Wakacyjne przejażdżki 8 komentarzy
Napisano dnia 29 czerwca 2009, w Ogólne
Mam rower. A właściwie coś, co kiedyś było rowerem. Od zawsze dużo jeżdżę na rowerze. A właściwie to zawsze dużo jeździłem. Trzy lata temu otrzymałem w podarku dobry rower. Nie był to żaden wyczynowiec, ani sprzęt za wielkie pieniądze. Zwykły rower z łańcuchem, przerzutkami, hamulcami, ramą i kołami. Moja pedantyczność, troska i dbałość w obchodzeniu się z własnymi dobrami materialnym jest co najmniej charakterystyczna. Przedmioty codziennego użytku (odtwarzacz MP3, telefon komórkowy) mogę mieć po dwa, trzy lata i nie widać na nich żadnych oznak użytkowania. Są jak nowe. Tak samo było z rowerem. Moim, kurde, rowerem.
Do nowego miejsca zamieszkania przeprowadziłem się w lutym zeszłego roku. To już szesnaście miesięcy. Rower przywiozłem w stanie nietkniętym. Jak nowy. Ale. Nie tylko ja się do tego domu wprowadziłem. W ewidencji należy uwzględnić również rodziców i dwóch braci. A właściwie jednego, młodszego, bo starszy odgrywa w tekście rolę marginalną. Mój młodszy brat jest niezmiernie uzdolniony. Nie znam drugiej osoby, która z taką skutecznością i absolutną bezkarnością potrafi zniszczyć wszystko. Mi by to nie przeszkadzało. Tylko czemu to ‘wszystko’ musi należeć akurat do mnie?
Wcześniej mój brat posiadał cztery rowery. Wszystkie zniszczył w łącznym czasie dwóch lat. A właściwie posiadał jeden- reszta nie należała do niego. Szczególik. Za mój wziął się zaraz po wznowieniu obowiązku szkolnego po feriach zimowych. Oczywiście nie pytając ani o zdanie, ani o zgodę. „Ruszałeś mój rower?- Niiieeeeeee”. Dla kogoś, kto wraca do domu o szóstej- siódmej wieczorem świadomość, że nie ma kontroli nad tym, co dzieje się z jego własnością przez cztery godziny dziennie, jest cholernie irytująca. Zwłaszcza, jeżeli w taki sposób traktuje się swoje rzeczy.
Ucinając przydługą część o wszelkiej maści działaniach mających na celu uratowanie moich dwóch kółek. Rok temu, na początku wakacji, postanowiłem skorzystać z MOJEGO roweru i pojechać na pocztę. Prawie skończyłem na masce Man-a ZDiTM. Osobną kwestią było to, iż jadąc z górki trzeba było na nim pedałować. Tak był zatarty. Po paru dniach mój brat przestał jeździć na rowerze. Przesiadł się na rolki. Ciekawe czemu? Odpowiedź leżała w garażu. Był nią mój piękny, nowiutki rowerek. Z wyrwanymi zębatkami. Nie wiem, jak on to zrobił. On twierdzi, że to „samo się zrobiło”. Nic kuźwa dodać, niewiele więcej ująć.
Rok byłem bez roweru. I bez chwili czasu, by się za nowym obejrzeć. Nie mówiąc o funduszach nań. Jednak dwa tygodnie temu mój brat uczynił gest niespotykanego miłosierdzia i braterskiego oddania informując mnie, iż niedługo dostanie nowy rower, a wtedy ja będę mógł wziąć sobie mój. Nie mogąc wyjść z podziwu dla jego wyrzeczeń rechotałem ze śmiechu, gdy okazało się, że zaraz po zakończeniu roku jedzie na wieś. A rower się do samochodu... NIE MIEŚCI.
Cóż więc czyni kochający starszy brat? Rezygnuje z chwil spędzonych w ciszy (ha...ha...ha...) w domu i bierze się za rozjeżdżanie nowego sprzętu. Sprawa była o tyle ułatwiona, iż uprzednio sprawdzał go mój ojciec, więc zbyt dużo regulowania nie było. Nie ukrywam. Usiąść na rowerze po praktycznie dwóch latach to czynność dość bolesna. Rower też nie jest drogi. Ma dwie zasadnicze wady- po pierwsze agresywne, łatwo blokujące się hamulce. Po drugie... dość powierzchownie trzyma się podłoża. Ma się wrażenie, jakby płynął. I nie, nie jest to komplement. Zwłaszcza w warunkach północnego Warszewa.
Zrobili nam dość długi odcinek drogi rowerowej, od osiedla aż po sam las. Droga jest nowa. Ułożono kostkę i rozsypano po niej piach, by ją usztywnij. I ten piach coś nieszczególnie chce z tej kostki spłynąć, ani dać się rozdeptać. Po krótkim czasie na ścieżce powstało coś w stylu „wysepek piachu”- dużych kupek piachu. Gdy idzie się na pieszo, nie przeszkadzają. Gdy jedzie się rowerem- można się nieźle przejechać.
I ja się przejechałem. Po wyjechaniu z lasu wjechałem na ścieżkę i ze spokojną, turystyczną prędkością zmierzałem ku osiedlu. Jak to w Polsce bywa, ktoś postanowił skorzystać z bezużytecznej i przecież nikomu niepotrzebnej ścieżki rowerowej. I na niej zaparkował. Szkoda, że zostawiłem telefon w domu- pomyślałem i chciałem samochód ominąć. I wtedy stała się rzecz dla mnie co najmniej dziwna. Na takiej przed samym samochodem rower złożył się na bok. Nie „przewrócił”- to za dużo powiedziane. Po prostu przechylił się i zatrzymał. Obeszło się bez zranień, resztki refleksu mi się jeszcze ostały. Nawet mnie to nie bolało. Raczej cholernie zdziwiło, czy coś takiego jest fizycznie możliwe. Jechać z prędkością -nastu, może dwudziestu kilku kilometrów na godzinę i po prostu zatrzymać się w miejscu niemal leżąc na boku? No nic to. Otrzepałem się z piachu i uznałem to za wolę sił wyższych.
Już nieco szybciej skierowałem się wprost do domu. Pożyczyłem od brata aparat i wróciłem na miejsce, by cyknąć fotkę samochodowi zastawiającemu ścieżkę rowerową i kawał chodnika. Niestety, gdy wróciłem, wozu już nie było. Pojeździłem jeszcze po osiedlu szukając ciekawych zjawisk do zdokumentowania, ale uznałem, że z sąsiadami lepiej nie zadzierać. A jest co fotografować. Na przykład przy ulicy, przy której zamieszkuję, stoi kilkanaście takich samych bliźniaków. My z naszymi sąsiadami żyjemy w zgodzie i przyjaźni- wspólny płot, wspólne wyłożenie schodów itd. Jako rozgraniczenie działek od frontu wystarczyły krzewy. Ale nie każdy musi lubić swoich (wstaw odpowiednie słowo) zza ściany, nie? Tak więc kilka domów dalej między drzwiami do domów jeden z sąsiadów postawił płot. Nie, ten płot nie ma metra wysokości. Nie ma nawet półtorej. Sięga dachu. Jak w zoo.
Dziś wybrałem się na kolejną przejażdżkę. Tym razem na pocztę. Do urzędu pocztowego mam trzy kilometry na pieszo i szkoda mi było godziny na dojście i powrót, plus czas spędzony na poczcie. Osobną kwestią jest to, że mogłem nie zdążyć przed zamknięciem jej. Więc wsiadłem na rower. To było cudowne.
Niewiele jest chyba przyjemniejszych uczuć, niż uczucie rowerzysty, który dostosowuje swą prędkość do przepisów. A za nim jedzie stadko bufonów w wypasionych brykach, „krążownikach szos”, kur.....ch na mnie, aż miło. A z naprzeciwka ciąg samochodów. Uczucie o tyle intensywniejsze, iż przez długi czas zaraz za mną jechał facet, który rok temu w przeciągu jednego tygodnia zapewnił mi trzykrotne pranie kurtki. Tak, jestem mściwy.
Pobyt na poczcie nie jest raczej warty opisywania. Kosmiczna prędkość obsługi, daleko posunięta informatyzacja- chyba każdy świadomy Polak może być dumny ze swojej, państwowej poczty. Tya. Jednak wracając coś mnie tknęło, by miast ulicą wprost do domu pojechać ścieżką rowerową, na około. I było warto.
Zdjęcia są marnego artyzmu i podłej jakości. Powody są trzy. Pierwszym jestem ja, jako absolutne beztalencie fotograficzne. Drugim jest aparat, do którego dołączono telefon, więc ma niską sprawność. A trzecim jest Słońce. Zdjęcia robiłem na wyczucie, na ekranie nic nie było widać.
Z serii- parkujemy na ścieżkach...


... oraz "uważaj na głowę"


8 komentarzy do wpisu pt. “Wakacyjne przejażdżki”
Klaudia, 29 czerwca 2009 o godzinie 21:21:12:
U mnie takie rodzinne sprzeczki o rower się nie zdarzają z trzech powodów:
po 1. wypracowany przeze mnie autorytet "starszej siostry" jest na tyle duży, że moja siostra nie wzięłaby mojego roweru bez pytania
po 2. ona nałogowo wszystkiego nie psuje (ufff!)
po 3. mój rower jest na nią o wiele za duży.
Koniecznie musimy się wszyscy razem na taką wycieczkę rowerową wybrać. Dobrze wiedzieć, że i Tobie jazda na rowerze sprawia przyjemność ;). Pośmiejemy się razem z przekrzywionych znaków drogowych i z parkujących na drogach rowerowych aut! Swoją drogą, zdjęcia bardzo fajne. Nie rozumiem, dlaczego stale na nie narzekasz... ;)
legalnycyklista, 29 czerwca 2009 o godzinie 21:34:31:
Ja mam taką kierownicę (35cm długości), że inni boją się z niego korzystać (:
Co do dróg rowerowych to widzę typowy polski bubel przecinany co 20m wyjazdem z posesji (bo przecież dwa razy dziennie wjeżdżający na posesję samochód jest ważniejszy od x rowerzystów na godzinę), z szajs-kostką która po kilku inteligentnych (jak na zdjęciu) parkujących na niej zamieni się w tester zawieszenia...
Naklejki na szybę - to chyba jedyny działający sposób na pokazanie komuś, że tu parkować nie wolno (i jednocześnie pewna forma kary - odklejanie zajmuje trochę czasu).
KP, 29 czerwca 2009 o godzinie 21:41:32:
Naklejki... oooooo tak. Na przedniej szybie, na wysokości oczu.
katafrakt, 29 czerwca 2009 o godzinie 21:48:23:
Zgłoszenie popełnienia wykroczenia nie jest czasem skuteczniejsze? :P
legalnycyklista, 29 czerwca 2009 o godzinie 21:52:26:
Na przykładzie Warszawy i lokalnej Straży Miejskiej mówię, że w takich przypadkach (na szczęście w stolicy już rzadkich) dzwonienie po SM nie działa - przyjeżdżają tak późno, że już dawno samochód zniknął.
Natomiast zdjęcie + zgłoszenie wykroczenia na komendzie jest o tyle niedobrym pomysłem, że w razie nieprzyjęcia mandatu przez kierowcę sprawa idzie do sądu, gdzie stajemy się świadkiem, a oskarżony ma pełen dostęp do naszych danych (adresowych przede wszystkim).
Naklejki są edukacyjne, a przy tym ciężko mówić o zniszczeniu mienia gdyż da się je usunąć nie pozostawiając żadnych śladów.
katafrakt, 29 czerwca 2009 o godzinie 22:21:25:
A to aż takie straszne, że dostęp do tych danych będzie miał?
legalnycyklista, 29 czerwca 2009 o godzinie 22:24:14:
Sądząc po tym, że na drogach rowerowych parkują zwykle albo a) taksówkarze b) buraki drogowe to nie wiem, czy to takie fajne... już miałem parę sytuacji, w których po zwykłym zwróceniu uwagi (np. na wyprzedzanie na "gazetę") taki wsiarz wysiadał z samochodu mając z pewnością inne niż przyjacielskie zamiary - nie chciałbym, by taki miał mój adres.
Do tego dochodzi a) 30 minut na komendzie, b) ewentualne bycie wzywanym na świadka do sądu - kiepska perspektywa czasowa, naklejki wychodzą bardziej ekonomicznie (:
KP, 29 czerwca 2009 o godzinie 23:02:36:
>A to aż takie straszne, że dostęp do tych danych będzie miał?
Tak. Wielu ludzi na osiedlu to lekarze, bądź osoby mające duży wpływ na służbę zdrowia. A mój ojciec jest lekarzem.
Dodaj komentarz:
Dyskutujesz z ludźmi, a nie maszynami, odnoś się więc do nich z należnym im szacunkiem. Jeżeli chcesz odnieść się do merytorycznej zawartości bloga i komentarzy, podzielić się jakimś swoim spostrzeżeniem czy uwagą- rób to śmiało i się nie krępuj. Jeżeli zaś nudzisz się w domu i zależy Tobie tylko na powkurzaniu innych użytkowników sieci- wracaj do klocków.

Kuba Pakulski
Szczecinianin. Fascynat filozofii, historii i nauk społecznych. Piszący dla przyjemności i praktyki. Lewicowiec, umiarkowany anarchista, skrajny antynacjonalista. Antyklerykał, którego serce bije po lewej stronie. Dziewiątkowicz z pięcioletnim stażem. Od lat aktywny w mikronacjach. Słucha wszystkiego, co da się zamknąć w trójkącie Judas Priest- Enya- Miles Davis.
Kontakt:
e-mail: kuba.pak666 wp.pl
jabber: kuba.pak666 jabber.wp.pl
gg: 9933809
Szukaj
KATEGORIE
ARCHIWUM
- Lipiec 2010
- Czerwiec 2010
- Maj 2010
- Kwiecień 2010
- Marzec 2010
- Luty 2010
- Grudzień 2009
- Listopad 2009
- Październik 2009
- Wrzesień 2009
- Sierpień 2009
- Lipiec 2009
- Czerwiec 2009
- Maj 2009
- Kwiecień 2009
- Marzec 2009
- Luty 2009
- Styczeń 2009
- Grudzień 2008
- Listopad 2008
- Październik 2008
- Wrzesień 2008
- Lipiec 2008
- Czerwiec 2008
- Maj 2008
