Logika Szczęścia- Logika Sukcesu
Sprawiłem dziś sobie książkę „O ulotności życia” Profesora Tadeusza Gadacza. Z Panem Profesorem miałem do czynienia raz- na pogadance o Józefie Tischnerze, którą wspominam jako... kiepską, co i tak jest eufemizmem. Powód wyboru tej właśnie książki? No cóż, miałem upatrzone opracowanie europejskich systemów politycznych, na które zabrakło mi paru złotych. Przeszedłem do działu „Filozofia”, trafiłem na Gadacza, skojarzyłem i... wziąłem.
Książka pisana jest językiem dość prostym, momentami można mieć wręcz wrażenie, iż czyta się dobry podręcznik do etyki dla liceum. Trzyma się ona ram ogólnych konwencji pisania o filozofii- są więc cytaty z wielkich bądź znacznych, nawet na poparcie truistycznych tez. Po lekturze kilku pierwszych stron mogę ją w zasadzie polecić jako zaczyn poszukiwań JEDNEJ Z MOŻLIWYCH odpowiedzi na pytanie „Jak żyć?”. Bowiem już lektura pierwszego rozdziału wprowadzającego, którego tytuł przyjąłem za tytuł wpisu, dostarcza pewnych podstaw, by filozofować wedle definicji filozofii autorstwa dr Zienkiewicza, czyli- wbijać szpilki w lity pomnik rzeczywistości.
Pierwszą ważną tezą postawioną przez Profesora Gadacza jest stwierdzenie, iż celem działań każdego człowieka jest szczęście. Co podkreśla on cytatami z Augustyna, Kanta, Wojtyły i, jako ostatniego, Arystotelesa. Co więcej, cytat z Karola Wojtyły o naturalności dążenia do szczęścia jest w zasadzie... absolutnie niepotrzebny. Nic on, w porównaniu z późniejszym fragmentem z Arystotelesa, nie wnosi. Rozumiem autorytarny charakter cytatów z Papieża-Polaka, aczkolwiek jest dla mnie sytuacją co najmniej zastanawiającą, gdy filozof, by publikować swą pracę, musi (albo chce?) jak najwięcej tez poprzeć cytatem z Wojtyły. Analogia nasuwa mi się dość jasna- kiedyś praca doktorska bez cytatu z Marksa nie była pracą doktorską. Czemu w analogiczną skrajność wpada się z, nie kwestionuję- wielkim, Polakiem? To trochę tak, jakby stwierdzić dziś, iż każde ciało gęstsze od wody wrzucone do wody powinno tonąć. I przywołać Newtona, powołać się na Einsteina (bo jak Einstein coś powiedział, to to musi być prawda) a na końcu sięgnąć po prawo Archimedesa. Bowiem to Arystoteles stwierdził (jako pierwszy?- nie wiem, by ktoś mówił to przed nim), iż celem działania każdego człowieka jest szczęście. Różnie jest ono jednak pojmowane, co zresztą zdaje się być, po lekturze fragmentu i przewertowaniu jej, ważnym tematem książki Profesora Gadacza, Teleologiczna koncepcja Arystotelesa była oczywiście dużo szersza- człowiek jako byt celowy jest jedynie następstwem metafizyki Arystotelesowskiej. Jednakże jedno nie ulega wątpliwości- to myśliciel grecki był ‘ciutkę’ wcześniejszym autorem koncepcji.
Jest to jednak pewna uwaga tycząca się doboru cytatów. Zresztą dla tak oczywistego stwierdzenia raczej niepotrzebnych, wystarczyłaby wzmianka o wcześniejszych myślicielach głoszących podobny bądź analogiczny pogląd. Uwagę mą przykuł raczej nieco późniejszy fragment. Kontekstem jest absurdalność przewartościowania szczęścia i utożsamienia jej z życiowym sukcesem zawodowym, rodzinnym etc. Zacytuję:
„Sukces całkowicie zależy od dóbr zewnętrznych, częściowo zależnych, częściowo niezależnych od człowieka. Także do szczęścia należy pomyślność. (...) Wiele jednak z tych dóbr nie jest od nas zależnych. Człowiek powinien się rozwijać, wciąż dążyć do nowych celów, kształtować swoje życie, dbać o zdrowie. (...) Siedzibą szczęścia jest wnętrze SAMEGO człowieka. Nie przyniesie go nam żadne obiektywne dobro, jeżeli nie odnajdziemy go w nas samych. Tajemnica szczęścia polega na umiejętności odnalezienia w sobie punktu oparcia. Sukces zależy jest często od innych lub od zrządzeń losu. Szczęście może być tylko naszym własnym udziałem. Nie może być szczęśliwym ktoś, kto sam sobie nie wystarcza.”
Prof. Tadeusz Gadacz,„O ulotności życia”, strona siódma.
Koniec cytatu. Podkreślenia moje.
Przygotowując się do tej wypowiedzi po parokroć próbowałem złożyć spójną podstawę pod krytykę powyższych stwierdzeń. Dylemat mój opierał się na pozornej niekonkretności zdania „Szczęście może być tylko naszym własnym udziałem”. Naszym w sensie nas jako ludzkości, czy naszym w znaczeniu moim, tylko moim i tylko przeze mnie? W pierwszym przypadku przeszedłbym nad stwierdzeniem dalej. Jeżeli człowiek jest „podmiotem uszczęśliwiającym” (a w mej opinii- absolutnie jest), to nie podważa to ani pozytywnej koncepcji człowieka w personalizmie, doszukującej się w człowieku nieskończonego potencjału szczęścia, dobra i miłości, którym to obdarzyć może drugiego człowieka. Wskazywałoby na to pierwsze podkreślone zdanie.
Drugą opcją byłoby uznanie, iż autor miał na myśli człowieka jako indywiduum oddzielone od świata. To stawiałoby ucznia Tischnera obok Sartre’a- ateisty raczej, niż egzystencjalizmu teistycznego. Co by się bowiem okazało- szczęście mogę nadać sobie tylko ja sam. Szczęście jest celem mojego życia, moim najważniejszym dążeniem. Powstaje więc układ równań: cel=szczęścia^szczęście=ja. Stąd- cel=ja. Stąd cel!= inny człowiek. Niesie to za sobą parę następstw. Po pierwsze- skoro drugi człowiek nie może mnie uszczęśliwić, to... po ką choinkę mi on? Po drugie, jeżeli drugi człowiek może uszczęśliwić jedynie sam siebie, to... po ką choinkę ja jemu? Po trzecie, skoro ja nie mogę go uszczęśliwiać, to nie mogę podnosić własnego szczęścia poprzez uszczęśliwianie drugiej osoby (ufff). Czyli też nie jest mi ona do niczego potrzebna. Człowiek jako indywiduum staje się więc jedynym wartościowym podmiotem w świecie przedmiotów. Sartre.
Skłaniałem się ku drugiej opcji. Coś jednak powstrzymywało mnie przed przyjęciem jej. Uczeń Tischnera, filozofa dialogu, który tak chętnie i tak często odwołuje się do swego mistrza, zaczyna głosić tak skrajnie izolacjonistyczne tezy?
Spójrzmy jednak na drugie podkreślenie. „Sukces zależy jest często od innych lub od zrządzeń losu. Szczęście może być tylko naszym własnym udziałem”. Sukces= inni. Szczęście= tylko nasz własny udział. I Sukces!= Szczęście. Czyli Szczęście!= inni. To raczej potwierdza przypuszczenie drugie, niźli pierwsze. I sam koniec. „Nie może być szczęśliwym ktoś, kto sam sobie nie wystarcza.”. Szczęścia nie należy więc szukać w drugim człowieku. Należy szukać go w sobie.
Absolutnie nie mogę się zgodzić z powyższym tokiem myślowym. Zasadniczo zauważam w nim dwie luki- odrzucenie zewnętrzności jako raz źródła, dwa celu, bądź adresata. Więc po kolei.
Najłatwiejszym przedstawieniem argumentów za pierwszą opcją jest sięgnięcie po empirię. Przykład banalny, ale przebogaty w uczucia. X przychodzi smutny do szkoły. Y widząc jego smutek, obdarowuje go czymś. X rozpogadza się, uśmiecha, dziękuje, etc. Czy można zaprzeczyć, iż nie został obdarzony pewnym ładunkiem szczęścia (można powiedzieć, że małym. Dla mnie zaś to ogrom człowieczeństwa)? Zaś w kategoriach zaprezentowanych przez Profesora Gadacza jest to sukces, bowiem elementem wyzwalającym jest dobro zewnętrzne (dar) oraz obdarowujący. A sukces nie jest szczęściem. Toć to nonsens.
Potencjał takich zewnętrznych uszczęśliwień jest przecież niemal nieskończony, jeżeli w przypadku czegoś tak subiektywnego, jak szczęście można w ogóle mówić o jakiejkolwiek miarze, a jeżeli nie, to każda zmiana szczęścia jest nieskończona. Czemu idziemy do przyjaciela, gdy los nam dołoży? Czemu w ogóle żyjemy w społeczeństwie? Dla sukcesów? Panie Profesorze, toć to sprowadzenie człowieka do roli interesownej hieny!
Inną kwestią jest to, iż świat zewnętrzny do nie musi być poklepujący po ramieniu przyjaciel. Może być poklepujący po szczęce opryszek. No ale człowiek musi znaleźć w sobie ostoję, punkt oparcia, na którym zbuduje swoje szczęście. „Okradają mnie, biją mnie, poniżają mnie, och jak dobrze!” Szczęście +2.
Postulat idealnie zrównoważonego podmiotu etycznego jest dla mnie przykładem urojonych dążeń człowieka do absolutnego samoudoskonalenia się. Jasne, to pięknie brzmi, gdy się mówi „jestem emocjonalnie niezależny”. Ale to absolutna brednia. W dobie wojny akceptującej użycie środków psychotropowych, które z największych „twardzieli” robią płaczące dzieci, jest to po prostu nieprawda. Zwłaszcza, że wewnętrzny spokój buduje się przecież w oparciu o interakcję. Rozmowę z samym sobą, ale również odbieranie bodźców ze świata zewnętrznego. Przykładem niech będzie sytuacja, w której nie mogąc zasnąć włączamy sobie przy łóżku muzykę relaksacyjną. Wpadamy w półsen, po czym ona nagle się kończy. Czy niepokóju tym wywołanego można uniknąć poprzez budowanie silnej osobowości? Inny przykład to powtarzany do znudzenia w horrorach motyw monotonnej muzyki (pozytywka, bicie dzwonów), gdy cichnie która- zaczyna się rzeź. Znowuż- czy tej chwilki niepokoju pojawiającej się w momencie pomiędzy muzyką a akcją da się uniknąć poprzez kształtowanie swojej osobowości?
Powyższe przykłady mają jedną wadę- nijak mają się do szczęścia. Oczywiście- na wstępie można by sięgnąć po ostrzejsze przykłady, jak choćby śmierć najbliższych, rodziny, przyjaciół. W/w niepokój jest przecież jednym z rozlicznych uczuć. Tak samo, jak smutek, rozpacz, żal, radość. Uczuć, które są znaczącymi składowymi szczęśliwości jako takiej.
Drugą dziurą przeze mnie podnoszoną wadą modelu Profesora Gadacza jest odrzucenie zewnętrzności jako adresata ludzkich działań. Adresata uszczęśliwiającego. Ilekroć czynimy coś, nie dla nas samych, lecz dla skonfrontowaniem efektów naszej pracy z różną od nas rzeczywistością? I ilekroć uszczęśliwia (bądź nie) nas skutek tejże konfrontacji? Czy Pan Profesor potraktował tą książkę jako sukces, czy szczęście? Jeżeli jako sukces, to jaki sens ma pisanie jej? A jeżeli jako szczęście, to czy byłby równie szczęśliwy, gdyby stracił zamówienie i z tekstem nie zapoznał by się nikt, poza nim?
Czy też inaczej- czy uszczęśliwia nas pokazowy samochód, bo jest ładny, czy bo komuś innemu wpadł w oko? Czy dbamy o siebie, by być zadbanymi, czy by spodobać się komuś? Nagrywamy muzykę, by słuchać jej w samotności, czy by podzielić się z kimś swą twórczością?
Piszemy, by ktoś mógł to przeczytać. Kochamy, by być kochanymi. Obdarzamy, by w każdej chwili móc liczyć na pomocny dar od innych. Każda z tych czynności wymaga obecności drugiego człowieka. Nie elementu rzeczywistości, kogoś, kto może nam pomóc i my na tym skorzystamy, lecz CZŁOWIEKA, jako celu samego w sobie.
Przedwczoraj rozmawialiśmy o przeintelektualizowaniu jako czynniku utrudniającym poznanie człowieka. Model szczęścia tworzony przez Profesora Gadacza jest przykładem właśnie takiego przeintelektualizowania. Nie można wszystkiego brać na rozum. Zawsze pojawią się sytuacje, w których główka bardziej nam przeszkadza, niż pomaga. Liczmy na swoje serca.
