Pierwsza interwencja 16 komentarzy

Napisano dnia 31 sierpnia 2009, w Ekologia, Ogólne, Przemyślenia Filozoficzne

Zrobiłem dziś 30 kilometrów na rowerze. Powinienem być zadowolony. Niemniej dopiero teraz powoli dociera do mnie w czym brałem udział i czego uniknąłem. Ale po kolei.

Od chyba już ponad miesiąca jestem wolontariuszem Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami. Zapytany dziś, skąd się tam znalazłem, odparłem, że to wina lewackich poglądów :) Doszedłem rok temu, pod wpływem ciocino-kuzynianych przepiórczych jajek do wniosku, że nie jest sztuką usiąść i marudzić, że świat jest jakiś nie taki. Że trzeba coś od siebie dać. Przez cały rok szkolny podejmowałem próby dania czegoś od siebie innym. Zazwyczaj na gruncie szkolnym. Jednak 9/10 przypadków kończyło się albo wielkim oburzeniem, że w ogóle ŚMIEM oferować pomoc (bo to przecież wielka obraza), albo przyjęciem jej i wielkim wyrzutem, że jest tak do d..., albo traktowaniem mnie jak dojnej krowy, czego nie znoszę. Pod koniec roku szkolnego stwierdziłem, że skoro z ludźmi dogadać się nie mogę, to spróbuję ze zwierzakami.

Kilka słów o TOZowym wolontariacie
W zasadzie to niewiele trzeba zrobić, by wolontariuszem zostać. Wypełnić i podpisać dwie umowy. Młodociani do tego muszą przynieść zgodę rodzica (Nie mamo, to nie jest kara ze szkoły. Nie, gdybym dostał sądowy wyrok robót publicznych, wiedziałabyś o tym). Potem kilka słów wprowadzenia i... można brać psa i na spacer! W kojcach znajduje się zawsze koło trzech psów wyciąganych ze schroniska. Są to zwierzaki z, choć okrutne to kryterium, największą szansą na adopcję. Rotacja jest bardzo szybka. Ja przez ten krótki czas miałem do czynienia z 9 różnymi psami. Wybierane są te z największą szansą, to jest najprzyjaźniejsze i odleczone. Reszta trafia do „tymczasów”, czyli domów tymczasowych. Często tymczasowość zamienia się w adopcję, co jest materiałowo wspierane przez TOZ. Dom tymczasowy gotowy do przyjęcia zwierzaka można również zgłosić w trakcie rejestracji wolontariusza. Możliwości pomocy jest sporo. Dla każdego się coś znajdzie.

Atmosfera współpracy jest świetna. Początkowo zalatywało to lekką anarchią (takiego wydania anarchii nie lubię:) ), ale po krótkim czasie widać jasne zasady, których się nie łamie. Nie ma rządzenia się, mędrkowania, każdy jest traktowany równo. Tylko polecić taki model innym organizacjom wolontariackim.

Kilka słów o TOZowym dozorze
Członkowie TOZu dzielą się na trzy grupy. Wolontariuszy małoletnich, wolontariuszy pełnoletnich i inspektorów (a ci na szczeble). Wolontariuszy małoletnich używa się (:)) do wyprowadzania zwierzaków z kojców i opieką nad nimi na terenie siedziby TOZ. Pełnoletnich zabiera się ponadto na interwencje w roli pomocników. Kierują nimi inspektorzy. Mówi się, że CZASAMI i WYJĄTKOWO można zabrać ze sobą wolontariusza niepełnoletniego. Jednak nie wszyscy inspektorzy są tak restrykcyjni, chyba nawet większość nie jest. Zabierają młodocianych na łagodniejsze akcje typu zawieść babci karmę, dokarmić koty na Wyspie Puckiej, sprawdzić, czy donos o głodzonych zwierzętach jest prawdziwy etc. Jest oczywiste, że nikt nie zabierze osoby niepełnoletniej na akcję w towarzystwie funkcjonariuszy Straży Miejskiej czy Policji u szczególnie agresywnego osobnika. To jest jasne.

Pierwsza interwencja
Pierwszą „akcję” zaliczyłem dwa tygodnie temu. Znalazłem bezdomnego psa nieopodal osiedla. Podszedł i się uśmiechnął. Łasił się tak, że było dla mnie na 100% jasne, że albo go ktoś porzucił, albo puścił luzem. Podpytałem tubylców, którzy przekazali mi, że jest to pies przybłęda. Zdążył się do mnie przykolegować, a ja nie miałem co z nim zrobić. W końcu zadzwoniłem do Straży Miejskiej. Po trzech godzinach (na deszczu, wietrze i chłodzie) zjawił się Pan z Animal Control i psa zabrał. Mógłbym jednak przysiąść, że po kilku dniach znów go widziałem. Dziś też. Ale to jeszcze zostanie sprawdzone.

Dziś jednak byłem umówiony na 19 na wieczorny spacer z psami z jedną z inspektorek i młodszym dziewiątkowym kolegą. Spacer był naprawdę miły i udany. Wzięliśmy całą trójkę psów. Mi przypadł jamnik Edek, którego przykrą historię miałem możliwość poznać kilka godzin wcześniej. Jego właściciel postanowił wyjechać. A psa? Psa wyrzucił. Mały więc był wyraźnie przygnębiony. Szedł z nami, ale wyraźnie z tyłu. Jakby przepraszał, że żyje. Raz na jakiś czas powtarzał „Stary pewnie znalazł sobie innego. Odszedł z innym. Pewnie z młodszym...”, ale szedł. Przed samą siedzibą o pomoc poprosił nas jakiś gościu, który nie mógł poradzić sobie ze zwinięciem jakiejś gumowej plandeki (jakiś balon?), w czym im raźnie pomogliśmy, naszą inspektorkę zostawiając z psami. Po władowaniu tego do samochodu odprowadziliśmy zwierzaki do kojców, zrobiliśmy im kilka zdjęć do ogłoszeń i przy ich żałosnym skowycie pożegnaliśmy się z nimi.

Przed samym spacerem dołączyłem się do wieczornej „porządkowej” interwencji. Dostaliśmy zgłoszenie, że w domu przy pewnej ulicy są dwa bardzo zaniedbane koty. Kiedyś należały do właścicielki domu, która zmarła. Potem wprowadziło się tam dwóch panów. Mamy pojechać sprawdzić, czy to prawda, czy nie potrzebują pomocy, czy nie trzeba podjąć jakichś kroków. Jedziesz? Ano jadę. To jedziemy.

Krótka interwencja
Na wstępie zostaliśmy przez naszą inspektorkę (bardzo sympatyczną babkę, co z sympatią odnotowuję) uświadomieni, że większość wyjazdów to fałszywe zgłoszenia. Często jeżdżą do rzekomo głodzonych zwierząt, a na miejscu okazuje się, że są one przekarmione. Czasem jednak trafiają do miejsc, gdzie zwierzęta traktowane są jak przedmioty. Zaniedbane, zagłodzone, chore, brudne, nieleczone, zaświerzbione, zawszone, z mnóstwem nieleczonych ran... Od tego jest TOZ, by to sprawdzić i by im pomóc.

Gdy podjechaliśmy szukaliśmy miejsca parkingowego. Zaproponowałem podjechanie kawałek dalej i zatrzymanie się na boku. Dowodząca wybrała inne rozwiązanie. Zawróciła i zatrzymała się pod domem. I DZIĘKI JEJ ZA TO.

Kotów wokół było mnóstwo. Kot przy kocie. Nas jednak interesowały dwa z tej posesji. Jeden stał przed nią. Zaniedbany, brudny. Zrobiliśmy mu fotograficzną dokumentację. Drugi stał na posesji. Daleko, a było już późno. Stąd zdjęcie jedynie potwierdza fakt jego istnienia:). Przy bramce nie było żadnego dzwonka. Nie był potrzebny, bowiem nie była zamknięta. W ogóle nie miała klamki. Weszliśmy na posesję, zadzwoniliśmy do domu. Inspektorka dała aparat drugiemu z wolontariuszy, on go schował. Wszystko było brudne, tandetne, niezadbane.

Po pewnym czasie otworzył młody facet. Przedstawienie powodów przybycia, pytanie czemu koty są takie zaniedbane. Odpowiedź- bo mają 23 lata. Od razu było widać, że kręci. Dwudziesto-trzyletni kot z pełnym uzębieniem i wyglądem wskazującym na GÓRA 10 lat? Nie jestem kociarzem, ale od razu mi to śmierdziało. Reszcie też. Klient był cholernie agresywny, wyciągał rękę po aparat i żądał oddania go. Niemniej babka, z którą byliśmy, nie należy raczej do takich, które można by przestraszyć łysym łbem. Zaczął grozić nam policją. W ten sposób:

-Aparat. Dawaj aparat. Dzwonię po policję.
-To dzwoń.
-To dzwonię po policję.
-To dzwoń.
-To się zastanówcie, gdzie wchodzicie!!!

Sorry facet, dzwonka nie ma, a było otwarte. Zaczęliśmy powoli sugerować, by sobie odpuściła. Co prawda gościu był co najwyżej mocny w gębie. Rzucał się, ale widok wojowniczej babki i jednak dwóch gości za nią (mimo, iż „osłoną” byliśmy żałosną:D ), a do tego chyba miał świadomość prawnych konsekwencji ew. postępowania. W końcu sobie odpuściła i skierowaliśmy się do samochodu.

-To co, przyjechaliście żeby tu zadymę zrobić?!!!
-Przyjechaliśmy Panu powiedzieć, że TAK ZDROWE KOTY NIE WYGLĄDAJĄ!!!
-JA CI ZARAZ K....O POKAŻĘ, JAK NIE WYGLĄDA ZDROWY CZŁOWIEK!!!

Wsiedliśmy do samochodu, facet wybiegł bluzgając przed samochód. „Wypiął się” i wyjął pałkę teleskopową i... i skojarzył mi się ze sceną z jakiejś zachodniej komedii, w której był krótki przerywnik z męskim striptizem, a pałka teleskopowa była głównym narzędziem weń występującym. „No to się zrobi gorąco”- pomyślałem (dwuznaczność zamierzona). Najpierw była to zabawna myśl. Potem, gdy nasza inspektorka zabójczym spojrzeniem skłoniła go do zejścia, przyszła raczej refleksja, że mało cholera zabrakło. To niedziela, miałby jakąś imprezę w domu i zestaw podpitych kumpli i moglibyśmy mieć niezłe kłopoty. Nasza Dowódczyni przez następnych kilka minut powtarzała do siebie, że następnym razem przyjedzie z Michałem i mundurowymi. Znając charakterystykę kolegi Michała uśmiechnąłem się w duchu.

Następna bowiem interwencja na pewno będzie skuteczna.


HAIR! 10 komentarzy

Napisano dnia 29 sierpnia 2009, w Ogólne, Przemyślenia Filozoficzne

Lata 70-te. Czas dzieci kwiatów i Wojny w Wietnamie. Hasła wolności, miłości i pokoju przeplatają się z krwawym konfliktem, obowiązkiem wobec ojczyzny i tragediami tysiąca rodzin.
20-letni ClaudeBukowski przyjeżdża z Oklahomy do Nowego Jorku na posiedzenie komisji wojskowej. Na swojej drodze spotyka czwórkę hippisów- przypadek sprawia, że zostaje z nimi na dłużej. Odkrywa świat nieznanych wartości i narkotycznych uniesień. Świat braterstwa, równości i tolerancji. Rozbrzmiewa Era Wodnika.

Kilka nierecenzujących słów
Z ulotki reklamującej musical HAIR wyświetlany w Szczecińskim kinie-legendzie Pionier. Znalazłem się w nim przez przypadek. Coroczne przygotowania do rozpoczęcia roku skończyły się po drugiej, a projekcja przewidziana była na 16. „Idziesz?” W sumie... czemu nie?

Przyszło jakieś dziesięć osób. Może trochę więcej. Profil wiekowy tej... licznej grupy był absolutnie zróżnicowany. Obok kogoś, w kim bez problemu można było rozpoznać nieśmiertelnego ducha hippizmu byli tam również statecznie wyglądający ludzie w wieku średnim i... z trudem chodząca babunia. Ona zresztą najwyraźniej okazywała zachwycenie projekcją. Sam film był świetny. Co prawda na jakieś 30 minut przed końcem pojawiło się natrętnie przez pewien czas wracające pytanie „Ile jeszcze?” i „Dokąd to zmierza?”, ale w miarę szybko one zniknęły. Są dwie rzeczy, za które można ten film pokochać- muzyka i niesamowita naiwność, która promieniowała z ekranu od początku aż do końca. Można stwierdzić, że spora część filmu była wręcz banalna, ale banalność ta zwalała z nóg swą trafnością („Chcę białego chłopca”...;)). Wątki płytkie i nieco głupiutkie mieszały się z bardzo głębokimi, ciężkimi i wzywającymi do refleksji nad różnymi aspektami ludzkiej egzystencji momentami (czy też ten kawałek).

Muzyka
„Jak tylko wydadzą muzykę z tego filmu, kupię ją!”. Nie, jak tylko znajdę ten film z niemieckim dubbingiem, to Ci go kupię. „??!!!!!!! Mam niemiecki film o Clashu, wystarczy mi!!!”. Skąd ten zachwyt? Muzyka była po prostu bezbłędna. Co prawda nie poleciłbym jej na romantyczny wieczór z tą jedyną, bowiem niektóre utwory były dość... bezpośrednie(nie mogę znaleźć tego, którego szukałem). Niemniej całościowa ocena jest niebywale pozytywna. Muzyka przejmowała, porywała, wzbudzała głębokie emocje. W połączeniu z bardzo dobrymi układami choreograficznymi stworzyła ona świetną jednię. Wielki plus.

Posłowie
Film oczywiście wzbudził pytania „Czy dziś jest to możliwe” i dyskusję mającą udzielić odpowiedzi nań. Z Kina Pionier musiałem dojść na Plac Żołnierza, by zabrać rower. Zdjąłem z niego wszystko, co dało się zdjąć. Robię tak od czasu, gdy ktoś ukradł mi okulary niemalże z nosa. Brat mnie pocieszył, że to jeszcze nic. Jemu ukradli pięćdziesiąt groszy z kubeczka na napiwki. Bałem się o prędkościomierz, którego zdjąć się nie da. Gdy podeszliśmy i zobaczyliśmy, że jest on na swoim miejscu, z ulgą odetchnąłem. Odpiąłem rower i poszliśmy wraz z proponującym film w kierunku jego przystanku tramwajowego. Było mi tam dane zobaczyć miłą duszy i dawno niewidzianą twarzyczkę, dar ten zresztą został dziś powtórzony:). Doczekałem do przyjazdu tramwaju, pożegnałem się i ruszyłem w swoją drogę.

Przed Duńską na ścieżce rowerowej stała kobitka szerokości trzech ustandaryzowanych osobników płci żeńskiej. W ręku trzymała smycz psa, który domykał przepustowość ścieżki. Wyraz twarzy miała wojowniczy i zdawała się ani myśleć o zejściu na pas dla pieszych, ew. samochodów ciężarowych (nie mogłem się powstrzymać). „Kurde, to nie jest chodnik, żebym musiał prosić o zrobienie przejścia”- pomyślałem i postanowiłem zrezygnować z przekonania o nieużywaniu dzwonka. Wykonałem więc wyuczony ruch i... trafiłem w próżnię. Spojrzałem na kierownicę- prędkościomierz jest. Dzwonek mi zwędzili. Chciało im się odkręcać przykręcony dzwonek, a stoper mi zostawili?

Kocham ten kraj.


Imperatyw silnego człowieka 12 komentarzy

Napisano dnia 28 sierpnia 2009, w Ogólne, Przemyślenia Filozoficzne

Imperatyw silnego człowieka
Zastanawia mnie od pewnego czasu jedna rzecz. Żyjemy w kulturze kultu siły jednostki. Bądź silny, nie okazuj słabości. Umiesz liczyć- licz na siebie. Bądź zawsze pewny siebie. Inaczej nie osiągniesz sukcesu.Takie post-Nietscheańskie wierzenia dominują we współczesnym modelu świata.


Paradoks quazi-niezależności
Oto mamy model człowieka silnego, niezależnego. Paradoksalne jest to, że ten sam silny człowiek jest człowiekiem uzależnionym jak nigdy przedtem. Nigdy wcześniej przekonanie o szkodliwości nałogów i uzależnień nie było w społeczeństwie tak silne. Przekonanie owo wpisuje się w postulat silnego człowieka, który od nałogów jet wolny. Jednocześnie ten wyzwolony człowiek XX(I) wieku łapie się na liczne „zasadzki” współczesnego życia. Wytarte, przeżute i przetrawione slogany o szkodliwości picia, palenia, ćpania etc nie odstraszają, a nałogi łapią ludzi w swoje macki. Owym paradoksem jest to, że kreowany przez popkulturę człowiek niezależny jest w gruncie rzeczy człowiekiem powolnym, pozbawionym asertywności, świadomości następstw i przede wszystkim- żałośnie uzależnionym, żałośnie słabym. Jeżeli n% internautów zarywa regularne odżywianie się , bo nie może oderwać się od komputera, jeżeli 33% włoskich użytkowników sieci z 2005 roku zaspało do pracy bądź w ogóle opuściło dzień roboczy, bo spędzili noc w sieci, to to ma być silne społeczeństwo?! „Internet daje wolność słowa”. Tak, i jednocześnie często odbiera inne jej aspekty. Czego sam na sobie doświadczam od dawna.

W tym kontekście szczególnym rodzajem uzależnienia staje się uzależnienie od pracy. Bowiem, żeby być niezależnym, musisz na siebie zarabiać. Żeby dobrze zarabiać, musisz jak najwięcej pracować. Żeby nie płacić za cudze błędy, polegaj na sobie. Czyli pracuj więcej. I tak w imię niezależności człowiek stacza się na zdrowotne i rodzinne dno, bo uzależnia się od pracy. Ja dziękuję za taką siłę.


Bądź silny!
Bądź silny. Weź się w garść. Zbierz się do kupy- takie wsparcie często oferuje się swoim przyjaciołom, braciom, siostrom, dzieciom itd. Zmarł Ci ktoś bliski i chcesz o tym porozmawiać? Nie! Bo Ty MUSISZ być silny! Nie możesz rozpaczać! Nie możesz się załamać. A niby czemu nie ma się wygadać ze swoich problemów? Wygadać, wypłakać, wykrzyczeć, zbluzgać pół miasta i okazać zwyczajną ludzką słabość? Bo gdybyś na to pozwolił, to sam ukazałbyś swoją słabość? Bo zapewnić komuś chwilę NORMALNOŚCI i umożliwić rozładowanie negatywnych emocji to zbrodnia przeciw potędze człowieka? Bo to jakieś nie takie i w ogóle nie na miejscu! ? Czy może po prostu boisz się swojej słabości, która w takiej sytuacji wypłynie?

Zachowanie typu Bądź silny! przypomina mi postępowanie trenera boksu, który w przerwie między rundami (nie wiem, na co dzieli się mordobicie w boksie) rąbie swojego mdlejącego zawodnika po twarzy, byle ten podniósł się zaraz na nogi. Czy jeżeli obijesz komuś twarz, to przestanie mdleć? Czy jeżeli ktoś nosi w sobie granat żalu, lęku, bólu i cierpienia, to należy przed tym kimś spierniczać gdzie pieprz rośnie, bo a nuż ten granacik wybuchnie i obryzga nas przy okazji? Na ważną rzecz zwrócił uwagę p. Paweł Kołodziński. Jeżeli odmawiasz komuś pomocy w takiej sytuacji to nie tylko bierzesz na siebie odpowiedzialność za zupełne strucie się duszy takiego człowieka, lecz również za to, że człowiek ten sam stanie się trucicielem. Któremu odmówiono pomocy i który sam też jej odmówi. Który swoim ładunkiem trucizny podzieli się z każdym, bo to mu przecież ulży. Który może zmarnować życie nie tylko swoje, ale i innych. Spójrz na matki, które tłuką niemiłosiernie swoje pięcio-sześcioletnie dzieci, bo te są zmęczone wielogodzinnym oglądaniem butów, sukienek i innych pomadek. I płaczą. To są właśnie nośniki trucizny. Którym ktoś zawczasu nie wytłumaczył, do czego NIE SŁUŻY dziecko. Dziecko, któremu przekręca się dzieciństwo, które gdy dorośnie, będzie truło swoje dzieci.


Bądź słaby!
Gdy ktoś następnym razem w chwili słabości będzie nad wymiar Ci ją wyrzucał i nawoływał do Bycia Silnym! , to odpowiedz mu „P...dol się człowieku, akurat mam ochotę, by być rozmemłaną, niekonkretną i słabą kaleką życiową!”.

Ale potem... Nie zapomnij wziąć się w garść, człowieku...


Empiryzm a racjonalizm Dodaj komentarz

Napisano dnia 27 sierpnia 2009, w Ogólne, Przemyślenia Filozoficzne

Wstęp
Czytając trzy tygodnie temu wstęp Kotarbińskiego do jego zbioru tekstów „Myśli o działaniu” natknąłem się na nawiązanie do nauczyciela Kotarbińskiego, Profesora Twardowskiego. Mianowicie, pisze Kotarbiński, Twardowski postulował filozofię prostoty. Można sparafrazować bodaj Einsteina głosząc, że „Filozofia powinna być tak prosta, jak to tylko możliwe. Ale nie prostsza”. Przyjmując do wierzenia wartość powyższego, genialnego wręcz, postulatu postanowiłem mieć to na uwadze pisząc swoje wypociny. Nie bez podstaw. Mam opinię osoby piszącej w sposób „nielogiczny” (nie wiem, jak jest to w ogóle możliwe, ale skoro tak twierdzą...), niejasny, zagmatwany, przemilczając przy tym wszystko, co dla mnie jest oczywiste. Po krótkim zastanowieniu się nad pojęciem prostoty w ogóle, zabrałem się za pisanie któregośtam tekstu (leży w sporym stosiku notatek, nie mam do nich ani serca ani chęci) i nieświadome ułatwianie zrozumienia całych partii tekstu od razu u siebie zauważyłem. Ciekawe doświadczenie.

Na wstępie postanowiłem opublikować coś naprawdę prostego, co początkującym w sztuce filozofowania sprawia spore kłopoty. Mianowicie chodzi o kwestię relacji na linii empiryzm-racjonalizm. Gdy ja zaczynałem swoją przygodę z filozofią (tj. już cztery lata temu), były to terminy tak kosmiczne, że ich definicje po prostu wkułem, miast spróbować je zrozumieć. Nawet po zakuciu wciąż nie potrafiłem odnaleźć empiryczności w choćby Kole Wiedeńskim, którego kierunek filozoficzny ma empirię w nazwie. Zazwyczaj to, co empiryczne, wydawało mi się bardzo racjonalistyczne. I na odwrót. Poniższych kilka słów może mieć jakąś wartość jedynie dla bardzo początkujących, ale różni ludzie tu trafiają:) Oczywiście nie mogę ich podpisać żadnym tytułem akademickim i proszę mieć to na uwadze. Próbę prostoty czas zacząć!

Znaczenia terminów
Racjonalizm jest to stanowisko filozoficzne głoszące postulat opierania poznania na rozumie. Empiryzm zaś to stanowisko filozoficzne głoszące postulat oparcia poznania na danych doświadczalnych. Tyle definicji. Warto zaznaczyć, iż są to terminy systematyki filozoficznej. Filozofowie nie wpisywali sobie do biografii założenia „jestem empirystą” czy „jestem racjonalistą”. Są to określenia umowne, więc empirycy różnili się między sobą. Racjonaliści zresztą też. Stąd przyjmijmy, że racjonalizm i empiryzm to to dwie naprzeciwległe końcówki większego bloku zwanego „poznanie”. Weź kartkę i przedziel ją dwoma prostymi równoległymi oddalonymi w równym stopniu od środka karki. Po lewej stronie wpisz „E”, po prawej „R”, zaś pośrodku nie wpisuj nic. Owa kartka to poznanie. A poznanie może być bardzo różne. To, czy ktoś jest empirystą, czy racjonalistą, zależy od tego, czy przekroczy owe umowne proste. Ci, których umieścisz pośrodku, łączą obydwie metody w jedną.

Jak mówiłem, racjonalizm racjonalizmowi nie równy. Można być racjonalistą skrajnym (jak Spinoza, Kartezjusz czy filozofia starożytna), można być racjonalistą-empirystą, jak Kant. Można być empirystą skrajnym, jak Hume, ale można też być empirystą dopuszczającym do poznania rozum. Mogą decydować naprawdę niuanse.

Przykład poznawczy
Załóżmy, że siedzi przed Tobą trójka filozofów. Jest to skrajny empirysta Hume, skrajny racjonalista Spinoza i człowiek środka- Kant. Masz również trzy identyczne grudki wosku. Zawiązujesz oczy swoim gościom i dajesz po jednej grudce każdemu z nich do ręki. Takie mniej więcej powinny być sądy:

Hume: Trzymam w ręku coś twardego. Ma nieregularny kształt. Nie wiem co to jest i nie dopuszczę tego cholernego rozumu, by zepsuł moje idealnie zmysłowe poznanie!!!

Jak widać, oparł się jedynie na zmysłach. I zbyt wiele się nie dowiedział.

Spinoza: Dali mi coś do ręki. Niemniej zapomnieli podać logicznej wartości tego czegoś o raz wyrażenia, prawdziwość bądź fałszywość którego miałbym na podstawie klasycznego rachunku zdań określić. Poznanie jest niemożliwe, ponieważ rozum nie ma danych niezbędnych do działania.

W tym wypadku poznający odrzucił zmysły w ogóle. Oparł się tylko na rozumie, któremu brak było danych. I ten niewiele skorzystał z tej „sesji poznawczej”. Został nam jeszcze Kant.

Kant: Trzymam w ręku coś twardego. Pod wpływem ciepła mego ciała to coś mięknie. Stąd wysnuwam wniosek, iż może to być wosk. Ma kształt jakby... serca? Może klucza. Albo to flet?

Kant poszedł środkiem. Przyjął dane empiryczne i zaczął je „obrabiać” rozumem. Jego rozum nadał im kształty: serca czy klucza. Efekt poznania jest korelatem poznania zmysłowego i rozumu, który je opracowuje. Przedstawiając to na przykładzie matematyki można przyjąć, że odpowiednikiem danych zmysłowych są dane z zadania matematycznego. Rozum zaś w oparciu o nie wydaje sądy na przykład o tym, jaka to jest figura geometryczna, czy jaka jest miara kąta alfa. W naszym przypadku sądem był sąd o przewidywanym kształcie figury i materiale, z którego powstała. Zdaje się, że Kant był najbliżej „prawdziwego” rozwiązania zagadki poznawczej. Dr Simeon Hein stwierdził bowiem, iż tylko około 20% naszego poznania zewnętrznego to faktyczne dane zewnętrzne, a 80% to obróbka rozumu i to, czego spodziewamy się od świata.

Oczywiście przyjęcie jedynie trzech wartości- empiryzmu, racjonalizmu i „środka”, byłoby błędem. Można być mniej lub bardziej od środka oddalonym. To, na co należy zwracać uwagę, to metoda dominująca i metoda krytykowana. Jeżeli ktoś pisze, że metoda racjonalizmu jest w pełni bezpłodna, to racjonalistą nie jest. I w drugą stronę, jeżeli ktoś odrzuci poznanie zmysłowe jako zbyt niepewne, to trudno go nazwać empirystą.

Kwestia Generała Skrzypczaka 2 komentarze

Napisano dnia 20 sierpnia 2009, w Ogólne

Są dwie złe wiadomości ze sprawą Dowódcy Wojsk Lądowych związane. Pierwszą jest to, że złamał zasady, których żaden żołnierz demokratycznego państwa łamać nie może i nie może pozostać to bez konsekwencji. Drugą zaś to, że miał rację.

Armia a Państwo
Władza cywilna MUSI mieć pełne zwierzchnictwo nad armią w trakcie pokoju i być brana pod uwagę w trakcie wojny. Polityka nadzoruje wojsko, jego strukturę, stosunki wewnątrz panujące. Zapewnia mu również środki finansowe, materiałowe, niezbędną infrastrukturę, zabudowę etc. I, nade wszystko, zbroi ją. W czasie pokoju jest to jednak relacja jednokierunkowa. Oznacza to tyle, że polityka decyduje o Armii, ale Armii wara od polityki. Jest to trochę jak z relacją na linii pracownik-szef. Pracownik może mieć zastrzeżenia do działalności korporacji. Ale jak ogłosi to publicznie, to wylatuje bez „do widzenia!”. No, chyba, że jest szefem związków zawodowych, ale to inna sprawa.

By wojskowi nie mieszali się do polityki na przykład zwykło się umieszczać ośrodki decyzyjne służb (zwłaszcza specjalnych) poza ośrodkami władzy czysto cywilnej, poza stolicami. Amerykański Pentagon nie znajduje się w samym Waszyngtonie, lecz w leżącym po drugiej stronie rzeki Potomak, mieście Arlington. Siedziba CIA mieści się w Langley. Nasze służby wywiadowcze też miały być wyrzucone z Warszawy, zapowiadał to jeszcze MON Radosław Sikorski.

Wojskowych nie wpuszcza się do polityki. Ostatnimi bardzo znaczącymi i wpływowymi Generałami w polskiej polityce byli Generał-Premier Kiszczak i Generał-Prezydent Jaruzelski. Gdy Generał MacArthur postanowił grać swoją polityczną grę z Chińską Republiką Ludową, pożegnał się ze stanowiskiem. I tak reaguje się każdym demokratycznym kraju o demokracji modelu zachodniego. Demokratycznym, lecz nie zachodnim, wyjątkiem jest Armia Turecka, broniąca państwa przed zakusami religii. Niemniej tutaj jest Europa. Tu za politykę wojskowi żegnają się ze stanowiskami.

Przetargowy burdel
Czy wiesz, że zgodnie z dyrektywą UE każdy zakup wojskowy o wartości większej niż bodaj 1,25 mln euro powinien być poprzedzony procedurą przetargową? Że jeżeli któryś z kontyngentów na misji potrzebuje TU I TERAZ NA GWAŁT I NATYCHMIAST powiedzmy 20 lekko opancerzonych samochodów terenowych, bo jazda wozami nieopancerzonymi jest zbyt niebezpieczna a ciężki sprzęt się zakopuje, to MON musi najpierw dopieścić (procedura niedomiziana to procedura stracona!) procedury, potem wyłonić zwycięzcę przetargu, potem zmierzyć się z ewentualnymi odwołaniami i ponowną procedurą. Przywołam sytuację PKW „Czad” działającemu w ramach sił EUFOR, któremu ktoś... podprowadził opancerzony samochód terenowy Land Rover Defender. Śmiem twierdzić, iż gdyby trafili tam urzędnicy z Warszawy, to ewentualne negocjacje ze złodziejami też prowadziliby na podstawie dyrektyw unijnych.

Jest czas pokoju. Wniosek- Armia może poczekać. Prowadzi to jednak do sytuacji, w których żołnierze otrzymują sprzęt, który przydałby się rok- dwa lata wcześniej. Ale tu i teraz jest im o kant d...y rozbić. Świetnie było to widać na przykładzie wozów kontyngentu w Iraku. Gdy wyjeżdżał, zabierał ze sobą cud-miód wozy Honker. Miały dwie zalety. Były tanie. I gdy trafiał je pocisk, przelatywał na wylot i wybuchał z dala od celu. Żebraliśmy Hummery od Amerykanów. Dostaliśmy je w zasadzie dopiero wtedy, gdy przestały zapewniać ochronę przed minami partyzantów. Polscy mechanicy i zwykli żołnierze dopancerzali je na swoją rękę. Oczekiwaliśmy, aż pierwszy „Rosomak” trafi do żołnierzy. Jednak gdy trafił, trzeba go było natychmiast dopancerzyć, bo już nie wystarczał, by ochronić załogę. Gdyby te Hummery i Rosomaki trafiły do polskich żołnierzy o rok wcześniej, byłyby użyteczne bez modyfikacji. Jednak dotarły później.

Zagraniczne pocieszenie
Nie jesteśmy jednak jedyni. Wciąż powraca do mnie anegdotka rodem z pierwszej wojny światowej, kiedy to żołnierze Carskiej Rosji walczący na Mazurach nie mieli czym strzelać, za to mieli dostawę czekanów do wspinaczki górskiej. Bo ich producent miał znajomości. Ale w takiej Kanadzie na przykład program wymiany śmigłowców morskich (Maritime Helicopter Replacement) ciągnie się już ćwierćwiecze, a potrwa jeszcze co najmniej cztery lata. By obecnie dostępne śmigłowce CH-124 Sea King mogły polatać godzinę, kilka wcześniejszych godzin spędzają w warsztacie. Niedawno cała flota powietrzna została uziemiona, bowiem po 46 latach eksploatacji silniki utraciły moc wystarczającą do bezpiecznego latania. Można zapytać- skąd my to znamy? Utrata mocy śmigłowca nieomal nie zabiła nam Premiera...

Trochę autonomii!
Prawo i procedury są ważne. Mają czemuś służyć. Ale jeżeli żołnierz mówi- potrzebuję TEGO, a jego dowódca potwierdza, że jest to niezbędne, to MON musi mu to jak najszybciej dostarczyć. Potrzebne są mechanizmy chroniące przed sprzedawczykami w Armii. Ale nie mogą one jej paraliżować.

Bo władza musi mieć "to coś"... 3 komentarze

Napisano dnia 19 sierpnia 2009, w Ogólne, Polityka...

Tekst ten jest już znacznie spóźniony. Najpierw awaria komputera, potem ponad tygodniowy wyjazd na wieś, znacznie opóźniły jego złożenie i ostatecznie- publikację tutaj. Niemniej (polubiłem ostatnio to słowo) osiem dni ciszy i spokoju to kawał czasu, stąd do miasta wróciłem z mnóstwem szkiców i notatek. Poniższych kilka słów to również zbiorek kilku notatek, którym postarałem się nadać w miarę spójną formę.

Źródła

Powodem napisania tych kilku słów były niewątpliwie zajścia spod hali KDT. Nie jestem Warszawiakiem i nie śledziłem sprawy wcześniej. To, co widziałem, to krótki reportaż w TVN24 i zdjęcia z akcji. Pech (?) chciał, że akurat wychodziłem na małą przejażdżkę rowerową. Droga ma wiodła przez salon, a tam stał włączony telewizor. Reportaż jak za czasów PiS-u. Biedni kupcy, straszna władza, sami oburzeni mieszkańcy. Może (i powinno) być to przyczynkiem do refleksji nad tzw. „obiektywnością mediów”. Gdy bowiem ta sama stacja wyczuła nastroje społeczne, zaczęła stopniowo zmieniać ton relacji. Gdy dwie godziny później z tejże przejażdżki wróciłem (też przez salon), to już kupcy byli „tymi złymi”. Zmieniono proporcje oburzonych i zadowolonych rozmówców. A wieczorem kupcy zostali przedstawieni jako skończeni bandyci bez żadnego poparcia społecznego. Nie to mnie jednak obchodziło. Obraz gazowanych ludzi, bitych kobiet. Szturmu na halę. To wystarczyło, by stwierdzić, że coś jest nie w porządku.


Historyczna analogia
Wybrałem jedno zdjęcie i opatrzyłem fragmentem odezwy Generała Wojciecha Jaruzelskiego z dania 13 grudnia 1981. Prowokacyjna analogia celowa. Gdyby bowiem zajście takie miało miejsce ćwierćwiecze temu, to kupcy byliby dziś symbolem walki z komunizmem. Gdyby miało to miejsce trzy lata temu, to kupcy obok pielęgniarek staliby w czołówce zwycięzców PiS-u (co piszę jako gorliwy antypisowiec). Natomiast skoro ma to miejsce dziś, w drugiej Irlandii, kraju cudów i posła Gowina, to... „Kochaj bliźniego swego, jak siebie samego. Ale najpierw spuść mu niezły wpierdziel”.


Kwestia oceny

Prawo stało niewątpliwie po stronie władzy. Tak, jak przy niemal każdej pacyfikacji zakładów pracy w trakcie Stanu Wojennego. Obydwie strony parły do konfrontacji i były do niej przygotowane. Tak, jak we wczesnych latach osiemdziesiątych, co świetnie ilustruje cytat z Władysława Frasyniuka ze zjazdu walnego „Solidarności” z grudnia 81'. Cytuję z pamięci, ale sens oddam wiernie. „Oto Rutowski daje władzy alternatywę. Walczcie, to wam spuścimy niezły wpierdziel. Albo nie walczcie i wtedy to wam dopiero wpierdolimy.” Nie muszę chyba dodawać, że postanowienia i atmosfera tego zjazdu przesądziły o wprowadzeniu Stanu Wojennego.

Jak uczy historyczny przykład, zgodność z prawem nie determinuje ostatecznego etycznego czy politycznego zwycięstwa. Obecna władza ma jednak jeden niewątpliwy atut- przychylne media i powolne społeczeństwo. Bezeń wynik konfrontacji mógł być bowiem zupełnie inny. Zarówno w jej politycznym jak i etycznym wymiarze. Do mnie bowiem, abstrahującego od oceny medialnej, wciąż wraca pytanie- czy to w ogóle było konieczne? Czy nie obeszłoby się bez tej bitwy, bez demonstracji siły, wyzwisk, zniszczeń, bólu i płaczu?


Władza „od... dla” czy „nad... przeciw”?
Na bazie powyższych zdań można zadać powyższe pytanie. Czy oczekujemy modelu władzy „od ludzi dla ludzi”, czy też „nad ludźmi przeciw nim”? Czy władza ma służyć znajdywaniu kompromisów, czy ślepemu i siłowemu wykonywaniu prawa? A jeżeli już musi sięgnąć po rozwiązanie siłowe, to czy model akcji przy KDT był modelem właściwym? To nie byli górnicy demolujący miasto, ani stoczniowcy palący opony. Czy po nieudanej próbie pokojowej egzekucji prawa nie można było dać publicznego ultimatum i odczekać kilka dni, aż kupcy medialnie się skompromitują? Odciąć gaz, wodę i prąd i poczekać, aż przejdzie im ochota na zadymy? Czy naprawdę nie dało się inaczej?


Kwestia ekonomiczna

Nie pamiętam dokładnej liczby, ale znalazłem informację o dwóch tysiącach pracujących tam ludzi. Dwa tysiące ludzi pracujących na siebie. Jedna strona twierdzi, że zapewniła tym ludziom nową pracę. Druga zaś, że wysyła się ich na bezrobocie. Abstrahując od tej konkretnej sytuacji chciałbym wyrazić jedną natrętnie do mnie powracającą wątpliwość. Wątpliwość co do logiki polityki gospodarczej naszych władz wszelkiego szczebla. Logiki, wedle której lepiej pozbawić chleba tysiąca rodzin drobnokupieckich, za to postawić nowy supermarket. Lepiej wysyłać pracujących NA SIEBIE ludzki na bezrobocie, w zamian robiąc miejsca pracy pracujące na korporacje, szefów, prezesów, udziałowców i resztę wielkospółkowej drabiny, gdzie większość efektów ich pracy i tak finalnie wypłynie za granicę?

Ideologiczny ładunek powyższych pytań może przeszkadzać. Niemniej (znów) to mali i średni przedsiębiorcy nieśli na swych barkach gross ciężaru transformacji ustrojowej, kolejnych kryzysów regionalnych i obecnego kryzysu globalnego. A nikt z „władzy” się z nimi nigdy nie liczył i nie liczy. Bo jak ktoś nie zatrudnia 500 osób i nie zapewnia 20% dochodów gminie, to przecież nie jest żadnym kandydatem do rozmów.


Końcówka
Pytanie o to, „jaka powinna być władza”, wraca od dwóch i pół tysiąclecia. I wracać będzie zawsze, gdy jeden człowiek będzie miał możność decydowania o losie drugiego, zupełnie mu obcego człowieka. Co dopiero, gdy ma decydować o życiu tysięcy ludzi? Warto jednak, by władza zawsze pamiętała, kto ją legitymuje. I by w ludziach, którymi rządzi, zawsze widziała ludzi, którzy czują, myślą i też żyją. Władza bez tej świadomości to sobiepaństwo. Co tu dużo mówić- władza musi mieć gest.

Konfiguracja modemu pod Ubuntu 20 komentarzy

Napisano dnia 05 sierpnia 2009, w Ogólne

Korzystam z bezprzewodowego łącza Netii. Na wybór ani dostawcy, ani sprzętu żadnego wpływu nie miałem. Co zresztą nie przeszkadzało wybierającemu zrzucać na mnie winy za jego niedziałanie. Umowa opiewa na kwotę 1,3 MB/s. Jaja z Netią i dedykowanym sprzętem były naprawdę niezłe. Jest to najgorszy dostawca, z jakiego kiedykolwiek korzystałem (czyli przegrywa z Neostradą TP, a to już wyczyn). Łącze jest bardzo niestabilne, od święta zdarza się, bym mógł wykorzystać pełną zakontraktowaną kwotę. Bardzo często sygnał znika. Na 10 minut, godzinę, dzień, pół tygodnia. Różnie. Transfer zazwyczaj oscyluje wokół zera. Jeszcze pamiętam nie tak stary żart, że do komunikacji ze mną potrzeba zarówno konta gg jak i jaberrid i ICQ. Bowiem najczęściej mam tak niski transfer, że podłączeniu się do dwóch protokołów na jednym kliencie kończy się moja przygoda z internetem, w związku z czym trzy aktywne połączenia gwarantują złapanie mnie w sieci. Tym, co jeszcze można zarzucić oprogramowaniu i sprzętowi zalecanemu przez Netię, jest brak kontroli nad transferem. Bardzo często mam taką sytuację, że przy ściąganiu czegoś download osiąga wielkość stu-dwustu kilobajtów na sekundę, po czym połączenie się przeciąża i zrywa na kilka minut. I przez następne dwie-trzy godziny bramka transferu to kilka-kilkanaście kilobitów na sekundę. Wyjątkowo irytujące, zwłaszcza gdy ściąga się coś przeglądarką albo akurat trafiło się źródło na P2P.

No dobra. Wyżaliłem się za półtorej roku nieudanej współpracy z Netią. Do rzeczy. Prawie tydzień temu mój nadgorliwy antywirus usunął mi... fragment Windowsa. Powiedzmy. Zinterpretował parę plików jako trojany bardzo wysokiego ryzyka i je usunął. Efekt tego jest taki, że nie uruchamiają się usługi sieciowe. Nie mogę odpalić ani serwera lokalnego, ani konfiguratora połączenia z siecią (wcześniejsze połączenia pokasowane). Nie mówiąc już o tym, że w trakcie uruchamiania systemu mogę zrobić sobie herbaty i małą przekąskę, tyle ono trwa. Windows zachowuje się bardzo niestabilnie i wyjątkowo łatwo go zawiesić (podłączenie karty pamięci wystarcza, by go posadzić). Wniosek- nie ma co czekać, czas przesiąść się na Ubuntu.

Sam system był już od dawna zainstalowany. Wcześniej po prostu nie chciało mi się spędzać godzin nad konfiguracją sieci pod Linuksem. Teraz jednak nie miałem alternatywy innej, niż format głównej partycji i kilka godzin przygotowań doń. Krok po kroku wedle wcześniejszych rad i instrukcji zabrałem się za konfigurację. UbuDSL odmawiało współpracy. Padała instrukcja Podłącz Modem, wraz z informacją, że konfiguracja może trwać kilka do kilkunastu minut. Gdy jednak po dwóch godzinach wciąż migało „Podłącz Modem...” stwierdziłem, iż coś chyba nie jest w porządku.

Spróbowałem więc odpalić dedykowane pod Windę oprogramowanie przez Wine. W tym celu rozpocząłem nieco dla nowicjusza kłopotliwą instalację Wine bez dostępu do internetu. Bolesną zwłaszcza zważywszy na fakt, iż mym głównym językiem obcym jest niemiecki. Bądź co bądź, po doinstalowaniu dwóch bibliotek winko znalazło się na moim komputerze. Sprawdziłem jego działanie na innej aplikacji exe. Działa. Super. Jednak aplikacja dostarczona wraz z modemem współpracy odmawia. Miga i znika, mimo podłączonego modemu. Podobnie zachowywała się pod Windowsem, gdy modem nie był podłączony. Wniosek- nie rozpoznaje go. Poszukajmy sterowników.

Pod ten konkretny model (szczegóły w dalszej części) znalazłem trzy sterowniki z różnymi datami. Wszystkie pod Windowsa. Ściągnąłem wszystkie trzy. Zainstalowałem Ndiswrappera i ładowałem wszystkie biblioteki po kolei. I tu się zaczęły cięższe problemy. Po zainstalowaniu sterownika i podłączeniu modemu system się zawiesza. Najpierw zmieniałem sterowniki. Żadnej różnicy. Instalacja-restart-podłączenie-zwieszenie. Instalacja-wyłączenie-podłączenie-włączenie-zwieszenie. Włączenie-podłączenie-instalacja-zwieszenie. Etc. Po całym dniu prób Ubuntu było do wywalenia. Kilkakrotnie ponawiałem coś, co mój słownik podręczny pozwala przetłumaczyć na „konserwację powłoki”:). Kończąc nad ranem pracę system był tak zamulony, że szkoda było dalszych wysiłków, by potem i tak go reinstalować. Przeorganizowałem nieco podział dysku pobocznego na partycje i zainstalowałem go na nowo.

Następnego dnia próby prowadziłem z drugim modemem. Ma on swoje zalety. Zawiesza inaczej. Można ruszać kursorem, a wyłączenie awaryjne komputera nie powoduje żadnych widocznych i sygnalizowanych uszkodzeń. Nie mniej- wciąż nie chce działać. Pomysłów już mi brak. Może ktoś już się spotkał z podobną sytuacją? Komputer ma już swoje dwa i pół roku, ale wciąż jest sprawny. Ponadto jeden z jego wcześniejszych współużytkowników uszkodził kartę sieciową odzyskując zdjęcia z uszkodzonego dysku innej maszyny (jak- nie pytajcie). Oto dane sprzętu:

Procesor: Pentium 4 2x 3059 MHz
RAM: 1024 mb

Modem: Zyxel G-202
Router: Linksys Wireless-G WRT54G2 v 1.1 2,4 GHz
Za odbiór sygnału odpowiedzialne jest coś podpisane: Voice Gateway VG-1D1V-SID


« Wcześniejsze wpisy Późniejsze wpisy »

Kuba Pakulski
Szczecinianin. Fascynat filozofii, historii i nauk społecznych. Piszący dla przyjemności i praktyki. Lewicowiec, umiarkowany anarchista, skrajny antynacjonalista. Antyklerykał, którego serce bije po lewej stronie. Dziewiątkowicz z pięcioletnim stażem. Od lat aktywny w mikronacjach. Słucha wszystkiego, co da się zamknąć w trójkącie Judas Priest- Enya- Miles Davis.

Kontakt:
e-mail: kuba.pak666 wp.pl
jabber: kuba.pak666 jabber.wp.pl
gg: 9933809


SZUKAJ


KATEGORIE

ARCHIWUM

Linki

META