Nocne brednie 2 komentarze
Napisano dnia 03 czerwca 2009, w Ogólne, Przemyślenia Filozoficzne
Tym razem nie będzie o zbrojeniach. Ani o zieleni miejskiej. Ani ludzkiej uczciwości. Będzie całkiem niepasująco do dotychczasowego profilu tejże strony. Kilka niepoukładanych słów o człowieku samym w sobie.
Ostatnimi czasy w mediach pełno było niejakiej Susan Boyle. Nie śledziłem na bieżąco brytyjskiego „Mam talent”, w ogóle nigdy takich programów nie śledziłem. Raz przypadkiem trafiłem na klip z występem Hollie Steel- dziesięcioletniej śpiewaczki, która wbiła mnie po prostu w fotel. A chciałem wyłączyć akurat w chwili, gdy zaczęła śpiewać. Pewnie na tym by się skończyło, gdyby nie niesamowita kariera Pani Boyle.
Usłyszałem o niej przechodząc z wyprasowaną koszulą przez salon. Absolutnie przypadkiem. „Faworytka brytyjskiej edycji >Mam talent<”... Chryste, znowu jakaś celebrytka. Parę dni później starając się nie zasnąć w samochodzie słuchałem Eski Rock i usłyszałem wiadomość- „Susane Boyle (blebleble). Organizatorzy ukryli przed publicznością informacje o umysłowym upośledzeniu Susane.”. Pierwsza myśl? „Sk....ny wykorzystali niepełnosprawną umysłowo osobę”. Nie, nad tym nie można przejść obojętnie.
Ledwo znalazłem się w domu, wbiłem na youtube.com i znalazłem (co nie było zbyt trudne) obejrzany przez dziesiątki milionów ludzi klip . To było po prostu niesamowite.
Pochylona do przodu głowa, zadziornie uśmiechnięty wyraz twarzy. Kobieta na oko sześćdziesięcioletnia. Wchodzi na scenę. Nie dostojnie, raczej nieco głupawo wyglądającym krokiem. Staje, kłania się. Przedstawia. Odpowiada, skąd pochodzi. Dużo dziecinności w tych słowach, brzmią jak wyuczone formułki. Małe miasto? Nie, kilka (nie wiem, co to za słowo dokładnie było- mój angielski...) tych, no... kilka wiosek, o! Czterdzieści siedem lat. Jakaś zadziorna gadka, której nie udało mi się (vide: mój angielski...) rozszyfrować. Machnięcie głową. Marzenie? Zostać zawodową śpiewaczką. I jeden z kluczowych, w mej opinii, momentów. Czemu przez tyle czasu nią nie została? Bo nikt jej nie dał szansy. Ma nadzieję, że teraz wszystko się zmieni.
Spójrz na nią, jak to mówi. Na jej twarz, jej mimikę, jej gesty. Wsłuchaj się w słowa. Nie w samą wypowiedzianą treść, ale w to, czego nie powiedziała wprost. W ton, w załamania głosu. Głos się łamie, jak małemu dziecku, które tłumaczy się przed kimś będąc w poczuciu wielkiego skrzywdzenia. Ona nie atakuje. Nie żali się. Mówi- nikt mi nie dał szansy. Być może to moja osobista dewiacja, ale takie momenty, chwile takich sytuacji działają na mnie niebywale. Patrzy się na kobietę późnego wieku średniego, o której wie się, że życie nie dało jej równych szans. Ma się również przeczucie, jak wspaniały występ zaraz da. „Nikt nie dał mi szansy...”-tylko tyle i aż tyle- dalej przeżyć budzących się we mnie w takiej chwili opisywać nie będę. Bo po prostu nie dam rady, tego trzeba samemu doświadczyć.
Pada nazwisko wielkiej poprzedniczki, której śladami kroczyć chce nasza bohaterka. Publika buczy, śmieje się i szemra. Tytuł utworu, ostatni uśmiech i zaczyna śpiewać. Chryste, jakież ciarki przeszły mi po plecach po paru pierwszych słowach. Ten śpiew był po prostu niebywały. Z teorii muzyki jestem absolutnym laikiem, ale jako wielki fan Halfordowskich falsetów z definicji rozpływam się we wszystkim, co jest śpiewane „powyżej normy”. Jednak mniejsza o muzykę- w moim przypadku przeżywanie jej jest dość prywatnym aktem- skupmy się na śpiewającej. Sama niemuzyczna część występu szczególnie mnie nie fascynowała. Było widać pasję, uczucie, wysiłek- to prawda. Głównym jednak bodźcem oddziałującym w tym czasie na odbiorcę była muzyka.
Kończy śpiewać i... tym samym mechanicznie-komicznym krokiem schodzi ze sceny. Zatrzymana wraca w ten sam sposób. Staje z uśmiechem. Nie widać po niej jakiegoś szczególnego triumfu, choć szczerze nie chciałbym zobaczyć jej reakcji, gdyby usłyszała „Przepraszamy, do widzenia”. Jurorzy zaczynają opisywać występ. Na jej twarzy najpierw skupienie, trochę niezrozumienia i zdziwienia. Potem lico rozjaśnia się, pogodnieje. Pojawia się szeroki uśmiech. Ale wciąż norma. Trochę głupawa, schematyczna wypowiedź jurorki. Sztuczny zachwyt pierwszego jurora. Dopiero gdy jedyna dama z komisji kończy swą mowę, na twarzy Pani Boyle pojawia się spontaniczna, nieukrywana i nieudawana radość. Krótki, kokietujący dialog. Sędziowie wiedzą za co im płacą. No i „chwila prawdy”.
Moment zasadniczo najciekawszy. Moment, w którym kumuluje i rozładowuje się napięcie, które przecież musiało być olbrzymie. Moment, w którym od pojedynczych słów zależy, czy sen się spełni, czy też, zgodnie ze słowami utworu, życie znowu go zabije. Pierwsze „tak”. Przyjrzyj się dokładnie jej reakcji. Sam przewijałem to po kilkakroć. Duża radość. Drugie „tak”- przechodzi dalej- chwila bełkotu, krzyk, dwoma słowami- wielka radość. Świetna końcówka jurora i trzecie „tak”- reakcja jest wprost przewspaniała. Absolutnie niesterowana- tupanie nogami, niekontrolowane gesty rękoma, krzyk. Kłania się i mechanicznie-komicznym chodem opuszcza scenę.
Główną pobudką do napisania powyższego (i poniższego zresztą również) była wieczorna korespondencja z pewną otwartą i wrażliwą duszyczką. Kłania się tu jednak Augustyn ze swoim „Kiedy myślę co to jest czas- wiem. Kiedy mnie pytają co to jest czas- nie wiem”. Kiedy myślę o jakiejś formie uwewnętrznienia czyichś uczuć, „czyjejś czyjości”, której doświadczyłem i doświadczam oglądając ten klip, to wiem doskonale, o co chodzi. Kiedy przychodzi do spisania tego- ojej, to już jest problem. Czego doświadczyłem powyżej (i poniżej zresztą również).
Kiedy prawie rok temu zostałem zaproszony na kolację przez mą przemiłą kuzynkę (choć, co muszę z dużą dozą bezczelności stwierdzić, więcej było uczty duchowej, intelektualnej, niźli gastronomicznej- pozdrawiam Cię Gosiu!!!:)), spędziliśmy wraz z jej równie przemiłym mężem i przeuroczym synkiem ładne siedem godzin (synek odpadł nieco wcześniej). Siedem godzin, w trakcie których po raz pierwszy usłyszałem słowo „personalizm” i kiedy po raz pierwszy zacząłem pojmować, iż coś z tym nurtem w filozofii mam wspólnego. Nurtem stawiającym na, w dużym skrócie, człowieka jako osobę (persona=> personalizm). W moim wydaniu ma to ponadto lekkie zabarwienie Kantowskie, człowiek bowiem staje się celem samym w sobie. „Ja” nabiera więc wartości nie tylko jako byt-podmiot transcedentalny (jadąc już w pełni Kantem), który (w kontekście personalizmu) realizuje się poprzez wykraczanie poza, a więc ku drugiemu człowiekowi. Pojawia się „Ja” samo w sobie, o niedającej się wyrazić wartości, będące celem najwyższym, absolutnym. Wartości aktualnej („Ja” w sobie) i potencjalnej zarazem („Ja” wobec kogoś). Wartość aktualna może być wypełniana, aktualizowana poprzez realizację wartości potencjalnej- wartości dobra, ciepła, szczęścia, które możemy dać drugiemu „Ja”, jako celowi samemu w sobie.
Nie mogę pominąć jeszcze jednego.
Krytycy ekonomicznego „one size fits all” nawiązują w linii prostej do Marksa, który w niedeterministycznej części swej historiozofii rozwijał zagadnienie historyczności ludzkiej egzystencji. Każdy z nas rodzi się w jakichś specyficznych, historycznych warunkach. Gdzie historyczność nie oznacza epoki, czy czasu, lecz zestaw tych argumentów x, dla których funkcja rzeczywistość daje różne wyniki dla takich samych argumentów. Nie podlegają więc one logicznej analizie, matematycyzacji a w efekcie- uniwersalizacji. Historyczny znaczy więc „nieuniwersalny”, „wyjątkowy dla danej sytuacji”, „specyficzny”. Jedni rodzą się w bogatych rodzinach i rozwiniętych społeczeństwach. Inni zaś w biednych rodzinach wielodzietnych. Jedni mają szanse na zdobycie świetnego wykształcenia, dobrej pracy, szczęśliwe i dostanie życie. Inni są tej szansy pozbawieni. Ta historyczność może pomóc nam wznieść się na wyżyny, ale może również przygnieść nas, połamać wszystkie kości. Zasadniczo bardzo trudno jest wyrwać się z „getta historii” i udaje się to nielicznym. Jednak owa historyczność trzyma nas w ryzach- bieda bezdomnego nie pozwala mu na powrót do społeczeństwa. Rodzina bogacza nie pozwala stoczyć mu się na dno. Oczywiście są jednostki wybitne. Które potrafią wybić się ze społecznej czarnej dziury. Albo, w drugą stronę, zgnić w rynsztoku, będąc urodzonym wśród kawioru. A więc.
Samotna kobieta pod pięćdziesiątkę, o nie do końca pewnej sprawności intelektualnej. Żyjąca samotnie. Przez czterdzieści lat nikt „nie dał jej szansy”. Startuje w programie telewizyjnym i w przeciągu pięciu minut zupełnie zmienia swoje życie. Cel sam w sobie, który nie miał równych szans i takich samych, jak inni, możliwości. Z przedmiotu, osoby wybuczanej i wyśmianej, staje się podmiotem kształtującym swoje życie. I znowuż pojawia się tu element, motyw, którego nie jestem w stanie wyrazić w języku. Ktoś dał jej tak niesamowitą radość, ktoś ją UPODMIOTOWIŁ. Ktoś uczynił coś naprawdę wspaniałego.
Za nieco ponad sześć godzin mam diagnozę z matematyki, a mi się zebrało na pisanie o personalizmie. Skutków czego i tak nie da się zrozumieć. Z W A R I O W A Ł E M.
2 komentarze do wpisu pt. “Nocne brednie”
KC, 04 czerwca 2009 o godzinie 09:55:52:
Muszę szczerze przyznać, że wstęp do wpisu "niesamowita kariera pani Boyle", "Faworytka brytyjskiej edycji >Mam talent<" wcale mnie nie zachęciłby mnie normalnie do dalszego czytania. Co mnie więc zachęciło? To, że piszesz o tym TY. Stwierdziłam, że skoro zwracasz uwagę na program pokroju "Mam talent" to musi być coś wyjątkowego. I nie rozczarowałam się ;) Również jestem pod wielkim, wielkim wrażeniem. Czegoś takiego się nie spodziewałam. Susan Boyle jako OSOBA, Susan jako wokalistka - coś niesamowitego. Opisałeś to nagranie tak dokładnie, że chyba nie mam nic więcej do dodania.
Nie zwariowałeś :) Wcale nie dziwię Ci się, że na coś takiego Ci się zebrało po obejrzeniu tego filmiku!
KP, 04 czerwca 2009 o godzinie 18:43:55:
:)
Dodaj komentarz:
Dyskutujesz z ludźmi, a nie maszynami, odnoś się więc do nich z należnym im szacunkiem. Jeżeli chcesz odnieść się do merytorycznej zawartości bloga i komentarzy, podzielić się jakimś swoim spostrzeżeniem czy uwagą- rób to śmiało i się nie krępuj. Jeżeli zaś nudzisz się w domu i zależy Tobie tylko na powkurzaniu innych użytkowników sieci- wracaj do klocków.

Kuba Pakulski
Szczecinianin. Fascynat filozofii, historii i nauk społecznych. Piszący dla przyjemności i praktyki. Lewicowiec, umiarkowany anarchista, skrajny antynacjonalista. Antyklerykał, którego serce bije po lewej stronie. Dziewiątkowicz z pięcioletnim stażem. Od lat aktywny w mikronacjach. Słucha wszystkiego, co da się zamknąć w trójkącie Judas Priest- Enya- Miles Davis.
Kontakt:
e-mail: kuba.pak666 wp.pl
jabber: kuba.pak666 jabber.wp.pl
gg: 9933809
Szukaj
KATEGORIE
ARCHIWUM
- Lipiec 2010
- Czerwiec 2010
- Maj 2010
- Kwiecień 2010
- Marzec 2010
- Luty 2010
- Grudzień 2009
- Listopad 2009
- Październik 2009
- Wrzesień 2009
- Sierpień 2009
- Lipiec 2009
- Czerwiec 2009
- Maj 2009
- Kwiecień 2009
- Marzec 2009
- Luty 2009
- Styczeń 2009
- Grudzień 2008
- Listopad 2008
- Październik 2008
- Wrzesień 2008
- Lipiec 2008
- Czerwiec 2008
- Maj 2008
