Odnaleźć ethos
Uważam, że język stanowi świetną drogę do bogatego poznania kultury, w ramach której się go używa. Można go wykorzystać na wiele różnych sposobów, ale efekt jest z grubsza ten sam: ujawnienie wielości znaczeń. Przykład? Niemieckie „przepraszać”, „entschuldigen”, składa się z negatywnego przedrostka „ent-” (odpowiednik „de-”, jak w „demobilizacji”), przymiotnika „schuldig” i końcówki czasownika. „Schuldig” (od „die Schuld”— wina, dług) oznacza „winny”, zarówno w sensie finansowym jak i odpowiedzialności za czyny. Przepraszając kogoś zdejmujemy więc z siebie, chociaż częściowo, winę za czyn i dług, jaki nim ”zaciągnęliśmy”. Zresztą, polskie „przepraszam” też jest dość ciekawe. „Prosić” kogoś o wybaczenie tak długo, aż się go „przeprosi”.
Ujawnienie bogactwa znaczeń oznacza odkrycie nowych punktów widzenia, a co za tym idzie, niechybne dojście do wniosku, że rzeczy nie zawsze są takie, jakie wydają się być. Wyobraźmy sobie małego chłopca codziennie przechodzącego obok fabryki. Wie, jak nazwać ten przedmiot. Co będzie dla niego oznaczał termin „fabryka”? Jakiś budynek, może z wysokimi kominami. I niewiele więcej, cóż on bowiem może wiedzieć o zakładach produkcyjnych? Wprowadźmy go do środka. Niech ujrzy linie technologiczne, montaż, pracujących ludzi. Pod wpływem tego doświadczenia na pewno rozszerzy swoje rozumienie słowa „fabryka”. Rzecz okazała się dużo bardziej złożona i inna w swej istocie, niż wydawało się to na wstępie.
Podobne doświadczenie dość niedawno odcisnęło się w mojej świadomości. Chodzi o greckie słowo „ethos”. Spolszczony „etos” najczęściej określany jest jako model zachowania, charakter (zgodnie z greckim źródłosłowem), pozytywne nastawienie do określonych wartości. Tydzień temu poznałem kolejne znaczenie, przekazane przez prof. Józefa Tischnera: „Ethos oznacza między innymi miejsce, na którym jakaś żywa istota zadomowiła się, które sobie oswoiła, naturalne dla niej miejsce pobytu, gdzie czuje się bezpiecznie i nie potrzebuje maskować siebie”. Ta różnorodność znaczenia nie stanowiła dla Greków problemu. Naturalną dla nich rzeczą była potrzeba budowania autonomicznego charakteru. Człowiek powinien się z sobą oswoić (słynne „Poznaj samego siebie”, Gnóthi seautón z wyroczni delfickiej) i umieć być etycznie i emocjonalnie stabilny i samowystarczalny. Nic nie musi przed sobą kryć, skoro dobrze siebie zna. Uznałby to zresztą za coś niegodnego, niskiego i pozbawionego sensu. Przed sobą samym nie da się przecież uciec. Gdziekolwiek się udasz, musisz zabrać siebie z sobą.
Węższe rozumienie ethosu zrealizowałem już dawno. Czuję się silnie niezależny emocjonalnie i silny niezależnością emocjonalną, i uważam to za sporą wartość. W przeciągu ostatnich trzech lat przypomina mi się jedna, może dwie głębsze zapaści, krótkie zresztą i bardzo oczyszczające. Lista osób, które mogłyby wprowadzić mnie w stan głębszego smutku, zawiera jakieś dwa-trzy nazwiska ludzi o czterdzieści lat ode mnie starszych, których cenię za ich obiektywizm. Gdyby mi nieźle przypiekli, to nie chodziłoby o sam fakt obrazy, lecz o podejrzenie, że coś naprawdę może być na rzeczy. Bez powodu by przecież nie gadali. A reszta? Jak musi, niech gada. Chrzanić to.
Szerzej rozumianego ethosu zbudować mi się nie udało. Nie, nie czuję się obcy, nic z tych rzeczy. Od 18 lat mieszkam w tym samym mieście, od 6 lat jestem w tej samej szkole. Znam tu kilkuset ludzi i mam swoją markę. Drogę z szkoły do domu schodziłem z kilkaset razy, znam na pamięć każdy centymetr tej ośmiokilometrowej krzywej. A jednak brak czegoś, co pozwoliłoby mi powiedzieć „jestem u siebie”. Po dłuższej nieobecności (tj. w moim wypadku powyżej dwóch dni) w mieście czuję pewną nostalgię wkraczając doń, ale to raczej tęsknota do rzeczy, do których wracam. Gdyby odjąć mi obowiązek szkolny i rodzinny, mógłbym je w każdej chwili spakować i pojechać... gdziekolwiek, pożegnawszy się uprzednio z dwoma czy trzema ledwie osobami. Pozostałych kilkuset i tak nie zauważyłoby faktu mojego wyjazdu. Ja zresztą ich wyjazdu też bym nie zauważył.
Tak, wyjazdy. Własne kojarzą się głównie z kłopotami i marnotrawstwem czasu. Cudze wyjazdy są czymś tak oczywistym, że niemal niewartym uwagi. Pożegnałem cztery roczniki znajomych i przyjaciół, którzy porozjeżdżali się na studia w każdym możliwym kierunku. Teoretycznie mógłbym poprosić o nocleg w każdym większym mieście Polski i kilku dużych miastach Europy. Bywało różnie. Raz wyszukiwanie wolnej godziny, byle się tylko zobaczyć podczas krótkiego pobytu w danej mieścinie, innym razem rzewne pożegnania, obietnice utrzymywania ciągłych kontaktów, a w efekcie dwie odpowiedzi na dziesiątki telefonów i sms-ów w ciągu dwóch lat.
Stosuję bardzo proste tłumaczenie takich kolei losu. Jeżeli już na kogoś trafiłem, oznacza to dla mnie, że on ma jakieś określone zadanie do wykonania w moim życiu, ja zaś mam wykonać jakieś zadanie w jego życiu. To naiwna wiara w przyciąganiu pomiędzy tym, co wybrakowane, a tym, co braki może uzupełnić. Jeżeli kontakt zostaje zerwany i nie daje się nawiązać ponownie— odpuszczam. Najwidoczniej wykonaliśmy swoje zadania, albo w ogóle nie mamy żadnych zadań wobec siebie. Co zrobić ze świadomością, że ktoś wyjedzie? Coś dobrego. Jeszcze bardziej skupić się na obdarowywaniu go radością każdego dnia i przy każdej okazji. Jeżeli ktoś ciągnie w inną stronę, trudno to odwrócić. Mniej lub bardziej świadomie spodziewa się on zaspokojenia tam swoich potrzeb. W tej sytuacji pragnienie zatrzymania go przy sobie jest zrozumiałe, lecz głęboko egoistyczne. I niebezpieczne dla ethosu— dowodzi głębokiego uzależnienia emocjonalnego, a to burzy niezależność.
Mnie też ciągnie. Ciągnie do miejsca, gdzie ludzie są ciekawi siebie nawzajem, gdzie nie jest to płytkie zainteresowanie. Gdzie ocenia się rozmówcę w oparciu o to, co ma do powiedzenia, a nie za udawanie człowieka, którym nie jest i nawet pewnie nie chce być. Żyjemy w kulturze, w której każdy chce być indywidualny, nikt nie chce być zaliczony do szarej masy przygłupów. Szkoda tylko, że efektem jest tandetna orgia konformizmu, który potrafi być nawet bardzo sympatyczny i miły w dotyku, ale pozostaje płytki jak spodek spod szklanki. Chyba wyjadę bez większego żalu.
Zobacz też:
