Blog powstawał na przestrzeni wielu lat. Za marność starych tez nie odpowiadam:)

Twoja poczta jest bezpieczna 3 komentarze

Napisano dnia 31 października 2009, w Ogólne

Od jakichś czterech miesięcy regularnie bywam w dawnym miejscu zamieszkania. Mieszkanie jeszcze nie jest sprzedane (jeżeli ktoś jest zainteresowany, to proszę na priv :D). Mieszkaliśmy tam półtorej dekady, więc na stary adres idzie mnóstwo korespondencji. Od jakichś dwóch miesięcy przywożę ją regularnie do nowego domu. Co w tym dziwnego? Eee, nie mam klucza do skrzynki. Któregoś razu po prostu zobaczyłem, że jest dużo poczty. Na dnie skrzynki leżało „Moje Miasto”, a na nim pęk listów i awizów. Wystarczyło włożyć dłoń do skrzynki i unieść gazetę. Reszta wysypała się wprost do drugiej dłoni.

Europejskie bezpieczeństwo
W bloku są skrzynki pocztowe zestandaryzowane do wymagań UE. Powinno to sprawić, że będą w 100% bezpieczne. Nie są. Do ich otwarcia nie potrzeba łomów a do wyjęcia listów dłoni anorektyczki. Nie jest też wymagane liczenie na idiotyzm listonosza czy roznoszącego gazety. Czasem można poradzić sobie dłonią rozmiaru zeszytu A5. Innym razem trzeba sobie pomóc okularami. W sumie opróżnienie skrzynki to góra dwie-trzy minuty. Poczta do plecaka i do domu.


Bezpieczeństwo osiedlowe
Przeprowadzka nie rozwiązała tego problemu. Dopóki dom nie był ogrodzony płotem, skrzynka wisiała przy drzwiach. Towarzyszyło temu poczucie pełnego bezpieczeństwa- kto bowiem wejdzie na cudzą posesję po to, by kraść listy? Brak ogrodzenia miał jednak swoje inne wady, głównie nie chronił przed dzieciarnią (której wokół jest MNÓSTWO). Zanim płotu nie było, działy się różne rzeczy. Raz jakiś dzieciak rozbroił gniazdo elektryczne zostawione pod planowane jeszcze wówczas zewnętrzne żaluzje. Po prostu któregoś razu wracając ze wsi zobaczyliśmy zwisające ze ściany kable. Szkoda, że nie były pod prądem. Najsympatyczniejszą sytuację miałem jednak na rozpoczęcie pierwszej klasy liceum. Zostawiłem buty na tarasie (taras od strony ogrodu). Godzina 6:30 rano, o 7:00 mam być w szkole, wychodzę po buty i... butów nie ma. Jeden leżał u jednego sąsiada na ogrodzie, drugi u drugiego. Obydwa były ogrodzone. Gdy w końcu dostałem je z powrotem, pojawił się inny problem. Były bez sznurówek. Po tych i innych schizach postanowiliśmy z drugą połówką bliźniaka postawić sobie wspólny płot. Skrzynka wylądowała na płocie. Błąd, błąd, błąd.

Czytaj dalej...



Blog powstawał na przestrzeni wielu lat. Za marność starych tez nie odpowiadam:)

Galerianki 6 komentarzy

Napisano dnia 24 października 2009, w Ogólne, Przemyślenia filozoficzne, Przemyślenia globalne

W końcu, po kilku tygodniach marudzenia, zobaczyłem przy okazji szerszego wyjścia ten obraz. Pod kinem znaleźliśmy inną licealną grupkę i kupiliśmy bilet grupowy :-) (nam brakowało jednej osoby). To był jeden z zasadniczo dwóch problemów, na które napotkaliśmy. Drugim była grupka gówniarzerii siedzącej przed nami i w debilny i infantylny sposób komentującej kolejne sceny. Trudno jest wejść w postać (a na tym mi najbardziej zależało!!!), gdy towarzyszy jej potok idiotyzmu. A tak poza tym, to większych problemów nie było ;)

Film arcydziełem nie jest. Od strony warsztatu ma sporo braków. Aktorki w części dialogów zacinają się, niektóre sceny i całe wątki są naciągnięte (jak choćby ta z samobójstwem- nie ruszyła mnie w ogóle, a szkoda) i jakieś takie niedorobione. Wielkie brawa natomiast należą się za temat i treść. Sam fakt poruszenia tematu młodocianej prostytucji i całej warstwy syfu narosłego wokół instytucji pt „gimnazjum” zasługuje na wielkie brawa, takich filmów mi w polskiej sztuce brakuje. Drugą wielką zaletą obrazu był sposób ujęcia młodzieży- bez infantylnych i absolutnie nic nie mających z rzeczywistością dialogów rodem z polskich telenowel, za to z autentyczniej brzmiącymi wypowiedziami, okraszonymi mięskiem i slangiem. Katarzynie Rosołaniec udało się głęboko wejść w opisywane zjawisko i doskonale je zrozumieć. Wcześniej czytałem w „Polityce” wywiad z nią i była to pierwsza tak kompetentna wypowiedź osoby dorosłej o kurwiącej się młodzieży, jaką czytałem.

Czytaj dalej...



Blog powstawał na przestrzeni wielu lat. Za marność starych tez nie odpowiadam:)

RENT Dodaj komentarz

Napisano dnia 17 października 2009, w Ogólne, Przemyślenia filozoficzne

Uwaga! Zawiera elementy fabuły!

Tydzień temu miałem przyjemność zobaczyć w szczecińskiej Operze na Zamku musical „Rent”. Sam nie wiem, czemu nadać rangę przyjemności większej- samemu dziełu, czy może towarzystwu, w jakim miałem chwilową przyjemność się obracać- obydwa bowiem elementy tego wieczoru były co najmniej bardzo satysfakcjonujące :). Jedyne, co można zarzucić temu musicalowi, to długość i zbyt ostre podzielenie odcinków akcji. Po prostu przed w 2/3 przedstawienia myślałem już „ile jeszcze?”, bowiem kolejne sceny były odgrywane, a nierzadko nie mogłem znaleźć w nich kontynuacji scen poprzednich. Kilka fragmentów zresztą bym wyrzucił, jak choćby scenę z „krową”. Ani nie grzała, ani nie śmieszyła. Oczywiście od razu nastąpiło porównanie do „HAIR”, choć nie są to sztuki równoległe (musical na scenie a musical w formie filmu). I chyba tylko sceniczność wykonania ochroniła aktorów przed wskazaniem na film. Co nie zmienia faktu, że był to bardzo przyjemny wieczór, a kreacje na scenie były w 90% bezbłędnie świetne. Szczególnie udany był absurdalny humor zawarty w prawie każdej wypowiedzi. Tyle o wykonaniu, teraz do przesłania.

Przesłanie
Akcja zaczyna się na poddaszu, na którym znajduje się dwóch przyjaciół-artystów: kamerzysta i gitarzysta. Ten pierwszy marzy o nakręceniu filmu stulecia, drugi zaś pracuje nad pieśnią wszech czasów. Jest bożonarodzeniowa noc. Wkrótce gaśnie światło- bohaterowie nie opłacili czynszu. Czekają na przyjaciela. Zjawia się trzecia postać, przedstawiciel jakiegoś konsorcjum (zapomniałem większości imion, nazwijmy go biznesmenem), właściciela kamienicy. Żąda zapłaty za czynsz. Z czasem okazuje się, że to ich dawny przyjaciel. Kolejno do akcji wchodzą kolejne osoby. Ongiś stanowili oni jedną wielką rodzinę, teraz tworzą kilka skłóconych ze sobą (głównie z powodu pieniędzy bądź rywalizacji uczuciowej) grupek. W pewnym momencie z kolejnym dawnym przyjacielem (tym, który miał przyjść jako pierwszy) zjawia się transwestyta Angel, wokół którego osobowości (i pieniędzy rozwiązujących problemy) odbudowuje się dawna grupa, do której dołączają jeszcze dwie lesbijki. Wszyscy żyją w „szczęściu absolutnym”, bez kłótni i problemów. Do czasu.

Dalej akcja toczy się tak, jak w życiu, nawet jakby znajomo. Grupę zaczyna rozsadzać zazdrość oparta głównie na sprzecznych uczuciach. Biznesmen wypycha z grupy Gitarzystę, bowiem startują do tej samej dziewczyny. Muzyk zresztą z wielką chęcią się wycofuje, okazując wszem i wobec swe cierpienie. Wkrótce sprzeda instrument i wyjedzie z miasta. Do tego dochodzi kłótnia między przyjaciółkami o to, która którą krócej trzyma. W końcu zrywają one ze sobą. Tylko Angel i jego przyjaciel żyją ze sobą w szczęściu i próbują zatrzymać upadek całości. Wkrótce cała reszta jest ze sobą skłócona. Tylko filmowiec stoi jakby z boku, zaangażowany, ale nie walczący, dokumentując kolejne etapy rozpadu przyjaźni. Ale (w opinii reszty) to oczywiście on się „alienuje”, oddaje pracy, lekceważy przyjaciół i nie chce „poddać się grupie”. I w ten sposób z człowieka, który nie chce się angażować w upadek swych przyjaźni robi się głównego winowajcę.

W końcu, gdy wydaje się, że już wszystko stracone, Angel umiera na AIDS. Wokół jej łóżka gromadzi się dawna grupa. Dawne waśnie zostają zawieszone. Szybko jednak wracają. Tylko w towarzystwie przyjaciela Angel jest spokój. Gdy on znika, konflikty wracają. Do miasta wraca muzyk, zbliżają się święta („Dzwonią dzwonią dzwonki, dzwonią dzwonią dzwonki, dzwonią dzwonią dzwonki, w MTV”). Znów filmowiec i muzyk są sami. Na tym samym poddaszu. Znów wyłączają prąd. I znów ktoś do nich przychodzi- przyjaciel Angel. Wkrótce przynoszą ukochaną muzyka i biznesmena w stanie agonalnym. Umiera, ale wkrótce ożywa, jak twierdzi- za sprawą Angel. Wokół tego cudu dawna grupa znów się jednoczy. Fabuła zatacza krąg.

I pewnie będzie zataczała dalej.

Aż wszyscy nie wymrą.


Czytaj dalej...



Blog powstawał na przestrzeni wielu lat. Za marność starych tez nie odpowiadam:)

Bo Polska jest w nas 9 komentarzy

Napisano dnia 14 października 2009, w Ogólne, Polityka, Przemyślenia filozoficzne

Ostatnimi czasy na joggerze pojawiło się kilka tekstów-manifestów dotyczących kraju, w którym przyszło nam żyć. Naszym kraju. Kolejności chronologicznej były to moje skromne „I have a dream”, „Polska jest jak PHP” Claygirl, oraz przedruk Zbyszka Czernika „Żyjemy w kraju” z racjonalisty.pl (autor: Łukasz Dąbrowiecki). Jeżeli kogoś pominąłem, to nie ze złej woli (dopisać się można w komentarzach). Swoich wypocin komentować nie będę, natomiast chciałbym się odnieść do dwóch pozostałych tekstów. Na pewno nie będzie to nacjonalistyczny osiedlowo-gówniarzerski jazgot o tym, że Polska jest tak naprawdę piękna i wspaniała (bo nie jest), ale to wszystko wina bliżej nieokreślonej „masonerii” czy „żydokomuny” (bo to wina Polaków). Mimo wszystko może być ciekawy :)

„Polska jest jak PHP”

Teza artykułu jest parafrazą wypowiedzi Karola Kozuba ("W PHP można pisać dobre programy, ale język tego nie wspiera.") :

"W Polsce można żyć dobrze i szczęśliwie, ale kraj tego nie wspiera."

Pierwsze pytanie, które się nasuwa, brzmi: co to właściwie jest ten „kraj”? Kraj to instytucje polityczne? Nie, raczej nie. To jest państwo. Kraj to ustrój? Kultura? Historia? Prawo? Góry i niziny? Gospodarka? Czy może raczej społeczeństwo? Europejską protoplastą „kraju” jest grecka polis, gdzie polis to nie tylko „miasto-państwo”, jak się zwykło tego uczyć na historii. To wszystko to, co odróżnia społeczeństwo od stada zwierząt, tj organizacja społeczeństwa, prawo pisane i zwyczajowe, historia polis, instytucje państwowe, w końcu tradycyjna pozycja rodów szlacheckich i ludzie to polis tworzący. Aleksiej Łosiew pisze, że polis to: „całe życie społeczne i społeczno-polityczne zorganizowane w jedną całość. […] Inaczej mówiąc, grecką polis należy rozumieć jako najmniejsza jednostkę historyczną obejmującą to wszystko, co należy do społecznej kultury w jej całokształcie”. Innymi słowy: polis było wszystkim. Ale kto był polis? Motto greckich kolonizatorów brzmiało: Gdziekolwiek WY będziecie, tam będzie Wasze polis!. Nie „gdziekolwiek będzie wasz władca”, czy też „wasze miasto”. Istotą polis uczyniono społeczeństwo i ludzi je tworzących. Hannah Arendt pisze w „Kondycji Ludzkiej”, że rzeczywistością polityki jest typ interakcji między ludźmi, dla których państwo użycza jedynie sceny (za Niną Gładziuk, „Tysiąc oczu Polis”). Można to przekształcić na parafrazujące „państwo to scena, aktorami ludzie”. Dlaczego jest to tak ważne? Bowiem sceną może być scena Teatru Narodowego. Ale równie dobrze może to być ulica, ławka w parku czy piwnica. Owszem, w ciepłym fotelu ogrzewanego budynku ogląda się przedstawienie przyjemniej. Ale równie dobrze można usiąść na chodniku czy trochę postać. Zresztą, naszą ambicją winno być w miarę częste wchodzenie na scenę, a nie siedzenie przed nią. Czy to poprzez żywe uczestnictwo w życiu społecznym, czy choćby przez bloga.

Kolejnymi przykładami wartymi przywołać jest wybitny XX-wieczny myśliciel chrześcijański Józef Tischner, który to twierdził, że to nie system polityczny czyni ludzi szczęśliwymi, lecz oni sami. Można do tego dodać tezę Thich Nhat Hanh'a, który to w książeczce „Każdy krok niesie pokój” stwierdza między wierszami, że „pokój jest w nas”. Nie w państwie, nie systemie, lecz w ludziach. Nawet, jeżeli przyjmiemy, że system rozbudowanej pomocy społecznej uczyni społeczeństwo absolutnie szczęśliwym (a nie uczyni), to ktoś na funkcjonowanie tego systemu musi zapracować. Czyli źródłem społecznego szczęścia nie jest system, lecz opodatkowana praca, opodatkowana aktywność ludzka. Itd.

W oparciu o powyższe dwa akapity można przekształcić tezę na

"W Polsce można żyć dobrze i szczęśliwie, ale ludzie tego nie wspierają."

A po usunięciu podmiotu nieokreślonego na:

"W Polsce człowiek może żyć dobrze i szczęśliwie, ale ludzie tego nie wspierają."

A stąd prowadzą co najmniej dwie drogi.

Droga pierwsza
W gruncie rzeczy to... z jakiego powodu ludzie mają ułatwiać Ci życie dobre i szczęśliwe? To tylko i wyłącznie Twój interes, by tak żyć! Albo, którą cenię wyżej:

Droga druga
W zasadzie to teza ta brzmi tak: nie możemy żyć godnie, bo tego sobie nie ułatwiamy. Ale zaraz... czyja to wina? Jest to relacja jest na linii my-my, bądź ja-my. Zawsze jednak pierwszy człon zawiera się w drugim, stanowi jego część. Czyli To również od Ciebie zależy, czy będziesz mogła liczyć na wsparcie reszty społeczeństwa. Bowiem to Ty jesteś jedną trzydziestoośmio milionową reguł przez nie ustalanych. A to nie tylko korzyści, lecz również odpowiedzialność za całokształt.


Żyjemy w kraju...
Na wstępie zaznaczam, iż z treścią merytoryczną dotyczącą nadużyć kościoła katolickiego w sferze publicznej w pełni się zgadzam. Mnie tez wk..... denerwuje sytuacja, w której kapelan jakiejś służby zarabia kilkukrotność zarobków mundurowych+ mieszkanie służbowe+ samochód za samo bycie na miejscu (vide: celnicy). Irytuje mnie to, że na lekcje religii w szkole etat i sala znajduje się zawsze, a lekcje etyki miewałem i od piątej godziny po południu, a za gros czasu ze mną spędzonych (liczba przekraczająca tysiąc kilkaset godzin) szkolny filozof nie otrzymywał ani grosza. Wpienia mnie to, że od każdej złotówki płaconego podatku prawie trzy grosze idą na obowiązkową daninę na jedyną_słuszną_religię. O lęku polityków przed gniewem biskupów nie wspominając. Mimo to nie mogę sobie odmówić małej formalnej zabawy nad przedstawionymi tezami, w oparciu o spostrzeżenia z wcześniejszej części.

Weźmy pierwszą tezę

— Żyjemy w kraju, gdzie głowa jednego z wyznań podczas swych wizyt jest fetowana przez czynniki państwowe, a na przygotowanie jej podróży, choć nie jest wizytą dyplomatyczną, wydawane są środki publiczne z budżetu państwa.

I przekształćmy ją na raczej:

— Żyjemy w kraju, gdzie większość społeczeństwa akceptuje to, że głowa jednego z wyznań podczas swych wizyt jest fetowana przez czynniki państwowe, a na przygotowanie jej podróży, choć nie jest wizytą dyplomatyczną, wydawane są środki publiczne z budżetu państwa.

I analogiczny zabieg przeprowadźmy z każdą tezą. Otrzymamy wówczas krytykę nie „kraju”, ale społeczeństwa, czyli nas wszystkich. Bowiem kto decyduje o tym, że szkoła x nie podaje godziny rozpoczęcia roku szkolnego, lecz godzinę mszy? Dyrektor. A skoro uczniowie i ich rodzice nie doprowadzili do zmiany tego stanu, to oznacza, że społeczeństwo na taki stan się zgadza. Itd., itd... Jeżeli rzeczywistość jest rąbnięta, to równie porąbane musi być społeczeństwo. Bowiem ono ją tworzy.


Jaki to ma cel?
No właśnie, po co tych tysiąc kilkaset słów rozgryzania innych słów? Ano po to, by uświadomić sobie, że Polska jest w nas. Że to nie od państwa zależy, jak będziemy żyli, lecz od nas, bowiem koniec końców to my te państwo determinujemy. Gdyby społeczeństwo miało rozwinięty zmysł samozachowawczy, empatii i szacunku dla pracy (a nasze nie ma), to nie byłoby potrzeby budowania silnego państwa socjalnego. Gdyby krajów zachodnich nie zalewały nacje ze społeczeństw bez ww zmysłów (również Polacy), to ich model państwa socjalnego nie bankrutowałby. Wniosek z tego wypływa następujący- to społeczeństwo stanowi, w jakich warunkach żyje. A każdy z nas jest jego częścią.


Czytaj dalej...



Blog powstawał na przestrzeni wielu lat. Za marność starych tez nie odpowiadam:)

Między pomocą zwierzętom a oszołomstwem 2 komentarze

Napisano dnia 13 października 2009, w Ekologia, Ogólne, Polityka

Była sobie w Szczecinie Stocznia. W Stoczni pracowali stoczniowcy. Stoczniowcom przypadły do gustu pojawiające się na terenie ich pracy koty. Zaczęli je dokarmiać. Tajemnicą poliszynela jest, że używali do tego celu niesmacznych kanapek przygotowywanych przez kochające żony [potrzebne źródło]. Wkrótce koty od nich się uzależniły i zaczęły rozmnażać. Ale pewnego dnia Stocznia upadła. Stoczniowcy dostali rządowy pakiet pomocowy. I tu się pojawił problem. Kociej specustawy bowiem nie było.

Liczyć tak, jak najwygodniej
Informacje o liczbie kotów na terenie Stoczni są róże. Są ludzie, którzy tam pracowali i przez cały okres pracy widzieli jednego kota. Ogólnie stoczniowcy mówią o liczbie 50, czasem 100 kotów. Niższą kwotę potwierdza administracja Stoczni. Niewiele, nie? Za mało, by zbić na tym jakikolwiek kapitał. Więc trzeba zacząć kręcić. Pani z imienia i nazwiska podana w artykule „Gazety..." podała kwotę 500 kotów. Na tym da się już jakieś lody ukręcić, nie? Ale odpowiedź społeczeństwa wciąż była marna. I do tego na ogół wykpiewająca. Więc ta sama pani na spotkaniu z młodzieżówką jednej ze szczecińskich partii stwierdziła, że tych kotów jest tam 4000 [słownie: cztery tysiące] sztuk. To jakby trochę więcej, niż 50, nie?

Czytaj dalej...



Blog powstawał na przestrzeni wielu lat. Za marność starych tez nie odpowiadam:)

Szczyt cynizmu 19 komentarzy

Napisano dnia 08 października 2009, w Ogólne, Polityka

Dzień dzisiejszy, przystanek tramwajowy przy rondzie Giedroycia na Wyzwolenia. Szczecin. Pora poranna, dość późna co prawda, ale wciąż zimna. Czekam na tramwaj. Przez tłumek osób o podobnych do moich oczekiwań przedziera się jakaś kobieta. Kurteczka, torebka, czapka- ubiór jakością nie odstępujący ubiorowi typowego mieszkańca RP. Niesie coś w ręku. Jeden ze znanych Szczecinianom kartonów z napisem w stylu „Jestem chora, zbieram na leki i jedzenie dla dziecka”. Do tego kubeczek. Konsumpcyjno-zarobkowy, rzekłoby się. Bełkocząc coś pod nosem przepycha się przez tłum i wsiada do drugiego wagonu tramwaju, który właśnie nadjechał. Ale to nie koniec.

Czytaj dalej...



Blog powstawał na przestrzeni wielu lat. Za marność starych tez nie odpowiadam:)

Emerytur dla gospodyń domowych!!! 8 komentarzy

Napisano dnia 01 października 2009, w Ogólne, Polityka

Siedząc dziś z bratem przy obiedzie rozmawialiśmy o różnych metodach omijania polskich podatków, składek i innych zusów- oczywiście w pełni legalnej formie. Wniosek był prosty- prawo podatkowe mamy do niczego. Przy okazji przypomniał mi się reportaż sprzed roku, którego autorka domagała się stałych pensji dla gospodyni domowych, argumentując to ich ciężką pracą. Razem z bratem porechotaliśmy do zupy i tym pozytywnym akcentem zakończyliśmy rozmowę. Ale...

Czytaj dalej...




« Wcześniejsze wpisy Późniejsze wpisy »

SZUKAJ


Kuba Pakulski
Szczecinianin. Fascynat filozofii, historii i nauk społecznych. Piszący dla przyjemności i praktyki. Radykalnie umiarkowany czerwony liberał. Antyklerykał pełen życzliwości dla wierzących, którego serce bije po lewej stronie. Słucha wszystkiego, co da się zamknąć w trójkącie Judas Priest- Enya- Miles Davis.

Kontakt:
e-mail: jakub.pakulski małpka gmail.com
jabber: kuba.pak666 jabber.wp.pl
gg: 9933809