Państwo a ideologia

4 komentarze

Kwestii czysto ideologicznych jak dotąd nie podejmowałem na łamach tego bloga. A już na pewno nie w formie całościowej analizy własnych poglądów, bo na tą pewnie jeszcze trochę za wcześnie. Z treści wielu wpisów można jednak wywnioskować, iż stoję po lewej stronie sceny ideologicznej. Nie jest to radykalna lewica, ani lewica „rewizjonistyczna”. Nie jestem komunistą, który szedłby z kosą i wyżynał kapitalistów:) Co więcej, zależy mi na wolnej gospodarce. Ale gospodarce wolnej nie na zasadzie- masz pieniądze, to rób co chcesz i z kim chcesz, traktuj ludzi jak zwierzęta, bo to tylko „pracownicy”. Jestem człowiekiem głęboko wierzącym w ideę samorządności, samostanowienia, pracowania na siebie samego, którą to Polakom obiecano dwadzieścia lat temu i którą zgnojono „szokiem bez terapii”.

Mniejsza jednak o te kwestie, do nich powrócę za jakiś czas. Jestem również zadeklarowanym antyklerykałem. Nie opiera się to na zasadzie „j...ć kościół”, lecz na szerszej niechęci do wszelkich korporacji. Na tej samej podstawie opiera się moja apatia do zinstytucjonalizowanych i zbiurokratyzowanych związków zawodowych, sieci supermarketów czy też szerzej- wszelkiego korporacjonizmu. W takich warunkach pierwszeństwo ma nie człowieczeństwo, lecz cwaniactwo. Zawsze jest ktoś, kto pracuje i ktoś, na kogo pracuje. Kościół (kościoły) jednak, nie tylko katolicki, jest szczególnym przypadkiem. Uważając się za podmiot obcujący z Bogiem wielokroć zupełnie nie postrzega człowieka, jako człowieka, bo mu się to nie opłaca. Jest rzeczą obrzydliwą zbieranie ofiar w trakcie pogrzebów, czy w ogóle branie pieniędzy za obecność przy ostatnim pożegnaniu rodziny ze zmarłym, przyzywając przy tym imienia bożego i wspominając o poczciwości, szlachetności i dobrym sercu grzebanego. Nie, nie jest to zbieranie pieniędzy na utrzymanie księży. Świetnym dla mnie przykładem jest mój rówieśnik, przyjaciel, imiennik i utalentowany muzyk, który najlepiej obrazuje to, co kościół jako instytucja robi z młodymi ludźmi. Gdy wesoło szamaliśmy obiadek na tegorocznym WOŚP-ie, zrzędził on nieco, iż brak mu pieniędzy. Nie ma za co nowych strun kupić. Telefon. Krótka rozmowa i parę notatek w kalendarzyku. „No, to będę miał na struny. –Dodatkowa msza?- Nie, ksiądz zgłosił dwa trupy, a trzeci jest w drodze, był już na ostatnim namaszczeniu.” I temu oto młodemu człowiekowi dedykuję dalsze treści.

Kościół ma jeszcze jedną zasadniczą wadę wynikającą z samej struktury religii jako takiej. Jest zdania, iż reprezentuje prawdę absolutną (zwaną, bezrefleksyjnie i często pro forma „Bogiem”) na Ziemi. Wniosek- każdy, kto mówi inaczej, ten nie ma racji. Bo racja jest z nami. Stąd taka pogarda dla innych przekonań, stanowisk, koncepcji etycznych, wiar, religii. „Bo za nami stoi Bóg!”. A Wy stoicie tam, gdzie stało ZOMO- chciałoby się dodać jako dokończenie. Nic to jednak, że mają Boga za sobą. Mogliby mieć cały Panteon, mi to nie przeszkadza. Problem pojawia się, gdy te „boskie plecy” popychają wiernych wyznawców z krzyżem, Koranem czy innym symbolem noszącym cechy narzędzia ofensywnego w moją stronę. Tego to ja już sobie nie życzę.

Państwo a ideologia

Na szczęście jest wyższe ciało społeczne, niż grupy wyznaniowe. Jest nim państwo. Państwo, które w takiej sytuacji powinno pogrozić fundamentalizmowi palcem i ochronić „innowiercę” środkami, którymi przecież dysponuje. Problem pojawia się, gdy jakakolwiek ideologia zaczyna się z państwem przenikać. Nie ma gorszej zarazy, niż władca-ideolog. Czy to dziecko Rydzyka, czy Dmowskiego, czy Lenina. Zawsze niesie za sobą zniewolenie, ból, łzy i śmierć. Każde państwo jest mniej lub bardziej nacechowane ideologicznie. Im mniej, tym lepiej. Przedstawiałem to ostatnio na kilku przykładach. Jeżeli lubię sobie poprzeklinać w domu i nikt tego nie słyszy, to co komu do tego? A jeżeli klnę na sąsiadów, dziecko, partnera życiowego czy kogokolwiek innego, to ta osoba ma prawo powiedzieć- dość. A gdy nie przestanę- wezwać pomocy państwa. Jeżeli ktoś pali papierosy i pali je samemu, to to jego sprawa. Jeżeli pali przy kimś, to ten ktoś ma prawo poprosić, potem zażądać, by przestał. Nie przestanie, niech wkroczy państwo. Państwo nie ma prawa zakazywać palenia w ogóle, bo to ingerencja w wolność jednostki. Ale jednostka nie ma prawa ingerować w życie drugiej jednostki. I od pilnowania tego jest państwo. Państwo i prawo karne wkracza więc, gdy pojawia się antagonistyczna reakcja na linii człowiek_1- człowiek_2.

Jeżeli ktoś obdarowuje zarobionymi pieniędzmi drugiego człowieka, organizację humanitarną etc i nie ma z tego tytułu żadnych sprzecznych z prawem ułatwień, to nic państwu do tego. Jeżeli ktoś dokonuje oszustwa podatkowego i nie odprowadza podatków od dochodów, to wkroczyć powinno państwo. Jest to relacja na linii człowiek-państwo.

Jeżeli ktoś postanawia posadzić sobie drzewo przed domem i nikomu ono nie przeszkadza, to to jego sprawa. Jeżeli ktoś bezprawnie wycina drzewo w parku, to wkroczyć powinno państwo. Relacja na linii człowiek-wspólnota.

Trzy relacje. I ani jednej więcej. Państwo nie może mówić mi – zrób to, zrób tamto, bo tak. Państwo co najwyżej ma prawo stwierdzić- nie rób tego, bo Tamten. Celem państwa jest ochrona słabszych i umożliwienie funkcjonowania społeczeństwu. Nie jest podmiotem rozprzestrzeniającym jakąkolwiek ideologię. A przynajmniej nie powinno być.

No właśnie. Ideologię. Dotąd była mowa o przestępstwach, ale nie o przekonaniach. Co, gdy władza dostaje się w ręce „oszołomstwa”? Sytuacja wygląda analogicznie, jak powyższe. Jeżeli ktoś uważa, że związek partnerski osób tej samej płci jest „sprzeczny z prawem naturalnym”, to po prostu w taki związek nie wstępuje. Ale nie ma prawa zmuszać kogokolwiek do niewstępowania w ten związek, zakazywania go, czy wpływania z tego tytułu w jakikolwiek sposób na jego życie. Jeżeli ktoś uznaje aborcję za zło, to jej po prostu nie dokonuje. I pozostawia swój wybór dla siebie.

Państwo nie ma prawa występować w takiej sytuacji jako podmiot zmuszający. Nie ma prawa zakazywać wszelkiej maści czynów z powodów ideologicznych. Państwo ma chronić słabszych, zapewniać przeżycie i rozwój. Sypialnię niech zostawi obywatelom.

Jak nie państwo, to co?

Jako umiarkowany anarchista nie skreślam państwa jako takiego w ogóle. Jest ono potrzebne, by zapewnić cele powyższe. Uważam jednak, iż jest ono zbyt opieszałe i rozmemłane. Nijakie. Budżet centralny powinien mieć charakter bardziej zadaniowy, celowy. Za dużo jest prawa, za dużo kasty urzędniczej i dziur w systemie, przez które pieniądze przeciekają, jak mogą. Przegadane ustawy uwzględniające tysiące przypadków, bo przecież inna sytuacja jest na Pomorzu, a inna w Warszawie. Nieszczelne systemy socjalne, które obejmują tak szeroki zakres obywateli, że nie da się ich kontrolować. No dobrze, ale co w zamian za silne państwo?

Uważam, iż dużo większą rolę powinny wziąć na siebie samorządy i wspólnoty. Z budżetu centralnego finansowane powinny być strategiczne inwestycje, siły porządkowe i bezpieczeństwa, wojsko i centralne urzędy, np. dotyczące podatków na rzecz budżetu centralnego. Co ponadto? Niewiele. Powinno wyznaczać ramy funkcjonowania samorządów.

W gestii tych ostatnich powinny w pełni leżeć sprawy socjalne, policyjne, inwestycji lokalnych, kulturalnych, prospołecznych, kwestie podatków lokalnych. W znacznej mierze również problemy publicznej służby zdrowia, edukacji, ograniczonego prawodawstwa. Niewątpliwe plusy takiego rozwiązania są co najmniej trzy- większa świadomość partycypacji we władzy, lepsze dopasowanie instytucji do wymogów społeczeństwa i poczucie korzystania z własnych kosztów poniesionych na utrzymanie państwa.

Partycypacja we władzy. Bądź co bądź, łatwiej wybić się w społeczności półmilionowej, niż czterdziestomilionowej. Co więcej, wyborca nie jest już anonimową masą ze szczecińskiego okręgu wyborczego, lecz staje się mieszkańcem konkretnej dzielnicy, któremu obiecywano nie „Drugą Irlandię!” czy „IV RP”, lecz autobus pod dom, czy więcej policji na drogach. Głos zyskuje większe znaczenie i możliwość wyboru jest też większa. Nie potrzeba dziesiątek milionów złotych, by dostać się do Parlamentu krajowego. Wystarczy ciężka praca, by dostać się do struktur lokalnych.

Dopasowanie struktur. Tego chyba nie trzeba tłumaczyć. Jeżeli instytucja ma obsługiwać milion ludzi i zatrudniać tysiąc osób, to będzie lepiej rozplanowana i zarządzana niż moloch mający obsłużyć dwadzieścia milionów ludzi i zatrudniający pięćdziesiąt tysięcy ludzi. Z tym wiąże się mniejsza władza administracji, bo nie ma się do czynienia z petentem 94110408531, lecz z kimś, kto od jutra może mieszkać za rogiem i nieźle uprzykrzyć nam życie w ramach odpłaty. Inną kwestią jest lepsza kontrola pracowników i większa wydajność pracy. Łatwiej kontrolować tysiąc urzędników, niż dwadzieścia tysięcy. Mniejsza jest również szansa wykorzystywania urzędów do celów własnych czy po prostu bezkarnego olewania obowiązków.

Odczuwalność zwrotu kosztów. Można przedstawić to na następującym przykładzie. Parlament podnosi podatki, zabiera mi, mieszkańcowi Szczecina, o tysiąc złotych więcej. Co się dzieje z tym tysiącem? Ląduje we wspólnej kasie. A potem zostaje wydany na pensje w lubelskiej skarbówce. Albo na drogę Wrocław- Opole. Albo na pomoc społeczną na Mazurach. No i? „Złodzieje z Warszawy!!!” Gdyby jednak ten tysiąc wziął rząd lokalny, to wybudują zań drogę Szczecin-Koszalin, postawią nowy przystanek autobusowy czy cokolwiek innego. Ale zbudują to dla NAS, jako lokalnej społeczności. A nie ICH, jako innej społeczności, która mnie akurat niewiele obchodzić może.

Obecny model zakłada Warszawę jako absolutnego suwerena i samorządy jako pewien ukłon w stronę społeczeństwa. Nie! Suwerenem powinny być województwa i powiaty samorządy, a ukłonem rady społeczne, konsultacje z obywatelami i ogólnie większy wpływ społeczności na życie ich regionów. Przede wszystkim zaś problemem jest prawo. Prawo negatywne, które mówi „Nie rób! Nie pij! Nie kradnij!”. Prawo, które walczy z inicjatywami oddolnymi, a pozostaje bezsilne wobec jawnego pogwałcenia praw wspólnoty. Świetnym dla mnie tego przykładem jest sprawa jakiegośtam osiedla. Kilka bloków i skwerek pośrodku. Sama trawa. Jeden z mieszkańców zapytał spółdzielnię mieszkaniową, czy mają jakieś plany wobec tego skwerku. Nie mieli. To posadził z synem drzewo. Zobaczył to jego sąsiad. Kupił drzewko, łopatę, wziął dziecko za rękę i posadził z nim drugie drzewko. Po dwóch latach było ich naście, bądź nawet dwadzieścia kilka. Przyjechał urzędnik i kazał wszystko wyciąć. Bo plan zagospodarowania przestrzennego uwzględnia „nieużytek”, a nie „las”. W jakim, k...a, celu? Równolegle ma miejsce ciągły proceder w miejscowości, w której się wychowywałem i w której wypoczywam co rok. Mała wieś na pograniczu Lubuskiego i Zachodniopomorskiego położona nad jeziorem. Wokół jeziora jest las. A raczej był las. Co roku kilka-kilkanaście wielkich drzew „nieznani sprawcy” obalają na ziemię. Nikt ich nie widzi, nawet nie wie o wycinaniu drzew. Bo jak, do diaska, usłyszeć ciuchuteńką piłę (wręcz „piłkę”, „piłeczkę”) do drewna tnącą pień starego drzewa o średnicy bagatelka ponad dwóch metrów? Ba, jakim cudem można zaobserwować spad takiego drzewa? To przecież jedyne kilkadziesiąt metrów obwodu korony.

Kończąc ponownym nawiązaniem do ideologii. Małym problemem jest sytuacja, w której grupa wyznaniowa z „Bogiem za plecami” idzie walczyć z „niewiernymi”. Niewierni jakoś się wybronią, wojownicy zwalą to na ingerencję szatana, czy czasowe niepowodzenie. Gorzej, gdy zetrą się dwie grupy mające dwóch „różnych” Bogów jako bodyguardów. To dopiero są rzezie.

Ogólne, Polityka

<< POPRZEDNI WPIS >>
<< NASTĘPNY WPIS >>

Komentarze

Dodek, 24 czerwca 2009 o godzinie 12:08:49:

KP, 24 czerwca 2009 o godzinie 20:13:23:

Starck, 24 czerwca 2009 o godzinie 22:48:23:

KP, 25 czerwca 2009 o godzinie 00:47:09:

Dodaj komentarz: