Twoja poczta jest bezpieczna 3 komentarze

Napisano dnia 31 października 2009, w Ogólne

Od jakichś czterech miesięcy regularnie bywam w dawnym miejscu zamieszkania. Mieszkanie jeszcze nie jest sprzedane (jeżeli ktoś jest zainteresowany, to proszę na priv :D). Mieszkaliśmy tam półtorej dekady, więc na stary adres idzie mnóstwo korespondencji. Od jakichś dwóch miesięcy przywożę ją regularnie do nowego domu. Co w tym dziwnego? Eee, nie mam klucza do skrzynki. Któregoś razu po prostu zobaczyłem, że jest dużo poczty. Na dnie skrzynki leżało „Moje Miasto”, a na nim pęk listów i awizów. Wystarczyło włożyć dłoń do skrzynki i unieść gazetę. Reszta wysypała się wprost do drugiej dłoni.

Europejskie bezpieczeństwo
W bloku są skrzynki pocztowe zestandaryzowane do wymagań UE. Powinno to sprawić, że będą w 100% bezpieczne. Nie są. Do ich otwarcia nie potrzeba łomów a do wyjęcia listów dłoni anorektyczki. Nie jest też wymagane liczenie na idiotyzm listonosza czy roznoszącego gazety. Czasem można poradzić sobie dłonią rozmiaru zeszytu A5. Innym razem trzeba sobie pomóc okularami. W sumie opróżnienie skrzynki to góra dwie-trzy minuty. Poczta do plecaka i do domu.


Bezpieczeństwo osiedlowe
Przeprowadzka nie rozwiązała tego problemu. Dopóki dom nie był ogrodzony płotem, skrzynka wisiała przy drzwiach. Towarzyszyło temu poczucie pełnego bezpieczeństwa- kto bowiem wejdzie na cudzą posesję po to, by kraść listy? Brak ogrodzenia miał jednak swoje inne wady, głównie nie chronił przed dzieciarnią (której wokół jest MNÓSTWO). Zanim płotu nie było, działy się różne rzeczy. Raz jakiś dzieciak rozbroił gniazdo elektryczne zostawione pod planowane jeszcze wówczas zewnętrzne żaluzje. Po prostu któregoś razu wracając ze wsi zobaczyliśmy zwisające ze ściany kable. Szkoda, że nie były pod prądem. Najsympatyczniejszą sytuację miałem jednak na rozpoczęcie pierwszej klasy liceum. Zostawiłem buty na tarasie (taras od strony ogrodu). Godzina 6:30 rano, o 7:00 mam być w szkole, wychodzę po buty i... butów nie ma. Jeden leżał u jednego sąsiada na ogrodzie, drugi u drugiego. Obydwa były ogrodzone. Gdy w końcu dostałem je z powrotem, pojawił się inny problem. Były bez sznurówek. Po tych i innych schizach postanowiliśmy z drugą połówką bliźniaka postawić sobie wspólny płot. Skrzynka wylądowała na płocie. Błąd, błąd, błąd.

Do niedawna sprawdzałem pocztę po prostu wkładając dłoń w szczelinę i wyjmując ew. listy. Któregoś razu zorientowałem się, że tej czynności z rozdziabionymi gębami przygląda się trójka kilkulatków. Od tego czasu grzecznie chodzę po klucz. Przed paroma tygodniami jednak byłem świadkiem innej ciekawej sytuacji. Nalewając sobie porannej herbaty usłyszałem metaliczne „łup, łup, łup”. Wyglądam przez okno- stoi facet z dzieckiem przy skrzynce, mały ledwo sięgając rąbie pokrywką od niej. Słów dziecka nie słyszałem, ojca-owszem. „To jest skrzynka pocztowa, chodźmy dalej. Listy tu się wrzuca, chodź. Tak, przez ten otwór. Wyjmują sobie, no chodź. Tak, przez ten otwór” i pociągnął dzieciaka dalej. Od tamtego czasu obiecuję sobie, że mając chwilą wolnego czasu i materiału zwężę wlot skrzynki. Początkowo miałem zwęzić płytką o nieszlifowanych krawędziach, ale chyba sobie odpuszczę. By nie drzeć listów.

Bezpieczne skrzynki
Tematem pewnie bym się nie zainteresował, gdyby nie długi czas oczekiwania na nowy kod Adsense od Google. Raz nie doszedł do starego mieszkania, drugi raz do nowego domu. Przez cały ten czas wyświetlałem reklamy charytatywne, dopiero niedawno się to zmieniło. Już widzę minę dzieciaka podjaranego tekstem „UWAGA! W ŚRODKU WAŻNE INFORMACJE NT KONTA!!!”. Poza tym spora część spodziewanej korespondencji prywatnej po prostu nie dochodziła, od zwykłych pocztówek, po listy z Niemiec. Awiza są na szczęście na tyle małe, że po nie nawet ręka noworodka nie sięgnie. Ale inne listy nie. Sam ostatnio dużo zamawiam na allegro i są to zamówienia robione na zasadzie „W piątek zamawiam, we środę muszę mieć przeczytane”. Nie każdy nadaje książki paczką, niektóre lądują w skrzynce. A to tylko jeden rodzaj przesyłki. Ukraść można inne rzeczy- umowy (ostatnio koperty od home.pl listonosz nie zmieścił do skrzynki i sterczała z niej na ulicę...), dokumenty (zaświadczenia o niższych tytułach olimpijskich dostaje się pocztą). Nie po wszystko przecież będziemy jeździć na pocztę. Pieniędzy nikt już pocztą nie wysyła, ale wciąż można dużo stracić. A na pewno traci się poczucie bezpieczeństwa własnej korespondencji. A „moja mojość jest mojsza”, jak mawiał Heidegger. A ja bardzo nie lubię, jak ktoś rusza coś, co jest bardziej mojsze, niż jegojsze.

Galerianki 6 komentarzy

Napisano dnia 24 października 2009, w Ogólne, Przemyślenia Filozoficzne, Przemyślenia Globalne

W końcu, po kilku tygodniach marudzenia, zobaczyłem przy okazji szerszego wyjścia ten obraz. Pod kinem znaleźliśmy inną licealną grupkę i kupiliśmy bilet grupowy :-) (nam brakowało jednej osoby). To był jeden z zasadniczo dwóch problemów, na które napotkaliśmy. Drugim była grupka gówniarzerii siedzącej przed nami i w debilny i infantylny sposób komentującej kolejne sceny. Trudno jest wejść w postać (a na tym mi najbardziej zależało!!!), gdy towarzyszy jej potok idiotyzmu. A tak poza tym, to większych problemów nie było ;)

Film arcydziełem nie jest. Od strony warsztatu ma sporo braków. Aktorki w części dialogów zacinają się, niektóre sceny i całe wątki są naciągnięte (jak choćby ta z samobójstwem- nie ruszyła mnie w ogóle, a szkoda) i jakieś takie niedorobione. Wielkie brawa natomiast należą się za temat i treść. Sam fakt poruszenia tematu młodocianej prostytucji i całej warstwy syfu narosłego wokół instytucji pt „gimnazjum” zasługuje na wielkie brawa, takich filmów mi w polskiej sztuce brakuje. Drugą wielką zaletą obrazu był sposób ujęcia młodzieży- bez infantylnych i absolutnie nic nie mających z rzeczywistością dialogów rodem z polskich telenowel, za to z autentyczniej brzmiącymi wypowiedziami, okraszonymi mięskiem i slangiem. Katarzynie Rosołaniec udało się głęboko wejść w opisywane zjawisko i doskonale je zrozumieć. Wcześniej czytałem w „Polityce” wywiad z nią i była to pierwsza tak kompetentna wypowiedź osoby dorosłej o kurwiącej się młodzieży, jaką czytałem.

Autentyczność zjawiska
Przed zobaczeniem filmu czytałem i słyszałem różne opinie. Oprócz pozytywnych również te negatywne. Że film jest niby przerysowany, tendencyjny. Jakaś zakonnica stwierdziła, że on w ogóle nic z rzeczywistością wspólnego nie ma. Innym razem, że to tylko problem najgorszych szkół. Więc po kolei. W mojej opinii, człowieka młodego i niewiele od bohaterek starszego, przerysowania zawarte w filmie nie mają żadnego wpływu na jego główną treść. Owszem, pojawiają się, ale ogólna teza filmu przerysowana na pewno nie jest. Przedstawiono bowiem trzy „galerianki” na całą szkołę. Czy to sporo? Jeżeli zważymy, że w Polsce jest ponad 1600 tys gimnazjalistów, to uzyskamy liczbę dziesięciu tysięcy dotkniętych tym problemem dziewcząt. To sporo. Oczywiście spora część uczniów to nie mieszkańcy miast z galeriami handlowymi, ale w ogóle liczba trzech osób na szkołę (szkoły są przecież różnych rozmiarów) jest dyskusyjna. Czy adekwatnie mała? Można wątpić. W końcu problem kwantyfikatora najgorszych szkół. Przede wszystkim w obecnie prawie każde rejonowe gimnazjum (bez egzaminów wstępnych lub limitu miejsc) to najgorsza szkoła. A tych jest przecież najwięcej. Ale to nie wszystko- szkoły „limitowane” wcale nie są od galerianek i sponsorowanych wolne. Sam z jedną chodziłem do klasy. I sprzedajność była dla niej powodem do dumy z rzekomej „dorosłości” i „dojrzałości”.

Wolność a młodość
Tym, co mnie osobiście najbardziej uderzyło, była oczywiście metamorfoza głównej bohaterki. Z cichej, spokojnej, zamkniętej w sobie (ale pragnącej bliskości) dziewczyny staje się ona jedną z galerianek. Owszem, na końcu symbolicznie topi dziewczynę, która ją w to wciągnęła, w kiblu i zmywa makijaż, ale nie przeczy, że stała się jedną z nich. Czy dziewczyna, która staje wobec „zła tego świata”, czy też (stosując bardziej filozoficzną kategorię), powszechnego kurewstwa, musi się mu podporządkować i biec zgodnie z jego pędem, samemu przy tym kurewiejąc? W tym wypadku wybrała taką drogę. A czy w rzeczywistości mogłaby wybrać inną? Czy znalazłaby w kimkolwiek oparcie? W kim? W ojcu-pierdole, puszczającej się (za pieniądze?) matce, szkole, nauczycielce z poprzedniej epoki, chłopaku sapiącym do pornosów? Pytanie pozostaje zostawić bez odpowiedzi, nie wolno przecież uogólniać. Mimo że dla 90% przypadków chyba znamy odpowiedź.

Co zrobić z gimnazjami?
Należę do umiarkowanych przeciwników gimnazjów. Nie ze względu na złe założenia reformy, ale na jej skutki. Zabrzmi to jak słowa jakiegoś starego pierdziela, ale dzieciakom w klasie siódmej po prostu odwala „dorosłość”. Bo wszystko im wolno. Bo są nastolatkami. Bo skończyli pierwszy etap swej edukacji. Dla mnie nie jest to problemem, bo nie chodziłem do szkoły rejonowej (dlatego też mogę być nieobiektywny). Gimnazjum przy dziewiątce pozwala co najwyżej twierdzić, że młodzież debileje, ale nie chamieje. Owszem, u nas również zdarzają się mniejsze bądź większe świństwa uczniowskiego autorstwa (czego niestety sam jestem niechlubnym przykładem), ale nijak to się ma do dna sinusoidy. Ale z tym dnem jest jak z puszką Pandory- raz otwarta będzie straszyła do końca. Nasze dno sięgnęło już dna niemieckiego czy szerzej- zachodniego- i sama likwidacja gimnazjów tego już nie zmieni. Pozostaje wierzyć, że ew. poprawienie się sytuacji materialnej mas pozwoli zmniejszyć desperację* i co za tym idzie- podnieść cenę młodocianych usług. Za wyższą ceną idzie mniejszy popyt. Oby się to sprawdziło.

Na chwilę obecną polecam jedną małą zmianę- zabranie gimnazjalistów wszystkich klas do kina na „Galerianki”. Nieważne, że film wulgarny i momentami ostro erotyczny. Może uda mu się coś zmienić. Natomiast we mnie zmiana zaszła inna- wróciła myśl, czy jako drugiego kierunku nie zrobić resocjalizacji. Może...

*- nie uwzględnia to faktu, że spora część galerianek to dziewczyny z dobrych domów, córki prawników i lekarzy, które puszczają się dla zabawy. Głupoty bogactwo nie leczy


RENT Dodaj komentarz

Napisano dnia 17 października 2009, w Ogólne, Przemyślenia Filozoficzne

Uwaga! Zawiera elementy fabuły!

Tydzień temu miałem przyjemność zobaczyć w szczecińskiej Operze na Zamku musical „Rent”. Sam nie wiem, czemu nadać rangę przyjemności większej- samemu dziełu, czy może towarzystwu, w jakim miałem chwilową przyjemność się obracać- obydwa bowiem elementy tego wieczoru były co najmniej bardzo satysfakcjonujące :). Jedyne, co można zarzucić temu musicalowi, to długość i zbyt ostre podzielenie odcinków akcji. Po prostu przed w 2/3 przedstawienia myślałem już „ile jeszcze?”, bowiem kolejne sceny były odgrywane, a nierzadko nie mogłem znaleźć w nich kontynuacji scen poprzednich. Kilka fragmentów zresztą bym wyrzucił, jak choćby scenę z „krową”. Ani nie grzała, ani nie śmieszyła. Oczywiście od razu nastąpiło porównanie do „HAIR”, choć nie są to sztuki równoległe (musical na scenie a musical w formie filmu). I chyba tylko sceniczność wykonania ochroniła aktorów przed wskazaniem na film. Co nie zmienia faktu, że był to bardzo przyjemny wieczór, a kreacje na scenie były w 90% bezbłędnie świetne. Szczególnie udany był absurdalny humor zawarty w prawie każdej wypowiedzi. Tyle o wykonaniu, teraz do przesłania.

Przesłanie
Akcja zaczyna się na poddaszu, na którym znajduje się dwóch przyjaciół-artystów: kamerzysta i gitarzysta. Ten pierwszy marzy o nakręceniu filmu stulecia, drugi zaś pracuje nad pieśnią wszech czasów. Jest bożonarodzeniowa noc. Wkrótce gaśnie światło- bohaterowie nie opłacili czynszu. Czekają na przyjaciela. Zjawia się trzecia postać, przedstawiciel jakiegoś konsorcjum (zapomniałem większości imion, nazwijmy go biznesmenem), właściciela kamienicy. Żąda zapłaty za czynsz. Z czasem okazuje się, że to ich dawny przyjaciel. Kolejno do akcji wchodzą kolejne osoby. Ongiś stanowili oni jedną wielką rodzinę, teraz tworzą kilka skłóconych ze sobą (głównie z powodu pieniędzy bądź rywalizacji uczuciowej) grupek. W pewnym momencie z kolejnym dawnym przyjacielem (tym, który miał przyjść jako pierwszy) zjawia się transwestyta Angel, wokół którego osobowości (i pieniędzy rozwiązujących problemy) odbudowuje się dawna grupa, do której dołączają jeszcze dwie lesbijki. Wszyscy żyją w „szczęściu absolutnym”, bez kłótni i problemów. Do czasu.

Dalej akcja toczy się tak, jak w życiu, nawet jakby znajomo. Grupę zaczyna rozsadzać zazdrość oparta głównie na sprzecznych uczuciach. Biznesmen wypycha z grupy Gitarzystę, bowiem startują do tej samej dziewczyny. Muzyk zresztą z wielką chęcią się wycofuje, okazując wszem i wobec swe cierpienie. Wkrótce sprzeda instrument i wyjedzie z miasta. Do tego dochodzi kłótnia między przyjaciółkami o to, która którą krócej trzyma. W końcu zrywają one ze sobą. Tylko Angel i jego przyjaciel żyją ze sobą w szczęściu i próbują zatrzymać upadek całości. Wkrótce cała reszta jest ze sobą skłócona. Tylko filmowiec stoi jakby z boku, zaangażowany, ale nie walczący, dokumentując kolejne etapy rozpadu przyjaźni. Ale (w opinii reszty) to oczywiście on się „alienuje”, oddaje pracy, lekceważy przyjaciół i nie chce „poddać się grupie”. I w ten sposób z człowieka, który nie chce się angażować w upadek swych przyjaźni robi się głównego winowajcę.

W końcu, gdy wydaje się, że już wszystko stracone, Angel umiera na AIDS. Wokół jej łóżka gromadzi się dawna grupa. Dawne waśnie zostają zawieszone. Szybko jednak wracają. Tylko w towarzystwie przyjaciela Angel jest spokój. Gdy on znika, konflikty wracają. Do miasta wraca muzyk, zbliżają się święta („Dzwonią dzwonią dzwonki, dzwonią dzwonią dzwonki, dzwonią dzwonią dzwonki, w MTV”). Znów filmowiec i muzyk są sami. Na tym samym poddaszu. Znów wyłączają prąd. I znów ktoś do nich przychodzi- przyjaciel Angel. Wkrótce przynoszą ukochaną muzyka i biznesmena w stanie agonalnym. Umiera, ale wkrótce ożywa, jak twierdzi- za sprawą Angel. Wokół tego cudu dawna grupa znów się jednoczy. Fabuła zatacza krąg.

I pewnie będzie zataczała dalej.

Aż wszyscy nie wymrą.


Bo Polska jest w nas 9 komentarzy

Napisano dnia 14 października 2009, w Ogólne, Polityka..., Przemyślenia Filozoficzne

Ostatnimi czasy na joggerze pojawiło się kilka tekstów-manifestów dotyczących kraju, w którym przyszło nam żyć. Naszym kraju. Kolejności chronologicznej były to moje skromne „I have a dream”, „Polska jest jak PHP” Claygirl, oraz przedruk Zbyszka Czernika „Żyjemy w kraju” z racjonalisty.pl (autor: Łukasz Dąbrowiecki). Jeżeli kogoś pominąłem, to nie ze złej woli (dopisać się można w komentarzach). Swoich wypocin komentować nie będę, natomiast chciałbym się odnieść do dwóch pozostałych tekstów. Na pewno nie będzie to nacjonalistyczny osiedlowo-gówniarzerski jazgot o tym, że Polska jest tak naprawdę piękna i wspaniała (bo nie jest), ale to wszystko wina bliżej nieokreślonej „masonerii” czy „żydokomuny” (bo to wina Polaków). Mimo wszystko może być ciekawy :)

„Polska jest jak PHP”

Teza artykułu jest parafrazą wypowiedzi Karola Kozuba ("W PHP można pisać dobre programy, ale język tego nie wspiera.") :

"W Polsce można żyć dobrze i szczęśliwie, ale kraj tego nie wspiera."

Pierwsze pytanie, które się nasuwa, brzmi: co to właściwie jest ten „kraj”? Kraj to instytucje polityczne? Nie, raczej nie. To jest państwo. Kraj to ustrój? Kultura? Historia? Prawo? Góry i niziny? Gospodarka? Czy może raczej społeczeństwo? Europejską protoplastą „kraju” jest grecka polis, gdzie polis to nie tylko „miasto-państwo”, jak się zwykło tego uczyć na historii. To wszystko to, co odróżnia społeczeństwo od stada zwierząt, tj organizacja społeczeństwa, prawo pisane i zwyczajowe, historia polis, instytucje państwowe, w końcu tradycyjna pozycja rodów szlacheckich i ludzie to polis tworzący. Aleksiej Łosiew pisze, że polis to: „całe życie społeczne i społeczno-polityczne zorganizowane w jedną całość. […] Inaczej mówiąc, grecką polis należy rozumieć jako najmniejsza jednostkę historyczną obejmującą to wszystko, co należy do społecznej kultury w jej całokształcie”. Innymi słowy: polis było wszystkim. Ale kto był polis? Motto greckich kolonizatorów brzmiało: Gdziekolwiek WY będziecie, tam będzie Wasze polis!. Nie „gdziekolwiek będzie wasz władca”, czy też „wasze miasto”. Istotą polis uczyniono społeczeństwo i ludzi je tworzących. Hannah Arendt pisze w „Kondycji Ludzkiej”, że rzeczywistością polityki jest typ interakcji między ludźmi, dla których państwo użycza jedynie sceny (za Niną Gładziuk, „Tysiąc oczu Polis”). Można to przekształcić na parafrazujące „państwo to scena, aktorami ludzie”. Dlaczego jest to tak ważne? Bowiem sceną może być scena Teatru Narodowego. Ale równie dobrze może to być ulica, ławka w parku czy piwnica. Owszem, w ciepłym fotelu ogrzewanego budynku ogląda się przedstawienie przyjemniej. Ale równie dobrze można usiąść na chodniku czy trochę postać. Zresztą, naszą ambicją winno być w miarę częste wchodzenie na scenę, a nie siedzenie przed nią. Czy to poprzez żywe uczestnictwo w życiu społecznym, czy choćby przez bloga.

Kolejnymi przykładami wartymi przywołać jest wybitny XX-wieczny myśliciel chrześcijański Józef Tischner, który to twierdził, że to nie system polityczny czyni ludzi szczęśliwymi, lecz oni sami. Można do tego dodać tezę Thich Nhat Hanh'a, który to w książeczce „Każdy krok niesie pokój” stwierdza między wierszami, że „pokój jest w nas”. Nie w państwie, nie systemie, lecz w ludziach. Nawet, jeżeli przyjmiemy, że system rozbudowanej pomocy społecznej uczyni społeczeństwo absolutnie szczęśliwym (a nie uczyni), to ktoś na funkcjonowanie tego systemu musi zapracować. Czyli źródłem społecznego szczęścia nie jest system, lecz opodatkowana praca, opodatkowana aktywność ludzka. Itd.

W oparciu o powyższe dwa akapity można przekształcić tezę na

"W Polsce można żyć dobrze i szczęśliwie, ale ludzie tego nie wspierają."

A po usunięciu podmiotu nieokreślonego na:

"W Polsce człowiek może żyć dobrze i szczęśliwie, ale ludzie tego nie wspierają."

A stąd prowadzą co najmniej dwie drogi.

Droga pierwsza
W gruncie rzeczy to... z jakiego powodu ludzie mają ułatwiać Ci życie dobre i szczęśliwe? To tylko i wyłącznie Twój interes, by tak żyć! Albo, którą cenię wyżej:

Droga druga
W zasadzie to teza ta brzmi tak: nie możemy żyć godnie, bo tego sobie nie ułatwiamy. Ale zaraz... czyja to wina? Jest to relacja jest na linii my-my, bądź ja-my. Zawsze jednak pierwszy człon zawiera się w drugim, stanowi jego część. Czyli To również od Ciebie zależy, czy będziesz mogła liczyć na wsparcie reszty społeczeństwa. Bowiem to Ty jesteś jedną trzydziestoośmio milionową reguł przez nie ustalanych. A to nie tylko korzyści, lecz również odpowiedzialność za całokształt.


Żyjemy w kraju...
Na wstępie zaznaczam, iż z treścią merytoryczną dotyczącą nadużyć kościoła katolickiego w sferze publicznej w pełni się zgadzam. Mnie tez wk..... denerwuje sytuacja, w której kapelan jakiejś służby zarabia kilkukrotność zarobków mundurowych+ mieszkanie służbowe+ samochód za samo bycie na miejscu (vide: celnicy). Irytuje mnie to, że na lekcje religii w szkole etat i sala znajduje się zawsze, a lekcje etyki miewałem i od piątej godziny po południu, a za gros czasu ze mną spędzonych (liczba przekraczająca tysiąc kilkaset godzin) szkolny filozof nie otrzymywał ani grosza. Wpienia mnie to, że od każdej złotówki płaconego podatku prawie trzy grosze idą na obowiązkową daninę na jedyną_słuszną_religię. O lęku polityków przed gniewem biskupów nie wspominając. Mimo to nie mogę sobie odmówić małej formalnej zabawy nad przedstawionymi tezami, w oparciu o spostrzeżenia z wcześniejszej części.

Weźmy pierwszą tezę

— Żyjemy w kraju, gdzie głowa jednego z wyznań podczas swych wizyt jest fetowana przez czynniki państwowe, a na przygotowanie jej podróży, choć nie jest wizytą dyplomatyczną, wydawane są środki publiczne z budżetu państwa.

I przekształćmy ją na raczej:

— Żyjemy w kraju, gdzie większość społeczeństwa akceptuje to, że głowa jednego z wyznań podczas swych wizyt jest fetowana przez czynniki państwowe, a na przygotowanie jej podróży, choć nie jest wizytą dyplomatyczną, wydawane są środki publiczne z budżetu państwa.

I analogiczny zabieg przeprowadźmy z każdą tezą. Otrzymamy wówczas krytykę nie „kraju”, ale społeczeństwa, czyli nas wszystkich. Bowiem kto decyduje o tym, że szkoła x nie podaje godziny rozpoczęcia roku szkolnego, lecz godzinę mszy? Dyrektor. A skoro uczniowie i ich rodzice nie doprowadzili do zmiany tego stanu, to oznacza, że społeczeństwo na taki stan się zgadza. Itd., itd... Jeżeli rzeczywistość jest rąbnięta, to równie porąbane musi być społeczeństwo. Bowiem ono ją tworzy.


Jaki to ma cel?
No właśnie, po co tych tysiąc kilkaset słów rozgryzania innych słów? Ano po to, by uświadomić sobie, że Polska jest w nas. Że to nie od państwa zależy, jak będziemy żyli, lecz od nas, bowiem koniec końców to my te państwo determinujemy. Gdyby społeczeństwo miało rozwinięty zmysł samozachowawczy, empatii i szacunku dla pracy (a nasze nie ma), to nie byłoby potrzeby budowania silnego państwa socjalnego. Gdyby krajów zachodnich nie zalewały nacje ze społeczeństw bez ww zmysłów (również Polacy), to ich model państwa socjalnego nie bankrutowałby. Wniosek z tego wypływa następujący- to społeczeństwo stanowi, w jakich warunkach żyje. A każdy z nas jest jego częścią.


Między pomocą zwierzętom a oszołomstwem 2 komentarze

Napisano dnia 13 października 2009, w Ekologia, Ogólne, Polityka...

Była sobie w Szczecinie Stocznia. W Stoczni pracowali stoczniowcy. Stoczniowcom przypadły do gustu pojawiające się na terenie ich pracy koty. Zaczęli je dokarmiać. Tajemnicą poliszynela jest, że używali do tego celu niesmacznych kanapek przygotowywanych przez kochające żony [potrzebne źródło]. Wkrótce koty od nich się uzależniły i zaczęły rozmnażać. Ale pewnego dnia Stocznia upadła. Stoczniowcy dostali rządowy pakiet pomocowy. I tu się pojawił problem. Kociej specustawy bowiem nie było.

Liczyć tak, jak najwygodniej
Informacje o liczbie kotów na terenie Stoczni są róże. Są ludzie, którzy tam pracowali i przez cały okres pracy widzieli jednego kota. Ogólnie stoczniowcy mówią o liczbie 50, czasem 100 kotów. Niższą kwotę potwierdza administracja Stoczni. Niewiele, nie? Za mało, by zbić na tym jakikolwiek kapitał. Więc trzeba zacząć kręcić. Pani z imienia i nazwiska podana w artykule „Gazety..." podała kwotę 500 kotów. Na tym da się już jakieś lody ukręcić, nie? Ale odpowiedź społeczeństwa wciąż była marna. I do tego na ogół wykpiewająca. Więc ta sama pani na spotkaniu z młodzieżówką jednej ze szczecińskich partii stwierdziła, że tych kotów jest tam 4000 [słownie: cztery tysiące] sztuk. To jakby trochę więcej, niż 50, nie?

Bezsensowna pomoc
Strategia Zwierzęcego Telefonu Zaufania to zbiórka karmy i dokarmianie kotów. Załóżmy, że jest ich 50 i że jeden kot wcina pół puszki (powtarzam obliczenia bardziej w tej kwestii obeznanej osoby). Wychodzi co najmniej 50 PLN na karmę+ jakiś ryż do zwiększenia jej wartości energetycznej. Umówmy się, że to 70 PLN. Czyli 2100 miesięcznie. Ale zaraz! Tych kotów jest przecież 4000! ZTZ, by je dokarmić, potrzebuje ok. 170 tysięcy złotych miesięcznie. Jest to kwota dla szczecińskiego „rynku" organizacji pomocy zwierzętom astronomiczna. Warto robić dla niej szum.

Załóżmy jednak, że ktoś wyłoży te pieniądze na jeden miesiąc. Koty zostaną nakarmione. I? Co w miesiąc później? Dwa miesiące? Trzy? Co to zmieni? Nic! Koty wciąż będą potrzebowały stałej, cholernie kosztownej pomocy. Co więcej, czemu ma służyć fundowanie im pieskiego (hehe) życia? Temu, by się tam mnożyły bez końca? Kto będzie odpowiadał za los kolejnych zwierząt? Oczywiście nie ZTZ.

Bowiem ZTZ ma jasno określony pogląd na szczecińskie organizacje pomocy zwierzętom. Jego kierowniczka zapytana o to, co robią pozostałe organizacje w stoczni odpowiedziała, że w Szczecinie nie ma innych organizacji. Pewnie biedaczka nie wiedziała, że rozmawia z wolontariuszem TOZ-u, posiadającego własną lecznicę, program adopcyjny i, przede wszystkim, grupę oddanych działaczy. To, że ZTZ jest jedyną organizacją nie przeszkadza mu oczywiście żądać pomocy od pozostałych (rzekomo nieistniejących). Bo na konferencji prasowej łatwo zgrywać ostatniego Mohikanina. Ale jak przychodzi co do czego, to najlepiej, by inni zajęli się twardą i wymierną pomocą- tj odławianiem i sterylizacją zwierząt. Oraz ew. przewiezieniu ich w inne, przygotowane przez TOZ i ludzi dobrych woli miejsce.

Albo nie! Niech się nie zajmują! [notka z 07.10]. Bo przecież wyjdzie na jaw, że nie ma żadnych 4000 kotów. I że w kilka tygodni można ich problem rozwiązać albo znacznie zmniejszyć. I co wtedy? Co ze zbiórkami karmy i pieniędzy pod supermarketami i w szkołach? Co z przypływem kapitału i komitetami ochrony zwierząt? Jakoś przecież tą cholerną emeryturę spędzić trzeba.

Szum i dmuchanie bańki
Najlepszy stosunek ma do tego administracja upadłej Stoczni. Ma to wszystko bowiem głęboko w d...., twierdząc, że dość mają kocich oszołomów. Dość pomocy, która nie wniesie nic, prócz powstania wielkiej kociej armii, która prędzej czy później rozleje się po mieście. Gdy temat się w TOZ-ie pojawił, przedstawiono dwie drogi- odpuścić sobie zabawę w kotka i myszkę, albo spełnić żądania ZTZ. Ja optowałem za pierwsza opcją twierdząc, że cała sprawa to sposób na wylansowanie się i zdobycie środków. Decyzja jednak była kompromisowa i szlachetniejsza od mojego stanowiska- robić swoje. Po cichu. Bez szumu medialnego. Aż do czasu, gdy ZTZ wybrał opcję „mnożymy kociaki!!!". Mi to nic nie szkodzi, mieszkam z dala od Stoczni, a na koty jestem uczulony tylko w niewielkim stopniu. Pewnego jednak pięknego [?] dnia pani P. stwierdzi, że ma te koty tam, gdzie ma je Stocznia. I że wszystko przez to, że inni nie chcieli pomóc. I że niech oni się teraz tym zajmą.

I będzie problem.

I kto wie, czy nie czterotysięczny?

Szczyt cynizmu 19 komentarzy

Napisano dnia 08 października 2009, w Ogólne, Polityka...

Dzień dzisiejszy, przystanek tramwajowy przy rondzie Giedroycia na Wyzwolenia. Szczecin. Pora poranna, dość późna co prawda, ale wciąż zimna. Czekam na tramwaj. Przez tłumek osób o podobnych do moich oczekiwań przedziera się jakaś kobieta. Kurteczka, torebka, czapka- ubiór jakością nie odstępujący ubiorowi typowego mieszkańca RP. Niesie coś w ręku. Jeden ze znanych Szczecinianom kartonów z napisem w stylu „Jestem chora, zbieram na leki i jedzenie dla dziecka”. Do tego kubeczek. Konsumpcyjno-zarobkowy, rzekłoby się. Bełkocząc coś pod nosem przepycha się przez tłum i wsiada do drugiego wagonu tramwaju, który właśnie nadjechał. Ale to nie koniec.


Przystanek dalej. Ktoś wsiada do tramwaju. Kto? Ta właśnie kobieta. Zdziwiłby się jednak ten, kto by oczekiwał, że wejdzie w ubraniu, w którym chodziła po dworze. Nie. Teraz jest marznącą kaleką, pokazującą wszystkim swoje oparzenie. Zaczyna się wyuczona śpiewka. „Boże matko święta pięćdziesiąt groszy boże pomocy choroba prosić pięćdziesiąt groszy matko święta prosić jedzenie choroba”. Powtarzane monotonnie przez cały przystanek. Ale niespodzianka. Nikt nie wrzuca. Ktoś za to rzuca uwagę „ubierz się kobieto i idź do pomocy społecznej”. Odpowiedź jest taka, jak reakcja pijaka na stwierdzenie „idź do pracy”. Wzrok pełen pogardy (!!!) i nienawiści. Nie zmienia to faktu, że kubeczek pusty.


Zmiana taktyki. Teraz podchodzi do konkretnych osób wyciąga kubeczek i skanduje śpiewkę „ło matko święta, ło matko, ło matko”. Jak długo? Ano aż oblegany nie wrzuci pieniędzy. Do mnie podchodzi raz, drugi, trzeci. Nie wiem, na co liczy. Raz- mimo (a może dzięki?) silnie lewicowej wrażliwości nie znoszę ludzi w tak obrzydliwy sposób żerujących na litości i człowieczych uczuciach innych ludzi. Dwa, mam przy sobie 1,10 PLN. W sam raz na wypadek konieczności dopłacenia do biletu na pośpieszny. Może okulary nieco mnie postarzają. Ale zawartości portfela nie zwiększają. Podchodzi do innych ludzi. Zwłaszcza tych siedzących. Stamtąd nie ma ucieczki. Zachowuje się w sposób bezczelny, jak złodziej, który osacza ofiarę. W końcu ktoś się łamie, wrzuca. Bez słowa podchodzi do innych. Brak reakcji. Ktoś rzuca, że wszyscy są tu biedni. Nic ponadto.


Znowu zmiana taktyki. Teraz podchodzi do młodych. Takich, którzy albo są wrażliwi, albo nie mają mechanizmów obronnych. Od jakiejś dziewczyny wyciąga jedzenie. Głupia dziewucha, będzie głodowała do obiadu, bo sprytniejsza baba ją wyrolowała. Sprytniejsza i coraz bardziej bezczelna. Wręcz domaga się pieniędzy. Ciekawe, co by zrobiła, gdyby ktoś z drugiego wagonu jej te ciuszki i torebkę wyrzucił? Być może nie dopuszcza takiej opcji. Chodzi dalej. Od osoby stojącej za mną wyciąga kolejny obiad. Przechodzi obok mnie, zatrzymuje się, obraca i rzuca: te, chłopiec, ty nie mieć kanapka do szkoły?! To nie był ton proszący. Ani nawet pytający. To był ton nauczyciela rzucającego „Te, Pakulski, czyś ty zapomniał, gdzie ja mam salę?!!”. Może nawet bezczelniejszy. Nauczyciel bowiem miewa pretensje o używanie sobie na zwolnieniach przed olimpiadami (no dobra, czasem bez zwolnień). A tej pani przeszkadzało to, że nie chcę oddać obiadu cynicznej, fałszywej i zepsutej kobiecie. Mojego, kurde, obiadu.


Gdy wyssała z ludzi, co się dało, wróciła do drugiego tramwaju. Potem z niego wysiadła. W łachmanach? Nie. W kurteczce, czapeczce, z torebką i tym samym pogardliwym spojrzeniem na świat.



Problem żebrzących powrócił w Szczecinie około półtorej roku temu, po rozszerzeniu UE o Rumunię. Celowo unikałem wspominania o domniemanym pochodzeniu, bo takich kategorii staram się unikać. W zeszłe (2008) wakacje przejście pomiędzy Wyzwolenia a pętlą przy Manhattanie było wręcz zawalone żebrzącymi. Zwiększyła się też ich liczba w ścisłym centrum miasta i przy kościołach. Przede wszystkim zaś zwiększyła się liczba żebraków z wyboru, którym się to opłaca. A biznes jest biznes, jak ruch się zmniejsza, to marketing musi być odpowiednio ostrzejszy. Więc spora część z nich (rzekłoby się- część importowana) jest po prostu bezczelna. Czasem mi po prostu tęskno do Rumunów jeżdżących tramwajową trójką z akordeonami. Ci chociaż oferowali jakąś usługę. Teraz chodzi tylko o to, by wykorzystać naiwnych.

Emerytur dla gospodyń domowych!!! 8 komentarzy

Napisano dnia 01 października 2009, w Ogólne, Polityka...

Siedząc dziś z bratem przy obiedzie rozmawialiśmy o różnych metodach omijania polskich podatków, składek i innych zusów- oczywiście w pełni legalnej formie. Wniosek był prosty- prawo podatkowe mamy do niczego. Przy okazji przypomniał mi się reportaż sprzed roku, którego autorka domagała się stałych pensji dla gospodyni domowych, argumentując to ich ciężką pracą. Razem z bratem porechotaliśmy do zupy i tym pozytywnym akcentem zakończyliśmy rozmowę. Ale...

Elita polskiego rynku pracy
Jak informuje Katarzyna Sosnowska z gazetapraca.pl „Kobieta pracująca w domu wykonuje kilkanaście zawodów. Jest kucharką, sprzątaczką, nauczycielką, pielęgniarką - na pełnym etacie.". Nie jest to żadne polskie novum. Toć ludzie po jednym kierunku studiów nie mogą już znaleźć pracy, co dopiero po kilkunastu! Moim zdaniem gospodynie domowe są same sobie winne, że są gospodyniami domowymi. Gdyby bowiem nie były gospodyniami domowymi, nie miałyby tak licznych kwalifikacji. A skoro mają, to na nikogo innego niż gospodynie domowe się nie nadają. Światełkiem w tunelu jest nowy trend w rządowych programach dla bezrobotnych- dekwalifikacja. Skoro gosposie umieją za dużo, należy ich czegoś oduczyć. Wtedy na 100% znajdą pracę!

Żądania finansowe
Jako elitarne pracownice potencjalne, gosposie domagają się słusznych wynagrodzeń i emerytur. Ich pracę przed czterema laty wyceniono na 1300 PLN/miesięcznie. Korzystając z kalkulatora emerytur wyliczyłem, że (zaczynając w wieku 25 lat) należałaby im się emerytura w kwocie 488,69 PLN. Miesięczne koszty utrzymania sześciomilionowej armii nadkwalifikownaych pracownic to ledwie 93,6 miliardów złotych. A czymże to jest, wobec nieprzesolonych zup, domytych naczyń i startych kurzów?

Zawartość pracy w pracy
Pani Sosnkowska nie jest jedyną kobietą walczącą z dyskryminacją gospoś! Wielkie zasługi na tym polu (chociażby przekonanie mnie do słuszności idei płatnej gosposi) ma również Pani Sylwia Chutnik! Oto cytat z jej przełomowej dla sprawy polskich gosposi pracy: „Czy kiedykolwiek zastanawiałyśmy się, co dokładnie robimy w domu? Na przykład pod pojęciem „pranie" kryje się segregowanie go kolorami, kupienie proszku do prania, wsypanie go do pralki, nastawienie jej. Później wyjęcie prania i powieszenie go do schnięcia. Na końcu prasowanie i położenie na półki do szafy. Jedno pojęcie- osiem czynności!". Aaaach! Czy kiedykolwiek zastanawiałem się, ile czynności wykonuję korzystając z komunikacji miejskiej? Wsiadam do autobusu, idę do wolnego miejsca siedzącego, rozwalam się w fotelu, wyjmuję słuchawki, podłączam je do telefonu, sprawdzam, która do którego ucha jest dedykowana, wybieram ścieżkę, by potem wstać, podejść do wyjścia i wysiąść! Jedno pojęcie- dziesięć czynności! Dla mnie będzie 1560 miesięcznie, ok?

Ale gdyby się temu dokładniej przyjrzeć... Czy wejście do autobusu jest jedynie wejściem do autobusu? Przecież ja zginam nogę w kolanie unosząc ją do góry, następnie pochylam się do przodu, opuszczam nogę, sprawdzam, czy trafiła na twardy grunt etc etc. I tak moja emeryturka rośnie. Cud gospodarczy?

Księgowość partnerska
Pani Sylwia przygotowuje ruch na Rzecz Wyzwolenia Pań Gospoś (znane jako komunistyczny byt RWPG) od podstaw! Zbiera dane z samych źródeł, by móc roztlić w nich ogień gospodarskiej rewolucji! Ten oto apel: „Prosimy Was o nadsyłanie nam Listy Czynności Domowych, tak, aby móc stworzyć z nich wyliczankę naszej pracy. Jeżeli wykonujecie te czynności z partnerem/rką to zaznaczcie to przy wyliczaniu!" w zasadniczym stopniu wpłynął na moje postrzeganie świata. Oto bowiem, kiedy będę miał partnerkę/a, przy każdej wspólnej czynności będę zmuszony odnotować ją w Indywidualnej Księdze Zachowań (znanej jako IKZ, również to), by w informacji dla organów skarbowych odliczyć od podatku wspólne czynności. Oraz, co najważniejsze, by nie dopuścić do wypłaty NIENALEŻNEJ EMERYTURY. Za uwspólnione czynności.

Podsumowanie
Możesz zapytać, użytkowniku jogger.pl, „PO KĄ CHOLERĘ MI TO"? Odpowiedź zdaje się jasna. Czy chcesz doprowadzić do upadku polskiej sieci? Co się stanie z joggerem, Wirtualną Polską, Onetem i Pudelkiem, gdy Gosposie zmusimy do płatnej pracy zawodowej? Czy google nie upadnie, gdy nikt nie będzie już wyszukiwał słów „Przepis na ciasto z rabarbarem"(38200 wyników)? Dbajmy o nasze gosposie. To one są ostoją silnej gospodarki.


« Wcześniejsze wpisy Późniejsze wpisy »

Kuba Pakulski
Szczecinianin. Fascynat filozofii, historii i nauk społecznych. Piszący dla przyjemności i praktyki. Lewicowiec, umiarkowany anarchista, skrajny antynacjonalista. Antyklerykał, którego serce bije po lewej stronie. Dziewiątkowicz z pięcioletnim stażem. Od lat aktywny w mikronacjach. Słucha wszystkiego, co da się zamknąć w trójkącie Judas Priest- Enya- Miles Davis.

Kontakt:
e-mail: kuba.pak666 wp.pl
jabber: kuba.pak666 jabber.wp.pl
gg: 9933809


SZUKAJ


KATEGORIE

ARCHIWUM

Linki

META