Najpewniejsza metoda sambójstwa? 3 komentarze

Napisano dnia 07 marca 2010, w Ogólne, Polityka...

- Powiedzieć Korwinowi "Korwin! Ty pieprzony socjalisto!".*

-Wejść z kamerą TVN-u na kółko różańcowe.**


:-)


*wymyślone przedwczoraj w szczecińskim Teatrze Polskim

** za S. Płacheckim, Sekretarzem Komisji Rewizyjnej koła lokalnego Młodych Demokratów w Szczecinie

Naukowa intymność 4 komentarze

Napisano dnia 02 marca 2010, w Książki, Ogólne, Szkice

Przed oczyma masz szkic artykułu- zbiór propozycji, przemyśleń, które przed dokładniejszym dopracowaniem poddane zostają weryfikacji. Stąd każdy komentarz, każda uwaga i wątpliwość będzie dla mnie podwójnie cenna. Dziękuję.

W sobotę wieczór w me łapska wpadła książeczka „Jak być uczonym?Michała Hellera. Jest to dziełko niewielkie (60 stron), napisane bardzo przystępnym i przyjemnym w odbiorze językiem. Książeczka zachwyca schludnością wydania, które rekompensuje dość wysoką (jak na objętość) cenę. Tyle recenzowania, naprawdę gorąco ją polecam. Do rzeczy.

Dwa światy
W rozdziale drugim- „Uwagi o etyce i metodyce pracy naukowej”- pisze Heller między innymi o rozdzielaniu dwóch porządków życia- porządku pracy naukowej, badawczej oraz porządku „całej reszty”. Podsuwa on praktyczny pomysł, jak rozgraniczenie owo przeprowadzić z teorii w życie- proponuje zakup drugiego biurka. Jedno służyć ma do pracy bieżącej (korespondencja, roboty papierkowe, zadania domowe- co kto musi). Siedząc przy nim jestem „sobą dnia codziennego”- takim sobie Kubą Pakulskim, który na jutro musi przygotować heglowską interpretację dziejów, na pojutrze nauczyć się optyki geometrycznej, podstaw trygonometrii etc. Ponadto ma pomyśleć nad algorytmami pod zaległy serwis, przeorganizować bloga i przygotować projekt pomnika na potrzeby mikronacji. Winien również przyozdobić pewną kopertę i... fajnie by było zjeść jeszcze jakąś kolację. Innymi słowy- jestem sobą, ze swoimi wszystkimi obowiązkami, potrzebami i chwilowymi planami.

Drugie biurko zaś nabiera charakteru niemal sakralnego. Nie znajdziesz na nim ani korespondencji prywatnej, ani służbowej. Ani szkolnych podręczników. Ani nic innego obrzydliwie codziennego. Znajduje się na nim co innego- aktualna lektura (nie literatura lekka, lecz lektura konkretna), stos notatek, zdarte ołówki, wypisy cytatów, innymi słowy- przedmiot badań, narzędzia je ułatwiające oraz rodzące się owoce poszukiwań. Narzędzia to nie tylko ołówki i pióra, to również kubki z herbatą, zdjęcia dzieci czy kochanki i wszystko to, co ułatwić nam może pracę. I nic więcej.

Do tego biurka nie siadamy już jako Jan Kowalski z mnóstwem problemów na głowie. Należy otoczyć je [tj biurko- przyp. tłumacza] jakąś obowiązkoszczelną powłoką. Gdy przy nim siadam, nie ma już ważnych telefonów (Potrzebujesz czegoś, przyjacielu? Pisz sms.), na gwałt potrzebnych dokumentów, przykrych komentarzy z korytarza czy przechwyconych plotek. Jestem ja, przedmiot pracy i cała wymieniona wcześniej otoczka. I nic więcej. Pozwala się to skupić na tym, co ważne. Ważne nie tylko dzisiaj, lecz ważne prawdziwie. Na tym, co chciałbym, chciałbyś uczynić ważną częścią swojej wiedzy, świadomości, drogi życiowej. Czy to będzie kilkusetstronicowy buch, blok rysunkowy, pięciolinia czy jakakolwiek inna intelektualna aktywność- to już sprawa Twojego wyboru.

Przestrzeń nie tylko fizyczna
Heller powołuje się również na prawo narastania, choć tu bardziej odpowiednimi punktami odniesienia są też niezłe (choć albo zbyt zdawkowe, albo zbyt skonkretyzowane) pozycje „ Motywacja” Toma Gormana oraz „Panuj nad swoim czasem” zbiorowego autorstwa. Sama intymność przestrzeni jako miejsca pracy nie wystarczy. Potrzebna jest jeszcze przestrzeń czasowa i emocjonalna. Trzeba to sobie jasno powiedzieć- jeżeli do, powiedzmy, 21.oo sobie z bieżącymi problemami nie poradziłem, to danego dnia już sobie z nimi nie poradzę. Do 23.oo bowiem zamykam się w swoim świecie, w powłoce chroniącej biurko numer dwa. Trzeba jasno określić warunki dostępu do tego świata. „Chodź, zobacz nowe firanki”- nie, zdecydowanie nie. „Na jutro potrzebny mi felieton!”- sorry, za późno mnie informujesz. Ale „Potrzebuję Twojej pomocy”- owszem. Dopóki nie jest to pomoc przy doborze serwetek do obrusa.

Rozróżnij- piszą Jim Billington i spółka (owo wydawnictwo zbiorowe)- rzeczy ważne od rzeczy pilnych. Rzeczom ważnym zawsze dawaj pierwszeństwo w hierarchii priorytetów. Codziennie pierdoły realizuj do pewnego momentu. Potem bezwzględnie weź się za to, co ważne. Czyli, w naszym przypadku, usiądź przy drugim biurku.

Być! Dodaj komentarz

Napisano dnia 02 lutego 2010, w Ogólne, Osobiste

Być!

Dzisiejsza scena ze szkoły. Zajęcia z piwnicy mieliśmy, dzięki Bogu, przeniesione do sali na parterze. Powodem był grający w podziemiach gitarzysta cierpiący na, powiedzmy, „syndrom nadużycia przesteru”:). W trakcie lekcji do sali wpada jedna ze sprzątaczek i zagaduje nauczyciela:

—Ale Pan tu tylko dzisiaj ma te lekcje?
—Nie, w następne dni też.
—Ale ja tu... POSPRZĄTAŁAM!!!
—Ale my tu nie brudzimy.
—Ale tu jest posprzątane!
—Ale my tu nie brudzimy. Proszę Pani, my... my wzniosłą myślą uszlachetniamy Pani pracę!
U... co?!! To po co tu było sprzątane?!!
—No przecież nie pobrudzimy. Agnieszko, jak chcesz pić, to na korytarz!
—Słyszeliście?? [do nas] Macie tu nie pobrudzić!

Cóż... „Uszlachetnić” a „up...dolić” to jednak dwa zupełnie różne słowa :)

Wolność
Mam trzeci dzień wolnego. Po całym semestrze zasuwania na sto kilkadziesiąt procent swej wcześniejszej normy jest to uczucie wprost niesamowite. Większość piątkowego wieczoru spędziłem leżąc na macie i słuchając płytki „Winter Songs” Roba „The Metal God” Halforda. Jest tam coś o typowo świątecznym charakterze, ale nie brakuje też pierwszorzędnego heavy metalu, czego zresztą po tytanie tego gatunku można się było spodziewać. Pod ręką miałem coś do jedzenia i w zasadzie ruch po żarcie był moją jedyną czynnością większej tego wieczora:) Oprócz oczywiście rozpływania się w stwierdzeniu „Jezu, ja na jutro... NIC NIE MUSZĘ!”.

Tak się miło składa, że po dwóch tygodniach ferii mam jeszcze dwa (w porywach do trzech) tygodnie zwolnień. Tych oczywiście nie będzie mi dane wykorzystać nawet w małej części. Potem miesiąc do szkoły i prawie miesiąc wolnego— tydzień mój, tydzień na wyjazd klasy plus święta Wielkiej Nocy. Miesiąc szkoły i długi weekend. Miesiąc i wakacje. Szykuje się słodziutki semestr:-)

Zabawy słowne
Lubię rozbijać wielkie słowa na czynniki pierwsze i chyba nawet nieźle mi to idzie. Uwielbiam refleksje typu Miniowego doszukiwania się zła jako cechy immanentnej człowieka, które zresztą skomentowałem. Gdy pewien ktoś dwa tygodnie temu poprosił mnie o korektę krótkiego pisemka urzędowego, pisałem mu odpowiedź zawierającą frazę „byle zdążyć!”. Potem uznałem ją za niepotrzebną i postanowiłem wykasować. Przez pośpiech usunąłem niecały fragment [„by(le zdąży)ć!”] i wyszło mi z tego banalne „być!”. Uczucie iluminacji było niesamowite:). Człowiek nagle odkrywa, że uczynił istotą swego trybu życia coś, co wysysa go na samą skórę i kości. Pismo nie było pilne, więc odpowiedź zmieniłem „będziesz niestety musiał poczekać do jutra”. Jakbym jutro miał na to więcej czasu...:-)

Swoją drogą, zauważyłem, że dość często służę za korektę stylistyczną. Ciekawe to zjawisko, bo ja ze swoim stylem walczę już co najmniej dwa lata, między innymi tym blogiem (i odnotowałem dość wyraźne postępy, dowodem czego jest zażenowanie budzone we mnie lekturą starych notatek). Nie zmienia to jednak faktu, że w cudzych tekstach niedociągnięcia, nadużycia i przegadania wyłapuję chyba całkiem sprawnie, a na pewno bardzo to wyłapywanie lubię. Zastanawiałem się nawet, czy w ten sposób w przyszłości nie zarabiać na życie. Nie tylko łechcze to moje ego, ale również daje bieżący dostęp do świeżej i —przede wszystkim— Innej myśli. A to pomaga, inspiruje i rozwija. Przede wszystkim sprawia mnóstwo radości— uwielbiam pisać, zwłaszcza dla kogoś. Tak, jak nie czyni mi wielkiej radości robienie za kogoś notatek z fizyki czy chemii (po prostu to lubię, ale bez przesadyzmu), tak sms, mail czy wiadomość na gadu o treści typu „Słuchaj mam problem z tym empiryzmem, mógłbyś mi pomóc?” przyprawia mnie o szybsze bicie serca, wystrzał adrenaliny i specyficzne błyszczenie oczu:-) Nawet, gdy piszą zupełnie obce osoby z drugiego końca Polski.

Tak mi to weszło w krew, że na tym tle złapałem małą wtopę. Przeglądając pocztę odebrałem maila z tekstem, więc od razu zabrałem się za lekturę i podkreślanie błędów. Nieznacznych, głównie nadużycia zaimków i przegadujących tekst słów. Po chwili przyszedł sms. Dialog elektroniczny wyglądał mniej-więcej tak:

—Masz tekst na mailu :)
—Wiem, już poprawiam :)
—Jak to poprawiasz?! On już opublikowany!!!
(o cholera, ale wpadka...)



Z dymem!
Zabierając się w zeszłą sobotę za pracę zacząłem cierpieć na deficyt miejsca na biurku. Nic dziwnego, bajzel na nim miałem niesamowity. Postanowiłem więc schować do szuflady atrament do pióra. Nie zmieścił się na wysokość, blokowały go notatki. Efekt był taki.

Dostałem w swe ręce swoje notatki wrzucane tam przez ostatnie dwa lata. Mnóstwo napoczętych tekstów związanych z historią, filozofią czy mikronacjami. Lektura była momentami przyjemna (np. tekstów historycznych, ujawniając mi przy okazji mój niesamowity regres w tej dziedzinie w przeciągu dwóch ostatnich lat), zabawna (jakieś wypracowania z niemieckiego) lub po prostu przygniatająco żenująca (za dwa lata pewnie to samo powiem o tym tekście). Koniec końców, efekty tego „wyszufladowienia” były dwa: pedantycznie posprzątana i ułożona zawartość szuflady oraz uroczyste spalenie stosu notatek w kominku. To dość ciekawie sadystyczne uczucie puścić dwa lata swojej niedokończonej pracy z dymem. Spłonął nie tylko mój czas i trud, ale również niektóre mało przyjemne sytuacje z tymi tekstami związane. Więc wyraźnie mi lżej.

Następne dwa tygodnie...
...upłyną pod znakiem pracy na przyszłość i nadganianiem przeszłości. Muszę odrobić zaległości joggerowe (mam pełną teczkę notatek), wiszę ludziom dwie strony (których realizacja przyprawia mnie o gęsią skórkę...), luty, marzec i kwiecień to nie będą łatwe miesiące (jakby poprzednie były prostsze). Najważniejsze— „być!”. Ok, bycie byciem, ale od jutra do roboty.

Agnostyk o źródłach sensu 3 komentarze

Napisano dnia 29 grudnia 2009, w Ogólne, Przemyślenia Filozoficzne

Jednym z głównych argumentów teistów za istnieniem Boga jest kwestia sensu. Bez Boga- twierdzą- życie byłoby sensu pozbawione. Bo po co dobrze żyć, skoro nie ma istoty najwyższej, która byłaby gwarantem odpowiedniej gratyfikacji za niesienie swego krzyża? Innymi słowy, po co kupować od przydrożnego sklepikarza losu na loterię, której nie ma? Moim zdaniem, problem ten jest jeszcze jednym argumentem za przyjęciem stanowiska życzliwego i ateistom, i świadomym wierzącym agnostycyzmu. A oto kilka zdań na poparcie tej tezy.

O sensie
Swego czasu, czytając o współczesnej filozofii logiki, natrafiłem na ciekawą definicję sensu logicznego, gdzie zdanie sensowne to zdanie poprawnie sformułowane, którego przedmiot jest różny od niego samego. Zostawmy kwestię poprawności, sprowadza się ona bowiem do koncepcji zdań protokolarnych, która nijak się ma do dalszej części tekstu. Co oznacza stwierdzenie „którego przedmiot jest różny od niego samego”? Chodzi po prostu o to, że zdanie musi mówić coś o nie-sobie. Czyli zdanie „Kwiatki są ładne” jest zdaniem sensownym (ale nie logicznie poprawnym), natomiast zdanie „To zdanie jest ładne” już nie, bowiem przedmiot wypowiedzi jest z nią tożsamy.

Przenieśmy to na grunt działania. Definicja brzmiałaby „działanie sensowne to działanie poprawne, którego przedmiotem nie jest ono samo”. Jak rozumieć poprawność działania? Myślę, że można to słowo zamienić z etycznością czy po prostu dobrem. Działanie poprawne to działanie, którego efektem jest szeroko rozumiane dobro. Dobro czynimy tu niewiadomą, by uzyskać wzór, definicję, a nie skonkretyzowaną tezę. Wartość tej niewiadomej nadajemy my, jako ludzie, w konkretnych sytuacjach etycznych. Podam przykład banalny: widzimy podjeżdżający na przystanek autobus. Możemy biec przez trawnik, albo chodnikiem. Jeżeli wyżej cenimy punktualność, polecimy przez trawnik. Jeżeli większą wartością jest dla nas zieleń miejska, to pozwolimy mu uciec biegnąc chodnikiem. W obydwu wyborach kryterium dobra uczyniliśmy człowieka. Stąd sens musi być związany z człowiekiem, jako jego kryterium i, jak przekonamy się dalej, głównym źródłem. Jest to pierwszy argument przeciwko uczynieniu z Boga jedynego źródła sensu.

Nieco problematyczny jest drugi człon definicji. Co to znaczy „działanie,którego przedmiotem nie jest ono samo”? Cóż, skojarzenia mam czysto rekurencyjne:). Można to uprościć to stwierdzenia „działanie, która ma jakiś cel” (jest dla kogoś, lub czegoś, a nie dla samego siebie), lub przenieść na wyższy poziom, poziom „życia, które nie jest skupione na samym sobie”.m Obydwa te twierdzenia służą naszej tezie głównej, chociaż to pierwsze jest bardziej uniwersalne i empirycznie weryfikowalne.


Działania, które mają jakiś cel
Pełna definicja brzmi wówczas „Działanie sensowne to działanie dobre, które ma jakiś cel”. Nieważne, czy celem tym jest pomoc głodnym dzieciom, chorym zwierzętom, ratowanie fok szarych czy zwyczajne wzbogacenie się. Tak długo, jak możemy stwierdzić, iż jest to działanie dobre i celowe, ma ono sens. W tym kontekście Bóg przestaje być koniecznym warunkiem sensu, a staje się nim cel działania. Owszem, Bóg może być gwarantem sensu, gdy stanie się jego celem. Ale nie jest on temu niezbędny. Swoją drogą, w kontekście powyższego, ciekawego, nieteistycznego charakteru nabiera intencjonalna modlitwa. Jeżlei modlim się o dobre zdanie jakiegoś egzaminu, to modlitwa owa ma sens niezależnie od tego, czy Bóg istnieje, czy też nie. No chyba, że modlimy się o to, by Bóg za nas ten egzamin zdał. Wtedy przy jego ew. braku trudno by było udowodnić sens tego działania:)


Życie sensowne, to dobre życie, które nie jest skupione na sobie
To rozwinięcie w sam raz nadaje się dla zyciowych filantropów. Może gryźć jego skrajny altruizm, ale nie to jest przedmiotem tekstu. Niezależnie od tego potwierdza główną tezę. Bóg bowiem może być przedmiotem, na którym skupia się życie. Ale nie musi być. Stąd: Bóg nie jest koniecznym warunkiem sensu!


Zdroworozsądkowo
Od strony zdroworozsądkowej temat ten podejmuje Henry Jacoby w „Dr House i filozofia”. Pyta on retorycznie, czy bez Boga nasze działanie na rzecz drugiego człowieka straciłoby sens? Oczywiście, że nie. Widocznie wciąż warto kupować te losy, ale ze względu na ich inny, niż loteryjny (boski) wymiar. Widocznie jest w nich coś z człowieka...

Dziecięca nienawiść 23 komentarze

Napisano dnia 29 grudnia 2009, w Ogólne, Polityka..., Przemyślenia Filozoficzne

Przed paroma dniami gen. Wojciech Jaruzelski podzielił się w programie „Tomasz Lis na żywo” taką oto refleksją: dlaczego w Polsce, kraju najlżejszego spośród europejskich, komunizmu, wciąż z taką zawiścią i nienawiścią próbuje się rozgrywać kwestie, które od dawna powinny leżeć w kompetencji wyłącznie historyków? Nie da się ukryć, że wiele jest tu na rzeczy. Władza bezkrwawo przeszła w ręce opozycji, a to, co ona z nią zrobiła, to już zupełnie inna kwestia. Minęło dwadzieścia lat. Czy to nie dość, by emocje opadły?

Nie. Bowiem nienawiści tej już dawno nie podsycają dawne strony sporu. Ludzie ci są albo zbyt chorzy, albo zniechęceni albo po prostu dojrzali, by na noże walczyć ze sobą o przeszłość (wyłączając kilka wiecznie obrażonych wyjątków). Pałeczkę przejmują młodzi. Nie chodzi jedynie o IPN, w którym historycy pamiętający PRL już przez mgłę tworzą nową wersję historii. Chodzi również o sieć i jej młodych i zupełnie najmłodszych użytkowników. Ci, tak jak ja, nie doświadczyli komunizmu. Żaden milicjant ich nie spałował, żadnej osobistej krzywdy od komuny nie doświadczyli. Jest oczywiście wąska grupa wyjątków, których rodzinom służby bezpieczeństwa poprzedniego systemu mogły autentycznie wyrządzić krzywdę. Ale to nieliczna grupa, zwłaszcza w porównaniu z aktywnością Stasi w NRD czy służ rumuńskich. Ale nie o tym teraz.

Do tych kilku słów skłoniła mnie „dyskusja” pod pewnym demotywatorem. Słabym i czysto politycznym. Tak się bowiem składa, że to nie studia, a wynik wyborczy decydują o prezydenturze. Sporo takich pseudodemotów się na głównej ostatnio pojawia, no ale trudno. Przeszedłbym nad nim dalej, gdyby nie komentarze doń.

Zaczyna się przewidywalnie. Wyszukiwanie „prawdziwego” nazwiska Kwaśniewskiego, potem jakieś z kosmosu wzięte skany rzekomych dyplomów z sowieckich uczelni. Jak ktoś lubi, niech wierzy. Potem pojawiają się konkretniejsze komentarze blasta, wrony90 czy kyda, z którymi nie mogę się nie zgodzić. Zaczęło się potem. Niejaki KlaunSzyderca (zwłaszcza z pierwszym członem trudno się nie zgodzić), podzielił się swoimi wynurzeniami: „kyd, a jaki problem skończyć studia za komuny samemu będąc czerwoną świnią?”. Cóż, sam nie studiował w tych latach, nie wie, ile tamte studia kosztowały, więc łatwo mu takie rzeczy pisać. No i od tego się zaczęło. Z jednej strony „czerwona świnia”, to z drugiej „durni, kato-solidarucho-pojeby”. Miarka przebrała się po słowach „mindcrasher, mam nadzieję, że twoja partyjna rodzinka zdychała jak rzesza ludzi pod jej rządami.”. Szlag mnie trafia, jak czytam takie wynurzenia, mimo iż nie są one adresowane do mnie. Jak można coś takiego ludziom pisać? Że ma się nadzieję, że ich rodziny zdychały? Wtedy też padł najlepszy tego wieczora komentarz, który przed chwilą przywoływałem w innym poście:

Jeżeli chcesz się z kimś spierać to atakuj jego a nie jego rodzinę. A co do 89 to może nie wiesz, ale właśnie wtedy zakończył się w Polsce komunizm i jeśli system komunistyczny wyrządził ci krzywdę to raczej przed ta datą, a jeśli mieściłeś się wtedy na stojąco pod stołem to jest to raczej mało prawdopodobne, a w związku z tym bądź uprzejmy wygłaszać trochę bardziej stonowane komentarze bo zwyczajnie nie rozumiesz na co i dlaczego plujesz.

Potem dołączali się kolejni wielcy, nastoletni bojownicy z komunizmem. Oni przecież chcieli walczyć, tylko się urodzili parę lat za późno, żeby się załapać. Ja włączam się o 21:27, wskazując na intelektualną miałkość takiego antykomunizmu. Zaraz dostaję propozycję wyjazdu do KRLD. Niejaki Mrgrzesiek zdobył się na erudycyjne „@spoleczniecom Jesteś idiotą.”. Niestety, mój apel o rozwinięcie tej odkrywczej myśli pozostał bez odpowiedzi. Mój apel o to, by dyskutować merytorycznie. Historia ma dochodzić prawdy historycznej, a nie obrażać.

Jak dyskusja toczyła się dalej, można sobie poczytać. Szybko się dowiedziałem, że jestem „komuchem”, „czerwoną świnią” i że pochodzę z „czerwonej rodziny”. No tak, moi dziadkowie emigrowali z PRL, mój ojciec w latach 80' zaliczył nawet krótką odsiadkę na tle politycznym. Rodzina „czerwona” jak cholera! Na koniec powtórzone „CZERWONA ŚWINIO”, jako, że jestem „śmieciem, który broni tego zakłamanego systemu”.

Historia nienawiści
Czy Polacy nie potrafią już dyskutować na argumenty (z krzykaczy pomijam biohumusa, który na ogół pisał merytorycznie)? Nie potrafią usiąść przy stole i wymienić poglądów, w miarę merytorycznie odnieść się do omawianego przedmiotu? Wskazać złe strony i je potępić, a potem szukać dobrych i je uznać? Czemu, idąc tropem Generała Jaruzelskiego, nie możemy podchodzić do tych kwestii jak Czesi czy Niemcy- było, minęło, zostawmy to historykom? Czy dyskusja musi wyglądać na zasadzie: założenie-jesteś czerwoną świnią, komuchu!!!, dowody-jesteś czerwoną świnią komuchu!!!, wnioski- twoja czerwona rodzina powinna zdychać komuchu!!! ?

Nie miałem ani jednego komunisty w rodzinie. Pełnoletni, żyjący za komuny, należeli do Solidarności. Pół rodziny emigrowało na Zachód. A mimo wszystko nawet sugestia, by system ten oceniać z pozycji historycznych, a nie własnych kompleksów, kończy się przemalowaniem mnie na piękną czerwień, napisaniem mojej rodzinie esbeckiej przeszłości i wyrzucaniem mi, że zapewne moi dziadkowie stali nad grobami w Katyniu. Nie stali, bo byli wtedy dziećmi. Jeden pradziadek poległ we wrześniu 1939', drugi... walczył z rewolucją w 1917' jako żołnierz carski. Ale też pewnie był „czerwoną świnią”...

Internetowi krzykacze
Nie tyczy się to jedynie kwestii historycznych. To samo tyczy się bieżącej polityki. Ze świecą na portalach wp.pl szukać jakichś merytorycznych komentarzy do newsów politycznych, czy gospodarczych (o mitycznym onecie nawet nie wspominam). Zazwyczaj są to wypowiedzi na poziomie „Ryży-SS sprzedaje Polskę swej prawdziwej ojczyźnie!!!1111111”, i o Kaczyńskich analogicznie. Raz z ciekawości przejrzałem galerię o Kasi Tusk, która chce zostać pogodynką. Jak przeczytałem "potworzyca, wnuczka wehrmachtowca!!!", to mi się niedobrze zrobiło. W takich chwilach wstyd mi, że tacy ludzie pochodzą z tego samego narodu, co ja. Jeszcze gorzej, kiedy piszą o kimś z inteligencji. Wtedy musi się pojawić „prawdziwe”, oczywiście żydowskie, nazwisko. Gdy wypowiada się ktoś z lewicy, to można być pewnym całego szeregu „czerwonych świń” i „komuchów”. Ale nie merytoryki. Szkoda.

Ale cóż...

Ty tylko potwierdza moją starą tezę. Że nacjonalizm w Polsce ma głównie gówniarzersko-osiedlowy charakter. :)

PS. Zapomniałem dodać. Jak już ktoś musi o mnie pisać per "czerwona świnia" i "śmieć". Podpisz się gnojku swoim imieniem i nazwiskiem i to powtórz. Wtedy pogadamy

Jakim prawem? 15 komentarzy

Napisano dnia 29 grudnia 2009, w Ogólne, Polityka..., Przemyślenia Filozoficzne

Przy okazji 70. rocznicy agresji ZSRR na Kresy Wschodnie II RP na demotywatorach i w innych sieciowych miejscach publicznych pojawiło się mnóstwo materiałów albo nawołujących do zemsty na „ruskich”, albo po prostu traktujących o tej napaści i jej następstwach. Śledziłem również... opisy na gg pewnego młodego nacjonalisty, mieszkającego gdzieśtam. Zarówno je, jak i demoty, przeglądalem z pewnym rozbawieniem. Treść ich bowiem wyglądała zazwyczaj „Walczyliśmy do końca!!!”, „KATYŃ- Przebaczamy, ale nie zapomnimy!!!” itp. Co mnie w tym śmieszy, a czasem bulwersuje? Owo „-my”. Dlaczego? Ano dlatego, że demoty te są najczęściej mocno dziecięcego pochodzenia, z całym zestawem błędów ortograficznych czy interpunkcyjnych. Jakim prawem, synku, piszesz „walczyliśmy!!!”? Walczyłeś?

Rozumiem, że prawo do takich słów mają rodziny pomordowanych oficerów. Ale gdy takie słowa pisze nastoletni odźwierny na osiedlu (charytatywnie stojący w bramie:)), jednocześnie aktywista ruchu „JP na 100%” i boiskowy zadymiarz, to trudno nie potraktować tego inaczej, jak brukanie pamięci o ofiarach. Gdy słowa „walczyliśmy” pisze ktoś, kto swą jedyną walkę w życiu stoczył rzucając płytą chodnikową w radiowóz, to jest to hańbienie pamięci o pomordowanych. Nie- „bronienie pamięci”, lecz HAŃBIENIE jej.

Aktywność wielkich bojowników o wolną RP wróciła wraz z kolejną rocznicą wprowadzenia w Polsce stanu wojennego. Znów pojawiły się demoty o treści „Byłeś jeden, a nas były miliony” (adresowane do gen. Wojciecha Jaruzelskiego), dodawane przez kogoś, kto godzinę wcześniej wrzucił demota ze zdjęciem szkoły podstawowej w Radzyminie, najpewniej własnego (bo kiepskiego autorstwa). Pojawiały się demoty „Nie daliśmy się komunie” itp. I znów to „my!”. Byłeś tam? Przeżyłeś to? To czemu się w ten sposób wypowiadasz? Świetnie, przy innej okazji (którą szerzej omówię w innym tekście), skomentował to niejaki Klobuk, komentując wypowiedzi takiego krzykacza:

„A co do 89 to może nie wiesz, ale właśnie wtedy zakończył się w Polsce komunizm i jeśli system komunistyczny wyrządził ci krzywdę to raczej przed ta datą, a jeśli mieściłeś się wtedy na stojąco pod stołem to jest to raczej mało prawdopodobne, a w związku z tym bądź uprzejmy wygłaszać trochę bardziej stonowane komentarze bo zwyczajnie nie rozumiesz na co i dlaczego plujesz.”

W zasadzie oddaje to istotę problemu: jakie prawo pisać w ten sposób o Katyniu czy innych tragicznych momentach polskiej historii ma ktoś, kto ledwo od ziemi odrósł i któremu ten system nie wyrządził żadnej krzywdy? Rozumiem, że prawo do tych słów mogą mieć ofiary systemu. Ale nie ktoś, kto go nawet nie pamięta (jak ja).

Jest to kolejne potwierdzenie mojej starej tezy. Nacjonalizm w Polsce ma głównie gówniarzersko-osiedlowy charakter.

Pytanie podatkowe 4 komentarze

Napisano dnia 24 grudnia 2009, w Ogólne, Polityka...

Przed paroma dniami rozpocząłem prace nad projektem „Wolni od pieniędzy”. Zakłada on powstanie serwisu społecznościowego, w którym każdy mógłby zaoferować swoje usługi. Zapłatę za nie otrzymywałby w wirtualnej, niewymienialnej na realną, walucie, wedle cen uzależnionych od czasu poświęconego na wykonanie pracy. Pozwala to z jednej strony przeprowadzić postulowane uwolnienie od pieniądza realnego, a z drugiej zaś uniknąć problemów związanych z wymianą barterową. Do tego praca byłaby równo wyważana. Mielibyśmy więc aktywność finansowo bezinteresowną, aczkolwiek potencjalnie dla pracującego korzystną, ze względu na możliwość wymienienia zarobionej waluty wirtualnej na którąś z oferowanych przez innych użytkowników usług.

Projekt szerzej omówię przy innej okazji. Wstrzymałem prace nad nim ze względu na podatkowe wątpliwości. Brat mój nastraszył mnie, że każda taka wymiana musi być opodatkowana. Dokładnie nazwy podatku podać nie potrafił. Stąd pytanie do osób zorientowanych- jak to zakwalifikować? Jako darowiznę i ostrzec użytkowników przed przekroczeniem granicy wolnej od podatku? Jako wymianę bezpieniężną, a jeżeli tak, to jak ma się do tego prawo podatkowe? Czy jako aktywność wolną od podatku?

Szacunek dla pracy. 12 komentarzy

Napisano dnia 19 grudnia 2009, w Ogólne, Przemyślenia Filozoficzne

Jestem cholerykiem. Nie, nie na co dzień. W dni zwyczajne staram się być wyrozumiały. Nie, nie oznacza to, że jeżeli ktoś umówi się ze mną na wykonanie czegoś, otrzyma miesiąc czasu, by zrobić swoją część pracy i w przeddzień terminu wyśle mi przed północą sms-a o treści „Sorry, nie zdążyłem”, ew. uszkodzi wszystkie swe środki komunikacyjne i przestanie przychodzić do szkoły, to będę go głaskał po główce i mówił „Wiesz... fajnie, że jesteś”. W takiej sytuacji trafia mnie szlag, zwłaszcza, gdy ja swoją część wykonam. Czemu? Są dwa powody. Przede wszystkim- staram się myśleć zadaniowo. Dostaję termin, dostaję zadanie i wtedy istnieją dla mnie trzy rzeczy: termin, zadanie/ce i środki do wykonania/osiągnięcia go. Jeżeli się już w coś angażuję, to staram się dać z siebie wszystko, by cel osiągnąć. Zwłaszcza, gdy jest to jakaś praca grupowa. Wszystko musi być zrobione tak dobrze, jak się dało, albo jeszcze lepiej. I nieważne, jaki będzie tego koszt społeczny/szkolny/zdrowotny. Mam zrobić i zgodziłem się na to, to zrobię to. Z tego wynika powód drugi- doświadczywszy następstw takiego oddania się pracy nauczyłem się szanować pracę innych ludzi. W związku z tym nie znoszę, gdy ktoś nie szanuje mojej pracy. Ale tu nie tylko o to chodzi.

Zauważyłem, że większość ludzi nie zauważa tego, że ich działania dotykają innego człowieka. Nie chodzi tylko o sytuacje typu „idę korytarzem i trącam kogo popadnie”. W tym sensie człowiek to nie tylko nogi i ręce, to również jego własność, spokój, prawa i PRACA. W ten sposób buduje się wokół materialnego człowieka jego swego rodzaju przestrzeń- przestrzeń własności i w/w. Teoretycznie ja, jako człowiek otoczony swoją przestrzenią, powinienem szanować przestrzeń każdego innego człowieka. Jak jednak szanować to, czego się nie widzi?

Miała dziś [w piątek- przyp. tłumacza] miejsce wigilia szkolna. Grono pedagogiczne, plus nieliczni w tym roku uczniowie, plus jeszcze mniej liczni kombatanci. Gwoździem wigilii był, obok oczywiście życzeń i opłatka, program artystyczny przygotowany przez uczniów pod muzycznym kierownictwem wspominanego wczoraj kolegi Kuby W. i opieką naszej polonistki. Przygotowania trwały miesiąc i był to naprawdę ogrom pracy włożony w złożenie tego w spójną całość. Obok świetnych, od lat śpiewających, solistek, do przerobienia Maestro dostał kilka zupełnych amatorek, które wcześniej w takich imprezach udziału nie brały. On i dziewczyny sporo z siebie dali- na pierwszej próbie nowe koleżanki miały problem nawet ze złapaniem dźwięku, co dopiero z jego utrzymaniem i płynnym śpiewem (do tego stopnia, że rozsyłałem im tunery komputerowe, by mogły utrzymywanie czystego dźwięku ćwiczyć w domu z mikrofonem w ręku(-:). Efekt końcowy był piorunujący- świetnie brzmiący chór, bezproblemowo wykonujący naprawdę niełatwe partie, dzielone na głosy z różną dynamiką etc. Serce przy ich śpiewie biło naprawdę mocno. Mój udział w tym był skromny- dwie kwestie na gitarze elektrycznej, jedna na basowej. Ważniejszym było to wszystko sprawnie nagłośnić.

Godzinny harmonogram dostaliśmy jasny- od dziewiątej do dziesiątej trwa dekoracja sali, o dziesiątej do jedenastej wchodzimy ze sprzętem, o dwunastej zaczyna się próba generalna. Kolumny wynieść z piwnicy pomogli nam koledzy z klasy (dziękuję), przez co pierwszy etap poszedł dość sprawnie. Potem wszystko zaczęło się sypać. Wnieśliśmy kolumny na salę i zaraz zaczęliśmy tłumaczenie, że nie, nie wnieśliśmy ich tu po to, by dekorujący mogli składować na nich ścinki i odpady papierowe. Przynieśliśmy sobie trzy stoły (trzy dość masywne stoły, po schodach na górę), a gdy wróciliśmy się po przyniesione nam przez koleżankę krzesła, stoły rozjechały się po wszystkich końcach sali. Bo przecież stanie na stole zamiast stania na krześle to +2 do lansu. Dwa od razu zabraliśmy oburzonym gimnazjalistom, na trzeci zdążył się już wrąbać jakiś chłopak. W trepach. Mówię mu- skończycie, wyczyść stół i odstaw na miejsce, potrzebujemy go. Nie odstawił. I nie wytarł. Rozstawić kolumny? Nie, bo dzieciaki biegają i pospadają. OK. Rozwinąć kable? Nie, bo porozrywają. Przygotować mikrofony i wzmacniacze? Nie, bo tam drabina jeszcze musi stanąć, by można było zawiesić dekoracje (skończyli o czternastej- ledwo cztery godziny poślizgu). Nie mówiąc już o absolutnym debilizmie, jakim było odłączenie nam przedłużacza, z którego szedł prąd na kilkanaście różnych urządzeń (Czemu to g...o przestało działać...), by wpiąć zasilanie migoczących lampek na ścianie. Jakby nie można było wpiąć ich w nasz przedłużacz...

Nie wiem, jaki mieliśmy przez to poślizg. Duży. Najważniejsze było jednak to, że wszystko zaczynało się w dużym pośpiechu i nic nie było przygotowane gruntownie i spokojnie. A to wymuszało korygowanie wszystkich błędów na bieżąco. Latanie od mikrofonu do mikrofonu, od kolumny do kolumny. I gadanie jak do ściany, żeby nie siadać na kablach, bo sygnał odłączają. I żeby się o kolumny nie opierać, bo polecą. I żeby się tak nie drzeć, bo próba jest. Łącznie nad wyregulowaniem wszystkiego pracowaliśmy trzy godziny. Wszystko było dopięte na ostatni guzik, równo wymierzone, nawet kolumny poustawiane tak, by linie na parkiecie sali gimnastycznej wyznaczały zakres sceny. Mikrofony chóru wyczulone tak, by zbierać chór, a nie szum wokół. Nasze Panie było słychać na drugim końcu szkoły w połowie przerwy. Mikrofony solistek poprawione korektorem graficznym, by śpiewniej to wszystko brzmiało. Nie, nie obyło się bez spięć. Nie jestem typem człowieka, który gdy po trzech godzinach latania słyszy wyrzuty od sporo spóźnionej, dopiero co przybyłej solistki, „ile to jeszcze??!!!”, będzie pisał jej laurkę lub uniżenie błagał o pozostanie. Ale ogólnie pracowaliśmy w bardzo fajnej, choć (ze względów czasowych) zwariowanej atmosferze. Efekt był kapitalny- wszystko gotowe. Na koniec wyregulowaliśmy głośność elektryka i basu. Nad tonem i barwą pracowaliśmy na dwóch wcześniejszych zerówkach. Nie było to łatwe- z typowo heavy metalowej gitary i słabego pieca uzyskać ciepłe, przyjemne i akceptowalne dla klasycznego multiinstrumentalisty brzmienie. Efekt był zadowalający. Teraz już tylko wyrównaliśmy głośność. Potem kilka indywidualnych prób, dopracowanie szczegółów i koniec tej części. Wszystko wyłączyłem, zebrałem mikrofony w jednym miejscu.

Na odchodne potwierdziłem godzinę próby z jednym z dwóch zespołów grających na tej samej wigilii. O tym, że będą grać dowiedziałem się zupełnie przez przypadek, gdy prowadziłem poszukiwania zaginionego wzmacniacza i mikrofonu. Nie chcę z siebie robić jakiejś szarej eminencji, ale takie rzeczy fajnie by było wiedzieć nieco wcześniej. Koniec końców, nikt nie miał takich możliwości, by zepsuć im ten występ, jak nagłaśniający. Z oficjalną grupą kwestie ustawień omawialiśmy na tydzień przed wigilią. Wszystko- liczbę mikrofonów, ich przydział, przeznaczenie, układ osób i sprzętu. Maestro i ja z charakterystycznym dla nas obydwu upierdliwym perfekcjonizmem ustawialiśmy wszystko, co można było ustawić. A tu teraz trzeba przecież wygospodarować miejsce na perkusje, sprzęt gitarzystów i jakiś Lebensraum dla tych zespołów. Gdyby nam, nieświadomym innych grup, weszli w piątek po domizianiu przez nas wszystkiego i zaczęli się rozstawiać, to by dopiero poznali, co to znaczy duet Wnuk i Pakulski w szale bojowym. Ale wszystko poszło gładko- w ten przeddzień ustaliliśmy, że po swojej czwartkowej próbie zostawią naszą kolumnę, wzmacniacz i mikrofon na sali (mikrofonu nie zostawili, kolumnę wrzucili nam na szafę...:)), że przyjdą na 14:30 się rozstawić, że na 15:30 zrobimy im próbę. Potwierdziłem godzinę i wyszedłem.

Jak wróciłem, świeciło się wszystko, co mogło się świecić. Wszystko było włączone. „Ktoś to ruszał? Nieeeeeeeeeeeee, skąd???”. Nie ruszałem, ale wiesz, ten mikrofon nie działa. Jeden z podwójnego zestawu nagłaśniającego chór. Od razu żaróweczka w głowie: no pięknie, dziewczyny miesiąc zasuwały, żeby się przygotować, a teraz idzie się to... Prawie godzina szamotaniny ze sprzętem, żeby to naprawić. Nieskutecznej. W międzyczasie znalazł się jeden zaginiony mikrofon, naprawiliśmy inny zestaw. Zamiast obiecanych pięciu były cztery. Jeden zabrałem chórowi, walcząc przy tym z prowadzącym zespół. Trudno, komuś trzeba. Kolejna godzina opóźnienia.

Nie, nie była to łatwa godzina. Jeden z zespołów postanowił sobie pograć mimo braku mikrofonów. I mimo powtarzanych i przeplatanych coraz ostrzejszymi przekleństwami próśb i ponagleń, by przestali i pozwolili nam (ja+informatyk+opiekun zespołów) doprowadzić sprawę do końca. Ponagleń oczywiście nieskutecznych. Po którymś razie usłyszałem dudnienie. Cholernie znajome dudnienie. Po chwili zorientowałem się, że basista drugiego zespołu też postanowił sobie pograć. Hmm. Na moim sprzęcie.

-Kolego, co ty robisz?
-Gram.
-Ale ty wiesz, że to mój prywatny sprzęt, nie?
-No wiem. No i co?
-No to, że wypadałoby się zapytać, czy można...
-??? A tak w ogóle, masz aktywne przetworniki??
-Nie.
-To czemu ustawienia są takie do dupy?
-Nawet nie próbuj...

Potem prośba, by przestał grać, bo sprawdzamy mikrofony i nic nie słychać. Skinął, że przestanie. I gra dalej. Kolejna prośba. To samo. Trzecia, czwarta. Aż informatyk nie wyłączył wzmacniacza basowego. Spokój? Nie. Bo po chwili rozlega się równie znajomy dźwięk. Hmmm, gitary elektrycznej. Hmm, na moim wzmacniaczu. Tym razem gitarzysta tego zespołu postanowił sobie pograć. Znów ta sama gadka, znów ta sama reakcja. Ten jednak miał mniej instynktu samozachowawczego. Postanowił sobie pokręcić. Nie zauważyłem, ciepła i miła dla ucha gitara zabrzmiała już na samej wigilii nie tylko ostro i narowiście, ale do tego dwa razy głośniej, niż powinna. Nie mówiąc o tym, że z solo w „Cichej nocy” nie zostało nic, bo strun do trzeciej włącznie w ogóle nie było słychać. Nie wiem, czy to takie trudne do zrozumienia, że na gitarze elektrycznej grają również ludzie, którym zależy, by brzmiała ona adekwatnie do granego materiału bez topienia dźwięku w tonie przesteru. W naszym przypadku przygotowanie sprzętu nie polegało na jedynie jego włączeniu. I trochę czasu na wyregulowanie brzmienia poświęciliśmy. O rzucanych na ziemię kablach na trasie szybkiego i masowego ruchu Maestro-chór wspominać chyba nie trzeba. Gdyby ktoś na nie skoczył i wyłamał końcówki, to też by nie był winnych.

Czy tego naprawdę nie widać? Że ktoś ZAPIER....LAŁ przez miesiąc, tydzień czy ostatnie cztery godziny, żeby to wszystko działało? Że to coś NALEŻY do kogoś innego i że WYPADAŁOBY zapytać o możliwość korzystania z tego? Że NIE WYPADA rozregulowywać CUDZEGO sprzętu na godzinę przed imprezą? Że po prostu PEWNYCH RZECZY SIĘ NIE ROBI, bo naruszają one w jakiś sposób czyjąś przestrzeń? Że „CISZA!!!” oznacza „ciszę”, a nie „Dajcie czadu chłopaki!!!”?

Nasza część wigilii wypadła rewelacyjnie. Jest to pierwsza impreza szkolna, w trakcie której nic nie nawaliło. Raz tylko koleżanka wyszła z wyłączonym mikrofonem. Dziewczyny cudownie wyglądały i jeszcze lepiej śpiewały, recytatorzy też byli bezbłędni. Błędu z gitarą chyba nie było słychać. Potem życzenia, opłatek, trochę jedzenia, dalej śpiewanie, znowu jedzenie. A potem występy zespołów. Pierwszy grał instrumentalny (ci od moich wzmacniaczy). Trudno to ocenić, bo gitara była wyciszona. Bas brzmiał tak, jak ma brzmieć bas w tego typu muzyce- to, czy był adekwatny to wigilii szkolnej, to inna kwestia. W drugim przypadku też wyciszyło partię solową jednej gitary. Miały one najbardziej przeze mnie nielubiane brzmienie gitar elektrycznych :) Za to basista i perkusistka grali bardzo sprawnie, zwłaszcza ten pierwszy. Miło czuło się jego grę na żebrach:) Natomiast skutek tych dwóch występów był dość, hmm, wymierny. Uczniom się podobało, natomiast kombatanci zaczęli masowo opuszczać salę, za nimi poszli nauczyciele. Wigilia skończyła się szybciej niż zwykle. Pół godziny sprzątania sprzętu. Za dwadzieścia dziewiąta było po wszystkim.

Następnym razem zabiorę ze sobą kartkę: NIE DOTYKAĆ!!! KOPIE PRĄDEM!!!

A mikrofony pomaluję w barwy maskujące.

Ludzie. Tak się, kurde, nie robi...

Bash bezsennych 1 komentarz

Napisano dnia 18 grudnia 2009, w Ogólne

Dźwiewiątkowo-muzyczno-przedwigiliny dialog ludzi, którym szkoda nocy na sen:) :

[23:53] <kubap> KUBA !!!
[23:54] <Kuba Wnuk> słucham?
[23:54] <kubap> KATASTROFA!!!
[23:54] <Kuba Wnuk> cóż się stało?
[23:54] <kubap> ten heavy metalowy koncert zupełnie zepsuje nasz występ!!!
[23:54] <kubap> nie mówiąc o tym, że są DWA KONCERTY dwóch zespołów !!!
[23:55] <Kuba Wnuk> a słyszałeś fragment?
[23:55] <Kuba Wnuk> co takiego?
[23:55] <Kuba Wnuk> tragedia
[23:55] <kubap> Behemot, łomot, huk i dysharmonia!!!
[23:55] <kubap> a tak na serio, to koledzy chcą zagrać po jednej kolędzie w przerwach :D
[23:55] <kubap> :D :D :D :D :D
[23:56] <Kuba Wnuk> ufff
[23:56] <Kuba Wnuk> całe szczęście
[23:56] <Kuba Wnuk> nastraszyłeś mnie
[23:56] <kubap> :D
[23:58] <kubap> Ej, Kuba, nie idziemy jutro do szkoły, co?
[23:59] <Kuba Wnuk> świetny pomysł.
[23:59] <Kuba Wnuk> i na wigilię też nie, ok?
[23:59] <kubap> no. Sami te kolumny ponoszą
[23:59] <Kuba Wnuk> i sami pograją, pośpiewają i pomachają
[00:00] <kubap> i sami sprzątną
[00:00] <kubap> czyli nie idziemy !
[00:00] <kubap> nie ma mowy !
[00:00] <kubap> w żadnym wypadku !
[00:00] <kubap> zostajemy w domu !
[00:00] <kubap> nigdy więcej prób na zerówkach!
[00:00] <kubap> wysypiamy się jak ludzie !
[00:00] <Kuba Wnuk> ok!
[00:00] <kubap> czyli widzimy się na próbie na 7.20, nie?
[00:00] <kubap> No to chyba oczywista oczywistość!!!

Logika sinusoidalna 10 komentarzy

Napisano dnia 12 grudnia 2009, w Ogólne

Jakoś w październiku:
-Pani Profesor, ja w sprawie zaliczenia kartkówki.
-A gdzie byłeś?
-Jak co piątek, szpital kliniczny na Pomorzanach.
-A to spokojnie, nie ma sprawy. Może coś się wymyśli, a teraz- cześćpapadowidzenia.

Jakoś w listopadzie
-Pani Profesor, ja w sprawie zaliczenia kartkówki.
-A gdzie byłeś?
-Jak co piątek, szpital kliniczny na Pomorzanach.
-Ale ty nie masz jeszcze wcześniejszej oceny?
-Wiem, zgłaszałem się z tym w zeszłym miesiącu. Powiedziała Pani, że coś Pani wymyśli.
-Taak? Ale wiesz, nie ma kłopotu, wszystko jasne. Dowidzeniacześć.

Wtorek, 01.12.09
-Ty nie masz żadnych ocen!
-Tak, wiem. Zgłaszałem się w tej kwestii do Pani dwa razy. Powiedziała Pani, że coś Pani wymyśli.
-Ależ nie ma sprawy! Wszystko jest w porządku.
[przerwa]
-Pani Profesor, to jak będzie z tymi zaliczeniami?
-Coś się wymyśli, teraz mi się nie chce.

Piątek, 04.12.09
-Pani Profesor, ja w sprawie zaliczeń.
-Głowa mnie boli, przyjdź następnym razem.

Wtorek, 08.12.09
Awantura na pół szkoły, że ocen nie mam i zaliczać nie chcę. Rozpowiadanie bzdur, że nie przychodzę na zaliczenia, że sprawa była zgłaszana wychowawcy wielokrotnie (nie była ani razu), że teraz to już tylko nieklasyfikowanie, oblanie, sierpień i nie ma zmiłuj.

Środa, 09.12.09
Telefon do mej szanownej rodzicielki. Że [powtórzone co wyżej], ale że w drodze wyjątku będzie mi dana szansa. Mam się zgłaszać do odpowiedzi na lekcji. Poza tym Pani Profesor podzieliła się swoimi ciekawymi spostrzeżeniami na temat olimpijczyków, tj, że biorą się za olimpiady tylko po to, żeby mieć zwolnienia przed nimi i nic nie robić. Boki zrywać.

Piątek, 11.12.09
[po pół godziny trzymania ręki w górze w celu udzielenia odpowiedzi na zadawane pytania]
-Jakub, czy ty chcesz do toalety ?
-??
-No bo się zgłaszasz.
-Zgłaszam się do odpowiedzi na pytania.
-Oooo nie, z tobą to ja rozmawiać nie będę! To taka twoja metoda! Nic nic nic nic nic nic i... nagle zaczynasz się zgłaszać, żeby nałapać plusów z aktywności! Ale ja to PRZEWIDZIAŁAM i nie dam się złapać! Nie zaliczysz samym zgłaszaniem się!
-Pani Profesor, przecież ja od trzech miesięcy regularnie zgłaszam się w sprawie zaliczenia materiału...
-A WIĘC TO JA JESTEM WINNA, TAAAAAAAK?? Jesteś strasznie niesprawiedliwy! Ale ja już to wiem! Jak jakiś nauczyciel PRZEPROWADZI NA MNIE ATAK, to będę wiedziała, kto to zainspirował!!!

Logiki postępowania pewnych osób chyba nigdy nie zrozumiem. Ale może to i lepiej...

<>

Minął listopad. 1 komentarz

Napisano dnia 06 grudnia 2009, w Ogólne

Tym razem dość prywatnie. Tam, gdzie byłoby zbyt prywatnie- jest ogólnikowo. Słowo klucz- uporządkowanie się.

Minął listopad. No, listopad i pierwszy tydzień grudnia. Gdy kończył się październik stwierdziłem, że zaczęły się najcięższe miesiące tego roku szkolnego. Ma to swoje podłoże zdrowotne- chroniczne problemy z oczami, które bardzo źle reagują min. na wilgotne i zimne jesienne powietrze i wiatr, nie mówiąc o pochodzenia alergicznego światłowstręcie i ogólnej nadwrażliwości oczu. Na szczęście intensywnie odwiedzam alergologa, więc przyszły listopad powinien być już od części tych dolegliwości wolny:). Drugim powodem życiowego przesilenia były prace badawcze, które musiałem oddać. Terminy miałem wyznaczone na 7, 24 i 25 listopada. Ostatecznie stanęło na 7, 27 i 3.12. Łącznie wyszło tego 40 stron, 35 różnych pozycji bibliograficznych, z 40 cytatów. Przez cały listopad normalnie przespałem może z 5-6 nocy, z wyjątkiem samego początku, kiedy jakaś infekcja rozłożyła mnie zupełnie. Nie jest to wcale takie nieuzasadnione ani głupie. Alergia na roztocza sprawia, że każdy sen powyżej 6 godzin staje się zupełnie nieefektywny. Wstaję rano i widzę tylko opuchliznę oczu;) Gdy noc piątek/sobota przespałem bez budzika i limitu, wstałem z oczyma opuchniętymi jak po spotkaniu trzeciego stopnia z czyjąś pięścią. Zasypiając na lekcjach czułem się mniej zmęczony, niż wówczas. Ale mniejsza o to, szczerze wierzę, że i tu odczulanie pomoże.

Mało zabrakło, a uznałbym sam listopad za najmilszy mi od dawna miesiąc. Praca z książkami, dobieranie cytatów, opracowywanie tekstów, wynajdywanie wyszukanych określeń i finalne spisywanie tego w postaci własnego tekstu dostarczały mi mnóstwo satysfakcji, spełnienia i radości. Świadomość, że mogę się skupić na tym co lubię, co kocham i z czym chcę żyć i nie martwić się resztą przedmiotów również dawała mi dziką radość. Nie mogę nie wspomnieć o osobach, które nad tym wszystkim merytorycznie czuwały. Ciekawym doświadczeniem jest siedzieć późno w nocy przed komputerem ze świadomością, że po drugiej stronie wiernie siedzi kto inny i sprawdza wcześniejsze fragmenty. To buduje nie tylko wdzięczność, ale również swoistą więź. I wstyd, gdy ma się świadomość, że mimo wysiłku drugiej strony nie zdążyło się na czas. Jedna osoba i grupa wokół niej zebrana zasłużyła na osobne omówienie, bowiem cośrodowe spotkania zeń umożliwiły mi ustanie na mentalnych nogach przez te wariackie tygodnie. I chyba jest tego świadoma.

Radość z pracy malała, gdy wraz z upływem czasu teksty zwiększały się objętościowo, ale nie przybliżała się chwila ich skończenia, gdy twórczość zastąpiła rutyna metodyczna i językowa. Im więcej pracy, tym mniej, chciałoby się sparafrazować. Drugim nieprzyjemnym czynnikiem były pewne osobiste rozgrywki, które w imieniu całej klasy pewna osoba (na wsparcie której powinienem móc liczyć) postanowiła uskutecznić w najcięższym dla mnie momencie, jakim zdecydowanie był ostatni czwartek miesiąca. Początkowo przybiły mnie one niemiłosiernie, miałem ochotę rzucić to wszystko w cholerę. Godzina namysłu, chodzenia w kółko z butelką wody mineralnej w rytm „Vengeance” Mystic Prophecy pozwoliła uporządkować myśli, uspokoić duszę i zebrać w sobie siły do jeszcze wydajniejszej pracy, co poskutkowało zmieszczeniem się w ostatecznych terminach. Stwierdziłem, że nie będę się przejmował kompleksami i żałosnymi resentymentami człowieka, który, nie mogąc poradzić sobie z sobą samym, kąsa cel, za który nikt go nie skarci i który się pewnie nie obroni (przeliczył się). Jednocześnie kilka krytycznych uwag z zewnątrz pozwoliły wygrać ten konflikt na moją korzyść, rozładować napięte stosunki z paroma osobami z klasy i skutecznie odgryźć się prowodyrowi. Zrobił wówczas coś, co mogło mnie skutecznie upupić na długie tygodnie, ale ostatecznie iście cudownie doprowadziło do skutków zupełnie przeciwnych. W miniony piątek porządkowałem swoje stosunki z dwoma najwartościowszymi dla mnie rówieśniczkami, odbudowałem stare, nieco wcześniej przykurzone przyjaźnie i nabrałem życiowej energii, której deficyt odczuwałem wcześniej nie przez tygodnie, lecz całe miesiące. To iście wspaniałe uczucie być w „my”, a nie poza nim, z powrotem mieć dwie od lat bliskie sercu duszyczki ze świadomością, że są na każde zawołanie. Jednocześnie nieco przytłacza świadomość odpowiedzialności z tego wynikającej, ale warta jest ona swych następstw.

Gdy domknąłem ten tydzień i wróciłem do domu, oczom mym ukazała się istna pokojowa apokalipsa. Stosy książek poustawiane wszędzie, gdzie się dało. Wokół komputera wyspa kartek z rękopisami, uwagami, pomysłami i adnotacjami bibliograficznymi. Porozrzucane magazyny, w których szukałem ciekawych cytatów. Nie, w piątek tego nie ogarniałem. Raz, czułem się zbyt błogo odzyskanym pod nogami gruntem życiowym i psychicznym, dwa, byłem po prostu zmęczony. Porządek zacząłem robić w sobotę, gdy już doprowadziłem swe oczy do porządku. Notatki trafiły na makulaturę, papierowa drobnica do kominka, książki poukładałem na ich miejsca. Biurko doprowadziłem do dawnej czystości, rozprawiłem się z częścią stert kserówek i starych notatek ułożonych na moim dawnym łóżku. Doprowadziłem pokój do stanu, jakiego nie widział od dwóch miesięcy. Resztę będę robił w następne weekendy.

Większym, od uporządkowania książek, problemem jest przygotowanie się przed następnymi etapami. To są przecież materiały całej szkoły średniej na poziomie rozszerzonym z trzech przedmiotów. Korzystam z tego, że filozofię mam po tych czterech latach opanowaną już w jakimś stopniu, więc wystarczy powtórzyć i rozszerzyć zagadnienia, na co przeznaczyłem 32 godziny dokładnie rozpisane pod działy. Nieco zafrasowały mnie wymagania wobec pracy eliminacyjnej i obecnie szczerze się boję, że jest za słaba (co zresztą mogę powiedzieć o każdej z napisanych). Za góra 9 dni będę wiedział, czy odczucia me były zasadne:) Gorzej, niż z filozofią, będzie z pozostałymi przedmiotami. Łącznie wyszło mi 160 godzin, a do tego doliczyć trzeba jeszcze z 40h na nieuwzględnione działy i czas na lektury, których czeka mnie minimum kilkanaście (boli...). A na wszystko niecałe dwa miesiące. Szykują się ciężkie dni, ale grunt to zachować plan i nie iść chaotycznie. Wtedy będę mógł zwalić winę na czynniki niezależne.:)

Siedzę w niedzielny wieczór z dziwnym przekonaniem, że z takim wsparciem wszystko jest możliwe. Oby energii wystarczyło na jak najdłużej.

Potęga symbolu 4 komentarze

Napisano dnia 09 listopada 2009, w Ogólne, Polityka..., Przemyślenia Filozoficzne

Będąc w pierwszej albo drugiej klasie gimnazjum naszyłem na swoim plecaku inicjały. Lewy dolny róg dumnie zdobiło „JP”. Dlaczego? Sam nie wiem/nie pamiętam. Po prostu wszystkie sztucznie postarzane kostki miały wówczas jakieś imiona i nazwiska czy inicjały rzekomych żołnierzy frontowych, więc i moja, niepostarzana, musiała mieć. Oprócz dumnych inicjałów znajdowały się na nim jeszcze naszywki AC/DC, odwrócony krzyż z inicjałami B.S (od Black Sabbath, jakoś nikt tego nie kojarzy), dwoma naszywkami Judas Priest, jakąś Mettalicą, Rammsteinem i czymśtam jeszcze. W przeciągu tych lat dochodziły tam różne dopiski, w zależności od przypływu szczeniackiej inwencji. Pod koniec drugiej klasy gimnazjum jeszcze flaga Niemiec, co by mnie podczas pobytu w Niemczech przed imigrancką młodzieżą bronić. Któregoś wieczora przysiadłem i nieco przeczyściłem wierzchnią warstwę. Wyleciały trzy szóstki i jeden Judasz, Metallica i coś jeszcze. W zamian pojawił się wyszywany własnoręcznie „Judas Priest”, przedzielony judaszowym krzyżem, flaga Polski, co by mnie podczas pobytu w Polsce przed polską młodzieżą bronić i metalowa przypinka „Uśmiechnij się”. „JP” zostało. Wówczas znaczyło jedynie „Jakub Pakulski”. Niektórzy nawet szkolni znawcy mojej osoby tłumaczyli to na „Jan Paweł” (jako wyraz mojej rzekomej bezgranicznej uległości wobec kleru) bądź „jestem ******lnięty” (czego tłumaczyć ani negować chyba nie muszę).

Od pewnego czasu ludzie się na mnie dziwnie patrzyli. W szkole, w autobusie, gdziekolwiek. Nie, żeby to była jakaś nowość, tym razem jednak skupiali się na plecaku. Nic obrazoburczego przecież na nim nie ma. Wcześniej rechotali z okularów, puchowej kurtki, czasem pijoczki czepiały się książek, ale do plecaka nic nie mieli. Zaczepiała mnie też policja. To też nie jest żadna nowość, kiedyś postanowili mnie spisać za spacerowanie o godzinie szesnastej po osiedlu Przyjaźni. Pytali o wartościowe przedmioty (wówczas odtwarzacz mp3) i ich pochodzenie. Jak usłyszeli „finał gimnazjalnego konkursu filozoficznego”, to bez słowa się odwrócili i poszli dalej. Teraz zatrzymywali się, oglądali i patrzyli wzrokiem mówiącym „no dawaj gówniarzu, no dawaj!”. Co jest panowie, ja do was nic nie mam!

W piątek, pisząc na WOK specyfikę subkultury heavy metalowej usłyszałem coś w stylu „Co ty Kuba taki antypolicyjny jesteś?”, z dodatkiem „A na 100% już się nie zmieściło, co?”. O żesz w mordę. Kilkumiesięczne rechotanie z ruchuJP na 100%” się zemściło. Wyjąłem nożyczki i szybko wyciąłem, co mogłem. Trochę zostało. Uśmiecha się do mnie z rogu pokoju i czeka na swoją kolej.

Gdy symbol ostro wnerwia
Moją aktualnie przemijającą lekturą są „Dziady”Mickiewicza. Miałem takie... szczęście, że trafił mi się egzemplarz czytany wcześniej przez jakiegoś cholernie elokwentnego gówniarza. Cała książka jest w swastykach, zarówno klasycznych jak i alternatywnych (trójramiennych etc). I nie przyjmę tu chrzanienia o tym, że swastyka wcześniej oznaczała co innego. Znam inne znaczenia i zastosowania swastyki, również w symbolice polskiej. Niemniej umieszczenie jej w kontekście pisanego na przemian „Heil! Heil! Heil!”, „Chwała, Chwała, Chwała!”, „Tylko autorytaryzm!”, „Apartheid is good!” i „Niech panuje Aryjska Rasa!” nadaje jej w 100% określone znaczenie. I w pełni odbiera przyjemność z czytania. Ale to potwierdza tylko moją starą tezę, że nacjonalizm w Polsce ma gówniarzersko-osiedlowy charakter.

Jasne, „to tylko młodość”. Sam pamiętam czasy (szkoły podstawowej, ale jednak), gdy swastyka była tak strasznie śmieszna. Jeszcze w gimnazjum miałem w klasie idiotkę, która mi je na piórniku rysowała (oczywiście różowe), znając moją apatię do jakiejkolwiek skrajnej prawicy. Bo to śmieszy. Ale co jest pobudką do zapisania co drugiej strony książki rysunkami penisa z dopiskiem „tu byłem!!!”? To co, do cholery, wyprawiano z tą książką??!!!

„Bo chciałem być fajny...”
Symboliki można użyć nie tylko w złej intencji. Przykładem niech będą nauczyciele, którzy próbując być fajnym rzucają pod swoim adresem na lekcji jakieś obraźliwe fragmenty gwary uczniowskiej, zupełnie się przy tym ośmieszając, bo to dźwięcznie brzmiało. Czy też uczniowie, którzy na dyrektorski zakaz przynoszenia pistoletów na kulki do szkoły rozwiesili po szkole odezwy okupanckie do ludności polskiej nakazujące zwrot broni posterunkom Wehrmachtu pod groźbą kary śmierci. Bo to wydawało się śmieszne i w ogóle. Wszystko można zrozumieć, samemu było się, jest i jeszcze długo będzie młodym i głupim. Mam jednak tylko jeden zestaw pytań- czemu w książkach biblioteki czy na korytarzach szkolnych? A nie w domu, w domowych książkach i w obecności domowników? Bo mamusia by zawału dostała widząc PRZEKLINAJĄCEGO SYNECZKA? To jedno z moich starych powiedzonek: uważasz, że jesteś hardkorem/za....bisty? To zrób to przy swojej matce. Jakoś zawsze działało.

Piekło zza szyby 2 komentarze

Napisano dnia 07 listopada 2009, w Ogólne, Polityka...

Szum. Ciagły szum. I pykanie bąbelków powietrza. I tylko to. I nic więcej. Przez ostatnie osiem godzin. I ten marazm. I zupełne ogłupienie. Szklana ściana przed, szklana ściana za i wokół. Za prawą i lewą szybą inni więźniowie. A zza przedniej szyby nadchodzi piekło. Nagle, okrutnie, boleśnie i****wsko periodycznie. Zawsze wraca.

Zaczyna się od zagęszczenia atmosfery. Szum się zmienia. Pojawiają się coraz mocniejsze drgania. I ten przeraźliwy, nadchodzący jakby z karku niepokój. I strach. A potem pojawia się tłum tych, których religia każe nazywać „szatanami”, „upadłymi demonami”, czy też „lewicą”. Chwilę napierają z zewnątrz na drzwi, by wkrótce przełamać bramy piekielne i by wlać zło do naszego świata. I wtedy następuje najgorsze.

Najczęściej wpada dużo małych dręczycieli i kilku dużych, którzy nimi dowodzą. Póki są daleko, nie są niebezpieczni, Gdy podejdą bliżej- zaczyna się piekło. Gdy biegną, klatka się trzęsie, a my wraz z nią. Stają przed nią, wyciągają narzędzie tortur i zaczynają się tortury. Zazwyczaj najpierw celują w nas jakimś sześcianem. Gdy nacisną spust, słychać lekkie kliknięcie i widać jedną, wielką pieprzoną jasność. I przez następne pół minuty nie widać nic, jak tylko światło. Oczy przypominają rozżarzone węgielki włożone w oczodoły, ból jest nie do opisania.

Gdy w końcu wzrok wraca, słychać coś na kształt „No porusz się! No porusz się!”. To znak. Znak, że zbliża się najgorsze. Dręczyciel podnosi rękę, zbliża dłoń do szyby i zaczyna stukać w nią palcem. Przeraźliwy, nie dający się do niczego porównać, ból dociera do każdego centymetra kwadratowego ciała, rozrywając go na strzępy. „Nie rusza się, głupia ryba”. Następuje kolejny błysk, a potem cisza.

I zostaje tylko szum.

I ten pieprzony marazm.

I bramy piekieł zostają zamknięte.

Ale oni wrócą. Zawsze wracają.


Podstawa. Przywołałem kategorie „piekielne” w tych krótkich słowach. Śmieszą mnie bowiem bajki o „ogniu piekielnym” i niewiernych przypiekanych smołą, bo Bóg ich tam zesłał. Gdyby gość rzeczywiście był złośliwy, to po prostu wcielał by nas po śmierci w nasze zwierzęta hodowlane. Bądź też wystawowe.

Twoja poczta jest bezpieczna 3 komentarze

Napisano dnia 31 października 2009, w Ogólne

Od jakichś czterech miesięcy regularnie bywam w dawnym miejscu zamieszkania. Mieszkanie jeszcze nie jest sprzedane (jeżeli ktoś jest zainteresowany, to proszę na priv :D). Mieszkaliśmy tam półtorej dekady, więc na stary adres idzie mnóstwo korespondencji. Od jakichś dwóch miesięcy przywożę ją regularnie do nowego domu. Co w tym dziwnego? Eee, nie mam klucza do skrzynki. Któregoś razu po prostu zobaczyłem, że jest dużo poczty. Na dnie skrzynki leżało „Moje Miasto”, a na nim pęk listów i awizów. Wystarczyło włożyć dłoń do skrzynki i unieść gazetę. Reszta wysypała się wprost do drugiej dłoni.

Europejskie bezpieczeństwo
W bloku są skrzynki pocztowe zestandaryzowane do wymagań UE. Powinno to sprawić, że będą w 100% bezpieczne. Nie są. Do ich otwarcia nie potrzeba łomów a do wyjęcia listów dłoni anorektyczki. Nie jest też wymagane liczenie na idiotyzm listonosza czy roznoszącego gazety. Czasem można poradzić sobie dłonią rozmiaru zeszytu A5. Innym razem trzeba sobie pomóc okularami. W sumie opróżnienie skrzynki to góra dwie-trzy minuty. Poczta do plecaka i do domu.


Bezpieczeństwo osiedlowe
Przeprowadzka nie rozwiązała tego problemu. Dopóki dom nie był ogrodzony płotem, skrzynka wisiała przy drzwiach. Towarzyszyło temu poczucie pełnego bezpieczeństwa- kto bowiem wejdzie na cudzą posesję po to, by kraść listy? Brak ogrodzenia miał jednak swoje inne wady, głównie nie chronił przed dzieciarnią (której wokół jest MNÓSTWO). Zanim płotu nie było, działy się różne rzeczy. Raz jakiś dzieciak rozbroił gniazdo elektryczne zostawione pod planowane jeszcze wówczas zewnętrzne żaluzje. Po prostu któregoś razu wracając ze wsi zobaczyliśmy zwisające ze ściany kable. Szkoda, że nie były pod prądem. Najsympatyczniejszą sytuację miałem jednak na rozpoczęcie pierwszej klasy liceum. Zostawiłem buty na tarasie (taras od strony ogrodu). Godzina 6:30 rano, o 7:00 mam być w szkole, wychodzę po buty i... butów nie ma. Jeden leżał u jednego sąsiada na ogrodzie, drugi u drugiego. Obydwa były ogrodzone. Gdy w końcu dostałem je z powrotem, pojawił się inny problem. Były bez sznurówek. Po tych i innych schizach postanowiliśmy z drugą połówką bliźniaka postawić sobie wspólny płot. Skrzynka wylądowała na płocie. Błąd, błąd, błąd.

Do niedawna sprawdzałem pocztę po prostu wkładając dłoń w szczelinę i wyjmując ew. listy. Któregoś razu zorientowałem się, że tej czynności z rozdziabionymi gębami przygląda się trójka kilkulatków. Od tego czasu grzecznie chodzę po klucz. Przed paroma tygodniami jednak byłem świadkiem innej ciekawej sytuacji. Nalewając sobie porannej herbaty usłyszałem metaliczne „łup, łup, łup”. Wyglądam przez okno- stoi facet z dzieckiem przy skrzynce, mały ledwo sięgając rąbie pokrywką od niej. Słów dziecka nie słyszałem, ojca-owszem. „To jest skrzynka pocztowa, chodźmy dalej. Listy tu się wrzuca, chodź. Tak, przez ten otwór. Wyjmują sobie, no chodź. Tak, przez ten otwór” i pociągnął dzieciaka dalej. Od tamtego czasu obiecuję sobie, że mając chwilą wolnego czasu i materiału zwężę wlot skrzynki. Początkowo miałem zwęzić płytką o nieszlifowanych krawędziach, ale chyba sobie odpuszczę. By nie drzeć listów.

Bezpieczne skrzynki
Tematem pewnie bym się nie zainteresował, gdyby nie długi czas oczekiwania na nowy kod Adsense od Google. Raz nie doszedł do starego mieszkania, drugi raz do nowego domu. Przez cały ten czas wyświetlałem reklamy charytatywne, dopiero niedawno się to zmieniło. Już widzę minę dzieciaka podjaranego tekstem „UWAGA! W ŚRODKU WAŻNE INFORMACJE NT KONTA!!!”. Poza tym spora część spodziewanej korespondencji prywatnej po prostu nie dochodziła, od zwykłych pocztówek, po listy z Niemiec. Awiza są na szczęście na tyle małe, że po nie nawet ręka noworodka nie sięgnie. Ale inne listy nie. Sam ostatnio dużo zamawiam na allegro i są to zamówienia robione na zasadzie „W piątek zamawiam, we środę muszę mieć przeczytane”. Nie każdy nadaje książki paczką, niektóre lądują w skrzynce. A to tylko jeden rodzaj przesyłki. Ukraść można inne rzeczy- umowy (ostatnio koperty od home.pl listonosz nie zmieścił do skrzynki i sterczała z niej na ulicę...), dokumenty (zaświadczenia o niższych tytułach olimpijskich dostaje się pocztą). Nie po wszystko przecież będziemy jeździć na pocztę. Pieniędzy nikt już pocztą nie wysyła, ale wciąż można dużo stracić. A na pewno traci się poczucie bezpieczeństwa własnej korespondencji. A „moja mojość jest mojsza”, jak mawiał Heidegger. A ja bardzo nie lubię, jak ktoś rusza coś, co jest bardziej mojsze, niż jegojsze.

Galerianki 6 komentarzy

Napisano dnia 24 października 2009, w Ogólne, Przemyślenia Filozoficzne, Przemyślenia Globalne

W końcu, po kilku tygodniach marudzenia, zobaczyłem przy okazji szerszego wyjścia ten obraz. Pod kinem znaleźliśmy inną licealną grupkę i kupiliśmy bilet grupowy :-) (nam brakowało jednej osoby). To był jeden z zasadniczo dwóch problemów, na które napotkaliśmy. Drugim była grupka gówniarzerii siedzącej przed nami i w debilny i infantylny sposób komentującej kolejne sceny. Trudno jest wejść w postać (a na tym mi najbardziej zależało!!!), gdy towarzyszy jej potok idiotyzmu. A tak poza tym, to większych problemów nie było ;)

Film arcydziełem nie jest. Od strony warsztatu ma sporo braków. Aktorki w części dialogów zacinają się, niektóre sceny i całe wątki są naciągnięte (jak choćby ta z samobójstwem- nie ruszyła mnie w ogóle, a szkoda) i jakieś takie niedorobione. Wielkie brawa natomiast należą się za temat i treść. Sam fakt poruszenia tematu młodocianej prostytucji i całej warstwy syfu narosłego wokół instytucji pt „gimnazjum” zasługuje na wielkie brawa, takich filmów mi w polskiej sztuce brakuje. Drugą wielką zaletą obrazu był sposób ujęcia młodzieży- bez infantylnych i absolutnie nic nie mających z rzeczywistością dialogów rodem z polskich telenowel, za to z autentyczniej brzmiącymi wypowiedziami, okraszonymi mięskiem i slangiem. Katarzynie Rosołaniec udało się głęboko wejść w opisywane zjawisko i doskonale je zrozumieć. Wcześniej czytałem w „Polityce” wywiad z nią i była to pierwsza tak kompetentna wypowiedź osoby dorosłej o kurwiącej się młodzieży, jaką czytałem.

Autentyczność zjawiska
Przed zobaczeniem filmu czytałem i słyszałem różne opinie. Oprócz pozytywnych również te negatywne. Że film jest niby przerysowany, tendencyjny. Jakaś zakonnica stwierdziła, że on w ogóle nic z rzeczywistością wspólnego nie ma. Innym razem, że to tylko problem najgorszych szkół. Więc po kolei. W mojej opinii, człowieka młodego i niewiele od bohaterek starszego, przerysowania zawarte w filmie nie mają żadnego wpływu na jego główną treść. Owszem, pojawiają się, ale ogólna teza filmu przerysowana na pewno nie jest. Przedstawiono bowiem trzy „galerianki” na całą szkołę. Czy to sporo? Jeżeli zważymy, że w Polsce jest ponad 1600 tys gimnazjalistów, to uzyskamy liczbę dziesięciu tysięcy dotkniętych tym problemem dziewcząt. To sporo. Oczywiście spora część uczniów to nie mieszkańcy miast z galeriami handlowymi, ale w ogóle liczba trzech osób na szkołę (szkoły są przecież różnych rozmiarów) jest dyskusyjna. Czy adekwatnie mała? Można wątpić. W końcu problem kwantyfikatora najgorszych szkół. Przede wszystkim w obecnie prawie każde rejonowe gimnazjum (bez egzaminów wstępnych lub limitu miejsc) to najgorsza szkoła. A tych jest przecież najwięcej. Ale to nie wszystko- szkoły „limitowane” wcale nie są od galerianek i sponsorowanych wolne. Sam z jedną chodziłem do klasy. I sprzedajność była dla niej powodem do dumy z rzekomej „dorosłości” i „dojrzałości”.

Wolność a młodość
Tym, co mnie osobiście najbardziej uderzyło, była oczywiście metamorfoza głównej bohaterki. Z cichej, spokojnej, zamkniętej w sobie (ale pragnącej bliskości) dziewczyny staje się ona jedną z galerianek. Owszem, na końcu symbolicznie topi dziewczynę, która ją w to wciągnęła, w kiblu i zmywa makijaż, ale nie przeczy, że stała się jedną z nich. Czy dziewczyna, która staje wobec „zła tego świata”, czy też (stosując bardziej filozoficzną kategorię), powszechnego kurewstwa, musi się mu podporządkować i biec zgodnie z jego pędem, samemu przy tym kurewiejąc? W tym wypadku wybrała taką drogę. A czy w rzeczywistości mogłaby wybrać inną? Czy znalazłaby w kimkolwiek oparcie? W kim? W ojcu-pierdole, puszczającej się (za pieniądze?) matce, szkole, nauczycielce z poprzedniej epoki, chłopaku sapiącym do pornosów? Pytanie pozostaje zostawić bez odpowiedzi, nie wolno przecież uogólniać. Mimo że dla 90% przypadków chyba znamy odpowiedź.

Co zrobić z gimnazjami?
Należę do umiarkowanych przeciwników gimnazjów. Nie ze względu na złe założenia reformy, ale na jej skutki. Zabrzmi to jak słowa jakiegoś starego pierdziela, ale dzieciakom w klasie siódmej po prostu odwala „dorosłość”. Bo wszystko im wolno. Bo są nastolatkami. Bo skończyli pierwszy etap swej edukacji. Dla mnie nie jest to problemem, bo nie chodziłem do szkoły rejonowej (dlatego też mogę być nieobiektywny). Gimnazjum przy dziewiątce pozwala co najwyżej twierdzić, że młodzież debileje, ale nie chamieje. Owszem, u nas również zdarzają się mniejsze bądź większe świństwa uczniowskiego autorstwa (czego niestety sam jestem niechlubnym przykładem), ale nijak to się ma do dna sinusoidy. Ale z tym dnem jest jak z puszką Pandory- raz otwarta będzie straszyła do końca. Nasze dno sięgnęło już dna niemieckiego czy szerzej- zachodniego- i sama likwidacja gimnazjów tego już nie zmieni. Pozostaje wierzyć, że ew. poprawienie się sytuacji materialnej mas pozwoli zmniejszyć desperację* i co za tym idzie- podnieść cenę młodocianych usług. Za wyższą ceną idzie mniejszy popyt. Oby się to sprawdziło.

Na chwilę obecną polecam jedną małą zmianę- zabranie gimnazjalistów wszystkich klas do kina na „Galerianki”. Nieważne, że film wulgarny i momentami ostro erotyczny. Może uda mu się coś zmienić. Natomiast we mnie zmiana zaszła inna- wróciła myśl, czy jako drugiego kierunku nie zrobić resocjalizacji. Może...

*- nie uwzględnia to faktu, że spora część galerianek to dziewczyny z dobrych domów, córki prawników i lekarzy, które puszczają się dla zabawy. Głupoty bogactwo nie leczy


RENT Dodaj komentarz

Napisano dnia 17 października 2009, w Ogólne, Przemyślenia Filozoficzne

Uwaga! Zawiera elementy fabuły!

Tydzień temu miałem przyjemność zobaczyć w szczecińskiej Operze na Zamku musical „Rent”. Sam nie wiem, czemu nadać rangę przyjemności większej- samemu dziełu, czy może towarzystwu, w jakim miałem chwilową przyjemność się obracać- obydwa bowiem elementy tego wieczoru były co najmniej bardzo satysfakcjonujące :). Jedyne, co można zarzucić temu musicalowi, to długość i zbyt ostre podzielenie odcinków akcji. Po prostu przed w 2/3 przedstawienia myślałem już „ile jeszcze?”, bowiem kolejne sceny były odgrywane, a nierzadko nie mogłem znaleźć w nich kontynuacji scen poprzednich. Kilka fragmentów zresztą bym wyrzucił, jak choćby scenę z „krową”. Ani nie grzała, ani nie śmieszyła. Oczywiście od razu nastąpiło porównanie do „HAIR”, choć nie są to sztuki równoległe (musical na scenie a musical w formie filmu). I chyba tylko sceniczność wykonania ochroniła aktorów przed wskazaniem na film. Co nie zmienia faktu, że był to bardzo przyjemny wieczór, a kreacje na scenie były w 90% bezbłędnie świetne. Szczególnie udany był absurdalny humor zawarty w prawie każdej wypowiedzi. Tyle o wykonaniu, teraz do przesłania.

Przesłanie
Akcja zaczyna się na poddaszu, na którym znajduje się dwóch przyjaciół-artystów: kamerzysta i gitarzysta. Ten pierwszy marzy o nakręceniu filmu stulecia, drugi zaś pracuje nad pieśnią wszech czasów. Jest bożonarodzeniowa noc. Wkrótce gaśnie światło- bohaterowie nie opłacili czynszu. Czekają na przyjaciela. Zjawia się trzecia postać, przedstawiciel jakiegoś konsorcjum (zapomniałem większości imion, nazwijmy go biznesmenem), właściciela kamienicy. Żąda zapłaty za czynsz. Z czasem okazuje się, że to ich dawny przyjaciel. Kolejno do akcji wchodzą kolejne osoby. Ongiś stanowili oni jedną wielką rodzinę, teraz tworzą kilka skłóconych ze sobą (głównie z powodu pieniędzy bądź rywalizacji uczuciowej) grupek. W pewnym momencie z kolejnym dawnym przyjacielem (tym, który miał przyjść jako pierwszy) zjawia się transwestyta Angel, wokół którego osobowości (i pieniędzy rozwiązujących problemy) odbudowuje się dawna grupa, do której dołączają jeszcze dwie lesbijki. Wszyscy żyją w „szczęściu absolutnym”, bez kłótni i problemów. Do czasu.

Dalej akcja toczy się tak, jak w życiu, nawet jakby znajomo. Grupę zaczyna rozsadzać zazdrość oparta głównie na sprzecznych uczuciach. Biznesmen wypycha z grupy Gitarzystę, bowiem startują do tej samej dziewczyny. Muzyk zresztą z wielką chęcią się wycofuje, okazując wszem i wobec swe cierpienie. Wkrótce sprzeda instrument i wyjedzie z miasta. Do tego dochodzi kłótnia między przyjaciółkami o to, która którą krócej trzyma. W końcu zrywają one ze sobą. Tylko Angel i jego przyjaciel żyją ze sobą w szczęściu i próbują zatrzymać upadek całości. Wkrótce cała reszta jest ze sobą skłócona. Tylko filmowiec stoi jakby z boku, zaangażowany, ale nie walczący, dokumentując kolejne etapy rozpadu przyjaźni. Ale (w opinii reszty) to oczywiście on się „alienuje”, oddaje pracy, lekceważy przyjaciół i nie chce „poddać się grupie”. I w ten sposób z człowieka, który nie chce się angażować w upadek swych przyjaźni robi się głównego winowajcę.

W końcu, gdy wydaje się, że już wszystko stracone, Angel umiera na AIDS. Wokół jej łóżka gromadzi się dawna grupa. Dawne waśnie zostają zawieszone. Szybko jednak wracają. Tylko w towarzystwie przyjaciela Angel jest spokój. Gdy on znika, konflikty wracają. Do miasta wraca muzyk, zbliżają się święta („Dzwonią dzwonią dzwonki, dzwonią dzwonią dzwonki, dzwonią dzwonią dzwonki, w MTV”). Znów filmowiec i muzyk są sami. Na tym samym poddaszu. Znów wyłączają prąd. I znów ktoś do nich przychodzi- przyjaciel Angel. Wkrótce przynoszą ukochaną muzyka i biznesmena w stanie agonalnym. Umiera, ale wkrótce ożywa, jak twierdzi- za sprawą Angel. Wokół tego cudu dawna grupa znów się jednoczy. Fabuła zatacza krąg.

I pewnie będzie zataczała dalej.

Aż wszyscy nie wymrą.


Bo Polska jest w nas 9 komentarzy

Napisano dnia 14 października 2009, w Ogólne, Polityka..., Przemyślenia Filozoficzne

Ostatnimi czasy na joggerze pojawiło się kilka tekstów-manifestów dotyczących kraju, w którym przyszło nam żyć. Naszym kraju. Kolejności chronologicznej były to moje skromne „I have a dream”, „Polska jest jak PHP” Claygirl, oraz przedruk Zbyszka Czernika „Żyjemy w kraju” z racjonalisty.pl (autor: Łukasz Dąbrowiecki). Jeżeli kogoś pominąłem, to nie ze złej woli (dopisać się można w komentarzach). Swoich wypocin komentować nie będę, natomiast chciałbym się odnieść do dwóch pozostałych tekstów. Na pewno nie będzie to nacjonalistyczny osiedlowo-gówniarzerski jazgot o tym, że Polska jest tak naprawdę piękna i wspaniała (bo nie jest), ale to wszystko wina bliżej nieokreślonej „masonerii” czy „żydokomuny” (bo to wina Polaków). Mimo wszystko może być ciekawy :)

„Polska jest jak PHP”

Teza artykułu jest parafrazą wypowiedzi Karola Kozuba ("W PHP można pisać dobre programy, ale język tego nie wspiera.") :

"W Polsce można żyć dobrze i szczęśliwie, ale kraj tego nie wspiera."

Pierwsze pytanie, które się nasuwa, brzmi: co to właściwie jest ten „kraj”? Kraj to instytucje polityczne? Nie, raczej nie. To jest państwo. Kraj to ustrój? Kultura? Historia? Prawo? Góry i niziny? Gospodarka? Czy może raczej społeczeństwo? Europejską protoplastą „kraju” jest grecka polis, gdzie polis to nie tylko „miasto-państwo”, jak się zwykło tego uczyć na historii. To wszystko to, co odróżnia społeczeństwo od stada zwierząt, tj organizacja społeczeństwa, prawo pisane i zwyczajowe, historia polis, instytucje państwowe, w końcu tradycyjna pozycja rodów szlacheckich i ludzie to polis tworzący. Aleksiej Łosiew pisze, że polis to: „całe życie społeczne i społeczno-polityczne zorganizowane w jedną całość. […] Inaczej mówiąc, grecką polis należy rozumieć jako najmniejsza jednostkę historyczną obejmującą to wszystko, co należy do społecznej kultury w jej całokształcie”. Innymi słowy: polis było wszystkim. Ale kto był polis? Motto greckich kolonizatorów brzmiało: Gdziekolwiek WY będziecie, tam będzie Wasze polis!. Nie „gdziekolwiek będzie wasz władca”, czy też „wasze miasto”. Istotą polis uczyniono społeczeństwo i ludzi je tworzących. Hannah Arendt pisze w „Kondycji Ludzkiej”, że rzeczywistością polityki jest typ interakcji między ludźmi, dla których państwo użycza jedynie sceny (za Niną Gładziuk, „Tysiąc oczu Polis”). Można to przekształcić na parafrazujące „państwo to scena, aktorami ludzie”. Dlaczego jest to tak ważne? Bowiem sceną może być scena Teatru Narodowego. Ale równie dobrze może to być ulica, ławka w parku czy piwnica. Owszem, w ciepłym fotelu ogrzewanego budynku ogląda się przedstawienie przyjemniej. Ale równie dobrze można usiąść na chodniku czy trochę postać. Zresztą, naszą ambicją winno być w miarę częste wchodzenie na scenę, a nie siedzenie przed nią. Czy to poprzez żywe uczestnictwo w życiu społecznym, czy choćby przez bloga.

Kolejnymi przykładami wartymi przywołać jest wybitny XX-wieczny myśliciel chrześcijański Józef Tischner, który to twierdził, że to nie system polityczny czyni ludzi szczęśliwymi, lecz oni sami. Można do tego dodać tezę Thich Nhat Hanh'a, który to w książeczce „Każdy krok niesie pokój” stwierdza między wierszami, że „pokój jest w nas”. Nie w państwie, nie systemie, lecz w ludziach. Nawet, jeżeli przyjmiemy, że system rozbudowanej pomocy społecznej uczyni społeczeństwo absolutnie szczęśliwym (a nie uczyni), to ktoś na funkcjonowanie tego systemu musi zapracować. Czyli źródłem społecznego szczęścia nie jest system, lecz opodatkowana praca, opodatkowana aktywność ludzka. Itd.

W oparciu o powyższe dwa akapity można przekształcić tezę na

"W Polsce można żyć dobrze i szczęśliwie, ale ludzie tego nie wspierają."

A po usunięciu podmiotu nieokreślonego na:

"W Polsce człowiek może żyć dobrze i szczęśliwie, ale ludzie tego nie wspierają."

A stąd prowadzą co najmniej dwie drogi.

Droga pierwsza
W gruncie rzeczy to... z jakiego powodu ludzie mają ułatwiać Ci życie dobre i szczęśliwe? To tylko i wyłącznie Twój interes, by tak żyć! Albo, którą cenię wyżej:

Droga druga
W zasadzie to teza ta brzmi tak: nie możemy żyć godnie, bo tego sobie nie ułatwiamy. Ale zaraz... czyja to wina? Jest to relacja jest na linii my-my, bądź ja-my. Zawsze jednak pierwszy człon zawiera się w drugim, stanowi jego część. Czyli To również od Ciebie zależy, czy będziesz mogła liczyć na wsparcie reszty społeczeństwa. Bowiem to Ty jesteś jedną trzydziestoośmio milionową reguł przez nie ustalanych. A to nie tylko korzyści, lecz również odpowiedzialność za całokształt.


Żyjemy w kraju...
Na wstępie zaznaczam, iż z treścią merytoryczną dotyczącą nadużyć kościoła katolickiego w sferze publicznej w pełni się zgadzam. Mnie tez wk..... denerwuje sytuacja, w której kapelan jakiejś służby zarabia kilkukrotność zarobków mundurowych+ mieszkanie służbowe+ samochód za samo bycie na miejscu (vide: celnicy). Irytuje mnie to, że na lekcje religii w szkole etat i sala znajduje się zawsze, a lekcje etyki miewałem i od piątej godziny po południu, a za gros czasu ze mną spędzonych (liczba przekraczająca tysiąc kilkaset godzin) szkolny filozof nie otrzymywał ani grosza. Wpienia mnie to, że od każdej złotówki płaconego podatku prawie trzy grosze idą na obowiązkową daninę na jedyną_słuszną_religię. O lęku polityków przed gniewem biskupów nie wspominając. Mimo to nie mogę sobie odmówić małej formalnej zabawy nad przedstawionymi tezami, w oparciu o spostrzeżenia z wcześniejszej części.

Weźmy pierwszą tezę

— Żyjemy w kraju, gdzie głowa jednego z wyznań podczas swych wizyt jest fetowana przez czynniki państwowe, a na przygotowanie jej podróży, choć nie jest wizytą dyplomatyczną, wydawane są środki publiczne z budżetu państwa.

I przekształćmy ją na raczej:

— Żyjemy w kraju, gdzie większość społeczeństwa akceptuje to, że głowa jednego z wyznań podczas swych wizyt jest fetowana przez czynniki państwowe, a na przygotowanie jej podróży, choć nie jest wizytą dyplomatyczną, wydawane są środki publiczne z budżetu państwa.

I analogiczny zabieg przeprowadźmy z każdą tezą. Otrzymamy wówczas krytykę nie „kraju”, ale społeczeństwa, czyli nas wszystkich. Bowiem kto decyduje o tym, że szkoła x nie podaje godziny rozpoczęcia roku szkolnego, lecz godzinę mszy? Dyrektor. A skoro uczniowie i ich rodzice nie doprowadzili do zmiany tego stanu, to oznacza, że społeczeństwo na taki stan się zgadza. Itd., itd... Jeżeli rzeczywistość jest rąbnięta, to równie porąbane musi być społeczeństwo. Bowiem ono ją tworzy.


Jaki to ma cel?
No właśnie, po co tych tysiąc kilkaset słów rozgryzania innych słów? Ano po to, by uświadomić sobie, że Polska jest w nas. Że to nie od państwa zależy, jak będziemy żyli, lecz od nas, bowiem koniec końców to my te państwo determinujemy. Gdyby społeczeństwo miało rozwinięty zmysł samozachowawczy, empatii i szacunku dla pracy (a nasze nie ma), to nie byłoby potrzeby budowania silnego państwa socjalnego. Gdyby krajów zachodnich nie zalewały nacje ze społeczeństw bez ww zmysłów (również Polacy), to ich model państwa socjalnego nie bankrutowałby. Wniosek z tego wypływa następujący- to społeczeństwo stanowi, w jakich warunkach żyje. A każdy z nas jest jego częścią.


Między pomocą zwierzętom a oszołomstwem 2 komentarze

Napisano dnia 13 października 2009, w Ekologia, Ogólne, Polityka...

Była sobie w Szczecinie Stocznia. W Stoczni pracowali stoczniowcy. Stoczniowcom przypadły do gustu pojawiające się na terenie ich pracy koty. Zaczęli je dokarmiać. Tajemnicą poliszynela jest, że używali do tego celu niesmacznych kanapek przygotowywanych przez kochające żony [potrzebne źródło]. Wkrótce koty od nich się uzależniły i zaczęły rozmnażać. Ale pewnego dnia Stocznia upadła. Stoczniowcy dostali rządowy pakiet pomocowy. I tu się pojawił problem. Kociej specustawy bowiem nie było.

Liczyć tak, jak najwygodniej
Informacje o liczbie kotów na terenie Stoczni są róże. Są ludzie, którzy tam pracowali i przez cały okres pracy widzieli jednego kota. Ogólnie stoczniowcy mówią o liczbie 50, czasem 100 kotów. Niższą kwotę potwierdza administracja Stoczni. Niewiele, nie? Za mało, by zbić na tym jakikolwiek kapitał. Więc trzeba zacząć kręcić. Pani z imienia i nazwiska podana w artykule „Gazety..." podała kwotę 500 kotów. Na tym da się już jakieś lody ukręcić, nie? Ale odpowiedź społeczeństwa wciąż była marna. I do tego na ogół wykpiewająca. Więc ta sama pani na spotkaniu z młodzieżówką jednej ze szczecińskich partii stwierdziła, że tych kotów jest tam 4000 [słownie: cztery tysiące] sztuk. To jakby trochę więcej, niż 50, nie?

Bezsensowna pomoc
Strategia Zwierzęcego Telefonu Zaufania to zbiórka karmy i dokarmianie kotów. Załóżmy, że jest ich 50 i że jeden kot wcina pół puszki (powtarzam obliczenia bardziej w tej kwestii obeznanej osoby). Wychodzi co najmniej 50 PLN na karmę+ jakiś ryż do zwiększenia jej wartości energetycznej. Umówmy się, że to 70 PLN. Czyli 2100 miesięcznie. Ale zaraz! Tych kotów jest przecież 4000! ZTZ, by je dokarmić, potrzebuje ok. 170 tysięcy złotych miesięcznie. Jest to kwota dla szczecińskiego „rynku" organizacji pomocy zwierzętom astronomiczna. Warto robić dla niej szum.

Załóżmy jednak, że ktoś wyłoży te pieniądze na jeden miesiąc. Koty zostaną nakarmione. I? Co w miesiąc później? Dwa miesiące? Trzy? Co to zmieni? Nic! Koty wciąż będą potrzebowały stałej, cholernie kosztownej pomocy. Co więcej, czemu ma służyć fundowanie im pieskiego (hehe) życia? Temu, by się tam mnożyły bez końca? Kto będzie odpowiadał za los kolejnych zwierząt? Oczywiście nie ZTZ.

Bowiem ZTZ ma jasno określony pogląd na szczecińskie organizacje pomocy zwierzętom. Jego kierowniczka zapytana o to, co robią pozostałe organizacje w stoczni odpowiedziała, że w Szczecinie nie ma innych organizacji. Pewnie biedaczka nie wiedziała, że rozmawia z wolontariuszem TOZ-u, posiadającego własną lecznicę, program adopcyjny i, przede wszystkim, grupę oddanych działaczy. To, że ZTZ jest jedyną organizacją nie przeszkadza mu oczywiście żądać pomocy od pozostałych (rzekomo nieistniejących). Bo na konferencji prasowej łatwo zgrywać ostatniego Mohikanina. Ale jak przychodzi co do czego, to najlepiej, by inni zajęli się twardą i wymierną pomocą- tj odławianiem i sterylizacją zwierząt. Oraz ew. przewiezieniu ich w inne, przygotowane przez TOZ i ludzi dobrych woli miejsce.

Albo nie! Niech się nie zajmują! [notka z 07.10]. Bo przecież wyjdzie na jaw, że nie ma żadnych 4000 kotów. I że w kilka tygodni można ich problem rozwiązać albo znacznie zmniejszyć. I co wtedy? Co ze zbiórkami karmy i pieniędzy pod supermarketami i w szkołach? Co z przypływem kapitału i komitetami ochrony zwierząt? Jakoś przecież tą cholerną emeryturę spędzić trzeba.

Szum i dmuchanie bańki
Najlepszy stosunek ma do tego administracja upadłej Stoczni. Ma to wszystko bowiem głęboko w d...., twierdząc, że dość mają kocich oszołomów. Dość pomocy, która nie wniesie nic, prócz powstania wielkiej kociej armii, która prędzej czy później rozleje się po mieście. Gdy temat się w TOZ-ie pojawił, przedstawiono dwie drogi- odpuścić sobie zabawę w kotka i myszkę, albo spełnić żądania ZTZ. Ja optowałem za pierwsza opcją twierdząc, że cała sprawa to sposób na wylansowanie się i zdobycie środków. Decyzja jednak była kompromisowa i szlachetniejsza od mojego stanowiska- robić swoje. Po cichu. Bez szumu medialnego. Aż do czasu, gdy ZTZ wybrał opcję „mnożymy kociaki!!!". Mi to nic nie szkodzi, mieszkam z dala od Stoczni, a na koty jestem uczulony tylko w niewielkim stopniu. Pewnego jednak pięknego [?] dnia pani P. stwierdzi, że ma te koty tam, gdzie ma je Stocznia. I że wszystko przez to, że inni nie chcieli pomóc. I że niech oni się teraz tym zajmą.

I będzie problem.

I kto wie, czy nie czterotysięczny?

Szczyt cynizmu 19 komentarzy

Napisano dnia 08 października 2009, w Ogólne, Polityka...

Dzień dzisiejszy, przystanek tramwajowy przy rondzie Giedroycia na Wyzwolenia. Szczecin. Pora poranna, dość późna co prawda, ale wciąż zimna. Czekam na tramwaj. Przez tłumek osób o podobnych do moich oczekiwań przedziera się jakaś kobieta. Kurteczka, torebka, czapka- ubiór jakością nie odstępujący ubiorowi typowego mieszkańca RP. Niesie coś w ręku. Jeden ze znanych Szczecinianom kartonów z napisem w stylu „Jestem chora, zbieram na leki i jedzenie dla dziecka”. Do tego kubeczek. Konsumpcyjno-zarobkowy, rzekłoby się. Bełkocząc coś pod nosem przepycha się przez tłum i wsiada do drugiego wagonu tramwaju, który właśnie nadjechał. Ale to nie koniec.


Przystanek dalej. Ktoś wsiada do tramwaju. Kto? Ta właśnie kobieta. Zdziwiłby się jednak ten, kto by oczekiwał, że wejdzie w ubraniu, w którym chodziła po dworze. Nie. Teraz jest marznącą kaleką, pokazującą wszystkim swoje oparzenie. Zaczyna się wyuczona śpiewka. „Boże matko święta pięćdziesiąt groszy boże pomocy choroba prosić pięćdziesiąt groszy matko święta prosić jedzenie choroba”. Powtarzane monotonnie przez cały przystanek. Ale niespodzianka. Nikt nie wrzuca. Ktoś za to rzuca uwagę „ubierz się kobieto i idź do pomocy społecznej”. Odpowiedź jest taka, jak reakcja pijaka na stwierdzenie „idź do pracy”. Wzrok pełen pogardy (!!!) i nienawiści. Nie zmienia to faktu, że kubeczek pusty.


Zmiana taktyki. Teraz podchodzi do konkretnych osób wyciąga kubeczek i skanduje śpiewkę „ło matko święta, ło matko, ło matko”. Jak długo? Ano aż oblegany nie wrzuci pieniędzy. Do mnie podchodzi raz, drugi, trzeci. Nie wiem, na co liczy. Raz- mimo (a może dzięki?) silnie lewicowej wrażliwości nie znoszę ludzi w tak obrzydliwy sposób żerujących na litości i człowieczych uczuciach innych ludzi. Dwa, mam przy sobie 1,10 PLN. W sam raz na wypadek konieczności dopłacenia do biletu na pośpieszny. Może okulary nieco mnie postarzają. Ale zawartości portfela nie zwiększają. Podchodzi do innych ludzi. Zwłaszcza tych siedzących. Stamtąd nie ma ucieczki. Zachowuje się w sposób bezczelny, jak złodziej, który osacza ofiarę. W końcu ktoś się łamie, wrzuca. Bez słowa podchodzi do innych. Brak reakcji. Ktoś rzuca, że wszyscy są tu biedni. Nic ponadto.


Znowu zmiana taktyki. Teraz podchodzi do młodych. Takich, którzy albo są wrażliwi, albo nie mają mechanizmów obronnych. Od jakiejś dziewczyny wyciąga jedzenie. Głupia dziewucha, będzie głodowała do obiadu, bo sprytniejsza baba ją wyrolowała. Sprytniejsza i coraz bardziej bezczelna. Wręcz domaga się pieniędzy. Ciekawe, co by zrobiła, gdyby ktoś z drugiego wagonu jej te ciuszki i torebkę wyrzucił? Być może nie dopuszcza takiej opcji. Chodzi dalej. Od osoby stojącej za mną wyciąga kolejny obiad. Przechodzi obok mnie, zatrzymuje się, obraca i rzuca: te, chłopiec, ty nie mieć kanapka do szkoły?! To nie był ton proszący. Ani nawet pytający. To był ton nauczyciela rzucającego „Te, Pakulski, czyś ty zapomniał, gdzie ja mam salę?!!”. Może nawet bezczelniejszy. Nauczyciel bowiem miewa pretensje o używanie sobie na zwolnieniach przed olimpiadami (no dobra, czasem bez zwolnień). A tej pani przeszkadzało to, że nie chcę oddać obiadu cynicznej, fałszywej i zepsutej kobiecie. Mojego, kurde, obiadu.


Gdy wyssała z ludzi, co się dało, wróciła do drugiego tramwaju. Potem z niego wysiadła. W łachmanach? Nie. W kurteczce, czapeczce, z torebką i tym samym pogardliwym spojrzeniem na świat.



Problem żebrzących powrócił w Szczecinie około półtorej roku temu, po rozszerzeniu UE o Rumunię. Celowo unikałem wspominania o domniemanym pochodzeniu, bo takich kategorii staram się unikać. W zeszłe (2008) wakacje przejście pomiędzy Wyzwolenia a pętlą przy Manhattanie było wręcz zawalone żebrzącymi. Zwiększyła się też ich liczba w ścisłym centrum miasta i przy kościołach. Przede wszystkim zaś zwiększyła się liczba żebraków z wyboru, którym się to opłaca. A biznes jest biznes, jak ruch się zmniejsza, to marketing musi być odpowiednio ostrzejszy. Więc spora część z nich (rzekłoby się- część importowana) jest po prostu bezczelna. Czasem mi po prostu tęskno do Rumunów jeżdżących tramwajową trójką z akordeonami. Ci chociaż oferowali jakąś usługę. Teraz chodzi tylko o to, by wykorzystać naiwnych.

Emerytur dla gospodyń domowych!!! 8 komentarzy

Napisano dnia 01 października 2009, w Ogólne, Polityka...

Siedząc dziś z bratem przy obiedzie rozmawialiśmy o różnych metodach omijania polskich podatków, składek i innych zusów- oczywiście w pełni legalnej formie. Wniosek był prosty- prawo podatkowe mamy do niczego. Przy okazji przypomniał mi się reportaż sprzed roku, którego autorka domagała się stałych pensji dla gospodyni domowych, argumentując to ich ciężką pracą. Razem z bratem porechotaliśmy do zupy i tym pozytywnym akcentem zakończyliśmy rozmowę. Ale...

Elita polskiego rynku pracy
Jak informuje Katarzyna Sosnowska z gazetapraca.pl „Kobieta pracująca w domu wykonuje kilkanaście zawodów. Jest kucharką, sprzątaczką, nauczycielką, pielęgniarką - na pełnym etacie.". Nie jest to żadne polskie novum. Toć ludzie po jednym kierunku studiów nie mogą już znaleźć pracy, co dopiero po kilkunastu! Moim zdaniem gospodynie domowe są same sobie winne, że są gospodyniami domowymi. Gdyby bowiem nie były gospodyniami domowymi, nie miałyby tak licznych kwalifikacji. A skoro mają, to na nikogo innego niż gospodynie domowe się nie nadają. Światełkiem w tunelu jest nowy trend w rządowych programach dla bezrobotnych- dekwalifikacja. Skoro gosposie umieją za dużo, należy ich czegoś oduczyć. Wtedy na 100% znajdą pracę!

Żądania finansowe
Jako elitarne pracownice potencjalne, gosposie domagają się słusznych wynagrodzeń i emerytur. Ich pracę przed czterema laty wyceniono na 1300 PLN/miesięcznie. Korzystając z kalkulatora emerytur wyliczyłem, że (zaczynając w wieku 25 lat) należałaby im się emerytura w kwocie 488,69 PLN. Miesięczne koszty utrzymania sześciomilionowej armii nadkwalifikownaych pracownic to ledwie 93,6 miliardów złotych. A czymże to jest, wobec nieprzesolonych zup, domytych naczyń i startych kurzów?

Zawartość pracy w pracy
Pani Sosnkowska nie jest jedyną kobietą walczącą z dyskryminacją gospoś! Wielkie zasługi na tym polu (chociażby przekonanie mnie do słuszności idei płatnej gosposi) ma również Pani Sylwia Chutnik! Oto cytat z jej przełomowej dla sprawy polskich gosposi pracy: „Czy kiedykolwiek zastanawiałyśmy się, co dokładnie robimy w domu? Na przykład pod pojęciem „pranie" kryje się segregowanie go kolorami, kupienie proszku do prania, wsypanie go do pralki, nastawienie jej. Później wyjęcie prania i powieszenie go do schnięcia. Na końcu prasowanie i położenie na półki do szafy. Jedno pojęcie- osiem czynności!". Aaaach! Czy kiedykolwiek zastanawiałem się, ile czynności wykonuję korzystając z komunikacji miejskiej? Wsiadam do autobusu, idę do wolnego miejsca siedzącego, rozwalam się w fotelu, wyjmuję słuchawki, podłączam je do telefonu, sprawdzam, która do którego ucha jest dedykowana, wybieram ścieżkę, by potem wstać, podejść do wyjścia i wysiąść! Jedno pojęcie- dziesięć czynności! Dla mnie będzie 1560 miesięcznie, ok?

Ale gdyby się temu dokładniej przyjrzeć... Czy wejście do autobusu jest jedynie wejściem do autobusu? Przecież ja zginam nogę w kolanie unosząc ją do góry, następnie pochylam się do przodu, opuszczam nogę, sprawdzam, czy trafiła na twardy grunt etc etc. I tak moja emeryturka rośnie. Cud gospodarczy?

Księgowość partnerska
Pani Sylwia przygotowuje ruch na Rzecz Wyzwolenia Pań Gospoś (znane jako komunistyczny byt RWPG) od podstaw! Zbiera dane z samych źródeł, by móc roztlić w nich ogień gospodarskiej rewolucji! Ten oto apel: „Prosimy Was o nadsyłanie nam Listy Czynności Domowych, tak, aby móc stworzyć z nich wyliczankę naszej pracy. Jeżeli wykonujecie te czynności z partnerem/rką to zaznaczcie to przy wyliczaniu!" w zasadniczym stopniu wpłynął na moje postrzeganie świata. Oto bowiem, kiedy będę miał partnerkę/a, przy każdej wspólnej czynności będę zmuszony odnotować ją w Indywidualnej Księdze Zachowań (znanej jako IKZ, również to), by w informacji dla organów skarbowych odliczyć od podatku wspólne czynności. Oraz, co najważniejsze, by nie dopuścić do wypłaty NIENALEŻNEJ EMERYTURY. Za uwspólnione czynności.

Podsumowanie
Możesz zapytać, użytkowniku jogger.pl, „PO KĄ CHOLERĘ MI TO"? Odpowiedź zdaje się jasna. Czy chcesz doprowadzić do upadku polskiej sieci? Co się stanie z joggerem, Wirtualną Polską, Onetem i Pudelkiem, gdy Gosposie zmusimy do płatnej pracy zawodowej? Czy google nie upadnie, gdy nikt nie będzie już wyszukiwał słów „Przepis na ciasto z rabarbarem"(38200 wyników)? Dbajmy o nasze gosposie. To one są ostoją silnej gospodarki.


« Wcześniejsze wpisy

Kuba Pakulski
Szczecinianin. Fascynat filozofii, historii i nauk społecznych. Piszący dla przyjemności i praktyki. Lewicowiec, umiarkowany anarchista, skrajny antynacjonalista. Antyklerykał, którego serce bije po lewej stronie. Dziewiątkowicz z pięcioletnim stażem. Od lat aktywny w mikronacjach. Słucha wszystkiego, co da się zamknąć w trójkącie Judas Priest- Enya- Miles Davis.

Kontakt:
e-mail: kuba.pak666 wp.pl
jabber: kuba.pak666 jabber.wp.pl
gg: 9933809


SZUKAJ


KATEGORIE

ARCHIWUM

Linki

META