Agnostyk o źródłach sensu 3 komentarze
Napisano dnia 29 grudnia 2009, w Ogólne, Przemyślenia Filozoficzne
Jednym z głównych argumentów teistów za istnieniem Boga jest kwestia sensu. Bez Boga- twierdzą- życie byłoby sensu pozbawione. Bo po co dobrze żyć, skoro nie ma istoty najwyższej, która byłaby gwarantem odpowiedniej gratyfikacji za niesienie swego krzyża? Innymi słowy, po co kupować od przydrożnego sklepikarza losu na loterię, której nie ma? Moim zdaniem, problem ten jest jeszcze jednym argumentem za przyjęciem stanowiska życzliwego i ateistom, i świadomym wierzącym agnostycyzmu. A oto kilka zdań na poparcie tej tezy.
O sensie
Swego czasu, czytając o współczesnej filozofii logiki, natrafiłem na ciekawą definicję sensu logicznego, gdzie zdanie sensowne to zdanie poprawnie sformułowane, którego przedmiot jest różny od niego samego. Zostawmy kwestię poprawności, sprowadza się ona bowiem do koncepcji zdań protokolarnych, która nijak się ma do dalszej części tekstu. Co oznacza stwierdzenie „którego przedmiot jest różny od niego samego”? Chodzi po prostu o to, że zdanie musi mówić coś o nie-sobie. Czyli zdanie „Kwiatki są ładne” jest zdaniem sensownym (ale nie logicznie poprawnym), natomiast zdanie „To zdanie jest ładne” już nie, bowiem przedmiot wypowiedzi jest z nią tożsamy.
Przenieśmy to na grunt działania. Definicja brzmiałaby „działanie sensowne to działanie poprawne, którego przedmiotem nie jest ono samo”. Jak rozumieć poprawność działania? Myślę, że można to słowo zamienić z etycznością czy po prostu dobrem. Działanie poprawne to działanie, którego efektem jest szeroko rozumiane dobro. Dobro czynimy tu niewiadomą, by uzyskać wzór, definicję, a nie skonkretyzowaną tezę. Wartość tej niewiadomej nadajemy my, jako ludzie, w konkretnych sytuacjach etycznych. Podam przykład banalny: widzimy podjeżdżający na przystanek autobus. Możemy biec przez trawnik, albo chodnikiem. Jeżeli wyżej cenimy punktualność, polecimy przez trawnik. Jeżeli większą wartością jest dla nas zieleń miejska, to pozwolimy mu uciec biegnąc chodnikiem. W obydwu wyborach kryterium dobra uczyniliśmy człowieka. Stąd sens musi być związany z człowiekiem, jako jego kryterium i, jak przekonamy się dalej, głównym źródłem. Jest to pierwszy argument przeciwko uczynieniu z Boga jedynego źródła sensu.
Nieco problematyczny jest drugi człon definicji. Co to znaczy „działanie,którego przedmiotem nie jest ono samo”? Cóż, skojarzenia mam czysto rekurencyjne:). Można to uprościć to stwierdzenia „działanie, która ma jakiś cel” (jest dla kogoś, lub czegoś, a nie dla samego siebie), lub przenieść na wyższy poziom, poziom „życia, które nie jest skupione na samym sobie”.m Obydwa te twierdzenia służą naszej tezie głównej, chociaż to pierwsze jest bardziej uniwersalne i empirycznie weryfikowalne.
Działania, które mają jakiś cel
Pełna definicja brzmi wówczas „Działanie sensowne to działanie dobre, które ma jakiś cel”. Nieważne, czy celem tym jest pomoc głodnym dzieciom, chorym zwierzętom, ratowanie fok szarych czy zwyczajne wzbogacenie się. Tak długo, jak możemy stwierdzić, iż jest to działanie dobre i celowe, ma ono sens. W tym kontekście Bóg przestaje być koniecznym warunkiem sensu, a staje się nim cel działania. Owszem, Bóg może być gwarantem sensu, gdy stanie się jego celem. Ale nie jest on temu niezbędny. Swoją drogą, w kontekście powyższego, ciekawego, nieteistycznego charakteru nabiera intencjonalna modlitwa. Jeżlei modlim się o dobre zdanie jakiegoś egzaminu, to modlitwa owa ma sens niezależnie od tego, czy Bóg istnieje, czy też nie. No chyba, że modlimy się o to, by Bóg za nas ten egzamin zdał. Wtedy przy jego ew. braku trudno by było udowodnić sens tego działania:)
Życie sensowne, to dobre życie, które nie jest skupione na sobie
To rozwinięcie w sam raz nadaje się dla zyciowych filantropów. Może gryźć jego skrajny altruizm, ale nie to jest przedmiotem tekstu. Niezależnie od tego potwierdza główną tezę. Bóg bowiem może być przedmiotem, na którym skupia się życie. Ale nie musi być. Stąd: Bóg nie jest koniecznym warunkiem sensu!
Zdroworozsądkowo
Od strony zdroworozsądkowej temat ten podejmuje Henry Jacoby w „Dr House i filozofia”. Pyta on retorycznie, czy bez Boga nasze działanie na rzecz drugiego człowieka straciłoby sens? Oczywiście, że nie. Widocznie wciąż warto kupować te losy, ale ze względu na ich inny, niż loteryjny (boski) wymiar. Widocznie jest w nich coś z człowieka...
Dziecięca nienawiść 23 komentarze
Napisano dnia 29 grudnia 2009, w Ogólne, Polityka..., Przemyślenia Filozoficzne
Przed paroma dniami gen. Wojciech Jaruzelski podzielił się w programie „Tomasz Lis na żywo” taką oto refleksją: dlaczego w Polsce, kraju najlżejszego spośród europejskich, komunizmu, wciąż z taką zawiścią i nienawiścią próbuje się rozgrywać kwestie, które od dawna powinny leżeć w kompetencji wyłącznie historyków? Nie da się ukryć, że wiele jest tu na rzeczy. Władza bezkrwawo przeszła w ręce opozycji, a to, co ona z nią zrobiła, to już zupełnie inna kwestia. Minęło dwadzieścia lat. Czy to nie dość, by emocje opadły?
Nie. Bowiem nienawiści tej już dawno nie podsycają dawne strony sporu. Ludzie ci są albo zbyt chorzy, albo zniechęceni albo po prostu dojrzali, by na noże walczyć ze sobą o przeszłość (wyłączając kilka wiecznie obrażonych wyjątków). Pałeczkę przejmują młodzi. Nie chodzi jedynie o IPN, w którym historycy pamiętający PRL już przez mgłę tworzą nową wersję historii. Chodzi również o sieć i jej młodych i zupełnie najmłodszych użytkowników. Ci, tak jak ja, nie doświadczyli komunizmu. Żaden milicjant ich nie spałował, żadnej osobistej krzywdy od komuny nie doświadczyli. Jest oczywiście wąska grupa wyjątków, których rodzinom służby bezpieczeństwa poprzedniego systemu mogły autentycznie wyrządzić krzywdę. Ale to nieliczna grupa, zwłaszcza w porównaniu z aktywnością Stasi w NRD czy służ rumuńskich. Ale nie o tym teraz.
Do tych kilku słów skłoniła mnie „dyskusja” pod pewnym demotywatorem. Słabym i czysto politycznym. Tak się bowiem składa, że to nie studia, a wynik wyborczy decydują o prezydenturze. Sporo takich pseudodemotów się na głównej ostatnio pojawia, no ale trudno. Przeszedłbym nad nim dalej, gdyby nie komentarze doń.
Zaczyna się przewidywalnie. Wyszukiwanie „prawdziwego” nazwiska Kwaśniewskiego, potem jakieś z kosmosu wzięte skany rzekomych dyplomów z sowieckich uczelni. Jak ktoś lubi, niech wierzy. Potem pojawiają się konkretniejsze komentarze blasta, wrony90 czy kyda, z którymi nie mogę się nie zgodzić. Zaczęło się potem. Niejaki KlaunSzyderca (zwłaszcza z pierwszym członem trudno się nie zgodzić), podzielił się swoimi wynurzeniami: „kyd, a jaki problem skończyć studia za komuny samemu będąc czerwoną świnią?”. Cóż, sam nie studiował w tych latach, nie wie, ile tamte studia kosztowały, więc łatwo mu takie rzeczy pisać. No i od tego się zaczęło. Z jednej strony „czerwona świnia”, to z drugiej „durni, kato-solidarucho-pojeby”. Miarka przebrała się po słowach „mindcrasher, mam nadzieję, że twoja partyjna rodzinka zdychała jak rzesza ludzi pod jej rządami.”. Szlag mnie trafia, jak czytam takie wynurzenia, mimo iż nie są one adresowane do mnie. Jak można coś takiego ludziom pisać? Że ma się nadzieję, że ich rodziny zdychały? Wtedy też padł najlepszy tego wieczora komentarz, który przed chwilą przywoływałem w innym poście:
Jeżeli chcesz się z kimś spierać to atakuj jego a nie jego rodzinę. A co do 89 to może nie wiesz, ale właśnie wtedy zakończył się w Polsce komunizm i jeśli system komunistyczny wyrządził ci krzywdę to raczej przed ta datą, a jeśli mieściłeś się wtedy na stojąco pod stołem to jest to raczej mało prawdopodobne, a w związku z tym bądź uprzejmy wygłaszać trochę bardziej stonowane komentarze bo zwyczajnie nie rozumiesz na co i dlaczego plujesz.
Potem dołączali się kolejni wielcy, nastoletni bojownicy z komunizmem. Oni przecież chcieli walczyć, tylko się urodzili parę lat za późno, żeby się załapać. Ja włączam się o 21:27, wskazując na intelektualną miałkość takiego antykomunizmu. Zaraz dostaję propozycję wyjazdu do KRLD. Niejaki Mrgrzesiek zdobył się na erudycyjne „@spoleczniecom Jesteś idiotą.”. Niestety, mój apel o rozwinięcie tej odkrywczej myśli pozostał bez odpowiedzi. Mój apel o to, by dyskutować merytorycznie. Historia ma dochodzić prawdy historycznej, a nie obrażać.
Jak dyskusja toczyła się dalej, można sobie poczytać. Szybko się dowiedziałem, że jestem „komuchem”, „czerwoną świnią” i że pochodzę z „czerwonej rodziny”. No tak, moi dziadkowie emigrowali z PRL, mój ojciec w latach 80' zaliczył nawet krótką odsiadkę na tle politycznym. Rodzina „czerwona” jak cholera! Na koniec powtórzone „CZERWONA ŚWINIO”, jako, że jestem „śmieciem, który broni tego zakłamanego systemu”.
Historia nienawiści
Czy Polacy nie potrafią już dyskutować na argumenty (z krzykaczy pomijam biohumusa, który na ogół pisał merytorycznie)? Nie potrafią usiąść przy stole i wymienić poglądów, w miarę merytorycznie odnieść się do omawianego przedmiotu? Wskazać złe strony i je potępić, a potem szukać dobrych i je uznać? Czemu, idąc tropem Generała Jaruzelskiego, nie możemy podchodzić do tych kwestii jak Czesi czy Niemcy- było, minęło, zostawmy to historykom? Czy dyskusja musi wyglądać na zasadzie: założenie-jesteś czerwoną świnią, komuchu!!!, dowody-jesteś czerwoną świnią komuchu!!!, wnioski- twoja czerwona rodzina powinna zdychać komuchu!!! ?
Nie miałem ani jednego komunisty w rodzinie. Pełnoletni, żyjący za komuny, należeli do Solidarności. Pół rodziny emigrowało na Zachód. A mimo wszystko nawet sugestia, by system ten oceniać z pozycji historycznych, a nie własnych kompleksów, kończy się przemalowaniem mnie na piękną czerwień, napisaniem mojej rodzinie esbeckiej przeszłości i wyrzucaniem mi, że zapewne moi dziadkowie stali nad grobami w Katyniu. Nie stali, bo byli wtedy dziećmi. Jeden pradziadek poległ we wrześniu 1939', drugi... walczył z rewolucją w 1917' jako żołnierz carski. Ale też pewnie był „czerwoną świnią”...
Internetowi krzykacze
Nie tyczy się to jedynie kwestii historycznych. To samo tyczy się bieżącej polityki. Ze świecą na portalach wp.pl szukać jakichś merytorycznych komentarzy do newsów politycznych, czy gospodarczych (o mitycznym onecie nawet nie wspominam). Zazwyczaj są to wypowiedzi na poziomie „Ryży-SS sprzedaje Polskę swej prawdziwej ojczyźnie!!!1111111”, i o Kaczyńskich analogicznie. Raz z ciekawości przejrzałem galerię o Kasi Tusk, która chce zostać pogodynką. Jak przeczytałem "potworzyca, wnuczka wehrmachtowca!!!", to mi się niedobrze zrobiło. W takich chwilach wstyd mi, że tacy ludzie pochodzą z tego samego narodu, co ja. Jeszcze gorzej, kiedy piszą o kimś z inteligencji. Wtedy musi się pojawić „prawdziwe”, oczywiście żydowskie, nazwisko. Gdy wypowiada się ktoś z lewicy, to można być pewnym całego szeregu „czerwonych świń” i „komuchów”. Ale nie merytoryki. Szkoda.
Ale cóż...
Ty tylko potwierdza moją starą tezę. Że nacjonalizm w Polsce ma głównie gówniarzersko-osiedlowy charakter. :)
PS. Zapomniałem dodać. Jak już ktoś musi o mnie pisać per "czerwona świnia" i "śmieć". Podpisz się gnojku swoim imieniem i nazwiskiem i to powtórz. Wtedy pogadamy
Jakim prawem? 15 komentarzy
Napisano dnia 29 grudnia 2009, w Ogólne, Polityka..., Przemyślenia Filozoficzne
Przy okazji 70. rocznicy agresji ZSRR na Kresy Wschodnie II RP na demotywatorach i w innych sieciowych miejscach publicznych pojawiło się mnóstwo materiałów albo nawołujących do zemsty na „ruskich”, albo po prostu traktujących o tej napaści i jej następstwach. Śledziłem również... opisy na gg pewnego młodego nacjonalisty, mieszkającego gdzieśtam. Zarówno je, jak i demoty, przeglądalem z pewnym rozbawieniem. Treść ich bowiem wyglądała zazwyczaj „Walczyliśmy do końca!!!”, „KATYŃ- Przebaczamy, ale nie zapomnimy!!!” itp. Co mnie w tym śmieszy, a czasem bulwersuje? Owo „-my”. Dlaczego? Ano dlatego, że demoty te są najczęściej mocno dziecięcego pochodzenia, z całym zestawem błędów ortograficznych czy interpunkcyjnych. Jakim prawem, synku, piszesz „walczyliśmy!!!”? Walczyłeś?
Rozumiem, że prawo do takich słów mają rodziny pomordowanych oficerów. Ale gdy takie słowa pisze nastoletni odźwierny na osiedlu (charytatywnie stojący w bramie:)), jednocześnie aktywista ruchu „JP na 100%” i boiskowy zadymiarz, to trudno nie potraktować tego inaczej, jak brukanie pamięci o ofiarach. Gdy słowa „walczyliśmy” pisze ktoś, kto swą jedyną walkę w życiu stoczył rzucając płytą chodnikową w radiowóz, to jest to hańbienie pamięci o pomordowanych. Nie- „bronienie pamięci”, lecz HAŃBIENIE jej.
Aktywność wielkich bojowników o wolną RP wróciła wraz z kolejną rocznicą wprowadzenia w Polsce stanu wojennego. Znów pojawiły się demoty o treści „Byłeś jeden, a nas były miliony” (adresowane do gen. Wojciecha Jaruzelskiego), dodawane przez kogoś, kto godzinę wcześniej wrzucił demota ze zdjęciem szkoły podstawowej w Radzyminie, najpewniej własnego (bo kiepskiego autorstwa). Pojawiały się demoty „Nie daliśmy się komunie” itp. I znów to „my!”. Byłeś tam? Przeżyłeś to? To czemu się w ten sposób wypowiadasz? Świetnie, przy innej okazji (którą szerzej omówię w innym tekście), skomentował to niejaki Klobuk, komentując wypowiedzi takiego krzykacza:
„A co do 89 to może nie wiesz, ale właśnie wtedy zakończył się w Polsce komunizm i jeśli system komunistyczny wyrządził ci krzywdę to raczej przed ta datą, a jeśli mieściłeś się wtedy na stojąco pod stołem to jest to raczej mało prawdopodobne, a w związku z tym bądź uprzejmy wygłaszać trochę bardziej stonowane komentarze bo zwyczajnie nie rozumiesz na co i dlaczego plujesz.”
W zasadzie oddaje to istotę problemu: jakie prawo pisać w ten sposób o Katyniu czy innych tragicznych momentach polskiej historii ma ktoś, kto ledwo od ziemi odrósł i któremu ten system nie wyrządził żadnej krzywdy? Rozumiem, że prawo do tych słów mogą mieć ofiary systemu. Ale nie ktoś, kto go nawet nie pamięta (jak ja).
Jest to kolejne potwierdzenie mojej starej tezy. Nacjonalizm w Polsce ma głównie gówniarzersko-osiedlowy charakter.
Pytanie podatkowe 4 komentarze
Napisano dnia 24 grudnia 2009, w Ogólne, Polityka...
Przed paroma dniami rozpocząłem prace nad projektem „Wolni od pieniędzy”. Zakłada on powstanie serwisu społecznościowego, w którym każdy mógłby zaoferować swoje usługi. Zapłatę za nie otrzymywałby w wirtualnej, niewymienialnej na realną, walucie, wedle cen uzależnionych od czasu poświęconego na wykonanie pracy. Pozwala to z jednej strony przeprowadzić postulowane uwolnienie od pieniądza realnego, a z drugiej zaś uniknąć problemów związanych z wymianą barterową. Do tego praca byłaby równo wyważana. Mielibyśmy więc aktywność finansowo bezinteresowną, aczkolwiek potencjalnie dla pracującego korzystną, ze względu na możliwość wymienienia zarobionej waluty wirtualnej na którąś z oferowanych przez innych użytkowników usług.
Projekt szerzej omówię przy innej okazji. Wstrzymałem prace nad nim ze względu na podatkowe wątpliwości. Brat mój nastraszył mnie, że każda taka wymiana musi być opodatkowana. Dokładnie nazwy podatku podać nie potrafił. Stąd pytanie do osób zorientowanych- jak to zakwalifikować? Jako darowiznę i ostrzec użytkowników przed przekroczeniem granicy wolnej od podatku? Jako wymianę bezpieniężną, a jeżeli tak, to jak ma się do tego prawo podatkowe? Czy jako aktywność wolną od podatku?
Szacunek dla pracy. 12 komentarzy
Napisano dnia 19 grudnia 2009, w Ogólne, Przemyślenia Filozoficzne
Jestem cholerykiem. Nie, nie na co dzień. W dni zwyczajne staram się być wyrozumiały. Nie, nie oznacza to, że jeżeli ktoś umówi się ze mną na wykonanie czegoś, otrzyma miesiąc czasu, by zrobić swoją część pracy i w przeddzień terminu wyśle mi przed północą sms-a o treści „Sorry, nie zdążyłem”, ew. uszkodzi wszystkie swe środki komunikacyjne i przestanie przychodzić do szkoły, to będę go głaskał po główce i mówił „Wiesz... fajnie, że jesteś”. W takiej sytuacji trafia mnie szlag, zwłaszcza, gdy ja swoją część wykonam. Czemu? Są dwa powody. Przede wszystkim- staram się myśleć zadaniowo. Dostaję termin, dostaję zadanie i wtedy istnieją dla mnie trzy rzeczy: termin, zadanie/ce i środki do wykonania/osiągnięcia go. Jeżeli się już w coś angażuję, to staram się dać z siebie wszystko, by cel osiągnąć. Zwłaszcza, gdy jest to jakaś praca grupowa. Wszystko musi być zrobione tak dobrze, jak się dało, albo jeszcze lepiej. I nieważne, jaki będzie tego koszt społeczny/szkolny/zdrowotny. Mam zrobić i zgodziłem się na to, to zrobię to. Z tego wynika powód drugi- doświadczywszy następstw takiego oddania się pracy nauczyłem się szanować pracę innych ludzi. W związku z tym nie znoszę, gdy ktoś nie szanuje mojej pracy. Ale tu nie tylko o to chodzi.
Zauważyłem, że większość ludzi nie zauważa tego, że ich działania dotykają innego człowieka. Nie chodzi tylko o sytuacje typu „idę korytarzem i trącam kogo popadnie”. W tym sensie człowiek to nie tylko nogi i ręce, to również jego własność, spokój, prawa i PRACA. W ten sposób buduje się wokół materialnego człowieka jego swego rodzaju przestrzeń- przestrzeń własności i w/w. Teoretycznie ja, jako człowiek otoczony swoją przestrzenią, powinienem szanować przestrzeń każdego innego człowieka. Jak jednak szanować to, czego się nie widzi?
Miała dziś [w piątek- przyp. tłumacza] miejsce wigilia szkolna. Grono pedagogiczne, plus nieliczni w tym roku uczniowie, plus jeszcze mniej liczni kombatanci. Gwoździem wigilii był, obok oczywiście życzeń i opłatka, program artystyczny przygotowany przez uczniów pod muzycznym kierownictwem wspominanego wczoraj kolegi Kuby W. i opieką naszej polonistki. Przygotowania trwały miesiąc i był to naprawdę ogrom pracy włożony w złożenie tego w spójną całość. Obok świetnych, od lat śpiewających, solistek, do przerobienia Maestro dostał kilka zupełnych amatorek, które wcześniej w takich imprezach udziału nie brały. On i dziewczyny sporo z siebie dali- na pierwszej próbie nowe koleżanki miały problem nawet ze złapaniem dźwięku, co dopiero z jego utrzymaniem i płynnym śpiewem (do tego stopnia, że rozsyłałem im tunery komputerowe, by mogły utrzymywanie czystego dźwięku ćwiczyć w domu z mikrofonem w ręku(-:). Efekt końcowy był piorunujący- świetnie brzmiący chór, bezproblemowo wykonujący naprawdę niełatwe partie, dzielone na głosy z różną dynamiką etc. Serce przy ich śpiewie biło naprawdę mocno. Mój udział w tym był skromny- dwie kwestie na gitarze elektrycznej, jedna na basowej. Ważniejszym było to wszystko sprawnie nagłośnić.
Godzinny harmonogram dostaliśmy jasny- od dziewiątej do dziesiątej trwa dekoracja sali, o dziesiątej do jedenastej wchodzimy ze sprzętem, o dwunastej zaczyna się próba generalna. Kolumny wynieść z piwnicy pomogli nam koledzy z klasy (dziękuję), przez co pierwszy etap poszedł dość sprawnie. Potem wszystko zaczęło się sypać. Wnieśliśmy kolumny na salę i zaraz zaczęliśmy tłumaczenie, że nie, nie wnieśliśmy ich tu po to, by dekorujący mogli składować na nich ścinki i odpady papierowe. Przynieśliśmy sobie trzy stoły (trzy dość masywne stoły, po schodach na górę), a gdy wróciliśmy się po przyniesione nam przez koleżankę krzesła, stoły rozjechały się po wszystkich końcach sali. Bo przecież stanie na stole zamiast stania na krześle to +2 do lansu. Dwa od razu zabraliśmy oburzonym gimnazjalistom, na trzeci zdążył się już wrąbać jakiś chłopak. W trepach. Mówię mu- skończycie, wyczyść stół i odstaw na miejsce, potrzebujemy go. Nie odstawił. I nie wytarł. Rozstawić kolumny? Nie, bo dzieciaki biegają i pospadają. OK. Rozwinąć kable? Nie, bo porozrywają. Przygotować mikrofony i wzmacniacze? Nie, bo tam drabina jeszcze musi stanąć, by można było zawiesić dekoracje (skończyli o czternastej- ledwo cztery godziny poślizgu). Nie mówiąc już o absolutnym debilizmie, jakim było odłączenie nam przedłużacza, z którego szedł prąd na kilkanaście różnych urządzeń (Czemu to g...o przestało działać...), by wpiąć zasilanie migoczących lampek na ścianie. Jakby nie można było wpiąć ich w nasz przedłużacz...
Nie wiem, jaki mieliśmy przez to poślizg. Duży. Najważniejsze było jednak to, że wszystko zaczynało się w dużym pośpiechu i nic nie było przygotowane gruntownie i spokojnie. A to wymuszało korygowanie wszystkich błędów na bieżąco. Latanie od mikrofonu do mikrofonu, od kolumny do kolumny. I gadanie jak do ściany, żeby nie siadać na kablach, bo sygnał odłączają. I żeby się o kolumny nie opierać, bo polecą. I żeby się tak nie drzeć, bo próba jest. Łącznie nad wyregulowaniem wszystkiego pracowaliśmy trzy godziny. Wszystko było dopięte na ostatni guzik, równo wymierzone, nawet kolumny poustawiane tak, by linie na parkiecie sali gimnastycznej wyznaczały zakres sceny. Mikrofony chóru wyczulone tak, by zbierać chór, a nie szum wokół. Nasze Panie było słychać na drugim końcu szkoły w połowie przerwy. Mikrofony solistek poprawione korektorem graficznym, by śpiewniej to wszystko brzmiało. Nie, nie obyło się bez spięć. Nie jestem typem człowieka, który gdy po trzech godzinach latania słyszy wyrzuty od sporo spóźnionej, dopiero co przybyłej solistki, „ile to jeszcze??!!!”, będzie pisał jej laurkę lub uniżenie błagał o pozostanie. Ale ogólnie pracowaliśmy w bardzo fajnej, choć (ze względów czasowych) zwariowanej atmosferze. Efekt był kapitalny- wszystko gotowe. Na koniec wyregulowaliśmy głośność elektryka i basu. Nad tonem i barwą pracowaliśmy na dwóch wcześniejszych zerówkach. Nie było to łatwe- z typowo heavy metalowej gitary i słabego pieca uzyskać ciepłe, przyjemne i akceptowalne dla klasycznego multiinstrumentalisty brzmienie. Efekt był zadowalający. Teraz już tylko wyrównaliśmy głośność. Potem kilka indywidualnych prób, dopracowanie szczegółów i koniec tej części. Wszystko wyłączyłem, zebrałem mikrofony w jednym miejscu.
Na odchodne potwierdziłem godzinę próby z jednym z dwóch zespołów grających na tej samej wigilii. O tym, że będą grać dowiedziałem się zupełnie przez przypadek, gdy prowadziłem poszukiwania zaginionego wzmacniacza i mikrofonu. Nie chcę z siebie robić jakiejś szarej eminencji, ale takie rzeczy fajnie by było wiedzieć nieco wcześniej. Koniec końców, nikt nie miał takich możliwości, by zepsuć im ten występ, jak nagłaśniający. Z oficjalną grupą kwestie ustawień omawialiśmy na tydzień przed wigilią. Wszystko- liczbę mikrofonów, ich przydział, przeznaczenie, układ osób i sprzętu. Maestro i ja z charakterystycznym dla nas obydwu upierdliwym perfekcjonizmem ustawialiśmy wszystko, co można było ustawić. A tu teraz trzeba przecież wygospodarować miejsce na perkusje, sprzęt gitarzystów i jakiś Lebensraum dla tych zespołów. Gdyby nam, nieświadomym innych grup, weszli w piątek po domizianiu przez nas wszystkiego i zaczęli się rozstawiać, to by dopiero poznali, co to znaczy duet Wnuk i Pakulski w szale bojowym. Ale wszystko poszło gładko- w ten przeddzień ustaliliśmy, że po swojej czwartkowej próbie zostawią naszą kolumnę, wzmacniacz i mikrofon na sali (mikrofonu nie zostawili, kolumnę wrzucili nam na szafę...:)), że przyjdą na 14:30 się rozstawić, że na 15:30 zrobimy im próbę. Potwierdziłem godzinę i wyszedłem.
Jak wróciłem, świeciło się wszystko, co mogło się świecić. Wszystko było włączone. „Ktoś to ruszał? Nieeeeeeeeeeeee, skąd???”. Nie ruszałem, ale wiesz, ten mikrofon nie działa. Jeden z podwójnego zestawu nagłaśniającego chór. Od razu żaróweczka w głowie: no pięknie, dziewczyny miesiąc zasuwały, żeby się przygotować, a teraz idzie się to... Prawie godzina szamotaniny ze sprzętem, żeby to naprawić. Nieskutecznej. W międzyczasie znalazł się jeden zaginiony mikrofon, naprawiliśmy inny zestaw. Zamiast obiecanych pięciu były cztery. Jeden zabrałem chórowi, walcząc przy tym z prowadzącym zespół. Trudno, komuś trzeba. Kolejna godzina opóźnienia.
Nie, nie była to łatwa godzina. Jeden z zespołów postanowił sobie pograć mimo braku mikrofonów. I mimo powtarzanych i przeplatanych coraz ostrzejszymi przekleństwami próśb i ponagleń, by przestali i pozwolili nam (ja+informatyk+opiekun zespołów) doprowadzić sprawę do końca. Ponagleń oczywiście nieskutecznych. Po którymś razie usłyszałem dudnienie. Cholernie znajome dudnienie. Po chwili zorientowałem się, że basista drugiego zespołu też postanowił sobie pograć. Hmm. Na moim sprzęcie.
-Kolego, co ty robisz?
-Gram.
-Ale ty wiesz, że to mój prywatny sprzęt, nie?
-No wiem. No i co?
-No to, że wypadałoby się zapytać, czy można...
-??? A tak w ogóle, masz aktywne przetworniki??
-Nie.
-To czemu ustawienia są takie do dupy?
-Nawet nie próbuj...
Potem prośba, by przestał grać, bo sprawdzamy mikrofony i nic nie słychać. Skinął, że przestanie. I gra dalej. Kolejna prośba. To samo. Trzecia, czwarta. Aż informatyk nie wyłączył wzmacniacza basowego. Spokój? Nie. Bo po chwili rozlega się równie znajomy dźwięk. Hmmm, gitary elektrycznej. Hmm, na moim wzmacniaczu. Tym razem gitarzysta tego zespołu postanowił sobie pograć. Znów ta sama gadka, znów ta sama reakcja. Ten jednak miał mniej instynktu samozachowawczego. Postanowił sobie pokręcić. Nie zauważyłem, ciepła i miła dla ucha gitara zabrzmiała już na samej wigilii nie tylko ostro i narowiście, ale do tego dwa razy głośniej, niż powinna. Nie mówiąc o tym, że z solo w „Cichej nocy” nie zostało nic, bo strun do trzeciej włącznie w ogóle nie było słychać. Nie wiem, czy to takie trudne do zrozumienia, że na gitarze elektrycznej grają również ludzie, którym zależy, by brzmiała ona adekwatnie do granego materiału bez topienia dźwięku w tonie przesteru. W naszym przypadku przygotowanie sprzętu nie polegało na jedynie jego włączeniu. I trochę czasu na wyregulowanie brzmienia poświęciliśmy. O rzucanych na ziemię kablach na trasie szybkiego i masowego ruchu Maestro-chór wspominać chyba nie trzeba. Gdyby ktoś na nie skoczył i wyłamał końcówki, to też by nie był winnych.
Czy tego naprawdę nie widać? Że ktoś ZAPIER....LAŁ przez miesiąc, tydzień czy ostatnie cztery godziny, żeby to wszystko działało? Że to coś NALEŻY do kogoś innego i że WYPADAŁOBY zapytać o możliwość korzystania z tego? Że NIE WYPADA rozregulowywać CUDZEGO sprzętu na godzinę przed imprezą? Że po prostu PEWNYCH RZECZY SIĘ NIE ROBI, bo naruszają one w jakiś sposób czyjąś przestrzeń? Że „CISZA!!!” oznacza „ciszę”, a nie „Dajcie czadu chłopaki!!!”?
Nasza część wigilii wypadła rewelacyjnie. Jest to pierwsza impreza szkolna, w trakcie której nic nie nawaliło. Raz tylko koleżanka wyszła z wyłączonym mikrofonem. Dziewczyny cudownie wyglądały i jeszcze lepiej śpiewały, recytatorzy też byli bezbłędni. Błędu z gitarą chyba nie było słychać. Potem życzenia, opłatek, trochę jedzenia, dalej śpiewanie, znowu jedzenie. A potem występy zespołów. Pierwszy grał instrumentalny (ci od moich wzmacniaczy). Trudno to ocenić, bo gitara była wyciszona. Bas brzmiał tak, jak ma brzmieć bas w tego typu muzyce- to, czy był adekwatny to wigilii szkolnej, to inna kwestia. W drugim przypadku też wyciszyło partię solową jednej gitary. Miały one najbardziej przeze mnie nielubiane brzmienie gitar elektrycznych :) Za to basista i perkusistka grali bardzo sprawnie, zwłaszcza ten pierwszy. Miło czuło się jego grę na żebrach:) Natomiast skutek tych dwóch występów był dość, hmm, wymierny. Uczniom się podobało, natomiast kombatanci zaczęli masowo opuszczać salę, za nimi poszli nauczyciele. Wigilia skończyła się szybciej niż zwykle. Pół godziny sprzątania sprzętu. Za dwadzieścia dziewiąta było po wszystkim.
Następnym razem zabiorę ze sobą kartkę: NIE DOTYKAĆ!!! KOPIE PRĄDEM!!!
A mikrofony pomaluję w barwy maskujące.
Ludzie. Tak się, kurde, nie robi...
Bash bezsennych 1 komentarz
Napisano dnia 18 grudnia 2009, w Ogólne
Dźwiewiątkowo-muzyczno-przedwigiliny dialog ludzi, którym szkoda nocy na sen:) :
[23:53] <kubap> KUBA !!!
[23:54] <Kuba Wnuk> słucham?
[23:54] <kubap> KATASTROFA!!!
[23:54] <Kuba Wnuk> cóż się stało?
[23:54] <kubap> ten heavy metalowy koncert zupełnie zepsuje nasz występ!!!
[23:54] <kubap> nie mówiąc o tym, że są DWA KONCERTY dwóch zespołów !!!
[23:55] <Kuba Wnuk> a słyszałeś fragment?
[23:55] <Kuba Wnuk> co takiego?
[23:55] <Kuba Wnuk> tragedia
[23:55] <kubap> Behemot, łomot, huk i dysharmonia!!!
[23:55] <kubap> a tak na serio, to koledzy chcą zagrać po jednej kolędzie w przerwach :D
[23:55] <kubap> :D :D :D :D :D
[23:56] <Kuba Wnuk> ufff
[23:56] <Kuba Wnuk> całe szczęście
[23:56] <Kuba Wnuk> nastraszyłeś mnie
[23:56] <kubap> :D
[23:58] <kubap> Ej, Kuba, nie idziemy jutro do szkoły, co?
[23:59] <Kuba Wnuk> świetny pomysł.
[23:59] <Kuba Wnuk> i na wigilię też nie, ok?
[23:59] <kubap> no. Sami te kolumny ponoszą
[23:59] <Kuba Wnuk> i sami pograją, pośpiewają i pomachają
[00:00] <kubap> i sami sprzątną
[00:00] <kubap> czyli nie idziemy !
[00:00] <kubap> nie ma mowy !
[00:00] <kubap> w żadnym wypadku !
[00:00] <kubap> zostajemy w domu !
[00:00] <kubap> nigdy więcej prób na zerówkach!
[00:00] <kubap> wysypiamy się jak ludzie !
[00:00] <Kuba Wnuk> ok!
[00:00] <kubap> czyli widzimy się na próbie na 7.20, nie?
[00:00] <kubap> No to chyba oczywista oczywistość!!!
Logika sinusoidalna 10 komentarzy
Napisano dnia 12 grudnia 2009, w Ogólne
Jakoś w październiku:
-Pani Profesor, ja w sprawie zaliczenia kartkówki.
-A gdzie byłeś?
-Jak co piątek, szpital kliniczny na Pomorzanach.
-A to spokojnie, nie ma sprawy. Może coś się wymyśli, a teraz- cześćpapadowidzenia.
Jakoś w listopadzie
-Pani Profesor, ja w sprawie zaliczenia kartkówki.
-A gdzie byłeś?
-Jak co piątek, szpital kliniczny na Pomorzanach.
-Ale ty nie masz jeszcze wcześniejszej oceny?
-Wiem, zgłaszałem się z tym w zeszłym miesiącu. Powiedziała Pani, że coś Pani wymyśli.
-Taak? Ale wiesz, nie ma kłopotu, wszystko jasne. Dowidzeniacześć.
Wtorek, 01.12.09
-Ty nie masz żadnych ocen!
-Tak, wiem. Zgłaszałem się w tej kwestii do Pani dwa razy. Powiedziała Pani, że coś Pani wymyśli.
-Ależ nie ma sprawy! Wszystko jest w porządku.
[przerwa]
-Pani Profesor, to jak będzie z tymi zaliczeniami?
-Coś się wymyśli, teraz mi się nie chce.
Piątek, 04.12.09
-Pani Profesor, ja w sprawie zaliczeń.
-Głowa mnie boli, przyjdź następnym razem.
Wtorek, 08.12.09
Awantura na pół szkoły, że ocen nie mam i zaliczać nie chcę. Rozpowiadanie bzdur, że nie przychodzę na zaliczenia, że sprawa była zgłaszana wychowawcy wielokrotnie (nie była ani razu), że teraz to już tylko nieklasyfikowanie, oblanie, sierpień i nie ma zmiłuj.
Środa, 09.12.09
Telefon do mej szanownej rodzicielki. Że [powtórzone co wyżej], ale że w drodze wyjątku będzie mi dana szansa. Mam się zgłaszać do odpowiedzi na lekcji. Poza tym Pani Profesor podzieliła się swoimi ciekawymi spostrzeżeniami na temat olimpijczyków, tj, że biorą się za olimpiady tylko po to, żeby mieć zwolnienia przed nimi i nic nie robić. Boki zrywać.
Piątek, 11.12.09
[po pół godziny trzymania ręki w górze w celu udzielenia odpowiedzi na zadawane pytania]
-Jakub, czy ty chcesz do toalety ?
-??
-No bo się zgłaszasz.
-Zgłaszam się do odpowiedzi na pytania.
-Oooo nie, z tobą to ja rozmawiać nie będę! To taka twoja metoda! Nic nic nic nic nic nic i... nagle zaczynasz się zgłaszać, żeby nałapać plusów z aktywności! Ale ja to PRZEWIDZIAŁAM i nie dam się złapać! Nie zaliczysz samym zgłaszaniem się!
-Pani Profesor, przecież ja od trzech miesięcy regularnie zgłaszam się w sprawie zaliczenia materiału...
-A WIĘC TO JA JESTEM WINNA, TAAAAAAAK?? Jesteś strasznie niesprawiedliwy! Ale ja już to wiem! Jak jakiś nauczyciel PRZEPROWADZI NA MNIE ATAK, to będę wiedziała, kto to zainspirował!!!
Logiki postępowania pewnych osób chyba nigdy nie zrozumiem. Ale może to i lepiej...
<>
Minął listopad. 1 komentarz
Napisano dnia 06 grudnia 2009, w Ogólne
Tym razem dość prywatnie. Tam, gdzie byłoby zbyt prywatnie- jest ogólnikowo. Słowo klucz- uporządkowanie się.
Minął listopad. No, listopad i pierwszy tydzień grudnia. Gdy kończył się październik stwierdziłem, że zaczęły się najcięższe miesiące tego roku szkolnego. Ma to swoje podłoże zdrowotne- chroniczne problemy z oczami, które bardzo źle reagują min. na wilgotne i zimne jesienne powietrze i wiatr, nie mówiąc o pochodzenia alergicznego światłowstręcie i ogólnej nadwrażliwości oczu. Na szczęście intensywnie odwiedzam alergologa, więc przyszły listopad powinien być już od części tych dolegliwości wolny:). Drugim powodem życiowego przesilenia były prace badawcze, które musiałem oddać. Terminy miałem wyznaczone na 7, 24 i 25 listopada. Ostatecznie stanęło na 7, 27 i 3.12. Łącznie wyszło tego 40 stron, 35 różnych pozycji bibliograficznych, z 40 cytatów. Przez cały listopad normalnie przespałem może z 5-6 nocy, z wyjątkiem samego początku, kiedy jakaś infekcja rozłożyła mnie zupełnie. Nie jest to wcale takie nieuzasadnione ani głupie. Alergia na roztocza sprawia, że każdy sen powyżej 6 godzin staje się zupełnie nieefektywny. Wstaję rano i widzę tylko opuchliznę oczu;) Gdy noc piątek/sobota przespałem bez budzika i limitu, wstałem z oczyma opuchniętymi jak po spotkaniu trzeciego stopnia z czyjąś pięścią. Zasypiając na lekcjach czułem się mniej zmęczony, niż wówczas. Ale mniejsza o to, szczerze wierzę, że i tu odczulanie pomoże.
Mało zabrakło, a uznałbym sam listopad za najmilszy mi od dawna miesiąc. Praca z książkami, dobieranie cytatów, opracowywanie tekstów, wynajdywanie wyszukanych określeń i finalne spisywanie tego w postaci własnego tekstu dostarczały mi mnóstwo satysfakcji, spełnienia i radości. Świadomość, że mogę się skupić na tym co lubię, co kocham i z czym chcę żyć i nie martwić się resztą przedmiotów również dawała mi dziką radość. Nie mogę nie wspomnieć o osobach, które nad tym wszystkim merytorycznie czuwały. Ciekawym doświadczeniem jest siedzieć późno w nocy przed komputerem ze świadomością, że po drugiej stronie wiernie siedzi kto inny i sprawdza wcześniejsze fragmenty. To buduje nie tylko wdzięczność, ale również swoistą więź. I wstyd, gdy ma się świadomość, że mimo wysiłku drugiej strony nie zdążyło się na czas. Jedna osoba i grupa wokół niej zebrana zasłużyła na osobne omówienie, bowiem cośrodowe spotkania zeń umożliwiły mi ustanie na mentalnych nogach przez te wariackie tygodnie. I chyba jest tego świadoma.
Radość z pracy malała, gdy wraz z upływem czasu teksty zwiększały się objętościowo, ale nie przybliżała się chwila ich skończenia, gdy twórczość zastąpiła rutyna metodyczna i językowa. Im więcej pracy, tym mniej, chciałoby się sparafrazować. Drugim nieprzyjemnym czynnikiem były pewne osobiste rozgrywki, które w imieniu całej klasy pewna osoba (na wsparcie której powinienem móc liczyć) postanowiła uskutecznić w najcięższym dla mnie momencie, jakim zdecydowanie był ostatni czwartek miesiąca. Początkowo przybiły mnie one niemiłosiernie, miałem ochotę rzucić to wszystko w cholerę. Godzina namysłu, chodzenia w kółko z butelką wody mineralnej w rytm „Vengeance” Mystic Prophecy pozwoliła uporządkować myśli, uspokoić duszę i zebrać w sobie siły do jeszcze wydajniejszej pracy, co poskutkowało zmieszczeniem się w ostatecznych terminach. Stwierdziłem, że nie będę się przejmował kompleksami i żałosnymi resentymentami człowieka, który, nie mogąc poradzić sobie z sobą samym, kąsa cel, za który nikt go nie skarci i który się pewnie nie obroni (przeliczył się). Jednocześnie kilka krytycznych uwag z zewnątrz pozwoliły wygrać ten konflikt na moją korzyść, rozładować napięte stosunki z paroma osobami z klasy i skutecznie odgryźć się prowodyrowi. Zrobił wówczas coś, co mogło mnie skutecznie upupić na długie tygodnie, ale ostatecznie iście cudownie doprowadziło do skutków zupełnie przeciwnych. W miniony piątek porządkowałem swoje stosunki z dwoma najwartościowszymi dla mnie rówieśniczkami, odbudowałem stare, nieco wcześniej przykurzone przyjaźnie i nabrałem życiowej energii, której deficyt odczuwałem wcześniej nie przez tygodnie, lecz całe miesiące. To iście wspaniałe uczucie być w „my”, a nie poza nim, z powrotem mieć dwie od lat bliskie sercu duszyczki ze świadomością, że są na każde zawołanie. Jednocześnie nieco przytłacza świadomość odpowiedzialności z tego wynikającej, ale warta jest ona swych następstw.
Gdy domknąłem ten tydzień i wróciłem do domu, oczom mym ukazała się istna pokojowa apokalipsa. Stosy książek poustawiane wszędzie, gdzie się dało. Wokół komputera wyspa kartek z rękopisami, uwagami, pomysłami i adnotacjami bibliograficznymi. Porozrzucane magazyny, w których szukałem ciekawych cytatów. Nie, w piątek tego nie ogarniałem. Raz, czułem się zbyt błogo odzyskanym pod nogami gruntem życiowym i psychicznym, dwa, byłem po prostu zmęczony. Porządek zacząłem robić w sobotę, gdy już doprowadziłem swe oczy do porządku. Notatki trafiły na makulaturę, papierowa drobnica do kominka, książki poukładałem na ich miejsca. Biurko doprowadziłem do dawnej czystości, rozprawiłem się z częścią stert kserówek i starych notatek ułożonych na moim dawnym łóżku. Doprowadziłem pokój do stanu, jakiego nie widział od dwóch miesięcy. Resztę będę robił w następne weekendy.
Większym, od uporządkowania książek, problemem jest przygotowanie się przed następnymi etapami. To są przecież materiały całej szkoły średniej na poziomie rozszerzonym z trzech przedmiotów. Korzystam z tego, że filozofię mam po tych czterech latach opanowaną już w jakimś stopniu, więc wystarczy powtórzyć i rozszerzyć zagadnienia, na co przeznaczyłem 32 godziny dokładnie rozpisane pod działy. Nieco zafrasowały mnie wymagania wobec pracy eliminacyjnej i obecnie szczerze się boję, że jest za słaba (co zresztą mogę powiedzieć o każdej z napisanych). Za góra 9 dni będę wiedział, czy odczucia me były zasadne:) Gorzej, niż z filozofią, będzie z pozostałymi przedmiotami. Łącznie wyszło mi 160 godzin, a do tego doliczyć trzeba jeszcze z 40h na nieuwzględnione działy i czas na lektury, których czeka mnie minimum kilkanaście (boli...). A na wszystko niecałe dwa miesiące. Szykują się ciężkie dni, ale grunt to zachować plan i nie iść chaotycznie. Wtedy będę mógł zwalić winę na czynniki niezależne.:)
Siedzę w niedzielny wieczór z dziwnym przekonaniem, że z takim wsparciem wszystko jest możliwe. Oby energii wystarczyło na jak najdłużej.
« Wcześniejsze wpisy Późniejsze wpisy »

Kuba Pakulski
Szczecinianin. Fascynat filozofii, historii i nauk społecznych. Piszący dla przyjemności i praktyki. Lewicowiec, umiarkowany anarchista, skrajny antynacjonalista. Antyklerykał, którego serce bije po lewej stronie. Dziewiątkowicz z pięcioletnim stażem. Od lat aktywny w mikronacjach. Słucha wszystkiego, co da się zamknąć w trójkącie Judas Priest- Enya- Miles Davis.
Kontakt:
e-mail: kuba.pak666 wp.pl
jabber: kuba.pak666 jabber.wp.pl
gg: 9933809
SZUKAJ
KATEGORIE
ARCHIWUM
- Marzec 2010
- Luty 2010
- Grudzień 2009
- Listopad 2009
- Październik 2009
- Wrzesień 2009
- Sierpień 2009
- Lipiec 2009
- Czerwiec 2009
- Maj 2009
- Kwiecień 2009
- Marzec 2009
- Luty 2009
- Styczeń 2009
- Grudzień 2008
- Listopad 2008
- Październik 2008
- Wrzesień 2008
- Lipiec 2008
- Czerwiec 2008
- Maj 2008