Minął listopad. 1 komentarz
Napisano dnia 06 grudnia 2009, w Ogólne
Tym razem dość prywatnie. Tam, gdzie byłoby zbyt prywatnie- jest ogólnikowo. Słowo klucz- uporządkowanie się.
Minął listopad. No, listopad i pierwszy tydzień grudnia. Gdy kończył się październik stwierdziłem, że zaczęły się najcięższe miesiące tego roku szkolnego. Ma to swoje podłoże zdrowotne- chroniczne problemy z oczami, które bardzo źle reagują min. na wilgotne i zimne jesienne powietrze i wiatr, nie mówiąc o pochodzenia alergicznego światłowstręcie i ogólnej nadwrażliwości oczu. Na szczęście intensywnie odwiedzam alergologa, więc przyszły listopad powinien być już od części tych dolegliwości wolny:). Drugim powodem życiowego przesilenia były prace badawcze, które musiałem oddać. Terminy miałem wyznaczone na 7, 24 i 25 listopada. Ostatecznie stanęło na 7, 27 i 3.12. Łącznie wyszło tego 40 stron, 35 różnych pozycji bibliograficznych, z 40 cytatów. Przez cały listopad normalnie przespałem może z 5-6 nocy, z wyjątkiem samego początku, kiedy jakaś infekcja rozłożyła mnie zupełnie. Nie jest to wcale takie nieuzasadnione ani głupie. Alergia na roztocza sprawia, że każdy sen powyżej 6 godzin staje się zupełnie nieefektywny. Wstaję rano i widzę tylko opuchliznę oczu;) Gdy noc piątek/sobota przespałem bez budzika i limitu, wstałem z oczyma opuchniętymi jak po spotkaniu trzeciego stopnia z czyjąś pięścią. Zasypiając na lekcjach czułem się mniej zmęczony, niż wówczas. Ale mniejsza o to, szczerze wierzę, że i tu odczulanie pomoże.
Mało zabrakło, a uznałbym sam listopad za najmilszy mi od dawna miesiąc. Praca z książkami, dobieranie cytatów, opracowywanie tekstów, wynajdywanie wyszukanych określeń i finalne spisywanie tego w postaci własnego tekstu dostarczały mi mnóstwo satysfakcji, spełnienia i radości. Świadomość, że mogę się skupić na tym co lubię, co kocham i z czym chcę żyć i nie martwić się resztą przedmiotów również dawała mi dziką radość. Nie mogę nie wspomnieć o osobach, które nad tym wszystkim merytorycznie czuwały. Ciekawym doświadczeniem jest siedzieć późno w nocy przed komputerem ze świadomością, że po drugiej stronie wiernie siedzi kto inny i sprawdza wcześniejsze fragmenty. To buduje nie tylko wdzięczność, ale również swoistą więź. I wstyd, gdy ma się świadomość, że mimo wysiłku drugiej strony nie zdążyło się na czas. Jedna osoba i grupa wokół niej zebrana zasłużyła na osobne omówienie, bowiem cośrodowe spotkania zeń umożliwiły mi ustanie na mentalnych nogach przez te wariackie tygodnie. I chyba jest tego świadoma.
Radość z pracy malała, gdy wraz z upływem czasu teksty zwiększały się objętościowo, ale nie przybliżała się chwila ich skończenia, gdy twórczość zastąpiła rutyna metodyczna i językowa. Im więcej pracy, tym mniej, chciałoby się sparafrazować. Drugim nieprzyjemnym czynnikiem były pewne osobiste rozgrywki, które w imieniu całej klasy pewna osoba (na wsparcie której powinienem móc liczyć) postanowiła uskutecznić w najcięższym dla mnie momencie, jakim zdecydowanie był ostatni czwartek miesiąca. Początkowo przybiły mnie one niemiłosiernie, miałem ochotę rzucić to wszystko w cholerę. Godzina namysłu, chodzenia w kółko z butelką wody mineralnej w rytm „Vengeance” Mystic Prophecy pozwoliła uporządkować myśli, uspokoić duszę i zebrać w sobie siły do jeszcze wydajniejszej pracy, co poskutkowało zmieszczeniem się w ostatecznych terminach. Stwierdziłem, że nie będę się przejmował kompleksami i żałosnymi resentymentami człowieka, który, nie mogąc poradzić sobie z sobą samym, kąsa cel, za który nikt go nie skarci i który się pewnie nie obroni (przeliczył się). Jednocześnie kilka krytycznych uwag z zewnątrz pozwoliły wygrać ten konflikt na moją korzyść, rozładować napięte stosunki z paroma osobami z klasy i skutecznie odgryźć się prowodyrowi. Zrobił wówczas coś, co mogło mnie skutecznie upupić na długie tygodnie, ale ostatecznie iście cudownie doprowadziło do skutków zupełnie przeciwnych. W miniony piątek porządkowałem swoje stosunki z dwoma najwartościowszymi dla mnie rówieśniczkami, odbudowałem stare, nieco wcześniej przykurzone przyjaźnie i nabrałem życiowej energii, której deficyt odczuwałem wcześniej nie przez tygodnie, lecz całe miesiące. To iście wspaniałe uczucie być w „my”, a nie poza nim, z powrotem mieć dwie od lat bliskie sercu duszyczki ze świadomością, że są na każde zawołanie. Jednocześnie nieco przytłacza świadomość odpowiedzialności z tego wynikającej, ale warta jest ona swych następstw.
Gdy domknąłem ten tydzień i wróciłem do domu, oczom mym ukazała się istna pokojowa apokalipsa. Stosy książek poustawiane wszędzie, gdzie się dało. Wokół komputera wyspa kartek z rękopisami, uwagami, pomysłami i adnotacjami bibliograficznymi. Porozrzucane magazyny, w których szukałem ciekawych cytatów. Nie, w piątek tego nie ogarniałem. Raz, czułem się zbyt błogo odzyskanym pod nogami gruntem życiowym i psychicznym, dwa, byłem po prostu zmęczony. Porządek zacząłem robić w sobotę, gdy już doprowadziłem swe oczy do porządku. Notatki trafiły na makulaturę, papierowa drobnica do kominka, książki poukładałem na ich miejsca. Biurko doprowadziłem do dawnej czystości, rozprawiłem się z częścią stert kserówek i starych notatek ułożonych na moim dawnym łóżku. Doprowadziłem pokój do stanu, jakiego nie widział od dwóch miesięcy. Resztę będę robił w następne weekendy.
Większym, od uporządkowania książek, problemem jest przygotowanie się przed następnymi etapami. To są przecież materiały całej szkoły średniej na poziomie rozszerzonym z trzech przedmiotów. Korzystam z tego, że filozofię mam po tych czterech latach opanowaną już w jakimś stopniu, więc wystarczy powtórzyć i rozszerzyć zagadnienia, na co przeznaczyłem 32 godziny dokładnie rozpisane pod działy. Nieco zafrasowały mnie wymagania wobec pracy eliminacyjnej i obecnie szczerze się boję, że jest za słaba (co zresztą mogę powiedzieć o każdej z napisanych). Za góra 9 dni będę wiedział, czy odczucia me były zasadne:) Gorzej, niż z filozofią, będzie z pozostałymi przedmiotami. Łącznie wyszło mi 160 godzin, a do tego doliczyć trzeba jeszcze z 40h na nieuwzględnione działy i czas na lektury, których czeka mnie minimum kilkanaście (boli...). A na wszystko niecałe dwa miesiące. Szykują się ciężkie dni, ale grunt to zachować plan i nie iść chaotycznie. Wtedy będę mógł zwalić winę na czynniki niezależne.:)
Siedzę w niedzielny wieczór z dziwnym przekonaniem, że z takim wsparciem wszystko jest możliwe. Oby energii wystarczyło na jak najdłużej.
1 komentarz do wpisu pt. “Minął listopad.”
jeden z aniołków, 07 grudnia 2009 o godzinie 22:20:56:
Uch... miałeś wyjątkowo ciężki miesiąc. Ale to wszystko już za Tobą i nic tylko czekać na owoce Twojej pracy i zbierać siły na kolejne miesiące;) Będę trzymała kciuki (tak mocno, mocno!).
Cieszę się, że chociaż trochę mogłam pomóc i pamiętaj, że zawsze możesz na mnie liczyć (i na tego drugiego aniołka również, o tym mogę Cię z uśmiechem zapewnić:)).
Dodaj komentarz:
Dyskutujesz z ludźmi, a nie maszynami, odnoś się więc do nich z należnym im szacunkiem. Jeżeli chcesz odnieść się do merytorycznej zawartości bloga i komentarzy, podzielić się jakimś swoim spostrzeżeniem czy uwagą- rób to śmiało i się nie krępuj. Jeżeli zaś nudzisz się w domu i zależy Tobie tylko na powkurzaniu innych użytkowników sieci- wracaj do klocków.

Kuba Pakulski
Szczecinianin. Fascynat filozofii, historii i nauk społecznych. Piszący dla przyjemności i praktyki. Lewicowiec, umiarkowany anarchista, skrajny antynacjonalista. Antyklerykał, którego serce bije po lewej stronie. Dziewiątkowicz z pięcioletnim stażem. Od lat aktywny w mikronacjach. Słucha wszystkiego, co da się zamknąć w trójkącie Judas Priest- Enya- Miles Davis.
Kontakt:
e-mail: kuba.pak666 wp.pl
jabber: kuba.pak666 jabber.wp.pl
gg: 9933809
Szukaj
KATEGORIE
ARCHIWUM
- Lipiec 2010
- Czerwiec 2010
- Maj 2010
- Kwiecień 2010
- Marzec 2010
- Luty 2010
- Grudzień 2009
- Listopad 2009
- Październik 2009
- Wrzesień 2009
- Sierpień 2009
- Lipiec 2009
- Czerwiec 2009
- Maj 2009
- Kwiecień 2009
- Marzec 2009
- Luty 2009
- Styczeń 2009
- Grudzień 2008
- Listopad 2008
- Październik 2008
- Wrzesień 2008
- Lipiec 2008
- Czerwiec 2008
- Maj 2008