Warszawiakiem i nie śledziłem sprawy wcześniej. To, co widziałem, to krótki reportaż w TVN24 i zdjęcia z akcji. Pech (?) chciał, że akurat wychodziłem na małą przejażdżkę rowerową. Droga ma wiodła przez salon, a tam stał włączony telewizor. Reportaż jak za czasów PiS-u. Biedni kupcy, straszna władza, sami oburzeni mieszkańcy. Może (i powinno) być to przyczynkiem do refleksji nad tzw. „obiektywnością mediów”. Gdy bowiem ta sama stacja wyczuła nastroje społeczne, zaczęła stopniowo zmieniać ton relacji. Gdy dwie godziny później z tejże przejażdżki wróciłem (też przez salon), to już kupcy byli „tymi złymi”. Zmieniono proporcje oburzonych i zadowolonych rozmówców. A wieczorem kupcy zostali przedstawieni jako skończeni bandyci bez żadnego poparcia społecznego. Nie to mnie jednak obchodziło. Obraz gazowanych ludzi, bitych kobiet. Szturmu na halę. To wystarczyło, by stwierdzić, że coś jest nie w porządku.
Historyczna analogia
Wybrałem jedno zdjęcie i opatrzyłem fragmentem odezwy Generała Wojciecha Jaruzelskiego z dania 13 grudnia 1981. Prowokacyjna analogia celowa. Gdyby bowiem zajście takie miało miejsce ćwierćwiecze temu, to kupcy byliby dziś symbolem walki z komunizmem. Gdyby miało to miejsce trzy lata temu, to kupcy obok pielęgniarek staliby w czołówce zwycięzców PiS-u (co piszę jako gorliwy antypisowiec). Natomiast skoro ma to miejsce dziś, w drugiej Irlandii, kraju cudów i posła Gowina, to... „Kochaj bliźniego swego, jak siebie samego. Ale najpierw spuść mu niezły wpierdziel”.
Kwestia oceny
Prawo stało niewątpliwie po stronie władzy. Tak, jak przy niemal każdej pacyfikacji zakładów pracy w trakcie Stanu Wojennego. Obydwie strony parły do konfrontacji i były do niej przygotowane. Tak, jak we wczesnych latach osiemdziesiątych, co świetnie ilustruje cytat z Władysława Frasyniuka ze zjazdu walnego „Solidarności” z grudnia 81'. Cytuję z pamięci, ale sens oddam wiernie. „Oto Rutowski daje władzy alternatywę. Walczcie, to wam spuścimy niezły wpierdziel. Albo nie walczcie i wtedy to wam dopiero wpierdolimy.” Nie muszę chyba dodawać, że postanowienia i atmosfera tego zjazdu przesądziły o wprowadzeniu Stanu Wojennego.
Jak uczy historyczny przykład, zgodność z prawem nie determinuje ostatecznego etycznego czy politycznego zwycięstwa. Obecna władza ma jednak jeden niewątpliwy atut- przychylne media i powolne społeczeństwo. Bezeń wynik konfrontacji mógł być bowiem zupełnie inny. Zarówno w jej politycznym jak i etycznym wymiarze. Do mnie bowiem, abstrahującego od oceny medialnej, wciąż wraca pytanie- czy to w ogóle było konieczne? Czy nie obeszłoby się bez tej bitwy, bez demonstracji siły, wyzwisk, zniszczeń, bólu i płaczu?
Władza „od... dla” czy „nad... przeciw”?
Na bazie powyższych zdań można zadać powyższe pytanie. Czy oczekujemy modelu władzy „od ludzi dla ludzi”, czy też „nad ludźmi przeciw nim”? Czy władza ma służyć znajdywaniu kompromisów, czy ślepemu i siłowemu wykonywaniu prawa? A jeżeli już musi sięgnąć po rozwiązanie siłowe, to czy model akcji przy KDT był modelem właściwym? To nie byli górnicy demolujący miasto, ani stoczniowcy palący opony. Czy po nieudanej próbie pokojowej egzekucji prawa nie można było dać publicznego ultimatum i odczekać kilka dni, aż kupcy medialnie się skompromitują? Odciąć gaz, wodę i prąd i poczekać, aż przejdzie im ochota na zadymy? Czy naprawdę nie dało się inaczej?
Kwestia ekonomiczna
Nie pamiętam dokładnej liczby, ale znalazłem informację o dwóch tysiącach pracujących tam ludzi. Dwa tysiące ludzi pracujących na siebie. Jedna strona twierdzi, że zapewniła tym ludziom nową pracę. Druga zaś, że wysyła się ich na bezrobocie. Abstrahując od tej konkretnej sytuacji chciałbym wyrazić jedną natrętnie do mnie powracającą wątpliwość. Wątpliwość co do logiki polityki gospodarczej naszych władz wszelkiego szczebla. Logiki, wedle której lepiej pozbawić chleba tysiąca rodzin drobnokupieckich, za to postawić nowy supermarket. Lepiej wysyłać pracujących NA SIEBIE ludzki na bezrobocie, w zamian robiąc miejsca pracy pracujące na korporacje, szefów, prezesów, udziałowców i resztę wielkospółkowej drabiny, gdzie większość efektów ich pracy i tak finalnie wypłynie za granicę?
Ideologiczny ładunek powyższych pytań może przeszkadzać. Niemniej (znów) to mali i średni przedsiębiorcy nieśli na swych barkach gross ciężaru transformacji ustrojowej, kolejnych kryzysów regionalnych i obecnego kryzysu globalnego. A nikt z „władzy” się z nimi nigdy nie liczył i nie liczy. Bo jak ktoś nie zatrudnia 500 osób i nie zapewnia 20% dochodów gminie, to przecież nie jest żadnym kandydatem do rozmów.
Końcówka
Pytanie o to, „jaka powinna być władza”, wraca od dwóch i pół tysiąclecia. I wracać będzie zawsze, gdy jeden człowiek będzie miał możność decydowania o losie drugiego, zupełnie mu obcego człowieka. Co dopiero, gdy ma decydować o życiu tysięcy ludzi? Warto jednak, by władza zawsze pamiętała, kto ją legitymuje. I by w ludziach, którymi rządzi, zawsze widziała ludzi, którzy czują, myślą i też żyją. Władza bez tej świadomości to sobiepaństwo. Co tu dużo mówić- władza musi mieć gest.
Państwo a ideologia 4 komentarze
Napisano dnia 24 czerwca 2009, w Ogólne, Polityka...
Kwestii czysto ideologicznych jak dotąd nie podejmowałem na łamach tego bloga. A już na pewno nie w formie całościowej analizy własnych poglądów, bo na tą pewnie jeszcze trochę za wcześnie. Z treści wielu wpisów można jednak wywnioskować, iż stoję po lewej stronie sceny ideologicznej. Nie jest to radykalna lewica, ani lewica „rewizjonistyczna”. Nie jestem komunistą, który szedłby z kosą i wyżynał kapitalistów:) Co więcej, zależy mi na wolnej gospodarce. Ale gospodarce wolnej nie na zasadzie- masz pieniądze, to rób co chcesz i z kim chcesz, traktuj ludzi jak zwierzęta, bo to tylko „pracownicy”. Jestem człowiekiem głęboko wierzącym w ideę samorządności, samostanowienia, pracowania na siebie samego, którą to Polakom obiecano dwadzieścia lat temu i którą zgnojono „szokiem bez terapii”.
Mniejsza jednak o te kwestie, do nich powrócę za jakiś czas. Jestem również zadeklarowanym antyklerykałem. Nie opiera się to na zasadzie „j...ć kościół”, lecz na szerszej niechęci do wszelkich korporacji. Na tej samej podstawie opiera się moja apatia do zinstytucjonalizowanych i zbiurokratyzowanych związków zawodowych, sieci supermarketów czy też szerzej- wszelkiego korporacjonizmu. W takich warunkach pierwszeństwo ma nie człowieczeństwo, lecz cwaniactwo. Zawsze jest ktoś, kto pracuje i ktoś, na kogo pracuje. Kościół (kościoły) jednak, nie tylko katolicki, jest szczególnym przypadkiem. Uważając się za podmiot obcujący z Bogiem wielokroć zupełnie nie postrzega człowieka, jako człowieka, bo mu się to nie opłaca. Jest rzeczą obrzydliwą zbieranie ofiar w trakcie pogrzebów, czy w ogóle branie pieniędzy za obecność przy ostatnim pożegnaniu rodziny ze zmarłym, przyzywając przy tym imienia bożego i wspominając o poczciwości, szlachetności i dobrym sercu grzebanego. Nie, nie jest to zbieranie pieniędzy na utrzymanie księży. Świetnym dla mnie przykładem jest mój rówieśnik, przyjaciel, imiennik i utalentowany muzyk, który najlepiej obrazuje to, co kościół jako instytucja robi z młodymi ludźmi. Gdy wesoło szamaliśmy obiadek na tegorocznym WOŚP-ie, zrzędził on nieco, iż brak mu pieniędzy. Nie ma za co nowych strun kupić. Telefon. Krótka rozmowa i parę notatek w kalendarzyku. „No, to będę miał na struny. –Dodatkowa msza?- Nie, ksiądz zgłosił dwa trupy, a trzeci jest w drodze, był już na ostatnim namaszczeniu.” I temu oto młodemu człowiekowi dedykuję dalsze treści.
Kościół ma jeszcze jedną zasadniczą wadę wynikającą z samej struktury religii jako takiej. Jest zdania, iż reprezentuje prawdę absolutną (zwaną, bezrefleksyjnie i często pro forma „Bogiem”) na Ziemi. Wniosek- każdy, kto mówi inaczej, ten nie ma racji. Bo racja jest z nami. Stąd taka pogarda dla innych przekonań, stanowisk, koncepcji etycznych, wiar, religii. „Bo za nami stoi Bóg!”. A Wy stoicie tam, gdzie stało ZOMO- chciałoby się dodać jako dokończenie. Nic to jednak, że mają Boga za sobą. Mogliby mieć cały Panteon, mi to nie przeszkadza. Problem pojawia się, gdy te „boskie plecy” popychają wiernych wyznawców z krzyżem, Koranem czy innym symbolem noszącym cechy narzędzia ofensywnego w moją stronę. Tego to ja już sobie nie życzę.
Państwo a ideologia
Na szczęście jest wyższe ciało społeczne, niż grupy wyznaniowe. Jest nim państwo. Państwo, które w takiej sytuacji powinno pogrozić fundamentalizmowi palcem i ochronić „innowiercę” środkami, którymi przecież dysponuje. Problem pojawia się, gdy jakakolwiek ideologia zaczyna się z państwem przenikać. Nie ma gorszej zarazy, niż władca-ideolog. Czy to dziecko Rydzyka, czy Dmowskiego, czy Lenina. Zawsze niesie za sobą zniewolenie, ból, łzy i śmierć. Każde państwo jest mniej lub bardziej nacechowane ideologicznie. Im mniej, tym lepiej. Przedstawiałem to ostatnio na kilku przykładach. Jeżeli lubię sobie poprzeklinać w domu i nikt tego nie słyszy, to co komu do tego? A jeżeli klnę na sąsiadów, dziecko, partnera życiowego czy kogokolwiek innego, to ta osoba ma prawo powiedzieć- dość. A gdy nie przestanę- wezwać pomocy państwa. Jeżeli ktoś pali papierosy i pali je samemu, to to jego sprawa. Jeżeli pali przy kimś, to ten ktoś ma prawo poprosić, potem zażądać, by przestał. Nie przestanie, niech wkroczy państwo. Państwo nie ma prawa zakazywać palenia w ogóle, bo to ingerencja w wolność jednostki. Ale jednostka nie ma prawa ingerować w życie drugiej jednostki. I od pilnowania tego jest państwo. Państwo i prawo karne wkracza więc, gdy pojawia się antagonistyczna reakcja na linii człowiek_1- człowiek_2.
Jeżeli ktoś obdarowuje zarobionymi pieniędzmi drugiego człowieka, organizację humanitarną etc i nie ma z tego tytułu żadnych sprzecznych z prawem ułatwień, to nic państwu do tego. Jeżeli ktoś dokonuje oszustwa podatkowego i nie odprowadza podatków od dochodów, to wkroczyć powinno państwo. Jest to relacja na linii człowiek-państwo.
Jeżeli ktoś postanawia posadzić sobie drzewo przed domem i nikomu ono nie przeszkadza, to to jego sprawa. Jeżeli ktoś bezprawnie wycina drzewo w parku, to wkroczyć powinno państwo. Relacja na linii człowiek-wspólnota.
Trzy relacje. I ani jednej więcej. Państwo nie może mówić mi – zrób to, zrób tamto, bo tak. Państwo co najwyżej ma prawo stwierdzić- nie rób tego, bo Tamten. Celem państwa jest ochrona słabszych i umożliwienie funkcjonowania społeczeństwu. Nie jest podmiotem rozprzestrzeniającym jakąkolwiek ideologię. A przynajmniej nie powinno być.
No właśnie. Ideologię. Dotąd była mowa o przestępstwach, ale nie o przekonaniach. Co, gdy władza dostaje się w ręce „oszołomstwa”? Sytuacja wygląda analogicznie, jak powyższe. Jeżeli ktoś uważa, że związek partnerski osób tej samej płci jest „sprzeczny z prawem naturalnym”, to po prostu w taki związek nie wstępuje. Ale nie ma prawa zmuszać kogokolwiek do niewstępowania w ten związek, zakazywania go, czy wpływania z tego tytułu w jakikolwiek sposób na jego życie. Jeżeli ktoś uznaje aborcję za zło, to jej po prostu nie dokonuje. I pozostawia swój wybór dla siebie.
Państwo nie ma prawa występować w takiej sytuacji jako podmiot zmuszający. Nie ma prawa zakazywać wszelkiej maści czynów z powodów ideologicznych. Państwo ma chronić słabszych, zapewniać przeżycie i rozwój. Sypialnię niech zostawi obywatelom.
Jak nie państwo, to co?
Jako umiarkowany anarchista nie skreślam państwa jako takiego w ogóle. Jest ono potrzebne, by zapewnić cele powyższe. Uważam jednak, iż jest ono zbyt opieszałe i rozmemłane. Nijakie. Budżet centralny powinien mieć charakter bardziej zadaniowy, celowy. Za dużo jest prawa, za dużo kasty urzędniczej i dziur w systemie, przez które pieniądze przeciekają, jak mogą. Przegadane ustawy uwzględniające tysiące przypadków, bo przecież inna sytuacja jest na Pomorzu, a inna w Warszawie. Nieszczelne systemy socjalne, które obejmują tak szeroki zakres obywateli, że nie da się ich kontrolować. No dobrze, ale co w zamian za silne państwo?
Uważam, iż dużo większą rolę powinny wziąć na siebie samorządy i wspólnoty. Z budżetu centralnego finansowane powinny być strategiczne inwestycje, siły porządkowe i bezpieczeństwa, wojsko i centralne urzędy, np. dotyczące podatków na rzecz budżetu centralnego. Co ponadto? Niewiele. Powinno wyznaczać ramy funkcjonowania samorządów.
W gestii tych ostatnich powinny w pełni leżeć sprawy socjalne, policyjne, inwestycji lokalnych, kulturalnych, prospołecznych, kwestie podatków lokalnych. W znacznej mierze również problemy publicznej służby zdrowia, edukacji, ograniczonego prawodawstwa. Niewątpliwe plusy takiego rozwiązania są co najmniej trzy- większa świadomość partycypacji we władzy, lepsze dopasowanie instytucji do wymogów społeczeństwa i poczucie korzystania z własnych kosztów poniesionych na utrzymanie państwa.
Partycypacja we władzy. Bądź co bądź, łatwiej wybić się w społeczności półmilionowej, niż czterdziestomilionowej. Co więcej, wyborca nie jest już anonimową masą ze szczecińskiego okręgu wyborczego, lecz staje się mieszkańcem konkretnej dzielnicy, któremu obiecywano nie „Drugą Irlandię!” czy „IV RP”, lecz autobus pod dom, czy więcej policji na drogach. Głos zyskuje większe znaczenie i możliwość wyboru jest też większa. Nie potrzeba dziesiątek milionów złotych, by dostać się do Parlamentu krajowego. Wystarczy ciężka praca, by dostać się do struktur lokalnych.
Dopasowanie struktur. Tego chyba nie trzeba tłumaczyć. Jeżeli instytucja ma obsługiwać milion ludzi i zatrudniać tysiąc osób, to będzie lepiej rozplanowana i zarządzana niż moloch mający obsłużyć dwadzieścia milionów ludzi i zatrudniający pięćdziesiąt tysięcy ludzi. Z tym wiąże się mniejsza władza administracji, bo nie ma się do czynienia z petentem 94110408531, lecz z kimś, kto od jutra może mieszkać za rogiem i nieźle uprzykrzyć nam życie w ramach odpłaty. Inną kwestią jest lepsza kontrola pracowników i większa wydajność pracy. Łatwiej kontrolować tysiąc urzędników, niż dwadzieścia tysięcy. Mniejsza jest również szansa wykorzystywania urzędów do celów własnych czy po prostu bezkarnego olewania obowiązków.
Odczuwalność zwrotu kosztów. Można przedstawić to na następującym przykładzie. Parlament podnosi podatki, zabiera mi, mieszkańcowi Szczecina, o tysiąc złotych więcej. Co się dzieje z tym tysiącem? Ląduje we wspólnej kasie. A potem zostaje wydany na pensje w lubelskiej skarbówce. Albo na drogę Wrocław- Opole. Albo na pomoc społeczną na Mazurach. No i? „Złodzieje z Warszawy!!!” Gdyby jednak ten tysiąc wziął rząd lokalny, to wybudują zań drogę Szczecin-Koszalin, postawią nowy przystanek autobusowy czy cokolwiek innego. Ale zbudują to dla NAS, jako lokalnej społeczności. A nie ICH, jako innej społeczności, która mnie akurat niewiele obchodzić może.
Obecny model zakłada Warszawę jako absolutnego suwerena i samorządy jako pewien ukłon w stronę społeczeństwa. Nie! Suwerenem powinny być województwa i powiaty samorządy, a ukłonem rady społeczne, konsultacje z obywatelami i ogólnie większy wpływ społeczności na życie ich regionów. Przede wszystkim zaś problemem jest prawo. Prawo negatywne, które mówi „Nie rób! Nie pij! Nie kradnij!”. Prawo, które walczy z inicjatywami oddolnymi, a pozostaje bezsilne wobec jawnego pogwałcenia praw wspólnoty. Świetnym dla mnie tego przykładem jest sprawa jakiegośtam osiedla. Kilka bloków i skwerek pośrodku. Sama trawa. Jeden z mieszkańców zapytał spółdzielnię mieszkaniową, czy mają jakieś plany wobec tego skwerku. Nie mieli. To posadził z synem drzewo. Zobaczył to jego sąsiad. Kupił drzewko, łopatę, wziął dziecko za rękę i posadził z nim drugie drzewko. Po dwóch latach było ich naście, bądź nawet dwadzieścia kilka. Przyjechał urzędnik i kazał wszystko wyciąć. Bo plan zagospodarowania przestrzennego uwzględnia „nieużytek”, a nie „las”. W jakim, k...a, celu? Równolegle ma miejsce ciągły proceder w miejscowości, w której się wychowywałem i w której wypoczywam co rok. Mała wieś na pograniczu Lubuskiego i Zachodniopomorskiego położona nad jeziorem. Wokół jeziora jest las. A raczej był las. Co roku kilka-kilkanaście wielkich drzew „nieznani sprawcy” obalają na ziemię. Nikt ich nie widzi, nawet nie wie o wycinaniu drzew. Bo jak, do diaska, usłyszeć ciuchuteńką piłę (wręcz „piłkę”, „piłeczkę”) do drewna tnącą pień starego drzewa o średnicy bagatelka ponad dwóch metrów? Ba, jakim cudem można zaobserwować spad takiego drzewa? To przecież jedyne kilkadziesiąt metrów obwodu korony.
Kończąc ponownym nawiązaniem do ideologii. Małym problemem jest sytuacja, w której grupa wyznaniowa z „Bogiem za plecami” idzie walczyć z „niewiernymi”. Niewierni jakoś się wybronią, wojownicy zwalą to na ingerencję szatana, czy czasowe niepowodzenie. Gorzej, gdy zetrą się dwie grupy mające dwóch „różnych” Bogów jako bodyguardów. To dopiero są rzezie.
Koniec EUFORii Dodaj komentarz
Napisano dnia 10 maja 2009, w Ogólne, Polityka..., Przemyślenia Globalne
15 marca 2009 roku skończył się roczny mandat Rady Bezpieczeństwa ONZ dla operacyjnej aktywności sił Unii Europejskiej (EUFOR) w Czadzie i Republice Środkowoafrykańskiej. Zakończyła się więc ponad roczna aktywność Polskiego Kontyngentu Wojskowego Czad. Przynajmniej pod gwieździstą flagą.
Zgrywanie kontyngentu oficjalnie rozpoczęto 18 lutego ubiegłego roku. Polegało ono min. na wszechstronnym przeszkoleniu kulturowo-realioznawczym, przygotowaniu epidemiologicznym, szerokim doszkoleniu w zakresie korzystania z broni będącej na wyposażeniu PKW oraz finalnych kilkudniowych ćwiczeniach poligonowych. Czterystuosobowy kontyngent składał się z wydzielonych oddziałów: bojowo-operacyjnych 11. Lubuskiej Dywizji Kawalerii Pancernej w Żaganiu, żandarmerii z Oddziału Specjalnego ŻW w Gliwicach oraz grup logistycznych różnego pochodzenia. Na wyposażenie kontyngentu, prócz broni osobistej, składały się min. KTO Rosomak, moździerze, wozy terenowe, kołowe zabezpieczenie logistyczne oraz śmigłowce transportowe. Pod względem bogactwa uzbrojenia jedynie Francja miała szerszy (i to z uwzględnieniem samolotów odrzutowych, czy bezpilotowców szpiegowskich, których nie miał żaden inny kontyngent), a Irlandia porównywalny zakres wyposażenia. Polski kontyngent stanowił około 11% sił EUFOR (3700 żołnierzy), jedynie Francja miała większy (2100 żołnierzy) a Irlandia równy. Pozostałe z 17 państw biorących udział w operacji wystawiły kontyngenty nie większe niż 200 osób. Co ciekawe, zaproszenie do wspólnej operacji przyjęli Rosjanie, wysyłając około stuosobowy kontyngent transportowo-szpitalny.
Główną bazą PKW Czad została Iriba. Pierwszy oddział polskich żołnierzy, tzw. Inżynieryjna Grupa Przygotowawcza, trafiła doń w drugiej połowie kwietnia 2008. Przy budowie obozu Polacy otrzymali pomoc francuskich wojsk inżynieryjnych, Irlandczycy zaś bazy pilnowali. Pełną gotowość PKW Czad miał osiągnąć we wrześniu 2008.
Główną zasadą sił EUFOR miało być zachowanie neutralności. Przyczyny były dwie. Po pierwsze- ochrona własnych żołnierzy przed ewentualną zemstą rebeliantów, po drugie zaś- brak powodu, by wspierać „reżim” w Czadzie. Stronie rządowej wybitnie się to nie podobało. Domagała się ona, wbrew umowie, dokładnych informacji o trasach konwojów oraz udziału żołnierzy rządowych w nich, na co absolutnie nie było zgody dowództwa EUFOR. Zadania misji miały być inne.
Przede wszystkim EUFOR miał swym autorytetem chronić agendy ONZ. Chronić i umożliwiać działanie, poprzez eskortowanie czy użyczanie środków logistycznych. Miał zabezpieczać szkolenia policjantów pod agendą ONZ (miało ich być 1700, przeszkolono ledwie połowę, głównie z winy rządu) oraz humanitarną aktywność w obozach uchodźców i przesiedleńców. Ogólny wzrost bezpieczeństwa miał być pochodną samej obecności militarnej sił europejskich. Swym prestiżem i rozmiarami sił miały odstraszać potencjalnych przestępców perspektywą ujęcia i ukarania.
Za główne zagrożenia dla żołnierzy uznano siły rebeliantów, dopiero potem wskazując na przestępczość. Stąd taki nacisk na neutralność. Jak jednak przyznaje zastępca dowódcy EUFOR Chad gen. dyw. dr Bogusław Pacek rzeczywistość okazała się zupełnie inna. Rebelianci skrzętnie omijali stanowiska EUFOR traktując żołnierzy UE absolutnie neutralnie. Zresztą, przeprowadzili oni jedynie dwa uderzenia, z czego pierwsze nieomal nie zakończyło się zdobyciem stolicy kraju, N’Dżameny. Atak jednak odparto, choć zginął w nim głównodowodzący wojsk rządowych. Skutkiem tego ataku były masowe zbrojenia Czadu, w tym w śmigłowce i pojazdy opancerzone. W ten sposób odebrano rebeliantom chętkę do wojowania. Drugi masowy atak polegał na obejściu sił EUFOR i... zawróceniu do Darfuru w Sudanie.
Dużym problemem była natomiast przestępczość. Zdecydowanie nie doceniono jej roli planując operację. Zabito szefa jednej z ONZ-owskich organizacji humanitarnych, ukradziono kilka samochodów ONZ-u. Nietrudno się więc domyślić, że ludność cywilna również nie miała łatwego życia. Nie zmienia to jednak faktu, iż był to pierwszy od lat rok, w którym obeszło się bez czystek plemiennych (które pochłonęły uprzednio 200 tysięcy osób). ONZ znacząco podniósł standard obozów dla uchodźców. Dał ludziom nie tylko spokój. Dal im również nadzieję i wiarę naw lepsze jutro.
Ponadto bardzo szeroka była aktywność sił EUFOR w kwestii inżynieryjnej i budowlanej. W kraju praktycznie pozbawionym infrastruktury pojawiły się polowe lotniska, grupy inżynieryjne poszczególnych kontyngentów utwardzały kluczowe drogi, patrole wyjeżdżały nowe trasy. Ponadto obserwowalna była aktywność geodezyjna, kopano studnie (również przy bazach), choć żołnierze nie pili z nich.
Ogólna ocena działalności sił EUFOR jest, mimo krytyki ze strony ONZ, zdecydowanie pozytywna. Nie udało się, to prawda, zapewnić absolutnego spokoju i zwalczyć przestępczości, lecz kieszonkowiec a nacjonalista- jest różnica.
Pozytywnie ocenia się również polski kontyngent. Obyło się bez ofiar- to najważniejsze. Polacy nawiązali przyjazne stosunki z lokalnymi władzami, brali udział w rozbudowie infrastruktury regionu. Świetne opinie zebrał, wychwalany ostatnio wszędzie i przez wszystkich, KTO Rosomak. Podkreślano niezawodność techniczną, łatwość serwisowania i ogólną sprawność.
Otwartą pozostaje kwestia pozostania PKW w Czadzie. Ogólny koszt rocznego pobytu wojsk EU wyniósł 113 milionów euro, co pozwala przypuszczać, iż na Polskę przypadło nie więcej, niż kilkanaście milionów euro, czyli około 50 milionów złotych. Koszt transportu szacuje się na 40 milionów, a trzeba zaznaczyć, że duża część sprzętu i tak pozostanie w Czadzie, bowiem nie opłacałoby się wieźć jej do Polski. Pytanie jest więc następujące- czy warto dopłacić 10 milionów złotych i utrzymać swą rolę w kształtowaniu porządku w regionie centralnej Afryki, a więc i uznanie z tym związane? Nie mówiąc już o bezkrwawym poligonie i bezcennych doświadczeniach, zwłaszcza kadry oficerskiej. W mej opinii- warto.
Źródła:
Michał Starski, "Polacy w Czadzie", "Nowa Technika Wojskowa" 8/2008
Gen. Dyw. dr Bogusław Pacek, "Koniec EUFOR, początek MINURCAT", "RAPORT Wojsko Technika Obroność" 3/2009
Bojkot TVP? 7 komentarzy
Napisano dnia 06 kwietnia 2009, w Ogólne, Polityka..., Przemyślenia Filozoficzne
Dziś w „Wyborczej” przeczytałem list otwarty Krzysztofa Krauzego „Bojkotujmy TVP. Skróciwszy całość można stwierdzić, iż w liście tym Krauze sprzeciwia się „brunatnemu przewrotowi” który miał miejsce pod koniec zeszłego roku. W pełni zgadzam się z treścią listu, zastanowił mnie jednak jeden szczegół. Mianowicie reżyser (wraz z innymi wybitnymi twórcami polskiego kina, A. Holland i A. Wajdą) zaproponował, by… w ramach bojkotu nie włączać telewizji publicznej trzeciego maja. Oczywiście z dala pachnie tu, prócz ideologicznych i godnych pochwały pobudek, graniem na czyjąś korzyść. Bowiem jeżeli nie TVP, to kto? Wielu Polaków nie potrafi zrezygnować z obejrzenia obchodów czy to 11 listopada, czy 3 maja w telewizji oczywiście. Wygrywa tu raczej TVP, bowiem (przynajmniej w trakcie ostatnich obchodów święta niepodległości) miała lepszy sygnał dźwiękowy, lepszy obraz i ogólnie przyjemniej się to świętowało. Czy jednak odrzucenie „brunatnej” telewizji musi oznaczać zawierzenie się TVN-owi?
Osobiście proponowałbym inne wyjście- wyłączyć TVP nie tylko w święto narodowe, lecz w ogóle. Zmniejszona oglądalność to mniejsze wpływy z reklam, MOŻE ułatwi to potem oczyszczenie telewizji z neofaszystów. Najpewniej jednak nie pozwoli Wam dać się nieświadomie okłamać, wprowadzić w błąd lub źle nastawić do ludzi, których wcześniej byście zignorowali lub zaakceptowali. Im mniejszy zasięg propagandy tym lepiej. Co robić w tym czasie? Weźcie dziewczynę/ chłopaka/ żonę/ męża/ syna/ córkę/ psa/ kota/ chomika/ i-poda ze sobą i idźcie na spacer, pogoda jest wspaniała, powietrze pięknie pachnie. Jeżeli pobudki patriotyczne będą mimo wszystko silne, obchody trzeciego maja możecie oglądać na żywo w Waszych miastach. Mi samemu telewizyjna absencja łatwo przyjdzie, bo, z wyjątkiem jednego w tygodniu „Dokumentu w TVN24”, nic nie oglądam. I czuję się dużo lepiej, niż z telewizją na łbie:-)
„Telewizja kłamie”?
Nie bardziej, niż inne media. Telewizja OGŁUPIA.
Prawdziwi Polacy 3 komentarze
Napisano dnia 09 listopada 2008, w Ogólne, Polityka..., Przemyślenia Filozoficzne
Przygotowując się do napisania pracy olimpijskiej (już jako-tako ukończonej) zobligowany jestem do zapoznania się z kilkoma lekturami. Jedną z nich jest książka „Korzenie totalitaryzmu” Hannah Arendt. Książka kanoniczna już, jedna z podstawowych pozycji na liście genez państw totalnych XX wieku. Sama Arendt była Niemką żydowskiego pochodzenia. Wychowywała się w mieście Kanta-Królewcu (Koenigsbergu, Kalliningradzie). W 1933 roku została zmuszona do emigracji z hitlerowskich Niemiec. Za życia była aktywistką organizacji syjonistycznych (humanitarnych oraz ratujących dorobek Żydów europejskich przed wojenną pożogą), miała również (za pośrednictwem swoim partnerów) kontakt. Obydwa z tych przejawów aktywności były jej do śmierci wytykane.
Książki dla całej naszej grupy załatwiał w Książnicy Pomorskiej nasz Profesor. Gdy już przypisaną mi otrzymałem, przeleżała ona parę dni na półce czekając na lepsze czasy. Gdy tydzień szkolny się skończył a sama szkoła stała się perspektywą rzędu minimum dwóch dni, przyszedł czas na Arendt. Z początku chciałem się zapoznać z samym zakresem przedstawionego materiału, językiem autorki i jej podejściem do zagadnienia. Wziąłem więc książkę do ręki i z cichym towarzystwem radiowej „Dwójki” rozpocząłem mały spacerek po pokoju. Otworzyłem na chybił-trafił i... pokładając się ze śmiechu omal nie wybiłem sobie zębów o łóżko.
Trafiłem na początek któregoś rozdziału. Na górze strony jego numer i nazwa, na dole wprowadzający cytat:
Gdybym mógł, anektowałbym planety
Cecile Rhoades
Obok nazwiska ktoś czerwoną kredką napisał drukowanym, kilka razy od czcionki większym pismem: „UWAGA MASON!!!”. Zabrakło tam jedynie „Warning!”, „Achtung” oraz „Pozor, Pozor!”.
Wciąż rozbawiony tym, kto przede mną książkę tę w swych dłoniach dzierżył, kartkowałem ją dalej. Im dłużej to trwało, tym bardziej rzedła mi mina. Takich przypisów i komentarzy było więcej. Dużo więcej. W dalszej części dominowały przypiski „Żyd!”, w porywach do „Żyd= kłamie!”. Każde złe słowo skierowane przeciwko III Rzeszy, Włochom, bądź faszyzmowi w ogóle, podkreślone było i opatrzne dopiskiem „kłamie!”, „bzdura!”, bądź „komuch!”. Zastanawia mnie jedno. Po co ten (ta?- płci pięknej zwykłem przypisywać więcej subtelności i pomyślunki, niźli wykazywał autor przypisków) nacjonalista sięgał po tę książkę wiedząc, że jego wymarzony ustrój-cud nie zostanie w niej w żadnej mierze oszczędzony? Czyżby „korzenie totalitaryzmu” zinterpretował jako „miłość ojczyzny”, „wyższość narodu” czy „prawdziwy katolicyzm”? I nacjonalizmowi, i totalitaryzmowi pasowałoby raczej (w analogicznej kolejności): „ksenofobia i zacofanie”, „zadufanie w sobie i megalomania” oraz „siedzenie pod pantoflem kleru”. I tak właśnie zostały w tej książce przedstawione współczesne formy degeneracji ustroju politycznego.
Myśląc o jednym z pojawiających się w komentarzach do tego bloga argumentów zauważyłem w Polakach ciekawą prawidłowość potwierdzającą tezę, że dla „prawdziwego Polaka” historia jest jedynie narzędziem. Argument ten brzmi „wiadomo na czyją korzyść będą działali i wobec kogo będą lojalni Żydzi”, a w związku z tym wiadomo, że można ich z kraju wydalić, majątku pozbawić, a i Oświęcim nie był złym pomysłem. Tych samych Polaków oburza jednakże wydalenie z Francji i Szwajcarii znacznej części nadpobudliwej Wielkiej Emigracji (XIX wiek). Oburza ich jeden z ostatnich w Europie obowiązków wizowych przy wyjazdach do USA. Oburzają ich (mniej lub bardziej urojone) prześladowania mniejszości na Białorusi. Jakże to? Przecież to Polacy, wiadomo na czyją korzyść działać będą i komu pozostaną lojalni.
Im więcej słyszę wypowiedzi narodowych guru (a la Rydzyk) dzielących obywateli RP na „prawdziwych Polaków” i „przefarbowanych czerwonych”, tym bardziej się cieszę, gdy ktoś mi via e-mail czy na jakimś forum napisze, że nie jestem „prawdziwym Polakiem”, lecz „czerwoną świnią”, czy „j...nym bolszewiem”. I tak lepiej na tym wychodzę.
Nie tak dawno na jednym z profili na naszej-klasie miałem przyjemność brać udział w całkiem rzeczowej momentami dyskusji. Przez pewien czas dołączył się do niej również pewien rozmówca wstydzący się najwidoczniej własnego imienia i nazwiska, podpisywał się on bowiem nickiem „RNR Falanga” bodajże. Napisał on w jednym z komentarzy, że gdy „pederaści” próbowali w maju br. zawładnąć Krakowem, to „prawdziwie nacjonalistyczne miasto” powstrzymało ich przed tym. Wywołało to mały uśmiech na mojej twarzy. Byłem wówczas w Krakowie na pożegnalnej wycieczce klasowej. Ta grupa dwudziestu łysolców (tzw. „prawdziwie nacjonalistyczny Kraków”) zepsuła nam wtedy zwiedzanie Rynku. Co prawda policji było tyle, że narodowcy nie stanowili żadnego zagrożenia, ale opiekunowie uznali, że „młodzież w >>takim<< towarzystwie przebywać nie może”.
A parada? Przeszła niemal nie niepokojona tam, gdzie chciała. Część klasy włączyła się nawet w ten pochód. Podobnie jest życiem. Nie urodzenie świadczy o człowieku, lecz jego czyny. Jeżeli będziesz miał sobą coś do zaprezentowania, to ani Twoja polskość, ani niemieckość czy żydowskość Ci w tym nie przeszkodzi. Dojdziesz tam, gdzie będziesz chciał dojść. Jeżeli Twoim jedynym argumentem będzie Twoje pochodzenie, będziesz, niczym antyparada w Krakowie, stał-a przez całe życie w miejscu, niczym nie różniąc się od wyprostowanej małpy. „Nie jestem małpą, jestem Polakiem!”- i co z tego? Przyłożyłeś do tego rękę?
Polski Antysemityzm 49 komentarzy
Napisano dnia 13 lipca 2008, w Ogólne, Polityka..., Przemyślenia Globalne
Po tym artykule doczekam się zapewne najazdu narodowego socjalizmu w wersji retro. Tytuł celowo taki, a nie inny, by tu jak najwięcej kolegów narodowców pościągać:) Profilaktycznie dziękuję wszystkim wcześniejszym życzliwym odwiedzającym, bowiem od teraz nie mogę być pewien jutra:) Danych kontaktowych tu nie podałem, ale kto wie, co przyniesie następny dzień?:)
Determinantą napisanie tych słów było przeczytanie wpisu na pewnym joggerze. Z początku myślałem, że to jakiś żart, lecz po lekturze całego wpisu i komentarzy zastanowiłem się, czy przypadkiem na joggerze nie powinno się wprowadzić limitu wielu od, powiedzmy, dziesięciu lat...
Gdybym miał cytować bzdury rodem z tamtej publikacji, to musiałbym zacytować całość. Już w pierwszym zdaniu autor udowadnia, że kwestie międzynarodowe są mu nieco obce, bowiem oskarża on Kongres Stanów Zjednoczonych o bycie naszym „największym sojusznikiem”. Panie Johny, proszę się złapać czegoś stabilnego. Kongres zawsze był największym hamulcowym naszego „sojuszu” ze Stanami, choć ja raczej użyłbym określenia „stosunku wasalnego”. To kongres blokował finansowe wsparcie, a raczej jałmużnę, dla naszej armii. „Sojusz” był zawsze kwestią prezydenta Busha.
Dalej spróbuję nieco ogólniej. Od czasów Kazimierza Wielkiego (dla Johny’ego: XIV wiek) Żydzi w Polsce odnajdywali oazę spokoju. Gdy w całej Europie Zachodniej władcy szaleli z edyktami przeciw Żydom, w Polsce stwarzano im warunki do spokojnej egzystencji. Oni potrzebowali Polski, by móc tu żyć, Kazimierz potrzebował ich, by zmniejszyć wpływy niemieckich kupców i bankierów.
Polska stała się europejskim fenomenem. Po przyłączeniu Rusi Halickiej wraz z przyległościami (1349-1366) w Polsce w miarę pokojowo koegzystowały trzy kultury: polska, ruska, niemiecka (lub zachodnioeuropejska) i żydowska właśnie. Oczywiście nie odbyło się bez zajść (tzw. pogromy), ale tego nigdy się nie uniknie. Byliśmy ewenementem.
Póki Polska była rzymskim wasalem w średniowiecznym tego słowa znaczeniu (co częściowo tylko ukróciły dopiero Stanisławowskie czasy...), póty wiele kluczowych dla gospodarki stanowisk (głównie bankowość) obsadzali Niemcy. Z punktu widzenia Króla Polskiego była to sytuacja o tyle niebezpieczna, że z naszym zachodnim sąsiadem często miewaliśmy konflikty. Żydzi, pozbawieni własnego państwa, byli neutralni i w tym kontekście znacznie bezpieczniejsi. Dzięki królewskim przywilejom, swej zaradności i znajomości europejskich trendów gospodarczych, szybko wykształciła się dość wąska, bogata elita finansowa, mająca w garści olbrzymią ilość zadłużonych u niej Polaków-ojców narodu, w tym panujących. Mimo wszystko trzeba podkreślić, że WIĘKSZOŚĆ ŻYDÓW ŻYŁA W BIEDZIE, zapewniając Polakom ogrom niezbędnych im do życia usług, głównie rzemieślniczych.
Właśnie owo zadłużenie u Żydów i niebywała zazdrość, jaką względem ich majątków żywili Polacy, było ważną przyczyną antyżydowskich zajść. Trzeba niestety oddać sprawiedliwość Kościołowi, który to od początku walczył z Żydami. Po pierwsze, nie podlegali oni jurysdykcji prawnej kościoła, lecz podlegali swym gminnym sądom- w Polsce biskup nie mógł wedle własnego widzi-mi-się spalić, kogo chciał, jak to z powodzeniem funkcjonowało np. w Kastylii, czy Aragonii. Ponadto kościelni nie mogli wydoić Żydów (jak to czynili z Polakami), oni odprowadzali podatek grupowo Królowi. Kościół od początku zwalczał Żydów, bowiem od początku był u Żydów zadłużony. Ciągle mnie zastanawia, ile złoceń z Bazyliki Świętego Piotra sfinansowano z pożyczki od jakiegoś zachodniego Żyda, którego potem spalono, twierdząc, iż śmiał głosić kulistość Ziemi.
Przenieśmy się w czasy międzywojenne. Żydzi Polscy stanowili jedną dziesiątą społeczeństwa. Dzięki swemu wkładowi w odbudowę powojenną (po I WŚ) Polski odzyskali znaczną pozycję ekonomiczną. Mimo ekscesów rodzimych faszystów pod wodza Dmowskiego pozostali w kraju pozostali w kraju i NA TEN KRAJ PRACOWALI. Gdy za czasów płk Koca i ozonu próbowano wytępić ekonomicznie Żydów, zaprzestano tej akcji po podliczeniu wpływów do budżetu od nich. Wynosiły one 25% całości. Wszystkim zajadłym narodowcom, oskarżających żydów o całe zło tego świata, proponuję jedno- gdy popatrzą na dochód narodowy w latach 36’-38’- odejmijcie odeń 12 mld złotych. Gdy popatrzycie na statystyki produkcji przedwojennej- zmniejszcie je o jedną czwartą. A od armii broniącej naszych granic we wrześniu odejmijcie ćwierć miliona walczących za żydowskie pieniądze.
Formy represji były różne- od tzw. terroru ławkowego na studiach, aż po odmawianie wstępu do OZN (który to pełnił funkcję analogiczną do PZPR). Świetnym przykładem są dla mnie wiejskie sklepiki. Prowadzone z dziada-pradziada przez Żydów, dawały im utrzymanie i pozwalały przeżyć. Drogą represji ekonomicznych i wyroków sądowych odbierano je Żydom, bądź doprowadzano ich do ruiny. Przekazywano je Polakom, którzy po miesiąc-dwóch bankrutowali, nie umiejąc poprowadzić interesu i nie mogąc się utrzymać. Mojego komentarza- brak. Obejdzie się bez niego.
Mimo tych prześladowań Żydzi nie uciekali z Polski. Przyczyn było kilka- niewielką ich część było w ogóle stać na wyjazd, a poza tym nie za bardzo mieli gdzie uciekać. Na tle Hitlerowskich Niemiec Polska była rajem na ziemi. Kochali tą ziemię, na której od kilkuset lat spoczywali ich przodkowie. Często sami siebie nazywali mianem „Polaków wyznania mojżeszowego”. Byli Polakami i Polski we wrześniu bronili. Znaczna część, jak nie większość, polskiej elity naukowej, kulturalnej stanowiły osoby pochodzenia żydowskiego. Oni stali się częścią naszego narodu. Czy to się różnym onrom, czy innym plebejskim bandom podoba, czy nie, 99% z nas ma domieszkę „obcej” krwi. Co w przypadku mniej więcej połowy mogę udowodnić. Co teraz zrobią? Podpowiem, że transfuzja krwi nie wystarczy, by się „oczyścić”.
Teraz słówko o tym, jakim to cnotliwym narodem są Polacy. Na każdym kroku spotykamy się z obrazem narodu polskiego, jako wiecznie cierpiących Jedynych Sprawiedliwych. Ciągle zniewoleni, ciągle doznający niebywałych zbrodni, lecz nigdy ich nieczyniący. Polaków zawsze trzeba podziwiać, bo to wielki a naród, a krytykują nas tylko antypolacy, pederaści i rusofile (koniecznie rosyjscy agenci). W takim razie proszę Panów narodowców o odpowiedzenie na kilka pytań:
1) Skąd Niemcy w trakcie okupacji wiedzieli, że konkretna osoba to Żyd, nie Polak?
2) Co działo się z wielomiliardowym majątkiem Żydów, będących w obozach?
3) Co w Polsce działo się z Żydami po wojnie?
Ad.1. Gorzka prawda o Polakach. By wkupić się w łaski okupanta, by wyciągnąć kumpla z rąk Gestapo, lub by po prostu zemścić się na kimś, za to, że ma lepiej, Polacy wydawali ludzi, z którymi żyli, pracowali, bawili się i pili. Polskie podziemie przyzwalało na to, nie karząc takich konfidentów. Co trzeba zaznaczyć, analogiczne działania część Żydów prowadziła względem Polaków pod okupacją radziecką.
Ad. 2. Oczywiście, co wartościowsze rzeczy zabierali Niemcy. Ale to, co nie przedstawiało dla nich żadnej wartości (tańsze meble i inne elementy wyposażenia gospodarstw domowych) dla większości Polaków było luksusem, o którym przed wojną nie mogliby nawet pomarzyć. A teraz mogli to sobie bezkarnie UKRAŚĆ.
Ad 3. Wojnę przeżyło około ćwierć miliona Żydów. Na wielu Polaków padł blady strach, iż być może prawowity właściciel powróci i odbierze swój majątek, a oni znów pozostaną z niczym. Ponadto Żydzi, co zrozumiałe, traktowali Armię Czerwoną i komunizm jak wybawicieli, co uratowali ich od śmierci w obozie. Nic więc dziwnego, że aktywnie i z optymizmem brali udział we wprowadzaniu tego ustroju, który dawał im nadzieję na lepsze jutro i możliwość zemsty na donosicielach. Idę o zakład, że zdecydowana większość z tych „przypadkowych ofiar” stalinizmu (nie-wojskowych, nie-polityków- czyli osób niegroźnych dla systemu) to wojenni donosiciele, których ofiary nie zapomniały, kto sprawił, że prawie w obozie zgniły. Stąd wziął się ten silny opór Polaków względem tzw. „żydokomuny”, z czego może 10% czyniło to z przekonań światopoglądowych, a 905 z zazdrości o szybki awans społeczny „tych u władzy”. Stąd wzięły się tak zbrodnicze wypowiedzi, jak bp Kaczmarka (którego się dziś lansuje na ofiarę walki z komunizmem...) o Zagładzie i pogromie Kieleckim. Stąd wziął się właśnie ten pogrom, przeprowadzony pod błogosławieństwem proboszcza, który odbił się echem po całej Europie i który do dziś jest paskudnym wrzodem na naszej historii.
Mimo wszystko jestem przeciwny zwracaniu TEGO majątku Żydom. Czemu? Ano temu, że nadrobili sobie straty materialne zajmując poniemieckie majątki. Autor komentowanego artykułu napisał w komentarzu, iż nie wie, co to „układ jałtański”. Ze swojej strony życzę mu pozytywnego ukończenia edukacji w zakresie podstawowym, bowiem w podręczniku do historii do szóstej klasy znalazłem adnotację o postanowieniach tejże konferencji. Pragnę jeszcze przypomnieć, iż było jeszcze coś takiego, jak konferencja w POCZDAMIE. Zapytaj się Johny autorów serwisu „Polonica”, co o tym układzie myślą. W nim to przyznano Polsce tzw. Ziemie Odzyskane (Pomorze Zachodnie, Ziemię Lubuską, Śląsk, Prusy), jako REKOMPENSATĘ ZA ZIEMIE WSCHODNIE I STRATY WOJENNE. Ich wartość finansowa była (i jest) wielokrotnie wyższa, niż całość ziem II RP razem wzięta. Do dziś poniemieckie budynki mają większy standard, niż podkieleckie chaty na wsiach. Prócz Wilna i Lwowa czego tam żałować? Bagien Pińskich? Wsi na poziomie późnego średniowiecza, góra wczesnego renesansu?
Żądanie odszkodowań od Rosji za Ziemie wschodnie, lub, o zgrozo, ich zwrotu, wywołuje u mnie uśmiech na twarzy i gęsią skórkę zarazem. Korzyści finansowe, biorąc pod uwagę trzydziestokrotny spadek wartości dolara, byłyby śmieszna (maksimum kilkanaście mld dolarów amerykańskich), względem strat, które ponieślibyśmy na arenie międzynarodowej. Ponadto podważylibyśmy wartość traktatów, zabezpieczających nasza zachodnią granicę. Nic nie stałoby na przeszkodzie, by Niemcy zażądali odszkodowań za Ziemie Zachodnie, których Polska NIGDY nie byłaby w stanie zapłacić.
Za w pełni uzasadnione uważam natomiast roszczenia Żydów, którzy po nagonce z 68’ roku uciekali z kraju. Bezprawnym warunkiem wyjazdu było zrzeczenie się praw do majątku. Wszystkim żyjącym właścicielom należy się pełna rekompensata w wysokości ówczesnej wartości majątku, przeliczonego po ówczesnych kursie na dolara amerykańskiego (jako powszechną walutę). Potomkom właścicieli należy się niewielka część (10%-15%) wartości w ww. wysokości. Przede wszystkim należy tym ludziom oddać sprawiedliwość, iż RZĄD POLSKI ICH OKRADŁ i przeprosić za to.
Względem Żydów stosuje się podobną taktykę, jak względem powiernictwa Pruskiego. Ludzie, którzy dochodzą swych praw przed naszymi sądami to nie Niemcy, lecz Polacy, którzy uciekli z kraju po wojnie. Rdzenni mieszkańcy „Ziem Odzyskanych”- Mazurzy, Kaszubi, Ślązacy i wszyscy Ci, którzy zamieszkiwali przed wojną te ziemie i uważali się za Polaków. Po wojnie byli traktowani przez państwo i społeczeństwo jak Niemcy, dlatego zrzekali się polskiego obywatelstwa i uciekali do Republiki Federalnej Niemiec. Warunkiem wyjazdu było zrzeczenie się obywatelstwa. Bezprawnym warunkiem zrzeczenia obywatelstwa- zrzeczenie się praw do majątku w kraju. Ci ludzie domagają się odszkodowań i mają do tego pełne prawo. Jak na Niemców, zbyt płynnie mówią po polsku...
Listy polityków pochodzenia żydowskiego skomentuję jednym twierdzeniem- każdemu z nas można znaleźć w drzewie genealogicznym kogoś pochodzenia żydowskiego. Jak nie w pierwszej- to w czwartej, czy siódmej linii. Stanowili zbyt liczną mniejszość, by móc ominąć ich w badaniu obecnego narodu polskiego. Poza tym nie rozumiem jednego- czego się w żydowskości wstydzić? Wskaż mi drugi taki naród, który przez tyle tysiącleci pozostał wierny swej tradycji i przetrwał do dziś.
Cytując jedno zdanie z komentowanego wpisu- „jeżeli ta lista jest zgodna z prawdą, to niezły pasztet”- mogę powiedzieć jedno. Jeżeli myślisz to, co piszesz, to niezły pasztet. Już wiem na jakiego pokroju inteligencji nadają redaktorzy serwisu „polonica”. Jeżeli czerpiesz taką podnietę z oświadczenia amerykańskiego Irlandczyka na temat oddania ofiarom pochodzenia żydowskiego tego, co im się należy, to już wiem, skąd te pożałowania godne artykuły na tym serwisie. A swoim wpisem nie udowodniłeś nic ponad to, że nie znasz elementarnych faktów z historii swego kraju i narodu. Jeżeli jeden serwis umysłowych i światopoglądowych jaskiniowców doprowadza Cię do formułowania takich tez, to pozdrów ode mnie kolegów z młodzieży wszechpolskiej. Czekam niecierpliwie, aż tu wpadną...
pozdrawiam
KP
Napieralski Szefem SLD 11 komentarzy
Napisano dnia 31 maja 2008, w Polityka...
31 Maja 2008, Grzegorz Napieralski zostaje szefem Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Ten trzydziestoczteroletni Szczecinianin pokonał swojego rywala, Wojciecha Olejniczaka, różnicą dwudziestu jeden głosów (231 do 210).
Sojusz Lewicy Demokratycznej- partia postkomunistyczna o PZPR-owskim rodowodzie. Po rozwiązaniu PZPR powstała Socjaldemokracja Rzeczypospolitej Polskiej, która to potem weszła w koalicję z wieloma mniejszymi ugrupowaniami lewicowymi, tworząc koalicyjny SLD, później przekształcony w jednolitą partię.
PZPR od 86’ roku znajdowała się w widocznym odwrocie. Powszechnie oczekiwano upadku realnego socjalizmu, ludzie wiązali z partią coraz mniejsze nadzieje. Wtedy też rząd Mieczysława Rakowskiego rozpoczął pre-kapitalistyczne reformy, liberalizujące gospodarkę i stosunki społeczne.
Po okrągłym stole i wyborach kontraktowych PZPR poniosła dotkliwą klęskę- jedno miejsce w Senacie i masowy odpływ posłów do „nijakich” i uległych „Solidarności” kół i kółek, odejście przybudówek partyjnych SL i SD sprawiło, że partia nie uzyskała oczekiwanej zdecydowanej większości i desygnowany na Premiera Czesław Kiszczak, nie mogąc sformować rządu, był premierem 15 dni. Ówczesne formacje lewicowe opierały swe programy na społecznej wrażliwości, obronie osłon socjalnych oraz zabezpieczeniu miejsc pracy. Nie było wyraźnego społecznego zapotrzebowania na postkomunistycznych socjalistów, lud wolał egalitarystyczną „Solidarność”.
Po socjalnej katastrofie rządów Solidarności Lewica odzyskała władzę w 93’ (wtedy to pojawiły się projekty typu „CHrześcijańska Unia Jedności”- proszę nie skracać), by spłycić swój program i ponownie utracić władzę w 97’. Po kolejnych „specyficznych” rządach AWS władza znów wróciła w ręce SLD. I tu pojawiły się problemy.
40% poparcia poprzewracało lewakom w głowach. Na skutek recesji „lewicowe” rządy zagmatwały kodeks pracy, prowadziły ultraliberalną politykę gospodarczą, spokojnie spoczywały pod pantoflem kleru i, tak jakby, zapomniały o drugim słowie ze swej nazwy. Zupełne odejście od ideałów lewicy zdawało się skreślać liczne grono starszych aparatczyków PZPR-owskich. Tak się jednak nie stało. SLD, po katastrofalnym spadku poparcia, pozostał w Parlamencie, co uniemożliwiło dokonanie wystarczającej rewolucji w jego szeregach. W samym sojuszu nastąpiło kilka secesji, co warto zaznaczyć, nie na polu programowym, lecz w celu ratowania stołków. Odejście od wartości lewicowych było aż nadto widoczne.
Ostatnie wybory wyraźnie podkreśliły centrowość byłej lewicy. Masochistyczny mariaż z PD i SDPL oznaczał zgodzenie się przez Lewicę na przyklejenie jej etykietki marnej dublerki dwóch największych partii, ramię w ramię z PSL. Obydwie przybudówki zdobyły dzięki głosom na SLD dotacje państwowe i miejsca w parlamencie, co uniemożliwiło niestety ostateczne ich zniknięcie z polskiej sceny politycznej. Nie oznaczało to, że będą wspierać lewicową linię Sojuszu, wręcz przeciwnie- sojusz jeszcze bardziej odchylił się na prawo.
Zerwanie pokracznego, LiD-owskiego mariażu uchroniło lewicę przed całkowitym „znijaczeniem”.
Rolą nowego przewodniczącego jest nadanie SLD lewicowego kursu. Zapotrzebowanie na lewicę w Polsce jest duże, zaś potencjał SLD przejął POPIS. Właśnie ten młody człowiek jest nadzieją na to, że Sojusz, poprzez mariaże z mniejszymi LEWICOWYMI ugrupowaniami (Polska Partia Pracy, RACJA, Kluby Krytyki Politycznej) i odnowienie potencjału lewicowych intelektualistów, skręci w końcu w lewo i będzie godzien swej nazwy. Świeckość państwa, pomoc wykluczonym, ochrona pracowników najemnych, przyznanie kobiecie prawa do bycia człowiekiem, nie fabryką obywateli oraz równouprawnienie na tle seksualnym- te idee, wartości i zadanie powinny przyświecać nowemu nurtowi Lewicy znad Wisły. Ta kadencja jest to ostatnia szansa, by bogata w osiągnięcia polska Myśl Lewicowa nie stała się marną kopią New Labour Party...
pozdrawiam
KP

Kuba Pakulski
Szczecinianin. Fascynat filozofii, historii i nauk społecznych. Piszący dla przyjemności i praktyki. Lewicowiec, umiarkowany anarchista, skrajny antynacjonalista. Antyklerykał, którego serce bije po lewej stronie. Dziewiątkowicz z pięcioletnim stażem. Od lat aktywny w mikronacjach. Słucha wszystkiego, co da się zamknąć w trójkącie Judas Priest- Enya- Miles Davis.
Kontakt:
e-mail: kuba.pak666 wp.pl
jabber: kuba.pak666 jabber.wp.pl
gg: 9933809
SZUKAJ
KATEGORIE
ARCHIWUM
- Marzec 2010
- Luty 2010
- Grudzień 2009
- Listopad 2009
- Październik 2009
- Wrzesień 2009
- Sierpień 2009
- Lipiec 2009
- Czerwiec 2009
- Maj 2009
- Kwiecień 2009
- Marzec 2009
- Luty 2009
- Styczeń 2009
- Grudzień 2008
- Listopad 2008
- Październik 2008
- Wrzesień 2008
- Lipiec 2008
- Czerwiec 2008
- Maj 2008
