HAIR!
Lata 70-te. Czas dzieci kwiatów i Wojny w Wietnamie. Hasła wolności, miłości i pokoju przeplatają się z krwawym konfliktem, obowiązkiem wobec ojczyzny i tragediami tysiąca rodzin.
20-letni ClaudeBukowski przyjeżdża z Oklahomy do Nowego Jorku na posiedzenie komisji wojskowej. Na swojej drodze spotyka czwórkę hippisów- przypadek sprawia, że zostaje z nimi na dłużej. Odkrywa świat nieznanych wartości i narkotycznych uniesień. Świat braterstwa, równości i tolerancji. Rozbrzmiewa Era Wodnika.
Kilka nierecenzujących słów
Z ulotki reklamującej musical HAIR wyświetlany w Szczecińskim kinie-legendzie Pionier. Znalazłem się w nim przez przypadek. Coroczne przygotowania do rozpoczęcia roku skończyły się po drugiej, a projekcja przewidziana była na 16. „Idziesz?” W sumie... czemu nie?
Przyszło jakieś dziesięć osób. Może trochę więcej. Profil wiekowy tej... licznej grupy był absolutnie zróżnicowany. Obok kogoś, w kim bez problemu można było rozpoznać nieśmiertelnego ducha hippizmu byli tam również statecznie wyglądający ludzie w wieku średnim i... z trudem chodząca babunia. Ona zresztą najwyraźniej okazywała zachwycenie projekcją. Sam film był świetny. Co prawda na jakieś 30 minut przed końcem pojawiło się natrętnie przez pewien czas wracające pytanie „Ile jeszcze?” i „Dokąd to zmierza?”, ale w miarę szybko one zniknęły. Są dwie rzeczy, za które można ten film pokochać- muzyka i niesamowita naiwność, która promieniowała z ekranu od początku aż do końca. Można stwierdzić, że spora część filmu była wręcz banalna, ale banalność ta zwalała z nóg swą trafnością („Chcę białego chłopca”...;)). Wątki płytkie i nieco głupiutkie mieszały się z bardzo głębokimi, ciężkimi i wzywającymi do refleksji nad różnymi aspektami ludzkiej egzystencji momentami (czy też ten kawałek).
Muzyka
„Jak tylko wydadzą muzykę z tego filmu, kupię ją!”. Nie, jak tylko znajdę ten film z niemieckim dubbingiem, to Ci go kupię. „??!!!!!!! Mam niemiecki film o Clashu, wystarczy mi!!!”. Skąd ten zachwyt? Muzyka była po prostu bezbłędna. Co prawda nie poleciłbym jej na romantyczny wieczór z tą jedyną, bowiem niektóre utwory były dość... bezpośrednie(nie mogę znaleźć tego, którego szukałem). Niemniej całościowa ocena jest niebywale pozytywna. Muzyka przejmowała, porywała, wzbudzała głębokie emocje. W połączeniu z bardzo dobrymi układami choreograficznymi stworzyła ona świetną jednię. Wielki plus.
Posłowie
Film oczywiście wzbudził pytania „Czy dziś jest to możliwe” i dyskusję mającą udzielić odpowiedzi nań. Z Kina Pionier musiałem dojść na Plac Żołnierza, by zabrać rower. Zdjąłem z niego wszystko, co dało się zdjąć. Robię tak od czasu, gdy ktoś ukradł mi okulary niemalże z nosa. Brat mnie pocieszył, że to jeszcze nic. Jemu ukradli pięćdziesiąt groszy z kubeczka na napiwki. Bałem się o prędkościomierz, którego zdjąć się nie da. Gdy podeszliśmy i zobaczyliśmy, że jest on na swoim miejscu, z ulgą odetchnąłem. Odpiąłem rower i poszliśmy wraz z proponującym film w kierunku jego przystanku tramwajowego. Było mi tam dane zobaczyć miłą duszy i dawno niewidzianą twarzyczkę, dar ten zresztą został dziś powtórzony:). Doczekałem do przyjazdu tramwaju, pożegnałem się i ruszyłem w swoją drogę.
Przed Duńską na ścieżce rowerowej stała kobitka szerokości trzech ustandaryzowanych osobników płci żeńskiej. W ręku trzymała smycz psa, który domykał przepustowość ścieżki. Wyraz twarzy miała wojowniczy i zdawała się ani myśleć o zejściu na pas dla pieszych, ew. samochodów ciężarowych (nie mogłem się powstrzymać). „Kurde, to nie jest chodnik, żebym musiał prosić o zrobienie przejścia”- pomyślałem i postanowiłem zrezygnować z przekonania o nieużywaniu dzwonka. Wykonałem więc wyuczony ruch i... trafiłem w próżnię. Spojrzałem na kierownicę- prędkościomierz jest. Dzwonek mi zwędzili. Chciało im się odkręcać przykręcony dzwonek, a stoper mi zostawili?
Kocham ten kraj.
