Między pomocą zwierzętom a oszołomstwem 2 komentarze

Napisano dnia 13 października 2009, w Ekologia, Ogólne, Polityka...

Była sobie w Szczecinie Stocznia. W Stoczni pracowali stoczniowcy. Stoczniowcom przypadły do gustu pojawiające się na terenie ich pracy koty. Zaczęli je dokarmiać. Tajemnicą poliszynela jest, że używali do tego celu niesmacznych kanapek przygotowywanych przez kochające żony [potrzebne źródło]. Wkrótce koty od nich się uzależniły i zaczęły rozmnażać. Ale pewnego dnia Stocznia upadła. Stoczniowcy dostali rządowy pakiet pomocowy. I tu się pojawił problem. Kociej specustawy bowiem nie było.

Liczyć tak, jak najwygodniej
Informacje o liczbie kotów na terenie Stoczni są róże. Są ludzie, którzy tam pracowali i przez cały okres pracy widzieli jednego kota. Ogólnie stoczniowcy mówią o liczbie 50, czasem 100 kotów. Niższą kwotę potwierdza administracja Stoczni. Niewiele, nie? Za mało, by zbić na tym jakikolwiek kapitał. Więc trzeba zacząć kręcić. Pani z imienia i nazwiska podana w artykule „Gazety..." podała kwotę 500 kotów. Na tym da się już jakieś lody ukręcić, nie? Ale odpowiedź społeczeństwa wciąż była marna. I do tego na ogół wykpiewająca. Więc ta sama pani na spotkaniu z młodzieżówką jednej ze szczecińskich partii stwierdziła, że tych kotów jest tam 4000 [słownie: cztery tysiące] sztuk. To jakby trochę więcej, niż 50, nie?

Bezsensowna pomoc
Strategia Zwierzęcego Telefonu Zaufania to zbiórka karmy i dokarmianie kotów. Załóżmy, że jest ich 50 i że jeden kot wcina pół puszki (powtarzam obliczenia bardziej w tej kwestii obeznanej osoby). Wychodzi co najmniej 50 PLN na karmę+ jakiś ryż do zwiększenia jej wartości energetycznej. Umówmy się, że to 70 PLN. Czyli 2100 miesięcznie. Ale zaraz! Tych kotów jest przecież 4000! ZTZ, by je dokarmić, potrzebuje ok. 170 tysięcy złotych miesięcznie. Jest to kwota dla szczecińskiego „rynku" organizacji pomocy zwierzętom astronomiczna. Warto robić dla niej szum.

Załóżmy jednak, że ktoś wyłoży te pieniądze na jeden miesiąc. Koty zostaną nakarmione. I? Co w miesiąc później? Dwa miesiące? Trzy? Co to zmieni? Nic! Koty wciąż będą potrzebowały stałej, cholernie kosztownej pomocy. Co więcej, czemu ma służyć fundowanie im pieskiego (hehe) życia? Temu, by się tam mnożyły bez końca? Kto będzie odpowiadał za los kolejnych zwierząt? Oczywiście nie ZTZ.

Bowiem ZTZ ma jasno określony pogląd na szczecińskie organizacje pomocy zwierzętom. Jego kierowniczka zapytana o to, co robią pozostałe organizacje w stoczni odpowiedziała, że w Szczecinie nie ma innych organizacji. Pewnie biedaczka nie wiedziała, że rozmawia z wolontariuszem TOZ-u, posiadającego własną lecznicę, program adopcyjny i, przede wszystkim, grupę oddanych działaczy. To, że ZTZ jest jedyną organizacją nie przeszkadza mu oczywiście żądać pomocy od pozostałych (rzekomo nieistniejących). Bo na konferencji prasowej łatwo zgrywać ostatniego Mohikanina. Ale jak przychodzi co do czego, to najlepiej, by inni zajęli się twardą i wymierną pomocą- tj odławianiem i sterylizacją zwierząt. Oraz ew. przewiezieniu ich w inne, przygotowane przez TOZ i ludzi dobrych woli miejsce.

Albo nie! Niech się nie zajmują! [notka z 07.10]. Bo przecież wyjdzie na jaw, że nie ma żadnych 4000 kotów. I że w kilka tygodni można ich problem rozwiązać albo znacznie zmniejszyć. I co wtedy? Co ze zbiórkami karmy i pieniędzy pod supermarketami i w szkołach? Co z przypływem kapitału i komitetami ochrony zwierząt? Jakoś przecież tą cholerną emeryturę spędzić trzeba.

Szum i dmuchanie bańki
Najlepszy stosunek ma do tego administracja upadłej Stoczni. Ma to wszystko bowiem głęboko w d...., twierdząc, że dość mają kocich oszołomów. Dość pomocy, która nie wniesie nic, prócz powstania wielkiej kociej armii, która prędzej czy później rozleje się po mieście. Gdy temat się w TOZ-ie pojawił, przedstawiono dwie drogi- odpuścić sobie zabawę w kotka i myszkę, albo spełnić żądania ZTZ. Ja optowałem za pierwsza opcją twierdząc, że cała sprawa to sposób na wylansowanie się i zdobycie środków. Decyzja jednak była kompromisowa i szlachetniejsza od mojego stanowiska- robić swoje. Po cichu. Bez szumu medialnego. Aż do czasu, gdy ZTZ wybrał opcję „mnożymy kociaki!!!". Mi to nic nie szkodzi, mieszkam z dala od Stoczni, a na koty jestem uczulony tylko w niewielkim stopniu. Pewnego jednak pięknego [?] dnia pani P. stwierdzi, że ma te koty tam, gdzie ma je Stocznia. I że wszystko przez to, że inni nie chcieli pomóc. I że niech oni się teraz tym zajmą.

I będzie problem.

I kto wie, czy nie czterotysięczny?

Pierwsza interwencja 16 komentarzy

Napisano dnia 31 sierpnia 2009, w Ekologia, Ogólne, Przemyślenia Filozoficzne

Zrobiłem dziś 30 kilometrów na rowerze. Powinienem być zadowolony. Niemniej dopiero teraz powoli dociera do mnie w czym brałem udział i czego uniknąłem. Ale po kolei.

Od chyba już ponad miesiąca jestem wolontariuszem Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami. Zapytany dziś, skąd się tam znalazłem, odparłem, że to wina lewackich poglądów :) Doszedłem rok temu, pod wpływem ciocino-kuzynianych przepiórczych jajek do wniosku, że nie jest sztuką usiąść i marudzić, że świat jest jakiś nie taki. Że trzeba coś od siebie dać. Przez cały rok szkolny podejmowałem próby dania czegoś od siebie innym. Zazwyczaj na gruncie szkolnym. Jednak 9/10 przypadków kończyło się albo wielkim oburzeniem, że w ogóle ŚMIEM oferować pomoc (bo to przecież wielka obraza), albo przyjęciem jej i wielkim wyrzutem, że jest tak do d..., albo traktowaniem mnie jak dojnej krowy, czego nie znoszę. Pod koniec roku szkolnego stwierdziłem, że skoro z ludźmi dogadać się nie mogę, to spróbuję ze zwierzakami.

Kilka słów o TOZowym wolontariacie
W zasadzie to niewiele trzeba zrobić, by wolontariuszem zostać. Wypełnić i podpisać dwie umowy. Młodociani do tego muszą przynieść zgodę rodzica (Nie mamo, to nie jest kara ze szkoły. Nie, gdybym dostał sądowy wyrok robót publicznych, wiedziałabyś o tym). Potem kilka słów wprowadzenia i... można brać psa i na spacer! W kojcach znajduje się zawsze koło trzech psów wyciąganych ze schroniska. Są to zwierzaki z, choć okrutne to kryterium, największą szansą na adopcję. Rotacja jest bardzo szybka. Ja przez ten krótki czas miałem do czynienia z 9 różnymi psami. Wybierane są te z największą szansą, to jest najprzyjaźniejsze i odleczone. Reszta trafia do „tymczasów”, czyli domów tymczasowych. Często tymczasowość zamienia się w adopcję, co jest materiałowo wspierane przez TOZ. Dom tymczasowy gotowy do przyjęcia zwierzaka można również zgłosić w trakcie rejestracji wolontariusza. Możliwości pomocy jest sporo. Dla każdego się coś znajdzie.

Atmosfera współpracy jest świetna. Początkowo zalatywało to lekką anarchią (takiego wydania anarchii nie lubię:) ), ale po krótkim czasie widać jasne zasady, których się nie łamie. Nie ma rządzenia się, mędrkowania, każdy jest traktowany równo. Tylko polecić taki model innym organizacjom wolontariackim.

Kilka słów o TOZowym dozorze
Członkowie TOZu dzielą się na trzy grupy. Wolontariuszy małoletnich, wolontariuszy pełnoletnich i inspektorów (a ci na szczeble). Wolontariuszy małoletnich używa się (:)) do wyprowadzania zwierzaków z kojców i opieką nad nimi na terenie siedziby TOZ. Pełnoletnich zabiera się ponadto na interwencje w roli pomocników. Kierują nimi inspektorzy. Mówi się, że CZASAMI i WYJĄTKOWO można zabrać ze sobą wolontariusza niepełnoletniego. Jednak nie wszyscy inspektorzy są tak restrykcyjni, chyba nawet większość nie jest. Zabierają młodocianych na łagodniejsze akcje typu zawieść babci karmę, dokarmić koty na Wyspie Puckiej, sprawdzić, czy donos o głodzonych zwierzętach jest prawdziwy etc. Jest oczywiste, że nikt nie zabierze osoby niepełnoletniej na akcję w towarzystwie funkcjonariuszy Straży Miejskiej czy Policji u szczególnie agresywnego osobnika. To jest jasne.

Pierwsza interwencja
Pierwszą „akcję” zaliczyłem dwa tygodnie temu. Znalazłem bezdomnego psa nieopodal osiedla. Podszedł i się uśmiechnął. Łasił się tak, że było dla mnie na 100% jasne, że albo go ktoś porzucił, albo puścił luzem. Podpytałem tubylców, którzy przekazali mi, że jest to pies przybłęda. Zdążył się do mnie przykolegować, a ja nie miałem co z nim zrobić. W końcu zadzwoniłem do Straży Miejskiej. Po trzech godzinach (na deszczu, wietrze i chłodzie) zjawił się Pan z Animal Control i psa zabrał. Mógłbym jednak przysiąść, że po kilku dniach znów go widziałem. Dziś też. Ale to jeszcze zostanie sprawdzone.

Dziś jednak byłem umówiony na 19 na wieczorny spacer z psami z jedną z inspektorek i młodszym dziewiątkowym kolegą. Spacer był naprawdę miły i udany. Wzięliśmy całą trójkę psów. Mi przypadł jamnik Edek, którego przykrą historię miałem możliwość poznać kilka godzin wcześniej. Jego właściciel postanowił wyjechać. A psa? Psa wyrzucił. Mały więc był wyraźnie przygnębiony. Szedł z nami, ale wyraźnie z tyłu. Jakby przepraszał, że żyje. Raz na jakiś czas powtarzał „Stary pewnie znalazł sobie innego. Odszedł z innym. Pewnie z młodszym...”, ale szedł. Przed samą siedzibą o pomoc poprosił nas jakiś gościu, który nie mógł poradzić sobie ze zwinięciem jakiejś gumowej plandeki (jakiś balon?), w czym im raźnie pomogliśmy, naszą inspektorkę zostawiając z psami. Po władowaniu tego do samochodu odprowadziliśmy zwierzaki do kojców, zrobiliśmy im kilka zdjęć do ogłoszeń i przy ich żałosnym skowycie pożegnaliśmy się z nimi.

Przed samym spacerem dołączyłem się do wieczornej „porządkowej” interwencji. Dostaliśmy zgłoszenie, że w domu przy pewnej ulicy są dwa bardzo zaniedbane koty. Kiedyś należały do właścicielki domu, która zmarła. Potem wprowadziło się tam dwóch panów. Mamy pojechać sprawdzić, czy to prawda, czy nie potrzebują pomocy, czy nie trzeba podjąć jakichś kroków. Jedziesz? Ano jadę. To jedziemy.

Krótka interwencja
Na wstępie zostaliśmy przez naszą inspektorkę (bardzo sympatyczną babkę, co z sympatią odnotowuję) uświadomieni, że większość wyjazdów to fałszywe zgłoszenia. Często jeżdżą do rzekomo głodzonych zwierząt, a na miejscu okazuje się, że są one przekarmione. Czasem jednak trafiają do miejsc, gdzie zwierzęta traktowane są jak przedmioty. Zaniedbane, zagłodzone, chore, brudne, nieleczone, zaświerzbione, zawszone, z mnóstwem nieleczonych ran... Od tego jest TOZ, by to sprawdzić i by im pomóc.

Gdy podjechaliśmy szukaliśmy miejsca parkingowego. Zaproponowałem podjechanie kawałek dalej i zatrzymanie się na boku. Dowodząca wybrała inne rozwiązanie. Zawróciła i zatrzymała się pod domem. I DZIĘKI JEJ ZA TO.

Kotów wokół było mnóstwo. Kot przy kocie. Nas jednak interesowały dwa z tej posesji. Jeden stał przed nią. Zaniedbany, brudny. Zrobiliśmy mu fotograficzną dokumentację. Drugi stał na posesji. Daleko, a było już późno. Stąd zdjęcie jedynie potwierdza fakt jego istnienia:). Przy bramce nie było żadnego dzwonka. Nie był potrzebny, bowiem nie była zamknięta. W ogóle nie miała klamki. Weszliśmy na posesję, zadzwoniliśmy do domu. Inspektorka dała aparat drugiemu z wolontariuszy, on go schował. Wszystko było brudne, tandetne, niezadbane.

Po pewnym czasie otworzył młody facet. Przedstawienie powodów przybycia, pytanie czemu koty są takie zaniedbane. Odpowiedź- bo mają 23 lata. Od razu było widać, że kręci. Dwudziesto-trzyletni kot z pełnym uzębieniem i wyglądem wskazującym na GÓRA 10 lat? Nie jestem kociarzem, ale od razu mi to śmierdziało. Reszcie też. Klient był cholernie agresywny, wyciągał rękę po aparat i żądał oddania go. Niemniej babka, z którą byliśmy, nie należy raczej do takich, które można by przestraszyć łysym łbem. Zaczął grozić nam policją. W ten sposób:

-Aparat. Dawaj aparat. Dzwonię po policję.
-To dzwoń.
-To dzwonię po policję.
-To dzwoń.
-To się zastanówcie, gdzie wchodzicie!!!

Sorry facet, dzwonka nie ma, a było otwarte. Zaczęliśmy powoli sugerować, by sobie odpuściła. Co prawda gościu był co najwyżej mocny w gębie. Rzucał się, ale widok wojowniczej babki i jednak dwóch gości za nią (mimo, iż „osłoną” byliśmy żałosną:D ), a do tego chyba miał świadomość prawnych konsekwencji ew. postępowania. W końcu sobie odpuściła i skierowaliśmy się do samochodu.

-To co, przyjechaliście żeby tu zadymę zrobić?!!!
-Przyjechaliśmy Panu powiedzieć, że TAK ZDROWE KOTY NIE WYGLĄDAJĄ!!!
-JA CI ZARAZ K....O POKAŻĘ, JAK NIE WYGLĄDA ZDROWY CZŁOWIEK!!!

Wsiedliśmy do samochodu, facet wybiegł bluzgając przed samochód. „Wypiął się” i wyjął pałkę teleskopową i... i skojarzył mi się ze sceną z jakiejś zachodniej komedii, w której był krótki przerywnik z męskim striptizem, a pałka teleskopowa była głównym narzędziem weń występującym. „No to się zrobi gorąco”- pomyślałem (dwuznaczność zamierzona). Najpierw była to zabawna myśl. Potem, gdy nasza inspektorka zabójczym spojrzeniem skłoniła go do zejścia, przyszła raczej refleksja, że mało cholera zabrakło. To niedziela, miałby jakąś imprezę w domu i zestaw podpitych kumpli i moglibyśmy mieć niezłe kłopoty. Nasza Dowódczyni przez następnych kilka minut powtarzała do siebie, że następnym razem przyjedzie z Michałem i mundurowymi. Znając charakterystykę kolegi Michała uśmiechnąłem się w duchu.

Następna bowiem interwencja na pewno będzie skuteczna.


Uwolnić Drogi 16 komentarzy

Napisano dnia 27 czerwca 2008, w Ekologia, Ogólne

Od lat mówi się w Polsce, iż z naszymi drogami jest źle. Dziurawe, stare, nieliczne, niewygodne i ogólnie do niczego. Ale za to, gdybyśmy mieli 2000 km autostrad na przykład! Oj, jakież to by było życie!

Mało kto zwraca przy tym uwagę na to, iż, w kontekście rosnących cen nośników, energii, coraz większej liczny samochodów i niebezpiecznie wysokiej emisji CO2, sam wzrost liczby dróg ekspresowych i autostrad nie wystarczy. Polsce potrzebny jest kompleksowy, przemyślany i sensowny plan wzrostu efektywności sektora transportowego, spójny z lokalnymi i globalnymi projektami redukcji emisji dwutlenku węgla.

Oficjalne dane, dotyczące wydalonego CO2, mówią nam o emisji rzędu 28 miliardów ton dwutlenku węgla w 2005 roku. W związku ze znacznym wzrostem gospodarczym krajów BRIC/BIRC (Brazylia, Rosja, Indie, Chiny), wzrostem ilości samochodów, próbą przezwyciężenia narastającej recesji w USA za pomocą odrzucania norm ochrony środowiska (etc, etc), emisja obecna znacznie wzrosła. Nieoficjalne dane wahają się od 40 do 50 mld ton, a i są i bardziej niepokojące propozycje.

Czwarty raport IPCC z 2007 roku głosi, iż dla obniżenia wzrostu temperatury w wyniku obecnego ocieplenia do 2.5C (minimum bezpiecznie osiągalne), należy zmniejszyć emisję do 10 mld ton rocznie. Świat pozbywa się powoli złudzeń, iż da się to zrobić w sposób przyjemny i bezbolesny.

Ograniczenie to powinno nastąpić do 203, najpóźniej 2050 roku. Każdy kolejny rok zwłoki powoduje spadek skuteczności podejmowanych działań, a w konsekwencji wymusza ich zaostrzenie.

Nasz świat to świat energetycznych paradoksów. Z jednej strony dążymy do ograniczenia wydatków na coraz droższą energię, z drugiej zaś realizujemy oszczędności poprzez wzrost energochłonności gospodarki. W urządzaniu gospodarstw domowych łapiemy się często idiotycznych oszczędności, zaś to właśnie w naszych miejscach zamieszkania najczęściej marnotrawiona jest energia. Od zapalania świateł w kilku pokojach naraz, aż po takie błahostki, jak podgrzewanie jednego obiadu po kilkakroć.

Znacznie bardziej paradoksalny i absurdalny jest nasz system transportu. W 2004 roku na świecie użytkowano ponad 670 mln samochodów, a emisja CO2 tego sektora wyniosła 6,4 mld ton rocznie. Obecnie samochodów jest ponad miliard, a emisję dwutlenku węgla sektora transportowego szacuje się na 10- 11 mld ton rocznie. Co jest w tym absurdalnego?

Ano to, że w Polsce jedynie 17% towarów przewozi się relatywnie oszczędnym transportem kolejowym, zaś 72% przypada na diabelnie energochłonny transport ciężarowy. Korzyści wynikających z transportu kolejowego jest mnóstwo- od niskiej energochłonności, poprzez masowość transportu, aż do niemal obojętnego wpływu na transport drogowy. TIR-y natomiast to paliwożerne bestie, wkradające się dzień w dzień w ludzkie siedliska, kradnące przestrzeń na drogach, parkingach, które hukiem swych kół i silników uprzykrzają życie tysiącom ludzi. I nie jednemu człowiekowi owo życie odebrały. To głównie TIR-om zawdzięczamy obecny, opłakany stan dróg.

Ograniczenie roli ciężarówek nie tylko zmniejszy ilość marnotrawionej energii, ale i wpłynie na poprawę ogólnej jakości życia społeczeństwa, spowolni dewastację dróg, zmniejszy ruch na drogach głównych i miejskich. Spowoduje to wzrost efektywności pozostałych gałęzi transportu (w tym osobowego), częściowo rozładuje korki, zwiększy bezpieczeństwo pieszych w mieście i zmniejszy ilość zanieczyszczeń emitowanych przy samych siedliskach ludzkich. Rzadziej tez będą się zdarzały sytuacje, jak sprzed kilku dni, kiedy to kierowcy ciężarówek protestowali przeciw cenom ropy i korkom na granicy wschodniej (których by nie było, gdyby nie tranzyt), jadąc z prędkością 20 km/h po głównych drogach. Mniej ciężarówek- mniejsza uciążliwość takich wyczynów grupy idiotów.

Nieracjonalny jest również transport osobowy. Niejednokrotnie jest tak, że korzystamy z samochodów na trasach, na których zdrowiej i po prostu wygodniej byłoby się przejść/przejechać rowerem. Bo jak kuriozalna musi być oszczędność czasu, wynikająca z pojechania do oddalonego o 200m sklepu po zgrzewkę piwa? Czy całej ulicy musimy zawsze pokazywać, że „tak, ja też jestem fajny, bo mam na brykę i na paliwo!”?

Od lat możemy obserwować stopniowy spadek znaczenia kolei w przewozie ludzi. A ile razy korzystamy z samochodu, mimo, iż przejazd pociągiem byłby dużo korzystniejszy dla nas? Dlaczego jadąc np. na jakąś konferencję do Warszawy, wybieramy samochód, którym tłuczemy się przez pół nocy w poprzek kraju, zamiast pojechać pociągiem, który do tego zatrzymuje się pod samym hotelem? Podejście „ktoś jedzie koleją- jest biedny” jest podejściem strasznie ogólnym. Oczywiście nie bez znaczenia jest poziom świadczonych w Polsce usług kolejowych. Zmieni się to od 2010 roku, kiedy na nasz rynek wkroczą przewoźnicy zachodni.

Ostatnio propagowana była akcja podwózek sąsiedzkich, wyśmiewająca „jednoosobowe samochody”. Nie mniej ważne, od korzystania z tego, że człowiek to zwierzę stadne, jest nadanie owemu stadu wystarczających możliwości do samodzielnego przemieszczania się. Mam oczywiście na myśli dwie kwestie: komunikację miejską oraz ścieżki rowerowe.

W naszych miastach brakuje ścieżek rowerowych- to już truizm. A jeżeli już są, to albo prowadzą do nikąd, albo nie stanowią spójnej całości (prowadząc do nikąd). Tak długo, jak długo zmuszać będziemy naszych rowerzystów do korzystania ze zwykłych dróg, tak długo większość z nich wybierze samochód. Bo w słowniku kierowcy rowerzysta to: taki stworek, którego nie stać na samochód, tamuje ruch; rowerzystę można zazwyczaj unieszkodliwić trąbiąc nań, spychając z jezdni, bądź też zajeżdżając mu drogę. Kto będzie ryzykował starcie z „lepszym” uczestnikiem ruchu?

Nie bez znaczenie jest to, że dojechawszy do celu nie ma co z rowerem zrobić. Przypiąć do latarni? Jak wrócę, będzie sama rama. Nie ma stojaków na rowery, nie ma swoistych „rowerowych parkingów”, jakie funkcjonują np w Holandii. W kontekście tego, że miejsc parkingowych dla samochodów jest masa, można wprost powiedzieć, iż rowerzyści sa w Polsce dyskryminowani. Bo jaką stratę ponieśliby kierujący samochodów, gdyby na każdym parkingu zajęto 2-3 miejsca na stojaki rowerowe? Żadną. A dla kilkunastu rowerzystów byłaby to ulga i mniejszy lęk o przyszłość swej własności.

Elementem transportowej układanki jest także komunikacja miejska. Sprawna, czysta, nowoczesna- to raj dla miasta. Niestety, często zmuszeni jesteśmy do korzystania z przepełnionych, przestarzałych i spóźnionych autobusów/tramwajów. Jak to jest, że ja, aby przemierzyc Szczecin z jednego krańca na drugi komunikacją miejską potrzebuję minimum dwóch godzin i czterech linii autobusowych i tramwajowych, zaś samochodem całosć zajmie w najgorszym przypadku pół godziny?

Nasze tabory autobusowe i tramwajowe wymagają gruntownej renowacji. Nad liniami komunikacyjnymi trzeba przysiąść i zdobyć się na wysiłek umysłowy, czemu niektóre autobusy jeżdżą puste (hmm, może dlatego, że przyjeżdżają co 6 minut), a czemu do niektórych wsiąść się nie da (może jeden autobus na linii na całe osiedle to jednak troszkę za mało?).

Częstsze (ale sensowne) odjazdy, nowszy tabor, lepiej opłacani kierowcy i maszyniści (którzy za swą naprawdę nużącą pracę otrzymują grosze), spójny system komunikacji- to wszystko niesie ze sobą masę korzyści. Poprawa jakości usług spowoduje ich lepszą ocenę (czyli wzrost tzw. „szczęśliwości”) oraz przyciągnie większą ilość klientów. Trzeba sprawić, by ludziom bardziej się opłacało pojechać do pracy autobusem, niźli wyciągać z garażu samochód. Oczywiście zakłady komunikacji miejskiej napotkają wiele problemów na swej drodze (np korki, brak zysku), lecz wyzwolona reakcja łańcuchowa samoczynnie rozwiąże część problemów (mniej samochodów- mniejsze korki, więcej klientów- większe przychody). Odciążenie dróg znowóż poprawi ich stan i ułatwi dojazdy innym uczestnikom ruchu.

Coraz większym problemem staje się wysyp jeżdżących złomów na naszych drogach. Stare, zdezelowane samochody z Niemiec czy Francji jeżdżą po naszych miastach i trują. Jak to rozwiązać? Można pójść drogą Berlina i zakazać co starszym wjazdu do centrum, lub też sprzedawać pozwolenia na wjazd dla takowych samochodów (odpowiednio kosztowne). Dzięki temu udałoby się pozbyć znacznej części miejskich trucicieli. Oczywiście można wprowadzić pewną górną, niepłatną granicę pojemności skokowej silników (np 1 200 cm3), żeby nie odbierać środków transportu studentom, młodym matkom, czy ogólniej, mniej zamożnym ludziom.

Ostatnim, najbardziej absurdalnym (lecz czasem zrozumiałym...) elementem naszego systemu komunikacyjnego są samochody ala Hummer2. Na przykładzie jednej z mieszkanek naszego osiedla. Posiada samochód marki NISSAN. Pojemność skokowa 6,700 cm3. Wychodzę rano- stoi. Wracam wieczorem- stoi. Po co tej kobiecie taka bryka?

Ano po to, by kiedy już wyjeżdża, pół dzielnicy o tym słyszało. Tego typu zakupy samochodów „na pokaz” są nie tylko nieracjonalne, ale głupie wręcz. Samochody palące 16-20 l/100 km nie dość, że trują miasto i niepotrzebnie marnują energię, niejednokrotnie tamują ruch, nie mogąc zmieścić się na swoim pasie. A z jakiej racji mam stać w korku, bo sąsiadka swym samochodem-kontenerem (w którym oczywiście siedzi tylko kierowca) nie zdołała zrobić łuku na skrzyżowaniu i stoi w poprzek drogi, nie wiedząc co zrobić?

Zakupu takiej zabawki oczywiście zabronić nie można, bo to by był jawny zamach na wolności obywatelskie. Można natomiast tego typu destrukcyjne i szkodliwe dla miasta praktyki odpowiednio zobrzydzić. Pewnym rozwiązaniem jest wprowadzenie podatku od samochodów osobowych 3 000cm3+ o kuriozalnej wartości (bo nie o pieniądze chodzi), którego jednak zapłacenie kosztowałoby godzinę-dwie postania w kolejeczce. Po kilku latach odwiedzin Urzędu Skarbowego, zastanawialiby się właściciele takich samochodów nad sensem ich dalszego posiadania.

Pozbawione sensu są na przykład podatki od większych wozów, wliczone w ich cenę. Bo to, że elitarny samochód za 220 tysięcy złotych zacznie kosztować 225 tysięcy sprawi tylko, że stanie się jeszcze elitarniejszy, jeszcze bardziej pożądany. A pięć tysięcy kupującemu wielkiej różnicy nie zrobi.

Kilka przedstawionych tu pomysłów nie ma być „młotem na posiadających”. Nie ma też zachęcać do „prześladowania” posiadaczy większych i droższych samochodów:). Ma zmuszać do refleksji nad obecnym kształtem miasta i nad pożądanym kierunkiem zmian.

Wyrzucenie TIR-ów z miast i ograniczenie ich roli w transporcie, wykorzystanie potencjału kolei, podniesienie sprawności komunikacji miejskiej, umożliwienie pełnego korzystania z alternatywnych środków komunikacji- to wszystko garść pomysłów, które mogą pomóc w nadaniu miastu ludzkiego oblicza. Miasto nie jest tylko miejscem ciągłej pracy, gdzie celem jest zysk, a środkiem jego osiągnięcia człowiek. „Buisness as usual” prowadzi w linii prostej do katastrofy, na spółkę z innymi formami degeneracji systemu polityczno-gospodarczego (wszelkiego rodzaju –izmy). Miasto to również miejsce naszej egzystencji, naszego codziennego życia (nie tylko pracy!) i odpoczynku.

Zielone miasto, w którym skwerek, plac zabaw, czy stare drzewo ma większą wartość, niż -naste Centrum Handlowe- to szczęśliwe miasto. Miasto, w którym słowo zysk przykryte przyćmione jest przez jaśniejący wyraz „człowiek”. Miasto zrehumanizowane.

 

Tak, wiem. Jestem Utopistą.

 

Tak, wiem. Jestem Lewakiem.

 

pozdrawiam
KP

Kuba Pakulski
Szczecinianin. Fascynat filozofii, historii i nauk społecznych. Piszący dla przyjemności i praktyki. Lewicowiec, umiarkowany anarchista, skrajny antynacjonalista. Antyklerykał, którego serce bije po lewej stronie. Dziewiątkowicz z pięcioletnim stażem. Od lat aktywny w mikronacjach. Słucha wszystkiego, co da się zamknąć w trójkącie Judas Priest- Enya- Miles Davis.

Kontakt:
e-mail: kuba.pak666 wp.pl
jabber: kuba.pak666 jabber.wp.pl
gg: 9933809


SZUKAJ


KATEGORIE

ARCHIWUM

Linki

META