Deficyt budżetowy nie zawsze jest zły 14 komentarzy

Napisano dnia 17 sierpnia 2011, w ekonomia, kredyt, Ogólne, Polityka

* Zmniejsz podatek - oddaj krew [KLIK!]

Przez ostatni rok ekonomiści i politycy prowadzili głęboką krytykę deficytów budżetowych. Słusznie zauważyli, że nadmierne zadłużanie się prowadzi do finansowej i politycznej niestabilności nie tylko w samym zadłużającym się kraju ale nawet na obszarze całego kontynentu, czego kryzys grecki jest najlepszym przykładem. Zapomina się przy tym, że deficyt (który Polska planuje zredukować do zera!) może być skutecznym i względnie tanim narzędziem wspierania rozwoju.

Mamy jasność, że finansowanie sfery socjalnej z deficytu jest marnowaniem pieniędzy. Nieinwestycyjne wydatki państwa (socjal, administracja, policja, armia, obsługa długu i inne stałe wydatki) powinny być bezwzględnie zbilansowane, gdyż z założenia nie przyczyniają się one do rozwoju ekonomicznego państwa, więc nie ma powodu się dla nich zadłużać (poza wyjątkowymi sytuacjami – np. stanem wojny). W tym obszarze nie może być mowy o żadnym deficycie.

Inaczej rzecz ma się w obszarze inwestycyjnym, przy czym pojęcie „inwestycja” należy traktować bardzo szeroko. Mowa zarówno o inwestycjach infrastrukturalnych (autostrady, kolej, światłowody) jak i o inwestycjach w kapitał ludzki (koszty edukacji wyższej), wsparciu dla początkujących przedsiębiorców czy nawet polityce prorodzinnej. Za inwestycję należy uznać wszystko, co z założenia ma przynieść zysk. Dla państwa może być to dochód bezpośredni (opłaty za autostrady) lub pośredni (podatki czy brak kosztów – np. zasiłków).

* Strefa euro w wcale nie najgorszej sytuacji [KLIK!]

I tak załóżmy, że zamiast starej drogi z miasta X do miasta Y można zbudować nową drogę ekspresową, dzięki której czas podróży skróci się o godzinę. Drogą tą przejeżdża codziennie sto tysięcy osób, więc inwestycja umożliwiłaby zaoszczędzenie 36 milionów godzin rocznie. Ponadto droga ta przyciągnęłaby określoną liczbę inwestorów, zmniejszyłaby liczbę wypadków (a więc i koszty szpitalne) itp. Jeżeli suma tych korzyści jest znacząco większa od kosztów obsługi długu zaciągniętego w celu sfinansowania jej to dług ten można z czystym sumieniem zaciągnąć. Następne pokolenie będzie dzięki temu miało za co go spłacić (a jeszcze sporo mu zostanie).

Innym przykładem są przeróżne „inkubatory przedsiębiorczości”. Jeżeli państwo pożyczy (lub przekaże) przedsiębiorcy z dobrym pomysłem na biznes powiedzmy, czterdzieści tysięcy złotych na każde stworzone miejsce pracy to inwestycja ta w przeciągu najwyżej trzech lat zwróci się w postaci wpływów z podatków, składek ZUS itp. oraz dzięki uniknięciu kosztów – np. zasiłków dla bezrobotnych. Jeżeli weryfikowani przedsiębiorcy zgłaszają się po miliard złotych to ten miliard powinien się znaleźć, gdyż odpłacą się z nawiązką. Dług nie jest w takiej sytuacji niewskazany.

Jacques Attali w fenomenalnej książce „Zachód dziesięć lat przed totalnym bankructwem” proponuje podzielenie budżetu na budżet wydatków nieinwestycyjnych oraz budżet wydatków inwestycyjnych. Tylko ten drugi miałby prawo emitować dług a cała nadwyżka z budżetu pierwszego byłaby przeznaczana na inwestycje. Rozwiązanie takie dawałoby pewność, że zaciągany dług nie jest przeznaczany na przejedzenie oraz że jego skutkiem będzie wzmocnienie pozycji ekonomicznej kraju, nie jej osłabienie.

<<Poprzedni>> <<trackback>> <<Następny>>



14 komentarzy do wpisu pt. “Deficyt budżetowy nie zawsze jest zły”

n3m0, 17 sierpnia 2011 o godzinie 01:48:38:

  • >Dla państwa może być to dochód bezpośredni (opłaty za autostrady) lub pośredni (podatki czy brak kosztów – np. zasiłków).

    Tak. Zupełnie jak te całe e-myto. Skutek taki, że drogi, na których zainstalowano niezbędną infrastrukturę, opustoszały a cały tranzyt przeniósł się na podrzędne, ale darmowe, dróżki. To wszystko wygląda cacy w teorii, a potem pokazujemy, że Polak potrafi.

    Co nie znaczy, że nie zgadzam się z notką. Być może coś w tym jest.

torero, 17 sierpnia 2011 o godzinie 09:21:10:

  • Kolejna koncepcja sensowna, przyjemna... i kompletnie ignorująca ustrój polityczny :)

Remigiusz 'lRem' Modrzejewski, 17 sierpnia 2011 o godzinie 12:25:11:

  • Póki nie wprowadzimy monarchii autorytarnej, to taki pomysł raczej nie ma szans. Przecież zaraz jedni z drugimi socjaliści przekrzyczą wszelkie głosy rozsądku. A społeczeństwo wychowane w PRL-u ich posłucha.

remiq, 17 sierpnia 2011 o godzinie 16:12:23:

  • tl;dr:

    Teza:
    Zadłużanie się nie zawsze jest złe.

    Dowód:
    a. Mamy w portfelu 1zł. Nasz sąsiad A chce od nas pożyczyć 2zł i zapewnia, że jutro odda 4zł.
    b. Pożyczamy od drugiego sąsiada B 1zł (mówimy, że oddamy 2zł), pożyczamy sąsiadowi A 2zł
    c. Sąsiad nam oddaje 4zł, my oddajemy sąsiadowi 2zł.

    Potwierdzenie tezy:
    Zadłużając się podwoiliśmy nasz majątek w jeden dzień. Nie zawsze zadłużanie się jest złe!

    To już druga notka, która próbuje udowadniać oczywiste. Może lepiej byłoby się skupić na tym, jaka jest szansa, że sąsiad A odda nam te 4zł i czemu jak na razie nie oddaje?


    > Jacques Attali w fenomenalnej książce „Zachód dziesięć lat przed totalnym bankructwem” proponuje podzielenie budżetu na budżet wydatków nieinwestycyjnych oraz budżet wydatków inwestycyjnych. Tylko ten drugi miałby prawo emitować dług a cała nadwyżka z budżetu pierwszego byłaby przeznaczana na inwestycje.

    Niechybnie skończy się to tym, że inwestycje będą finansowane w 100% z emisji długu. I będą to inwestycje w stylu e-myta, czyli "jak efektywniej ściągać większe podatki".

    Update:
    Dowód tezy -> Potwierdzenie tezy

n3m0, 17 sierpnia 2011 o godzinie 18:12:52:

  • >I będą to inwestycje w stylu e-myta, czyli "jak efektywniej ściągać większe podatki"

    Care2elaborate?

remiq, 17 sierpnia 2011 o godzinie 18:48:46:

  • Skrótowo, E-myto (system śledzenia ruchu ciężarówek po Polsce za pomocą nadajników w samochodzie i odbiorników wzdłuż trasy, co pozwala na rejestrowanie ile kilometrów przejechano) zastępuje wcześniejszy parapodatek jakim były winiety (dowody opłaty za korzystanie z dróg dla samochodów ciężarowych). Według analiz samych zainteresowanych, czyli firm przewozowych, nowy sposób naliczania opłaty znacząco wzrośnie (o ile pamiętam około trzykrotnie). Cała "inwestycja" jest diabelnie droga, ale dzięki podwyżce podatków zwraca się z nawiązką w jeden rok.

    To właśnie mam na myśli mówiąc, że jest to "inwestycja w wyższe podatki". Pieniądze zostają wydane, komfort życia się nie zmienia, koszty wzrastają, podatki wzrastają, ceny wszystkiego, co musi być transportowane wzrasta. Inwestycja niczym rolnik "inwestujący" w nóż, by móc upuszczać krwi kurze znoszącej złote jajka.

n3m0, 17 sierpnia 2011 o godzinie 18:55:56:

  • No prawie, bo tak jak napisałem, te trasy, na których jest e-myto, opustoszały.
    Tranzyt przeniósł się na mniejsze drogi bo nawet jeśli trasa jest dłuższa, to nieobłożona podatkiem jest tańsza niż ta z mytem.
    To jest idiotyzm, tylko z trochę innego powodu niż piszesz :)

KP, 17 sierpnia 2011 o godzinie 21:32:46:

  • @n3mo akurat opłaty za autostrady były tylko przykładem.

    @torero, IRem

    Szczerze mówiąc nie wiem, czy obecnie wydatki inwestycyjne w polskim budżecie nie przewyższają kwoty deficytu... Same autostrady w latach 2011-2015 mają pochłonąć 78 miliardów czyli więcej niż połowę deficytu budżetowego planowanego na ten okres.

    @IRem ja wolę ustrój plemienny. Może zostanę szamanem?

    @remiq

    >To już druga notka, która próbuje udowadniać oczywiste.

    Łojej, już druga? To o czym oczywistym była pierwsza?
    Wcale nie uważam, że jest to coś oczywistego. Wręcz przeciwnie - coraz częściej można się spotkać z opiniami, że "deficyt zawsze jest zły" (taki powrót do ortodoksyjnej szkoły ekonomii). Włochy chcą konstytucyjnie nakazać bilansowanie budżetu, polski minister finansów zapowiada, że Polska się zbilansuje "by przygotować się na zagrożenia". Ja wolałbym mieć tysiąc złotych kredytu przy stu tysiącach dochodu zamiast nie mieć kredytu i mieć 95 tysięcy dochodu...

    >Niechybnie skończy się to tym, że inwestycje będą finansowane w 100% z emisji długu. I będą to inwestycje w stylu e-myta, czyli "jak efektywniej ściągać większe podatki".

    Pierwsze zastrzeżenie ma trochę słuszności (wystarczyłoby zakazać finansowania drugiego budżetu z długu powyżej x%), ale druga jest bezpodstawną insynuacją.

    Co do samego e-myta (urzędnicy wprowadzili e-myto, transportowcy postanowili to e-oprotestować, więc urzędnicy poszli się e-bać) to jego wysokość i tak pokrywa uszkodzenia nawierzchni tylko w 30%.

    >No prawie, bo tak jak napisałem, te trasy, na których jest e-myto, opustoszały.

    Tu się zgodzę. Jechałem dziś krajówką i tir za tirem.

    >To właśnie mam na myśli mówiąc, że jest to "inwestycja w wyższe podatki".

    To się tyczy tylko e-myta, nie tego, o czym piszę.

n3m0, 17 sierpnia 2011 o godzinie 21:34:51:

  • Obejrzałeś już filmy? :]

remiq, 18 sierpnia 2011 o godzinie 11:22:54:

  • >>To już druga notka, która próbuje udowadniać oczywiste.
    >Łojej, już druga? To o czym oczywistym była pierwsza?

    O tym samym.
    http://spolecznie.com/2011/07/29/polska-zredukuje-deficyt-do-zera-w-2015/

    Myślałem, że mój przykład-dowód był na tyle głupi, byś zobaczył jak naiwne jest myślenie w rodzaju "Ja wolałbym mieć tysiąc złotych kredytu przy stu tysiącach dochodu zamiast nie mieć kredytu i mieć 95 tysięcy dochodu..." Do czego pije? Do oczywistości i nierealnych historii. Co jest lepsze - mieć złotówkę kredytu i milion na koncie, czy nie mieć kredytu i mieć złotówkę na koncie? Oczywiście - lepiej mieć kredyt! Jak dowiedziono, nie każdy kredyt jest zły! Przykro mi, do niczego sensownego to nie prowadzi.

    >> Niechybnie skończy się to tym, że inwestycje będą finansowane w 100% z emisji długu.
    > Pierwsze zastrzeżenie ma trochę słusznośc (wystarczyłoby zakazać finansowania drugiego budżetu z długu powyżej x%)

    Dlaczego Twoim zdaniem inwestycje nie powinny być w 100% finansowane z długu publicznego?

    >> I będą to inwestycje w stylu e-myta, czyli "jak efektywniej ściągać większe podatki".
    > druga jest bezpodstawną insynuacją.

    Skądże. Jeśli uznajemy, że pierwszą część budżetu (ta, którą można wydać na bezpośrednią kiełbasę wyborczą - np. becikowe) należy ograniczyć, bo jest wydawana lekką ręką, możemy od razu założyć, że dysponenci chcieliby zwiększyć jej pulę. Nie muszę insynuować, że tak mogą być "inwestowane" pieniądze - podaje istniejący przykład. W której części budżetu znalazłyby się budowane wielkie stadiony i orliki? Jaki jest ich przewidywany bilans zysków (i strat)?

torero, 18 sierpnia 2011 o godzinie 15:34:36:

  • @KP: się nie rozumiemy się. Idzie o to, że pomysł, jakkolwiek sensowny, oparty jest na tak kruchych podstawach [do konstytucji wszystkiego wpisać się nie da], że pół dnia po ustanowieniu takiej zasady przeróżni orędownicy i biedowalczaki "podjęliby kroki", mające na celu możliwość finansowania choćby 5% socjalu długiem. A na następnych wyborach partie zaczęłyby się licytować na odsetek i wszystko wróciłoby do normy. Krótko: koncepcja ciekawa, ale jeszcze mniej realna od rzekomo nierealnych koncepcji koliberalnych :)

    @remiq: owszem, nie każdy kredyt jest zły. Podajesz tyle przykładów... a gdybyś miał możliwość uzyskania miliona na 1% rocznie w obecnych warunkach, nie skorzystałbyś? Wiedząc, że najpodlejsza lokata da Ci 3-4%? Przykład przerysowany, ale wszystko sprowadza się do różnic w stopie odsetek i zwrotu z kapitału. Oczywiście dla kapitału państwowego szacunki powinny być ostrożniejsze, ale co do zasady założenia pozostają takie same.

remiq, 18 sierpnia 2011 o godzinie 20:50:13:

  • torero:
    Takie kredyty istnieją w dwóch przypadkach.
    1. Gdy pożyczkodawca nazywa się Rychu, a pożyczkobiorca Zbychu.
    2. Gdy jest on dowodem na to, że nie każdy kredyt jest zły.

    Zakładając, że najpodlejsza lokata da 3-4%, istnieje powód, dla którego właściciel tego miliona woli go pożyczyć Tobie na 1%.

    Wszystko sprowadza się do trafności i stopy zwrotu inwestycji. Biorąc pod uwagę historię polskiego zadłużenia, albo urzędnicy nie umieją inwestować, albo inwestujemy tak wiele, że inwestycje nie mają czasu zaprocentować, bo w tym czasie są brane jeszcze większe pożyczki na jeszcze większe inwestycje.

    Jeśli naiwny Rysio całą swoją pensję "pożycza" okolicznym żulom, jego żona będzie ją konfiskować w dniu wypłaty by dzieci miały co jeść. I raczej nie przekona jej argument, że może któregoś dnia Rysio spotka złotą rybkę, która od niego te pieniądze pożyczy na ogromny procent. Polska to nie bajka, tu się "inwestuje" w stadiony, czasem po dwa w jednym mieście.

torero, 18 sierpnia 2011 o godzinie 21:57:21:

  • @remiq: napisałem przecież wyraźnie, że przykład jest przerysowany. Szło mi o ilustrację tezy, że kredyt dobry jest każdorazowo w przypadku, gdy służy on jako "lewar" dla wyciągnięcia większego zysku z przedsięwzięcia, niż gdybyśmy finansowali to tylko własnymi środkami.

    Inaczej: prowadzisz firmę [...] Załóżmy, że biznes jest skalowalny i że przeciętny sprzedawca, kosztujący Cię np. 5k pln [rozliczenia zusowsko - podatkowe świadomie pomijam], przyniesie najprawdopodobniej w ciągu pół roku kontrakty na statystycznie np. 70k pln [które zrobisz już pracującymi ludźmi, bo masz jeszcze wolne moce przerobowe]. Stworzenie nowego stanowiska pracy to dla Ciebie koszt powiedzmy 10k pln [biurko, komp itp.]. Co robisz? Czekasz, aż uzbierasz 40k z bieżących przychodów, czy drepczesz do banku po limit w rachunku? Jeśli na wyczucie bądź z praktyki wiesz, że szanse na udane zatrudnienie gościa to powiedzmy 95%, możesz obliczyć nawet wartość oczekiwaną czy co tam chcesz; będziesz miał matematykę zamiast przeczuć.

    Oczywiście państwo ogólnie, a państwo polskie szczególnie, z racjonalizacją wydatków radzi sobie tak o - że przez grzeczność nie będę ciągnął wątków Rycha i Zbycha. Oczywiście, że współczesny zachodni socjal ma się tak do zasady subsydiarności, która ponoć jest jednym z filarów UE [rotfl...], jak pięść do oka. Oczywiście, że "macierz Friedmana" [ta o wydawaniu własnej / cudzej kasy na swoje / cudze potrzeby] obowiązuje, zresztą [chyba] mnie znasz. Ale bądźmy precyzyjni, nie ma się to nijak to zasadności generalizacji twierdzenia o tym, że każdy kredyt jest zły.

Kontybal, 18 sierpnia 2011 o godzinie 23:09:46:

  • Istotnie, i tak też zresztą budżety już są dzielone. Jeśli spojrzysz np. na budżet Miasta Szczecin, to zobaczysz, że wydatki są podzielone na budżetowe (czyli bieżące) i majątkowe (czyli inwestycyjne). Niemniej jednak moim zdaniem mimo wszystko lepiej, kiedy i jeden i drugi rodzaj wydatków jest finansowany ze środków własnych, a nie z deficytu. Dług mimo wszystko trzeba potem spłacać, a co jeśli inwestycja nie wypali?


Dodaj komentarz:

Dyskutujesz z ludźmi, a nie maszynami, odnoś się więc do nich z należnym im szacunkiem. Jeżeli chcesz odnieść się do merytorycznej zawartości bloga i komentarzy, podzielić się jakimś swoim spostrzeżeniem czy uwagą- rób to śmiało i się nie krępuj. Jeżeli zaś nudzisz się w domu i zależy Tobie tylko na powkurzaniu innych użytkowników sieci- wracaj do klocków.

SZUKAJ


Kuba Pakulski
Szczecinianin. Fascynat filozofii, historii i nauk społecznych. Piszący dla przyjemności i praktyki. Lewicowiec, skrajny antynacjonalista i umiarkowanie czerwony liberał. Antyklerykał pełen życzliwości dla wierzących, którego serce bije po lewej stronie. Słucha wszystkiego, co da się zamknąć w trójkącie Judas Priest- Enya- Miles Davis.

Kontakt:
e-mail: jakub.pakulski małpka gmail.com
jabber: kuba.pak666 jabber.wp.pl
gg: 9933809


ZOBACZ TAKŻE:

STRONĘ WSPIERAJĄ: