Tak, filozofia jest nam potrzebna! 20 komentarzy

Napisano dnia 29 czerwca 2011, w Filozofia, Ogólne

Wczoraj The Passenger zadał na głównej joggera ważne pytanie – czy filozofia jest potrzebna? Problem absolutnie nie jest mi obcy, powraca regularnie odkąd świadomie zajmuję się filozofią (nie, nie nazywam siebie mianem „filozofa”). Nie chodzi tu tylko o złośliwe pytania z serii „chłopie, po co ci to?”. Co więcej, im dłużej powraca do mnie pytanie o potrzebność filozofii, tym pewniejszy jestem pozytywnej odpowiedzi nań. Poniżej zamieszczam część swojej argumentacji .

* Zmniejsz podatek - oddaj krew [KLIK!]

O co my właściwie pytamy? Filozofia filozofii.
Podstawową zasadą „sztuki filozofowania” jest dokładne rozpoznanie pojęć w ramach których się poruszamy. Co one tak naprawdę oznaczają? Jeżeli przyjrzymy się historii filozofii i filozofowania, to w zasadzie od zawsze filozofia zajmowała się rozpoznawaniem pojęć. Nawet terminologia dzisiejszego językoznawstwa jest żywcem zaczerpnięta z logiki. Filozofia dwudziestowieczna, pohermeneutyczna narzuciła nam założenie intensjonalności sądów. Oznacza to mniej więcej, że prawdziwość sądów zależy od znaczenia pojęć, z których są one skonstruowane. Tak więc każdy sąd o filozofii zależny jest od znaczenia „filozofii”. A jakie jest znaczenie pojęcia „filozofia”? Znak zapytania nie doczeka się uczynienia zadość swojej pretensji. Nie ma wszechobowiązującej definicji filozofii. Można więc powiedzieć, że największą porażką marzeń wielkiej filozofii jest sama filozofia. Skoro nie ma definicji, to spór o sensowność filozofii jest w sporej mierze jałowy. Nie wiemy bowiem o co tak naprawdę się spieramy.

Nie dla nudziarstwa
Posługujemy się jednak różnymi konkretnymi wyobrażeniami filozofii. Sonda uliczna pytająca ludzi o filozofię wyłapałaby zapewne takie skojarzenia: 1) nudziarstwo; 2) gadanie o dziwnych rzeczach; 3) zajmowanie się jakimś Platonem czy innym takim asem. I faktycznie, na taką filozofię nie powinno być miejsca w polskich szkołach i na naszych uczelniach. Nie powinno być tak również miejsca na nudny wykład z historii filozofii, gdyż – jak to celnie uchwycił filozof Ajdukiewicz - „historia filozofii nie nauczyła nas jeszcze nigdy <<jak robić>> ale nauczyła nas dość <<czego nie robić>>”. Przy czym na uchwycenie tego drugiego aspektu, na uchwycenie „tego, czego nie robić”, potrzeba wielu lat ciężkiej pracy, a na to w szkole nie ma czasu. Wiedza z zakresu historii filozofii niczego w głowach polskich uczniów nie poprawi, a nie wystarczy, by zrozumieć współzależność historii filozofii i np. historii literatury. By to osiągnąć potrzeba sporego wysiłku i poświęcenia konkretnego czasu, a dylematów egzystencjalnych to nie rozwiąże.

* Nieśmiertelność - idea w praktyce [KLIK!]

Tak dla filozofowania
Potrzeba prowadzenia dyskusji i uczenia dyskutowania, potrzeba zachęcenia do poddania refleksji podstawowego, codziennego doświadczenia przemawia natomiast za filozofią rozumianą inaczej – jako ciągłe poddawania świata i siebie samego pod refleksję. Polskiej edukacji potrzebny jest ktoś, kto skieruje się do uczniów z słowami „Zobaczcie: żyjecie w państwie – olbrzymiej instytucji, która mimo swojego skomplikowania powstała, trwa i rozwija się. Żyjecie w społeczeństwie, chodzicie w ubraniach, czeszecie włosy, posługujecie się kosmicznie rozbudowanym językiem. Widzicie to, co widzicie i właśnie tak jak widzicie (a czemu nie inaczej?). Znając kilkanaście tysięcy słów jesteście w stanie przekazać nieskończoną kombinację treści. Widzicie, że ludzie ratują innych z miłości albo oddają życie za ojczyznę. Od prawie trzech tysiącleci ludzie pytają o istotę państwa, społeczeństwa, człowieka, kultury, etyki i wartości a my wciąż nie znamy wszystkich odpowiedzi. Czy to nie jest fascynujące?!”. Dla mnie jest. Rzuciłem właśnie okiem po pomieszczeniu, w którym się znajduję. Większość przedmiotów leżących na podłodze przeszło długą, trwającą tysiące lat ewolucję. Ostatecznie znalazły się w moim pokoju. Mogę pójść do domu obok i kogoś zastrzelić. Zapewne wyląduję w więzieniu, a na pewno uruchomię setki procesów, reakcji, emocji, działań, ruszy cała machina złożonych następstw. Jeżeli to nie jest fascynujące i proszące się o poznanie, to co ma być fascynujące?

Zakończę cytatem z Jana Hudzika z „Trzech studiów o metafizyce, pamięci i demokracji”. Język nie jest najprostszy (Hudzik należy do filozofów sprawniejszych w sztuce ukrywania treści za zasłoną „terminologicznej orgii”), ale przekaz jest mi bliski. Oto on: „Wszyscy jesteśmy (także) filozofami, przynajmniej w tym sensie, że na co dzień używamy (także) ze swej genezy filozoficznych wyobrażeniowych konstrukcji, projekcji tożsamościowego bycia sobą nas samych oraz świata – innych osób, zjawisk i instytucji – wokół nas. Filozofia to więc bardzo poważne i niebezpieczne zarazem zajęcie. Jeśli my się nią nie zainteresujemy, to ona zainteresuje się nami i któregoś pięknego poranka zapuka nam do drzwi, może pod postacią funkcjonariusza jakiejś agencji państwowej od spraw poprawności mówienia, myślenia, ubierania się lub orientacji seksualnej”.

* Lubię to! No naprawdę! [KLIK!]

Filozofia wniknęła tak głęboko w naszą kulturę, nasz język i nasze myślenie, że zlekceważenie jej nie jest rozsądne. Przykład? Na początku wpisu pisałem o intensjonalności. „Prawdziwość zdania zależy od znaczenia pojęć użytych w zdaniu” - no przecież to oczywiste! Jasne jest, że zdanie „x jest białe” będzie prawdziwe dla „x – przedmiot biały” a fałszywe dla „x- przedmiot czarny”. Cały witz polega na tym, że ledwie sto pięćdziesiąt lat temu zdanie takie potraktowano by jak herezję. Bóg, Prawda i Piękno są wieczne i uniwersalne, więc nie mogą podlegać takim zasadom! To, że pojęcia „Bóg”, „Prawda” i „Piękno” dziś im podlegają (i dla wszystkich jest jasne, że podlegają) jest jedną z zasług filozofii. A wydawałoby się to tak... oczywiste? Brak zrozumienia jej dorobku pozbawia nas możliwości pełniejszego zrozumienia nas samych. No i naraża na groźbę dokończenia snu w areszcie.

<<Poprzedni>> <<trackback>> <<Następny>>



20 komentarzy do wpisu pt. “Tak, filozofia jest nam potrzebna!”

echo90, 29 czerwca 2011 o godzinie 12:11:27:

  • Człowiek istotą myślącą jest, a to jest podstawą filozofii. Kwestia pojęć, pytań bez odpowiedzi, rozpatrywanie prawdziwości zdań. Czy nawet istoty istnienia, to już ciąg dalszy... :)

Drax, 30 czerwca 2011 o godzinie 15:31:25:

  • Kiedyś myślałem podobnie. A potem zadano mi pytanie. Jeżeli wartość logiczna zdania zależy od znaczenia słów, to jak określić ich znaczenie? Definicja tak naprawdę nie rozwiązuje sprawy, ponieważ wprowadza do dyskursu jeszcze więcej pojęć, które znów trzeba wyjaśniać i definiować. Koniec końców wychodzi na to, że próbując cokolwiek zdefiniować, już wpadamy w błędne koło. Język jest bardzo kiepskim narzędziem dla uprawiania filozofii, a lepszym niestety nie dysponujemy.

    Z tego, a także i z innych jeszcze powodów szczera refleksja nad dowolnym z najbardziej kluczowych dla naszego życia pytań (Kim jestem? Dlaczego jestem? Jaki jest cel? Skąd przyszedłem? Dokąd zmierzam? etc.) może przynieść tylko jedną poprawną odpowiedź: nie wiem.

    Dlatego zamiast dyskutować o słowach lepiej otworzyć oczy i obserwować świat. Obserwacje mają tę przewagę, że nie trzeba ich ubierać w słowa. Pewnego wieczoru odkryłem wielką prawdę. Ułożyłem tysiąc słów, by ją przekazać, jednak już dobierając pierwsze,zgubiłem swoje odkrycie.

godard, 01 lipca 2011 o godzinie 21:23:08:

  • cytat:
    Jeżeli to nie jest fascynujące i proszące się o poznanie, to co ma być fascynujące?

    w opisanym wypadku zdecydowanie najbardziej fascynujące (wymagające) byłoby znalezienie dla uzasadnienia tego morderstwa bardziej fascynującego motywu niż chęć uruchomienia tych wszystkich procesów. tak, jestem świrem. ale to wszystko wina systemu ;/
    @ drax
    zgadzam się, z tym zastrzeżeniem, że ta odpowiedź to: Nic nie wiem.
    [ 'nie wiem' zakłada, że zrozumiałeś pytanie, a i w pytaniu jest jakaś definicja,o którą można się pokłócić - język zakłada, bo i sam jest tak skonstruowany, że nie da się zadać jakiegoś pytania bez jakiegoś założenia a priori). 'nic nie wiem' tego nie zakłada ( bo niczego nie rozumiemy, z pojęciem w pytaniu zawartym włącznie) ]
    Ten ostatni akapit... Paulo Coelho? :D
    a poważnie, to nie deprecjonowałbym znaczenia spekulacji, bo nawet względem języka przedstawia ona sobą wysokie walory, ponieważ i najuboższy aparat pojęciowy, semantyczny o tyle jest cenny chociażby, że daje pojęcie o naszej ułomności i epistemologicznym impasie.skoro nie można dowiedzieć się jak jest, to któż pogardzi repliką na pytanie, jak nie jest? (znaczenia danego języka nie opisują Prawdy - cóż, odhaczyliśmy jeden system i jedne znaczenia, jedziemy z następnymi. ).
    Patrząc na jakiś skrawek rzeczywistości, wszystko wydaje się doskonale proste. To ta 'przewaga' obserwacji. Bezapelacyjna, jak by się zdawało; czy jednak o taką przewagę nam chodzi?
    Im bardziej wgłębić się w meandry filozofii, logiki (szczególnie formalnej), to wspomniany skrawek daje się poznawać jako coś bardziej, i bardziej,i bardziej skomplikowanego. Czy można więc twierdzić, co jest lepsze (tzn. jest bliżej Prawdy) - spekulacja czy obserwacja?
    @Kuba
    Co do początku wpisu - wiem, że czytałeś Zniewolony Umysł, Kuba, a ta książka ( czy raczej książeczka sądząc po jej >podziemnych< rozmiarach, w jakich miałeś przyjemność ją zgłębiać) to jedna z możliwych i całkowicie wiarygodnych odpowiedzi na pytanie, dlaczego filozofia jest potrzebna (XX wiek pokazał, jak filozofia wpływa na życie zwykłych ludzi). To, co działo się z Europą (w szczególności) w pierwszej połowie XX wieku, przesądza sprawę. Filozofia jest potrzebna, całkowicie się zgadzam z tym cytatem z Hudzika.

    a taka sonda uliczna wyglądałaby zapewne podobnie w takim np. XVIII - ludzi ordynarnych zawsze interesowała codzienność i za nic nie chcieliby sobie wytłumaczyć, że właśnie dlatego powinni się filozofią zainteresować, bo też ci ludzie inaczej rozumieją/rozumieli codzienność (problemy z definicjami, heh - nawet rozważanie problemu, czy warto zająć się filozofią, nosi już znamiona filozofowania - trudno o lepszy argument pro. filozofowanie wiąże się z życiem jak czynności fizjologiczne - każde zadane pytanie wymaga a)nawet najprymitywniejszego, ale już zaistniałego przy konstruowaniu odpowiedzi filozofowania ,
    b) przyjęcia czegoś, przy zakładaniu pytania, jak wspomniałem).
    Różnica może byłaby taka, że ludzie, którzy się nie znają na filozofii na tak zadane pytanie dawniej odnosiliby się do niego z pokorą, jak w ogóle do uczoności, a dzisiaj robiliby to z lekceważeniem.Co dziwne, bo jesteśmy po wojnach światowych.

    A co do filozofii - uważam, że w bestiariuszu (tak... Słowo 'bestiariusz' dotyka istoty tego zestawienia) największych filozofów umieścić należy największych artystów.
    Sztuka nie udaje, że wie - filozofowie i ich systemy - owszem. Myślę, że każdy normalnie myślący człowiek dochodzi w swoim życiu do momentu, w którym odczuwa żałosność człowieka, efemeryczność egzystencji i marność: kondycji człowieka i możliwości poznawczych. Dla mnie artyści to ci, którzy to już przyjęli i starają się coś sensownego z tym fantem zrobić. Nie próbują twierdzić nawet, że cokolwiek zrobić się da.
    Filozofowie zaś albo udają, że naszej żałosności nie dostrzegają, albo jej istotnie nie dostrzegają.Czy tak wygląda geniusz?? Wątpię.
    Można oczywiście dyskutować Sartre'a na podstawie jego prac. Ale ja wolę to robić na przykładzie filmów JL Godarda, bo nie ma tam tak niezbędnych każdemu filozofowi (który systematyzuje swoją filozofię, nawet korzystając z punktów wspólnych innych systemów) demagogii, cwaniactwa językowego i tego, tyleż infantylnego, co dziecięcego krzyku: to ja mam rację! Czy pozorna pokora Sokratesa nie była podszyta miłością własną i tym wołaczem właśnie? A od tego się zaczęła (i - jak śmiem się obawiać - niewiele z tego kursu przez wieki zboczyła) filozofia.
    Co więc zamiast tego jest w filmach takiego
    Godarda? Artyści w egoizmie/narcyzmie/potrzebie afiliacji/wszystkim tym razem idą trochę dalej aniżeli robią to filozofowie, bo ograniczani są tym, co Arystoteles nazywa mimesis. Dzieło sztuki to więc jakaś subiektywna obserwacja rzeczy, której jednak interpretacje mogą być zgoła różne ( tutaj Arystoteles już by się raczej nie zgodził.Dziś wydaje się jednak bezsprzeczne, że polifonia odbiorców nie świadczy o ułomności dzieła, a po prostu o szerokiej jego dostępności ^^ ) i artysta nie zamyka drogi odbiorcy. Filozofowie - zamykają tę drogę z trzaskiem, na klucz i wywieszają tabliczkę : że też nikt na to wcześniej nie wpadł... . Wedle tego, nawet najbardziej pesymistyczny filozof będzie dla mnie w tym wielkim-procesie-dążenia-do-Prawdy mniej cenny od artysty.
    Filozofowie wierzą w to, że głoszą Prawdę. Artyści zaś obserwują to, na podstawie czego filozofowie jakoby głoszą prawdę, natomiast to, co my z materiałem obserwowanym zrobimy, zostawiają nam ( to jest dla mnie 'coś sensownego'). Ta pokora mnie odpowiada, pamiętając o naszej żałosności.
    Wniosek z tego dla mnie, że filozofia ubogim krewnym sztuki, nie odwrotnie.
    co myślicie? ( a najlepiej odpowiedzcie mi dziełem sztuki ! :DD )

godard, 01 lipca 2011 o godzinie 22:11:21:

  • sry za bottomposta, ale przyjąłem też coś, o czym powinienem wspomnieć ( zastanawiam się, czy to błąd logiczny i jeżeli jakiś tu jest, to kogo - niżej wymienionych systemów czy mój, pomóżcie ^^ ):

    nawet filozofowie cyniczni czyli raczej ekstrema w filozofii są dla mnie dalej od sensu niż ludzie sztuki, bo próbują z naszej niemocy ( to jest dla mnie sic ... ) utkać jakąś moc, czyt. system filozoficzny.
    Innymi słowy, filozof-cynik w chwili wyrażania swoich wątpliwości wierzy w stopniu nieprzystającym cynikowi w słowo, którymi je wyraża tudzież wierzy w celowość tej ekspresji. Który hydraulik ( filozof) o zdrowych zmysłach próbuje naprawiać kran (czytaj: świat), mrucząc symultanicznie pod nosem : 'wszystkie klucze francuskie ( tj. systemy i narzędzia poznawcze ) są do dupy - nie da się tego naprawić lub uporządkować!' ?
    Rozumiem więc cynika jako mnicha - ascetę, nie rozumiem cynika jako filozofa.

godard, 01 lipca 2011 o godzinie 22:36:19:

  • *tyleż infantylne, co naiwne
    *b) przy zadawaniu pytania, NIE: przy zakładaniu pytania
    * parę dziwnych przecinków

    sry, rzadko zabieram głos w internecie, od klawiatury wolę pióro/długopis.jakoś naturalniej. a tutaj przecinki z nieba ;/.

Drax, 02 lipca 2011 o godzinie 11:53:07:

  • @godard: Spodziewam się, że mnie źle zrozumiałeś. A w każdym razie nie do końca dobrze. Nie była moim celem deprecjacja wartości spekulacji jako takiej. Pisałem o języku i jego oczywistych dla każdego, kto świadomie się nim posługuje, ułomnościach. Obserwacja i spekulacja na jej temat ma sens, jak najbardziej. Problem w tym, że domeną filozofii są najczęściej sprawy, które naszemu językowi umykają: sprawiają, że się on gubi, plącze w definicjach i bardziej przeszkadza, niż pomaga. Zauważyłem to po dosyć długim czasie intensywnego spekulowania na temat własnych obserwacji i obecnie staram się wyzbyć głupiego nawyku automatycznego ubierania wszystkich myśli w słowa.

    Gdy chce się rozmawiać o tych rzeczach, trzeba być bardzo mocno świadomym ułomności języka. Słowo jest narzędziem. Pewien mistrz Zen powiedział mniej więcej tak: słowo jest palcem wskazującym na księżyc. Nigdy nie myl palca z księżycem. Niestety, większość ludzi - mam wrażenie - popełnia ten błąd. Przywiązują się do słów i znaczeń, które sami im nadali. Nie rozumieją, że te znaczenia są *tylko i wyłącznie* wynikiem umowy, konwencji akceptowanej przez wszystkich posługujących się językiem.

    Są takie dziedziny, które - poprzez to, że istnieją tylko dzięki słowu - ułatwiają, jak mi się zdaje, dostrzeżenie tego. Poezja, prawo, językoznawstwo. Dwie pierwsze zwłaszcza zajmują się "rzeźbieniem w słowie". Współczesne prawo przepełnione jest definicjami rozmaitych pojęć. Jeżeli prawo jest rodzajem umowy typu "będziemy postępować tak, a nie będziemy postępować owak", to definicja, będąc elementem aktu prawnego, również staje się taką umową. Przez "przestępstwo" będziemy rozumieć to, a tamto już nie.

    Z kolei poeta musi być świadom konwencjonalnego znaczenia słów, żeby móc świadomie od konwencji odstąpić. Zgadzam się tutaj, że jest to bardzo pożyteczne, bo pozwala czytelnikowi po pierwsze spróbować oderwać się od znaczeń, które sam dotąd słowom nadawał. Poza tym wiele prawd, zwłaszcza filozoficznych inaczej przekazać się po prostu nie da.

    Jeszcze innym problemem jest - również chyba umykająca większości ludzi - różnica między językiem "prywatnym" i językiem "publicznym". Ten ostatni obejmuje znaczenia, które danemu słowu lub konstrukcji słownej nadaje większość użytkowników danego języka. Jednak każdy z nas ten język publiczny wzbogaca o własne odcienie, skojarzenia i wspomnienia nadające słowom dodatkowe znaczenia. Część tych znaczeń "prywatnych" może być wspólna dla kilku, a nawet kilkuset osób, co natychmiast rodzi pytanie, czym jest "większość" użytkowników języka i - tym samym - gdzie leży granica między językiem "prywatnym", a "publicznym". Z tej wątpliwości, blisko już do wniosku, że język "publiczny" w ogóle nie istnieje, a zatem nie ma języka polskiego, a jest tylko język, którym porozumiewam się z rodziną, inny - którym porozumiewam się z przyjaciółmi, inny - którym komunikuję się z kolegami po fachu, jeszcze inny itd. Im ludzie są sobie bliżsi, tym szerszy wytwarzają wspólny język "prywatny" i stąd w dużej mierze pochodzi tak zwane "rozumienie się wpół słowa".

    Natomiast główny zarzut, jaki mogę postawić filozofom to nadmierne przywiązanie do logiki. Logika niewiele różni się od młotka: jest narzędziem o konkretnej konstrukcji i zastosowaniu. Doskonale nadaje się do rozwiązywania stosunkowo prostych problemów opartych na matematyce lub opartej na niej nauce pochodnej (tzw. "nauki ścisłe"). Jednak warunkiem jej poprawnego zastosowania jest posiadanie kompletnej i pełnej informacji o analizowanym zagadnieniu. Co więcej, informacja ta musi być odpowiednio sformalizowana (ubrana w zdefiniowane uprzednio słowa), co rodzi opisane wyżej problemy. Mam wrażenie, że wielu ludzi o skłonnościach filozoficznych przecenia jej wartość i czyni z niej panaceum na wszelkie pytania, a to, że mimo tak doskonałego narzędzia nie potrafią ("chwilowo"!) na te pytania odpowiedzieć jest kwestią ich własnej ułomności, ale na pewno nie ułomności logiki. Pewien mój znajomy mówi na przykład, że to wina języka. Gdy udoskonalimy (uściślimy) nasz język, logika rozwiąże każdy problem. Zdaje się on nie rozumieć, że nieścisłość i wieloznaczność leży w samej naturze języka naturalnego i nigdy nie da się do końca usunąć.

    Coelho'a nie czytałem; jeśli coś zacytowałem lub sparafrazowałem - to nieświadomie. ;)

godard, 02 lipca 2011 o godzinie 12:35:13:

  • Z tym Coelho chodziło o tylko stylistykę. Wypisz-wymaluj :d
    I w razie czego - nie czytaj go. To hochsztapler jest. przereklamowany, zupełnie tak jak język. ^^

    Tak, tak, myślę, że odrobinkę zradykalizowałem Twoje stanowisko, żeby ułatwić (sobie...) dialektykę i retorykę.
    Czesław Miłosz przedostatni ze swoich tomików poetyckich nazwał 'to'. Miał wtedy 89 lat i niemal 70 lat praktyki artystycznej.Ku gorzkiej refleksji na temat marności języka... :(
    Ergo - całkowicie się zgadzamy ^^.

Drax, 02 lipca 2011 o godzinie 13:03:12:

  • > To hochsztapler jest. przereklamowany, zupełnie tak jak język. ^^

    Czy Ty aby właśnie mnie nie obrażasz? :p

godard, 02 lipca 2011 o godzinie 15:30:59:

  • a gdzie tam! :p
    coelho - hochsztapler, bo piękna forma, lecz banalne wnioski /przesłanie, które uwzniośla umiejętnie alegoryczna linia fabularna.

    Ty wziąłeś od niego tylko piękną formę, styl, a wnioski już są niebanalne ^^
    ( i to bez żadnej fabuły ! ) :D

Drax, 02 lipca 2011 o godzinie 15:44:55:

  • Obrażasz mnie, jak nic! Zadajesz mi kłam, bowiem napisałem wyżej, że nic od niego nie wziąłem! :p

    Pomijając to, kłaniam się, a nad fabułą pracuję. :p Niekoniecznie akurat do tego przesłania, ale kto wie? ;)

godard, 02 lipca 2011 o godzinie 16:04:32:

  • achhhh i znów ten język... 'wziąłeś' - dla mnie ten wyraz miał tutaj znaczyć,że nie zerżnąłeś, tylko,że wyraziłeś się podobnie, jak on to ma w zwyczaju.
    dla mnie to było tak oczywiste, że nie zastanawiałem się nad wydźwiękiem wyrazu. a wydźwięk był faktycznie taki. sry ( i weź tu dyskutuj z takimi, którym wystarczy, że sami wiedzą, co mają na myśli... jak ja
    ;( ) . nie da się ;/

Drax, 02 lipca 2011 o godzinie 16:07:12:

  • Wiem przecież, że nie miałeś tego na myśli! Nie martw się. Żartowałem tylko. :)

    Ale w sumie, masz rację: doskonale to podsumowuje naszą rozmowę. ;)

KP, 15 lipca 2011 o godzinie 08:24:12:

  • Nadrabiam zaległości. Możecie mi wybaczyć zwłokę albo mnie zastrzelić (wtedy będą jeszcze jedne zwłoki).

    @echo90 Dodałbym tu jedno zastrzeżenie- celowość, intencję. Można się zastanawiać czy samo przypadkowe analizowanie własnego myślenia jest z marszu czynnością stricte filozoficzną. Analogicznie problem ma się z poezją. Czy samo przypadkowe meteforyzowanie wypowiedzi jest tworzeniem wiersza, utworu poetyckiego? Raczej nie. Potrzebna jest tu intencja, celowe metaforyzowanie.

    @Drax

    >Jeżeli wartość logiczna zdania zależy od znaczenia słów, to jak określić ich znaczenie?

    Tu polecam całą filozofię języka, filozofię analityczną. Koncepcji było mnóstwo. Klasyczna filozofia, filozofia do Hegla włącznie, nie rozróżniała słowa i przedmiotu deskrypcji. "Ołówek" i ołówek znaczyło to samo. Ostatecznie, jeżeli prawda (a raczej Prawda) jest wieczna i niezmienna, to nie istnieje problem znaczenia słów. Niezależnie od naszych zabaw znaczeniem Prawda, Piękno, Dobro i Bóg nie ulegną zmianie. Słowo miało nadążać za bytem. Bawiąc się językiem można powiedzieć, że znaczenie było bez znaczenia - nie wpływa na wieczną i niezmienną istotę.

    Dziś oczywiście punkt widzenia jest inny. Przejście "od do" klasycznie (i ciężkawo) opisuje cytowany Hudzik w "Trzech esejach o pamięci, demokracji i czymśtam jeszcze", a świetnie i z kapitalnym (jak na filozofa) polotem Tadeusz Bartoś w "Końcu Prawdy absolutnej". Przykładowym rozwiązaniem proponowanym przez filozofię analityczną był skrajny konwencjonalizm w wykonaniu profesora Ajdukiewicza - żeby pisanie tego komentarza miało sens, musimy przyjąć (ja i Ty), że posługujemy się zbieżnymi słownikami pojęć, akceptujemy reguły gramatyczne, składniowe itp. Innymi słowy - umawiamy się co do znaczenia słów i sposobu ich komunikacji.

    A czysto analitycznych metod określania znaczenia jest sporo. Od samej analizy pochodzenia słowa, poprzez skupienie się na jego ewolucji historycznej, na analizie doświadczenia (kiedy tego słowa używamy) i intuicji (co mi się z tym słowem kojarzy?) kończąc. Więcej dowiesz się od dobrego filologa, nie od kiepskiego blogera ]:->

    >Język jest bardzo kiepskim narzędziem dla uprawiania filozofii, a lepszym niestety nie dysponujemy

    Tu niemal przekleję fragment swojej pracy olimpijskiej. Język należy do rzeczywistości intelektulnej, tak jak umysł jest oddzielony od rzeczywistości przyrodniczej. Słowo istnieje inaczej niż ołówek czy kubek kawy. Dlatego też nigdy nie jest w stu procentach adekwatne do rzeczywistości, nigdy do niej w pełni nie pasuje. Zawsze jest czymś zewnętrznym, etykietą. Poezję można przyrównać do próby wbicia się słowem w rzeczywistość, przekroczenia nieprzekraczalnej (póki co) granicy pomiędzy myślą a materią. Dlatego język nigdy nie będzie narzędziem doskonałym a charakterystyczne dla niemieckiej szkoły filozofowania poświęcanie kilkudziesięciu procent objętości rozpraw filozoficznych na wstępne wytłumaczenie pojęć jest tego dobrym przykładem.

    >Pewnego wieczoru odkryłem wielką prawdę. Ułożyłem tysiąc słów, by ją przekazać, jednak już dobierając pierwsze,zgubiłem swoje odkrycie.

    Moje pierwsze wrażenie po przeczytaniu tego zdania było następujące: O kurcze, Drax czyta Coehlo! :-)

    @godard

    >bardziej fascynującego motywu

    chłopie, zasób motywów morderstwa jest niemal nieskończony. Od nędznego zabicia dla pieniędzy, jedzenia, samicy, władzy, poprzez... właśnie wpadłem na ciekawy zarys fabuły z fantastyki! Miniaturowe części składowe śmiercionośnej broni zostały wszczepione kilkudziesięciu tysiącom ludzi, razem tworzą zabójczy system. Jedyną metodą dezaktywowania ich jest zabicie ich nosicieli. Próba usunięcia elementów doprowadzi do aktywacji systemu. Wiedza o istnieniu tej broni jest dana tylko grupce niepaństowych bojowników o [wolność/naród/ciasteczka]. Okrutne, lecz całkiej fascynujące.

    >To, co działo się z Europą (w szczególności) w pierwszej połowie XX wieku, przesądza sprawę.

    Nawet nie tylko to. Nie trzeba sięgać po tak doniosłą (i donośną zarazem) argumentację. Rozsądnie uprawiana i połączona z innymi specjalizacjami filozofia jest bardzo pomocnym narzędziem i wiele wyjaśniającym tłem.

    >Sztuka nie udaje, że wie

    No tu można się spierać. Wśród artystów można odnaleźć głąbów równie nadętych co klasycy filozofii. Ale to pewnie problem przyjętego zakresu znaczenia pojęcia "sztuki"... :) Reszta Twojej koncepcji artysty jest intelektualnie nieuczciwym uproszczeniem, nazbyt ją ideologizujesz. Artyzm to nie tylko uznanie własnej ułomności, to często tworzenie w przekonaniu, że dla człowieka nie ma granic.

    >Można oczywiście dyskutować Sartre'a na podstawie jego prac. Ale ja wolę to robić na przykładzie filmów JL Godarda

    To akurat można zredukować do sporu o język. Gdyby język prac Sartre'a był równie sugestywny co język filmu, gdyby słowo pisane miało podobną moc do obrazu, sięgałbyś chętniej po książkę. Niestety - Sartre mistrzem prostoty nie był i chyba gmatwał celowo. Bazowanie na interpretacji filmowej oznacza, że w pewnym sensie intelektualnie kapitulujesz. Przyjmujesz zestaw ukrytych założeń podany Tobie przez reżysera. To może być oczywiście ożywcze i ciekawe, pozostaje jednak częściową ucieczką od wysiłku intelektualnego. Zbyt wiele rzeczy otrzymujesz na tacy :)

    >A od tego się zaczęła

    Tu w kwestii czysto historycznej - nie masz racji. Sokrates nie był ani pierwszym, ani najważniejszym filozofem starożytnym. I po nim, i przed nim bywali wybitniejsi. Został uznany za ojca jednej ze szkół myślenia, która w ostateczności zatryumfowała na wiele stuleci, stąd legenda Sokratesa ;)

    >Filozofowie wierzą w to, że głoszą Prawdę.

    Kolejne uogólnienie, które po prostu niesie z sobą fałsz. Wystarczy podać jeden przykład filozofa, który nie wierzy, że głosi Prawdę, a Twa teza okaże się fałszywa. A pokolenia sceptyków od stuleci są liczne :)

    >Wniosek z tego dla mnie, że filozofia ubogim krewnym sztuki, nie odwrotnie.

    Krewnym - jest. Czy ubogim? Nie będę tego oceniał. Nie da się jednak ukryć, że zarówno sztuka po filozofię jak i filozofia po sztukę sięgają niezmiernie często. Obie starają się wyrazić niewyrażalne i obie dostarczają uzupełniających się narzędzi ułatwiających wykonanie tego zadania.

    > system filozoficzny.

    Cynicy tworzyli systemy filozoficzne? Dalej - w Twojej refleksji ukryte jest błędne założenie, że filozof ma za zadanie naprawiać świat. Otóż - niekoniecznie. Cynik nie naprawia świata, on negatywnie ocenia możliwości poznawcze.

    >sry, rzadko zabieram głos w internecie, od klawiatury wolę pióro/długopis.jakoś naturalniej

    Ja również wolę pióro, ale mój blog kompletnie przestałby być odwiedzany gdybym wstawiał tutaj skany swoich rękopisów, hi hi. A, przecinki to, rzecz trudna, całkiem zawłaszcza na, komputerze.

    @Drax bis

    >Pisałem o języku i jego oczywistych dla każdego, kto świadomie się nim posługuje, ułomnościach.

    Jeden argument za tym, bazujący na wspólnym chyba wszystkim doświadczeniu - "No wiesz, to jest takie uczucie, że...", ew "Co to jest x? No wiesz, to taki przedmiot, ma dwie śrubki... nie, to nie jest otwieracz, przy tych śrubkach ma kuleczki...". Ilekroć nie wiemy jak coś nazwać - doświadczamy ułomności języka.

    >Logika niewiele różni się od młotka: jest narzędziem o konkretnej konstrukcji i zastosowaniu.

    To bardzo złożony problem. Nasza wiara w wiarygodność nauki oparta jest na weryfikacji jej twierdzeń w oparciu o prawa i metody logiki, gdy tymczasem wiarygodność logiki bazuje również na naszej wierze w nią. Pytanie brzmi, czy logika jest uzasadniona sama przez się tylko dlatego, że jest logiką?

Drax, 15 lipca 2011 o godzinie 18:56:31:

  • Kuba: Reguły gramatyczne, składniowe etc. są tylko pewnym usprawnieniem, które pozwala wyrazić więcej w krótszym tekście. Niekiedy decydują o znaczeniu wypowiedzi, ale kluczowe znaczenie przypada mimo wszystko poszczególnym wyrazom. Często ich znaczenie jest mętne i nieokreślone. Jak na złość, właśnie te słowa filozofia najbardziej sobie upodobała. Można je definiować, ale definicja sama składa się również ze słów, często równie nieostrych i nieprecyzyjnych. Dostrzegasz błędne koło?

    Zilustruję to przykładem. Weźmy np. takie, bardzo proste zdawałoby się pytanie: "Czym (ja) jestem?" To przy okazji przykład tego, jak reguły gramatyczne pozwalają nam skrócić wypowiedź o zbędne "ja". A właśnie to "ja" jest tu bardzo ważne. To słowo (podobnie jak pozostałe zaimki - w tym również "czym") nie ma żadnego samoistnego znaczenia. Nie istnieje żaden jego desygnat (albo - z innej perspektywy patrząc - istnieje nieskończenie wiele jego potencjalnych desygnatów). Inaczej jest z rzeczownikami, czasownikami i większością pozostałych części mowy. Czym jest "ja" - to pewien problem wstępny, który przy okazji okazuje się tożsamy z całym omawianym problemem. Rozwiązać go - to odpowiedzieć na pytanie.

    A w pytaniu tym, aż dwa z trzech słów nie mają żadnego samodzielnego znaczenia. Jedno z nich pełni funkcję pytajnika, a drugie - jak to oczywiście intuicyjnie wszyscy pojmujemy - wskazuje na przedmiot tegoż pytania. Samodzielne znaczenie ma tylko słowo ostatnie - "być". Niestety, znaczenie jego jest pewnym językowym aksjomatem. Nie sposób go zdefiniować. Intuicyjnie rozumiemy, o co chodzi, ale czy rzeczywiście? W jednym z ostatnich rozdziałów doskonałej powieści G. Martina, "A Game of Thrones" mamy do czynienia z sytuacją, w której właśnie zachodzi nieporozumienie, co do znaczenia bardzo podobnego słowa, mianowicie "żyć". Konkretnie chodzi o to, czy człowiek w stanie wegetatywnym rzeczywiście żyje. Dla jednej ze stron wykonuje podstawowe funkcje fizjologiczne - więc żyje; dla drugiej - nie ma własnej woli ani osobowości, więc nie żyje. Podobne spory można by mnożyć.

    Okazuje się więc, że w prostym, z trzech wyrazów złożonym pytaniu, dwa nie mają znaczenia, a znaczenie trzeciego jest tak mętne, że nie potrafimy go nawet wyjaśnić. Jak można w ogóle próbować odpowiedzieć na takie pytanie? Oczywiście, każdy z nas dysponuje pewną intuicją językową, która pozwala mimo wszystko jakoś się z problemem mierzyć. Ale już dyskusja na jego temat łatwo może utknąć w definicyjnym bagnie.

    Próbując na to pytanie odpowiedzieć, zapewne zaczniesz od jakiegoś genus proximum, na przykład powiesz mi, że jesteś człowiekiem. Natychmiast usłyszysz pytanie: "A cóż to jest człowiek?". A ono już nie jest takie proste, jak dowodzi choćby powyższy przykład sporu o znaczenie "życia". Jeśli spróbujesz podać mi jakąkolwiek definicję człowieka - zapewniam Cię, że znajdzie się w niej mnóstwo słów, których znaczenie także trzeba będzie doprecyzować. Stąd postępowanie niemieckich filozofów, o których wspomniałeś, wydaje się bardzo rozsądne. Jednak uporczywym wypytywaniem o każde słowo w końcu wykażę Ci, że nie potrafisz wszystkiego do końca zdefiniować. Prędzej czy później dotrzesz do aksjomatów i pozostanie tylko walić głową w ten mur.

    Wniosek z tego będzie bardzo prosty: sam nie wiesz dokładnie, o czym mówisz. A przynajmniej nie jesteś w stanie tego przekazać. Dlatego dyskusja na tego typu tematy mija się z celem. Odpowiedzi na pytania filozoficzne nie da się dokładnie przekazać. O ile w ogóle takie odpowiedzi istnieją, każdy musi do nich dotrzeć samodzielnie. Zdarzają się ludzie - nazywani niekiedy artystami - którzy posiadają rzadki dar przekazywania tych prawd za pomocą swoich dzieł. Niektóre z tych dzieł składają się nawet ze słów, ale żadne z nich nie jest filozoficznym traktatem z toną definicji we wstępie trzy razy dłuższym niż cała reszta pracy. Wręcz przeciwnie - by je zrozumieć trzeba raczej odrzucić logikę, a do konwencjonalnego znaczenia słów - podejść bardzo swobodnie.

    EDIT:

    > Nasza wiara w wiarygodność nauki oparta jest na weryfikacji jej twierdzeń w oparciu o prawa i metody logiki, gdy tymczasem wiarygodność logiki bazuje również na naszej wierze w nią. Pytanie brzmi, czy logika jest uzasadniona sama przez się tylko dlatego, że jest logiką?

    Zdaje mi się, że stwierdzenie "Logika uzasadnia, ponieważ jest logiczna" z punktu widzenia samej logiki jest podstawowym błędem w rozumowaniu. Oczywiście wierzymy w logikę, ponieważ w większości przypadków przynosi nam to praktyczne korzyści. To niestety nie jest dowodem jej niezawodności w ogóle. I dlatego napisałem, że logika ma określoną konstrukcję i zastosowanie - nie do wszystkiego się nadaje. To samo dotyczy języka.

godard, 15 lipca 2011 o godzinie 23:43:56:

  • @Kuba
    >>>Kolejne uogólnienie, które po prostu niesie z sobą fałsz. Wystarczy podać jeden przykład filozofa, który nie wierzy, że głosi Prawdę, a Twa teza okaże się fałszywa. A pokolenia sceptyków od stuleci są liczne :)

    No więc, Kubo, dla mnie 'antyprawda' sceptyków też jest stanowiskiem. głoszenie antyprawdy podszyte jest wiarą w celowość głoszenia ( powiedz, że nie!). Takie założenie nie wypada sceptykom. napisałem to zresztą.
    tylko tyle i aż tyle.

    Filozofowie naprawiają świat. Inaczej - w jakim celu by publikowali?

    (casus Sokratesa - nawet gdyby nie Platon, to publikowaniem tutaj nazywam chodzenie po polis i jego słynne rozmowy-deprawacje-młodzieży)
    Dyskusja o tych innych, w ogóle nie znanych, którzy nie publikowali/nie byli publikowani jest więc - z oczywistych względów - niemożliwa.

    Co do języka filmu i tego Sartre'owego...

    >>>Bazowanie na interpretacji filmowej oznacza, że w pewnym sensie intelektualnie kapitulujesz. Przyjmujesz zestaw ukrytych założeń podany Tobie przez reżysera. To może być oczywiście ożywcze i ciekawe, pozostaje jednak częściową ucieczką od wysiłku intelektualnego. Zbyt wiele rzeczy otrzymujesz na tacy :)

    Częściowa ucieczka od wysiłku intelektualnego... t a c a !!!
    to pojechałeś. Rozumiem, że tę ucieczkę wykonuje się również czytając Sartre'a.
    A jeżeli nie, to dlaczego taca Sartre'a bardziej atrakcyjna intelektualnie od filmowej, Godardowskiej?

    U Sartre'ów jest słownik, są definicje, jest jego tekst, który z nich czerpie.W tekstach filozofów ta ich wielka Myśl jest tak wzniosła, że nie ma czasu ni miejsca na domysły,niedopowiedzenia, wyłuszczając ją. Interpretacja jest jedna. dla mnie - to wada. Czy to nie jest podanie na tacy właśnie, wreszcie - czy to nie jest częściową ucieczką intelektualną?

    Godard posługuje się kamerą, Sartre językiem pisanym
    (dalej już będzie ciekawiej, przepraszam za banał, po prostu głośno ( a raczej 'widocznie') myślę :D). Kamera prócz tego, że selekcjonuje(kreuje) rzeczywistość (scenariusz) również ją REJESTRUJE, pióro natomiast ją kreuje, systematyzuje, ocenia, porządkuje, ale nie rejestruje. Dlaczego nie rejestruje ? Trudno o (trudno? nie istnieje!) obiektywny umysł, zdecydowanie łatwiej zaś o obiektywny mechanizm, sprzęt.ludzka ręka go wykonała? nawet jeżeli przyczepić się do tego, to przy samym akcie rejestracji ludzka ręka/umysł inżyniera są tam obecne jedynie pośrednio, sam akt jest konstytuowany przez mechanizm. w literaturze, piśmiennictwie mamy akt tworzenia. realizm w literaturze to jakiś kiepski żart w stosunku do tego filmowego.
    to, że mamy do czynienia z rejestracją, pozwala odnieść się do rzeczywistości pokorniej, bliżej - jeżeli jakiś istnieje - jej obiektywizmu.Dzieło filmowe, tkanka filmowa jest naturalnie bliżej życia niż literacka. Bliżej, bo rzeczywistość taka, jaką ją widzimy, nie składa się ze słów, ale z obrazów.proste.
    Można nakładać filtry na obiektyw, okej, ale w tym samym obrazie zawsze tkwić będzie nieprzebrana ilość znaczeń, skojarzeń, emocji,namiętności, multiplikowanych i skondensowanych do objętości jednego kadru, jednej klatki.

    Język filmu jeszcze długo nie będzie posiadał ustalonego i obowiązującego słownika, a już na pewno nie ma jednego klucza, na którym się bazuje. Można mówić o interpretacjach, ale nigdy o interpretacji filmowej.

    Język pisany zaś nawet jeżeli takiego słownika nie ma (co już jest wątpliwe, bo definicje w różnych słownikach mają tendencję do mniejszej/większej wzajemnej zgodności), to posiada znaczenia przyjęte szerzej, używane przez różnych ludzi w podobnych sytuacjach.

    A w filmie? Interpretacja filmowa? JEDNA?! Są różne estetyki, ale zapewniam Cię, że reżyser, pisząc scenariusz tworzy swój świat i ma gdzieś podręczniki. Kluczy jest tysiąc, każdy tekst krytyczny to ich mieszanina. Przecież środowisko jest tak niemal podzielone jak krytycznoliterackie. Mnóstwo autorów dokonuje ponadto gry intertekstualnej z filmami innych, co też sprawę komplikuje, bo samo nawiązanie jest może symbolem? alboż nie narzędziem estetycznym? A może nawiązuje do tego, tylko by pokazać, że się z nim nie zgadza ? itd.
    Ponadto, ( to jest główna przewaga) często reżyserzy łączą treści o charakterze intelektualnym z treściami ( impresjami?) czysto sensualnymi, estetycznymi ( taki Bertolucci np.). To komplikuje sprawę, która u Sartre'a jest całkiem prosta. ( czy jego tekst kombinuje wartości estetyczne z intelektualnymi? nie).
    Film nie jest przez to >bogatszy< od tekstu?

    Obraz jest sugestywniejszy? oczywiście. Trudno też przeczyć, że ludzkość dotarła do wysokiego poziomu w piśmiennictwie, może wyższego niż w filmie, ale czy to nie jest wynik tego wyłącznie, że praktyka trwa już od paru tysięcy lat? Kino,kamera są medium relatywnie nowym, ale niektórzy (np.francuska Nouvelle Vague) pokazują, jak wielkie tkwią w nim możliwości. nawet amerykańskie blockbustery to pokazują, tyle że one robią to przypadkowo i mimochodem. (efekty specjalne) Poza wszystkim, istnieje też coś takiego jak video-arty, kino autorskie itp. poezja wizualna. lepsza wersja poezji pisanej.

    To, że obraz sugestywniejszy wiąże się z tym rejestrowaniem, którego nie ma pismo. Tyle że dlaczego jest to dla Ciebie wada? Myślenie abstrakcyjne włącza się i tu, i tu. Pójściem na skróty jest nieuwzględnianie filmów drwiących z sugestywności języka filmu, nie jest nim natomiast mówienie, że film jest bardziej nośnym tworzywem niż pismo. Cóż bardziej metaforycznego, pełnego niedopowiedzeń i ukrytych aluzji, skłaniającego do refleksji, a zarazem obfitującego w wielkie i prawdy jak ''Osiem i pół' czy 'Pies andaluzyjski'? A 'Tramwaj zwany pożądaniem' Kazana? Cóż bardziej nieoczywistego niż narracja w 'Białych nocach'? Dostojewski mógłby, zaiste, pozazdrościć Viscontiemu możliwości warsztatowych.
    Po prostu złe filmy jak do tej pory widziałeś :D

    Być może to, co piszesz, wynika z przyzwyczajeń do kina stylu zerowego, kina jako starego, przewidywalnego o tyle, o ile będzie/nie będzie zaskakiwał (w zależności od gatunku) przyjaciela, który pozwoli się rozprężyć i wyluzować ( pif pif bam bam, zwierzątka o mocach nadnaturalnych, ludzie o mocach zwierząt, aberracje miłosne zwierząt, zwierzątka gadające po angielsku, zwierzątka jak ludzie, bruce willis itd, co wiele osób - dziwne - luzuje).To dzisiaj pokutuje. Ale wierzcie mi, że prawdziwe kino to te tzw. kino artystyczne, lekceważenie kinematografii przez wzgląd na jej komercyjną odnogę jest sporym nadużyciem, jakkolwiek Ty, Kuba, zapewne się tego nie dopuszczasz.
    Visconti,de Sica, Passolini, Fellini, Leone, (Teoremat!!!), Antonioni, Kurosawa, Resnais, Bunuel, Salwador Dali ( też robił filmy. i to jakie!),Bergman, Trier, nasi Kieślowski i Has, Lynch, Ki-duk Kim. to jest prawdziwe kino.


    a co do waszej dyskusji... Postaram się przekonać moją nauczycielkę matematyki, że jest rodzajem katechetki. Od dłuższego czasu chodziło mi to po głowie (twierdzenie Goedla), ale tak jej nie lubię, że chyba jej to powiem. Dochodzi też coś takiego - skoro istnieje tolerancja religijna itp. , i są uwzględniane karteczki > moje dziecko nie będzie chodziło na religię <, to czy można zrobić coś takiego z matematyką?ostatecznie też w nią ( tzn w logikę, więc pośrednio w matmę ) nie wierzę.

    wyobraźcie sobie to... sprawdzian z matematyki... pod nazwiskiem piszę w nawiasie

    NIE WIERZĘ W MATEMATYKĘ.

    wolę układać klocki, satysfakcja ta sama, bo tak tu, tak przy klockach nie wiem, czy jestem blisko Prawdy.

    swoją drogą, Goedel też zaczął od definicji - jego twierdzenie opiera się na 54 (albo 53) definicjach pomocniczych.

Drax, 15 lipca 2011 o godzinie 23:54:03:

  • Godard, nawet jeśli nie wierzysz w matematykę, musisz ją znać. Nie sposób funkcjonować bez niej w dzisiejszym społeczeństwie, a do tego przecież szkoła ma Cię przygotować. I nie porównuj swojej matematyczki do katechetki. Ona przekazuje Ci umiejętności. Nawet jeśli są one podszyte pewną ideologią, to na lekcjach matematyki ideologia ta ma marginalne znaczenie. Jej lekcje są po to, żebyś umiał liczyć, nie po to, żebyś filozofował na temat matematyki. ;) Co innego religia.

godard, 16 lipca 2011 o godzinie 00:10:16:

  • EDIT:
    @kuba
    istnieje wielu artystów, którzy są przekonani, że w zakresie artystycznego wyrazu, ekspresji nie ma granic.
    nie istnieje żaden artysta , który twierdzi, że nie ma granic.
    wtedy bowiem cienka granica między artyzmem a szaleństwem jest przekroczona.

    Granice - potrzeby fizjologiczne, by nie szukać długo i daleko.niezwykle urągające naszej hybris. bardzo wąskie granice. gdzie jest tutaj nieuczciwość, Kuba?

godard, 16 lipca 2011 o godzinie 00:17:29:

  • @Drax
    >>na lekcjach matematyki ideologia ta ma marginalne znaczenie.

    fundamentalnie się nie zgadzam. marginalne jest ( i zapewne o to chodzi)to, czy logika mi odpowiada. sama ideologia, czyli logika ( nie wiem, czy dobrze odszyfrowuję), jest ważką podstawą każdej sekundy lekcji matematyki.

    Ale co do podejścia praktycznego i roli szkoły, zgodzę się z tym zastrzeżeniem, że samą logikę, nie matematykę muszę znać.

Drax, 16 lipca 2011 o godzinie 00:36:20:

  • Godard, masz rację, źle się wyraziłem. Nie logika jako ideologia jest marginalna. Marginalne znaczenie ma to, czy w nią wierzysz, czy nie. Tak długo bowiem, jak długo umawiamy się, że złotówka i złotówka dają 2 złote, a za tę sumę można nabyć bochenek chleba, dajmy na to, nie ma tu nic wierzenia. Jest to fakt. Tak długo, jak umawiamy się, że 10 razy po 100 m to kilometr, Twoja droga do szkoły będzie mieć ni mniej ni więcej tylko, dajmy na to, te 7 km. To również jest fakt. W tych i wielu innych wypadkach skutek uzasadnia metodę. To, czy Ty pozostaniesz świadom, że może zdarzyć się sytuacja, w której logika Cię zawiedzie, czy nie - to jest z punktu widzenia szkoły rzecz marginalna.

Paul Warszawski, 16 lipca 2011 o godzinie 12:08:00:

  • Panie Kuba666 może byś pomyślał też,że oprócz materialnej rzeczywistosci do której jesteś tak przywiązany jest też inna - polecam do przemyślenia:
    http://www.youtube.com/watch?v=qbg_dhI4XCs

    Z pozdrowieniami

    Łowca antyklerykałow i chrystianofobów
    z Warszawy - Paul Warszawski


Dodaj komentarz:

Dyskutujesz z ludźmi, a nie maszynami, odnoś się więc do nich z należnym im szacunkiem. Jeżeli chcesz odnieść się do merytorycznej zawartości bloga i komentarzy, podzielić się jakimś swoim spostrzeżeniem czy uwagą- rób to śmiało i się nie krępuj. Jeżeli zaś nudzisz się w domu i zależy Tobie tylko na powkurzaniu innych użytkowników sieci- wracaj do klocków.

SZUKAJ


Kuba Pakulski
Szczecinianin. Fascynat filozofii, historii i nauk społecznych. Piszący dla przyjemności i praktyki. Lewicowiec, skrajny antynacjonalista i umiarkowanie czerwony liberał. Antyklerykał pełen życzliwości dla wierzących, którego serce bije po lewej stronie. Słucha wszystkiego, co da się zamknąć w trójkącie Judas Priest- Enya- Miles Davis.

Kontakt:
e-mail: jakub.pakulski małpka gmail.com
jabber: kuba.pak666 jabber.wp.pl
gg: 9933809


ZOBACZ TAKŻE:

STRONĘ WSPIERAJĄ: