Wakacyjne przejażdżki 8 komentarzy
Napisano dnia 29 czerwca 2009, w Ogólne
Mam rower. A właściwie coś, co kiedyś było rowerem. Od zawsze dużo jeżdżę na rowerze. A właściwie to zawsze dużo jeździłem. Trzy lata temu otrzymałem w podarku dobry rower. Nie był to żaden wyczynowiec, ani sprzęt za wielkie pieniądze. Zwykły rower z łańcuchem, przerzutkami, hamulcami, ramą i kołami. Moja pedantyczność, troska i dbałość w obchodzeniu się z własnymi dobrami materialnym jest co najmniej charakterystyczna. Przedmioty codziennego użytku (odtwarzacz MP3, telefon komórkowy) mogę mieć po dwa, trzy lata i nie widać na nich żadnych oznak użytkowania. Są jak nowe. Tak samo było z rowerem. Moim, kurde, rowerem.
Do nowego miejsca zamieszkania przeprowadziłem się w lutym zeszłego roku. To już szesnaście miesięcy. Rower przywiozłem w stanie nietkniętym. Jak nowy. Ale. Nie tylko ja się do tego domu wprowadziłem. W ewidencji należy uwzględnić również rodziców i dwóch braci. A właściwie jednego, młodszego, bo starszy odgrywa w tekście rolę marginalną. Mój młodszy brat jest niezmiernie uzdolniony. Nie znam drugiej osoby, która z taką skutecznością i absolutną bezkarnością potrafi zniszczyć wszystko. Mi by to nie przeszkadzało. Tylko czemu to ‘wszystko’ musi należeć akurat do mnie?
Wcześniej mój brat posiadał cztery rowery. Wszystkie zniszczył w łącznym czasie dwóch lat. A właściwie posiadał jeden- reszta nie należała do niego. Szczególik. Za mój wziął się zaraz po wznowieniu obowiązku szkolnego po feriach zimowych. Oczywiście nie pytając ani o zdanie, ani o zgodę. „Ruszałeś mój rower?- Niiieeeeeee”. Dla kogoś, kto wraca do domu o szóstej- siódmej wieczorem świadomość, że nie ma kontroli nad tym, co dzieje się z jego własnością przez cztery godziny dziennie, jest cholernie irytująca. Zwłaszcza, jeżeli w taki sposób traktuje się swoje rzeczy.
Ucinając przydługą część o wszelkiej maści działaniach mających na celu uratowanie moich dwóch kółek. Rok temu, na początku wakacji, postanowiłem skorzystać z MOJEGO roweru i pojechać na pocztę. Prawie skończyłem na masce Man-a ZDiTM. Osobną kwestią było to, iż jadąc z górki trzeba było na nim pedałować. Tak był zatarty. Po paru dniach mój brat przestał jeździć na rowerze. Przesiadł się na rolki. Ciekawe czemu? Odpowiedź leżała w garażu. Był nią mój piękny, nowiutki rowerek. Z wyrwanymi zębatkami. Nie wiem, jak on to zrobił. On twierdzi, że to „samo się zrobiło”. Nic kuźwa dodać, niewiele więcej ująć.
Rok byłem bez roweru. I bez chwili czasu, by się za nowym obejrzeć. Nie mówiąc o funduszach nań. Jednak dwa tygodnie temu mój brat uczynił gest niespotykanego miłosierdzia i braterskiego oddania informując mnie, iż niedługo dostanie nowy rower, a wtedy ja będę mógł wziąć sobie mój. Nie mogąc wyjść z podziwu dla jego wyrzeczeń rechotałem ze śmiechu, gdy okazało się, że zaraz po zakończeniu roku jedzie na wieś. A rower się do samochodu... NIE MIEŚCI.
Cóż więc czyni kochający starszy brat? Rezygnuje z chwil spędzonych w ciszy (ha...ha...ha...) w domu i bierze się za rozjeżdżanie nowego sprzętu. Sprawa była o tyle ułatwiona, iż uprzednio sprawdzał go mój ojciec, więc zbyt dużo regulowania nie było. Nie ukrywam. Usiąść na rowerze po praktycznie dwóch latach to czynność dość bolesna. Rower też nie jest drogi. Ma dwie zasadnicze wady- po pierwsze agresywne, łatwo blokujące się hamulce. Po drugie... dość powierzchownie trzyma się podłoża. Ma się wrażenie, jakby płynął. I nie, nie jest to komplement. Zwłaszcza w warunkach północnego Warszewa.
Zrobili nam dość długi odcinek drogi rowerowej, od osiedla aż po sam las. Droga jest nowa. Ułożono kostkę i rozsypano po niej piach, by ją usztywnij. I ten piach coś nieszczególnie chce z tej kostki spłynąć, ani dać się rozdeptać. Po krótkim czasie na ścieżce powstało coś w stylu „wysepek piachu”- dużych kupek piachu. Gdy idzie się na pieszo, nie przeszkadzają. Gdy jedzie się rowerem- można się nieźle przejechać.
I ja się przejechałem. Po wyjechaniu z lasu wjechałem na ścieżkę i ze spokojną, turystyczną prędkością zmierzałem ku osiedlu. Jak to w Polsce bywa, ktoś postanowił skorzystać z bezużytecznej i przecież nikomu niepotrzebnej ścieżki rowerowej. I na niej zaparkował. Szkoda, że zostawiłem telefon w domu- pomyślałem i chciałem samochód ominąć. I wtedy stała się rzecz dla mnie co najmniej dziwna. Na takiej przed samym samochodem rower złożył się na bok. Nie „przewrócił”- to za dużo powiedziane. Po prostu przechylił się i zatrzymał. Obeszło się bez zranień, resztki refleksu mi się jeszcze ostały. Nawet mnie to nie bolało. Raczej cholernie zdziwiło, czy coś takiego jest fizycznie możliwe. Jechać z prędkością -nastu, może dwudziestu kilku kilometrów na godzinę i po prostu zatrzymać się w miejscu niemal leżąc na boku? No nic to. Otrzepałem się z piachu i uznałem to za wolę sił wyższych.
Już nieco szybciej skierowałem się wprost do domu. Pożyczyłem od brata aparat i wróciłem na miejsce, by cyknąć fotkę samochodowi zastawiającemu ścieżkę rowerową i kawał chodnika. Niestety, gdy wróciłem, wozu już nie było. Pojeździłem jeszcze po osiedlu szukając ciekawych zjawisk do zdokumentowania, ale uznałem, że z sąsiadami lepiej nie zadzierać. A jest co fotografować. Na przykład przy ulicy, przy której zamieszkuję, stoi kilkanaście takich samych bliźniaków. My z naszymi sąsiadami żyjemy w zgodzie i przyjaźni- wspólny płot, wspólne wyłożenie schodów itd. Jako rozgraniczenie działek od frontu wystarczyły krzewy. Ale nie każdy musi lubić swoich (wstaw odpowiednie słowo) zza ściany, nie? Tak więc kilka domów dalej między drzwiami do domów jeden z sąsiadów postawił płot. Nie, ten płot nie ma metra wysokości. Nie ma nawet półtorej. Sięga dachu. Jak w zoo.
Dziś wybrałem się na kolejną przejażdżkę. Tym razem na pocztę. Do urzędu pocztowego mam trzy kilometry na pieszo i szkoda mi było godziny na dojście i powrót, plus czas spędzony na poczcie. Osobną kwestią jest to, że mogłem nie zdążyć przed zamknięciem jej. Więc wsiadłem na rower. To było cudowne.
Niewiele jest chyba przyjemniejszych uczuć, niż uczucie rowerzysty, który dostosowuje swą prędkość do przepisów. A za nim jedzie stadko bufonów w wypasionych brykach, „krążownikach szos”, kur.....ch na mnie, aż miło. A z naprzeciwka ciąg samochodów. Uczucie o tyle intensywniejsze, iż przez długi czas zaraz za mną jechał facet, który rok temu w przeciągu jednego tygodnia zapewnił mi trzykrotne pranie kurtki. Tak, jestem mściwy.
Pobyt na poczcie nie jest raczej warty opisywania. Kosmiczna prędkość obsługi, daleko posunięta informatyzacja- chyba każdy świadomy Polak może być dumny ze swojej, państwowej poczty. Tya. Jednak wracając coś mnie tknęło, by miast ulicą wprost do domu pojechać ścieżką rowerową, na około. I było warto.
Zdjęcia są marnego artyzmu i podłej jakości. Powody są trzy. Pierwszym jestem ja, jako absolutne beztalencie fotograficzne. Drugim jest aparat, do którego dołączono telefon, więc ma niską sprawność. A trzecim jest Słońce. Zdjęcia robiłem na wyczucie, na ekranie nic nie było widać.
Z serii- parkujemy na ścieżkach...


... oraz "uważaj na głowę"


Oto Polska właśnie 3 komentarze
Napisano dnia 24 czerwca 2009, w Ogólne
Od pewnego czasu mam przyjemność regularnie powracać do mego dawnego miejsca zamieszkania, na szczecińskie Gumieńce. Tymi schodami biegałem przez lata do wiecznie pechowo niespóźnionych tramwajów. A tu niespodzianka:)
Państwo a ideologia 4 komentarze
Napisano dnia 24 czerwca 2009, w Ogólne, Polityka...
Kwestii czysto ideologicznych jak dotąd nie podejmowałem na łamach tego bloga. A już na pewno nie w formie całościowej analizy własnych poglądów, bo na tą pewnie jeszcze trochę za wcześnie. Z treści wielu wpisów można jednak wywnioskować, iż stoję po lewej stronie sceny ideologicznej. Nie jest to radykalna lewica, ani lewica „rewizjonistyczna”. Nie jestem komunistą, który szedłby z kosą i wyżynał kapitalistów:) Co więcej, zależy mi na wolnej gospodarce. Ale gospodarce wolnej nie na zasadzie- masz pieniądze, to rób co chcesz i z kim chcesz, traktuj ludzi jak zwierzęta, bo to tylko „pracownicy”. Jestem człowiekiem głęboko wierzącym w ideę samorządności, samostanowienia, pracowania na siebie samego, którą to Polakom obiecano dwadzieścia lat temu i którą zgnojono „szokiem bez terapii”.
Mniejsza jednak o te kwestie, do nich powrócę za jakiś czas. Jestem również zadeklarowanym antyklerykałem. Nie opiera się to na zasadzie „j...ć kościół”, lecz na szerszej niechęci do wszelkich korporacji. Na tej samej podstawie opiera się moja apatia do zinstytucjonalizowanych i zbiurokratyzowanych związków zawodowych, sieci supermarketów czy też szerzej- wszelkiego korporacjonizmu. W takich warunkach pierwszeństwo ma nie człowieczeństwo, lecz cwaniactwo. Zawsze jest ktoś, kto pracuje i ktoś, na kogo pracuje. Kościół (kościoły) jednak, nie tylko katolicki, jest szczególnym przypadkiem. Uważając się za podmiot obcujący z Bogiem wielokroć zupełnie nie postrzega człowieka, jako człowieka, bo mu się to nie opłaca. Jest rzeczą obrzydliwą zbieranie ofiar w trakcie pogrzebów, czy w ogóle branie pieniędzy za obecność przy ostatnim pożegnaniu rodziny ze zmarłym, przyzywając przy tym imienia bożego i wspominając o poczciwości, szlachetności i dobrym sercu grzebanego. Nie, nie jest to zbieranie pieniędzy na utrzymanie księży. Świetnym dla mnie przykładem jest mój rówieśnik, przyjaciel, imiennik i utalentowany muzyk, który najlepiej obrazuje to, co kościół jako instytucja robi z młodymi ludźmi. Gdy wesoło szamaliśmy obiadek na tegorocznym WOŚP-ie, zrzędził on nieco, iż brak mu pieniędzy. Nie ma za co nowych strun kupić. Telefon. Krótka rozmowa i parę notatek w kalendarzyku. „No, to będę miał na struny. –Dodatkowa msza?- Nie, ksiądz zgłosił dwa trupy, a trzeci jest w drodze, był już na ostatnim namaszczeniu.” I temu oto młodemu człowiekowi dedykuję dalsze treści.
Kościół ma jeszcze jedną zasadniczą wadę wynikającą z samej struktury religii jako takiej. Jest zdania, iż reprezentuje prawdę absolutną (zwaną, bezrefleksyjnie i często pro forma „Bogiem”) na Ziemi. Wniosek- każdy, kto mówi inaczej, ten nie ma racji. Bo racja jest z nami. Stąd taka pogarda dla innych przekonań, stanowisk, koncepcji etycznych, wiar, religii. „Bo za nami stoi Bóg!”. A Wy stoicie tam, gdzie stało ZOMO- chciałoby się dodać jako dokończenie. Nic to jednak, że mają Boga za sobą. Mogliby mieć cały Panteon, mi to nie przeszkadza. Problem pojawia się, gdy te „boskie plecy” popychają wiernych wyznawców z krzyżem, Koranem czy innym symbolem noszącym cechy narzędzia ofensywnego w moją stronę. Tego to ja już sobie nie życzę.
Państwo a ideologia
Na szczęście jest wyższe ciało społeczne, niż grupy wyznaniowe. Jest nim państwo. Państwo, które w takiej sytuacji powinno pogrozić fundamentalizmowi palcem i ochronić „innowiercę” środkami, którymi przecież dysponuje. Problem pojawia się, gdy jakakolwiek ideologia zaczyna się z państwem przenikać. Nie ma gorszej zarazy, niż władca-ideolog. Czy to dziecko Rydzyka, czy Dmowskiego, czy Lenina. Zawsze niesie za sobą zniewolenie, ból, łzy i śmierć. Każde państwo jest mniej lub bardziej nacechowane ideologicznie. Im mniej, tym lepiej. Przedstawiałem to ostatnio na kilku przykładach. Jeżeli lubię sobie poprzeklinać w domu i nikt tego nie słyszy, to co komu do tego? A jeżeli klnę na sąsiadów, dziecko, partnera życiowego czy kogokolwiek innego, to ta osoba ma prawo powiedzieć- dość. A gdy nie przestanę- wezwać pomocy państwa. Jeżeli ktoś pali papierosy i pali je samemu, to to jego sprawa. Jeżeli pali przy kimś, to ten ktoś ma prawo poprosić, potem zażądać, by przestał. Nie przestanie, niech wkroczy państwo. Państwo nie ma prawa zakazywać palenia w ogóle, bo to ingerencja w wolność jednostki. Ale jednostka nie ma prawa ingerować w życie drugiej jednostki. I od pilnowania tego jest państwo. Państwo i prawo karne wkracza więc, gdy pojawia się antagonistyczna reakcja na linii człowiek_1- człowiek_2.
Jeżeli ktoś obdarowuje zarobionymi pieniędzmi drugiego człowieka, organizację humanitarną etc i nie ma z tego tytułu żadnych sprzecznych z prawem ułatwień, to nic państwu do tego. Jeżeli ktoś dokonuje oszustwa podatkowego i nie odprowadza podatków od dochodów, to wkroczyć powinno państwo. Jest to relacja na linii człowiek-państwo.
Jeżeli ktoś postanawia posadzić sobie drzewo przed domem i nikomu ono nie przeszkadza, to to jego sprawa. Jeżeli ktoś bezprawnie wycina drzewo w parku, to wkroczyć powinno państwo. Relacja na linii człowiek-wspólnota.
Trzy relacje. I ani jednej więcej. Państwo nie może mówić mi – zrób to, zrób tamto, bo tak. Państwo co najwyżej ma prawo stwierdzić- nie rób tego, bo Tamten. Celem państwa jest ochrona słabszych i umożliwienie funkcjonowania społeczeństwu. Nie jest podmiotem rozprzestrzeniającym jakąkolwiek ideologię. A przynajmniej nie powinno być.
No właśnie. Ideologię. Dotąd była mowa o przestępstwach, ale nie o przekonaniach. Co, gdy władza dostaje się w ręce „oszołomstwa”? Sytuacja wygląda analogicznie, jak powyższe. Jeżeli ktoś uważa, że związek partnerski osób tej samej płci jest „sprzeczny z prawem naturalnym”, to po prostu w taki związek nie wstępuje. Ale nie ma prawa zmuszać kogokolwiek do niewstępowania w ten związek, zakazywania go, czy wpływania z tego tytułu w jakikolwiek sposób na jego życie. Jeżeli ktoś uznaje aborcję za zło, to jej po prostu nie dokonuje. I pozostawia swój wybór dla siebie.
Państwo nie ma prawa występować w takiej sytuacji jako podmiot zmuszający. Nie ma prawa zakazywać wszelkiej maści czynów z powodów ideologicznych. Państwo ma chronić słabszych, zapewniać przeżycie i rozwój. Sypialnię niech zostawi obywatelom.
Jak nie państwo, to co?
Jako umiarkowany anarchista nie skreślam państwa jako takiego w ogóle. Jest ono potrzebne, by zapewnić cele powyższe. Uważam jednak, iż jest ono zbyt opieszałe i rozmemłane. Nijakie. Budżet centralny powinien mieć charakter bardziej zadaniowy, celowy. Za dużo jest prawa, za dużo kasty urzędniczej i dziur w systemie, przez które pieniądze przeciekają, jak mogą. Przegadane ustawy uwzględniające tysiące przypadków, bo przecież inna sytuacja jest na Pomorzu, a inna w Warszawie. Nieszczelne systemy socjalne, które obejmują tak szeroki zakres obywateli, że nie da się ich kontrolować. No dobrze, ale co w zamian za silne państwo?
Uważam, iż dużo większą rolę powinny wziąć na siebie samorządy i wspólnoty. Z budżetu centralnego finansowane powinny być strategiczne inwestycje, siły porządkowe i bezpieczeństwa, wojsko i centralne urzędy, np. dotyczące podatków na rzecz budżetu centralnego. Co ponadto? Niewiele. Powinno wyznaczać ramy funkcjonowania samorządów.
W gestii tych ostatnich powinny w pełni leżeć sprawy socjalne, policyjne, inwestycji lokalnych, kulturalnych, prospołecznych, kwestie podatków lokalnych. W znacznej mierze również problemy publicznej służby zdrowia, edukacji, ograniczonego prawodawstwa. Niewątpliwe plusy takiego rozwiązania są co najmniej trzy- większa świadomość partycypacji we władzy, lepsze dopasowanie instytucji do wymogów społeczeństwa i poczucie korzystania z własnych kosztów poniesionych na utrzymanie państwa.
Partycypacja we władzy. Bądź co bądź, łatwiej wybić się w społeczności półmilionowej, niż czterdziestomilionowej. Co więcej, wyborca nie jest już anonimową masą ze szczecińskiego okręgu wyborczego, lecz staje się mieszkańcem konkretnej dzielnicy, któremu obiecywano nie „Drugą Irlandię!” czy „IV RP”, lecz autobus pod dom, czy więcej policji na drogach. Głos zyskuje większe znaczenie i możliwość wyboru jest też większa. Nie potrzeba dziesiątek milionów złotych, by dostać się do Parlamentu krajowego. Wystarczy ciężka praca, by dostać się do struktur lokalnych.
Dopasowanie struktur. Tego chyba nie trzeba tłumaczyć. Jeżeli instytucja ma obsługiwać milion ludzi i zatrudniać tysiąc osób, to będzie lepiej rozplanowana i zarządzana niż moloch mający obsłużyć dwadzieścia milionów ludzi i zatrudniający pięćdziesiąt tysięcy ludzi. Z tym wiąże się mniejsza władza administracji, bo nie ma się do czynienia z petentem 94110408531, lecz z kimś, kto od jutra może mieszkać za rogiem i nieźle uprzykrzyć nam życie w ramach odpłaty. Inną kwestią jest lepsza kontrola pracowników i większa wydajność pracy. Łatwiej kontrolować tysiąc urzędników, niż dwadzieścia tysięcy. Mniejsza jest również szansa wykorzystywania urzędów do celów własnych czy po prostu bezkarnego olewania obowiązków.
Odczuwalność zwrotu kosztów. Można przedstawić to na następującym przykładzie. Parlament podnosi podatki, zabiera mi, mieszkańcowi Szczecina, o tysiąc złotych więcej. Co się dzieje z tym tysiącem? Ląduje we wspólnej kasie. A potem zostaje wydany na pensje w lubelskiej skarbówce. Albo na drogę Wrocław- Opole. Albo na pomoc społeczną na Mazurach. No i? „Złodzieje z Warszawy!!!” Gdyby jednak ten tysiąc wziął rząd lokalny, to wybudują zań drogę Szczecin-Koszalin, postawią nowy przystanek autobusowy czy cokolwiek innego. Ale zbudują to dla NAS, jako lokalnej społeczności. A nie ICH, jako innej społeczności, która mnie akurat niewiele obchodzić może.
Obecny model zakłada Warszawę jako absolutnego suwerena i samorządy jako pewien ukłon w stronę społeczeństwa. Nie! Suwerenem powinny być województwa i powiaty samorządy, a ukłonem rady społeczne, konsultacje z obywatelami i ogólnie większy wpływ społeczności na życie ich regionów. Przede wszystkim zaś problemem jest prawo. Prawo negatywne, które mówi „Nie rób! Nie pij! Nie kradnij!”. Prawo, które walczy z inicjatywami oddolnymi, a pozostaje bezsilne wobec jawnego pogwałcenia praw wspólnoty. Świetnym dla mnie tego przykładem jest sprawa jakiegośtam osiedla. Kilka bloków i skwerek pośrodku. Sama trawa. Jeden z mieszkańców zapytał spółdzielnię mieszkaniową, czy mają jakieś plany wobec tego skwerku. Nie mieli. To posadził z synem drzewo. Zobaczył to jego sąsiad. Kupił drzewko, łopatę, wziął dziecko za rękę i posadził z nim drugie drzewko. Po dwóch latach było ich naście, bądź nawet dwadzieścia kilka. Przyjechał urzędnik i kazał wszystko wyciąć. Bo plan zagospodarowania przestrzennego uwzględnia „nieużytek”, a nie „las”. W jakim, k...a, celu? Równolegle ma miejsce ciągły proceder w miejscowości, w której się wychowywałem i w której wypoczywam co rok. Mała wieś na pograniczu Lubuskiego i Zachodniopomorskiego położona nad jeziorem. Wokół jeziora jest las. A raczej był las. Co roku kilka-kilkanaście wielkich drzew „nieznani sprawcy” obalają na ziemię. Nikt ich nie widzi, nawet nie wie o wycinaniu drzew. Bo jak, do diaska, usłyszeć ciuchuteńką piłę (wręcz „piłkę”, „piłeczkę”) do drewna tnącą pień starego drzewa o średnicy bagatelka ponad dwóch metrów? Ba, jakim cudem można zaobserwować spad takiego drzewa? To przecież jedyne kilkadziesiąt metrów obwodu korony.
Kończąc ponownym nawiązaniem do ideologii. Małym problemem jest sytuacja, w której grupa wyznaniowa z „Bogiem za plecami” idzie walczyć z „niewiernymi”. Niewierni jakoś się wybronią, wojownicy zwalą to na ingerencję szatana, czy czasowe niepowodzenie. Gorzej, gdy zetrą się dwie grupy mające dwóch „różnych” Bogów jako bodyguardów. To dopiero są rzezie.
Wolność Finansowa? 12 komentarzy
Napisano dnia 13 czerwca 2009, w Ogólne, Przemyślenia Filozoficzne, Przemyślenia Globalne
Jakiś czas temu, gdy nasz informatyk postanowił wprowadzić na zajęciach elementy składni HTML, skakałem po stronach joggera szukając ciekawych tekstów. Trafiłem min. na „ Moją drogę ku wolności finansowej ” i zbiór wpisów z nią związanych. „Wolność finansowa”...? Nie, tutaj coś nie styka. Pieniądz jako taki zakłada mniejsze bądź większe zniewolenie jednostki. Wynika to z jego struktury, gdzie pieniądz jest bytem społecznym powstałym na skutek umowy społecznej. „Dążenie do większego posiadania, niż to ludziom jest potrzebne, zmieniło właściwą wartość rzeczy, która zależy od jej użyteczności dla życia człowieka, zgodzili się oni, że mały kawałek żółtego metalu, który można było zachować bez zniszczenia bądź zepsucia, winien odpowiadać wartości dużego kawałka mięsa, czy kopca zboża”- John Locke, „Traktat Polityczny II”, księga „O Własności”. „Wymyślenie” pieniądza stało się więc katalizatorem wszystkiego tego, co w człowieku najgorsze- zawiści, chciwości, lenistwa. Dotąd pracował on tylko tyle (aż tyle?), ile musiał, by PRZEŻYĆ. Nie musiał wchodzić nikomu w drogę, bo pożywienia było dość (wedle Locke’a). Odtąd zaczął on pracować, by MIEĆ więcej.
Podobne poglądy odnaleźć można w utopii regresywnej JJ Rousseau. Jednak współczesna antropologia i biologia dostarcza garści dowodów nie tylko na to, iż człowiek nie jest chodzącym dobrem, lecz że złośliwość jest wręcz wrodzona nie tylko człowiekowi, lecz wszystkim zwierzętom. Nie mniej jednak, wyraźne przewartościowanie „przeżyć” na „mieć” w definitywny sposób wpłynęło na kształtowanie się kultury europejskiej. Kultury przez filozofię nazywanej mianem „kultury logosu”, socjologię „kultury konsumpcji”, a najwłaściwszym określeniem wydawałaby się „kultura posiadania”.
Czy więc, skoro pieniądz jest tak głęboko zakorzeniony w naszej kulturze (świadomości?), można się od niego w ogóle wyzwolić? To zależy, co rozumieć poprzez „wyzwolenie”. Jeżeli ma to oznaczać „niekorzystanie”, to na obecnym etapie rozwoju cywilizacyjnego może to już chyba budzić jedynie pełen politowania uśmiech. Jeżeli komuś marzy się spędzenie życia pod chmurką, z dala od bieżącej wody i elektryczności, to jestem pełen uznania i podziwu, ale ja jednak pozostanę przy mydle i ciepłej wodzie.
Sam jednak autor twierdzi, iż wolność finansowa to „stan w którym posiadane aktywa pracują na utrzymanie ich posiadacza, uwalniając go od konieczności parania się pracą zarobkową”. Zastanawia mnie samo stwierdzenie o niekonieczności pracowania, które wydaje się być równie utopijne, co niebezpieczne wręcz. Nie znam autora osobiście, nie znam siły jego charakteru. Ja jednak jestem osobą, która działa wedle maksymy „daj z siebie zawsze dwa razy więcej, niż od ciebie wymagają”. Gdy nie wymagają nic, to mogę dać z siebie nawet sto razy więcej. Wynik mnożenia przez zero jest zazwyczaj porównywalny. A dla takich osób postulat wolności finansowej byłby chyba najatrakcyjniejszy.
Inną kwestią jest kwestia bezpieczeństwa, czy raczej- zagrożeń wiążących się z wieloletnią stagnacją zawodową. Omińmy kwestie charakterologiczne- jedni cieszyli by się życiem i rozwijali, inny leżeli by przed telewizorem podpięci do cysterny z piwem. Załóżmy jednak, w pełni naiwnie i hipotetycznie, że po -nastu latach korzystania z dobrodziejstw życia z odsetek tracimy znaczą część aktywów. Mniejsza o sposób. Akcje tracą wartość, bank upada, dom nam zalewa. Odsetki nie starczają już na życie. I co teraz? Nie mamy pozycji zawodowej, odzwyczailiśmy się od pracy, straciliśmy kompetencje. Iść w KFC pracować?
Autor podzielił swój plan na cztery części:
1. Ustalenie kwoty dzielącej mnie od wolności finansowej
2. Jak najszybsze pozbycie się długów
3. Inwentaryzacja aktywów
4. Plan inwestycyjny, którego zadaniem jest na mnie zarabiać
Więc po kolei.
1. Ustalenie kwoty dzielącej mnie od wolności finansowej
Jest to, zaiste, świetny sposób, by stać się niewolnikiem „wolności finansowej”. Wyznaczenie miesięcznej kwoty minimalnej i pieniędzy potrzebnych, bo z odsetek od nich ją opłacić? Ten tok rozumowania ma przynajmniej dwie wady. Po pierwsze- człowiek był na tyle głupi, by upłynnić miarę wartości, czyli pieniądz (wahania kursów walut, wysoka inflacja). To tak, jakby zrobić układ równań y=x^x=y. Jeżeli w tym roku kwota wynosi powiedzmy 1500 zł, to za rok może być nieurodzaj, skoczą ceny żywności i kwota również musiałaby skoczyć. I co wtedy? Przegłodować deficyt?
Drugą wadą jest płynność odsetek i zysków kapitałowych. raz fundusz może zrobić 50%, innym razem może przegrać nasze pieniądze. Mamy więc dwie wartości x i y. Obydwie ze znacznym marginesem błędu. „Wolność” staje się więc statystyczna i teoretyczna- konwencjonalna, licha i niepewna.
2. Jak najszybsze pozbycie się długów
To jedyny punkt „programu”, z którym się absolutnie zgadzam. Dług jest zniewoleniem o tyle obrzydliwszym od innych finansowych zależności, że praca na spłatę kredytu nie służy bieżącemu poprawieniu stanu materialnego. Nie pracujemy dla siebie, lecz na kredyt. Kredyt ze środka staje się celem, kamieniem na szyi ciągnącym ku dnu. Cóż jednak poradzić, skoro ludzie tak chętnie obwieszają się tymi głazami?
3. Inwentaryzacja aktywów
To najlepszy przykład „maniactwa wolności finansowej”. Wszystko wycenić, by wiedzieć, ile z tego może być odsetek? Dla mnie jest to perspektywa dość przerażająca- każdy posiadany przedmiot identyfikować z jego wartością rynkową? „Ramka ze zdjęciem rodzinnym. 3,50.”
4. Plan inwestycyjny, którego zadaniem jest na mnie zarabiać
Ten punkt jest dla mnie dość problematyczny, głównie ze względów etycznych. Fundusze inwestycyjne walnie przyczyniły się do nadmuchania bańki, której pęknięcie pozbawia obecnie pracy setki tysięcy ludzi. Bogacić się na cudzym nieszczęściu? Dziękuję, postoję.
Reasumując. Uważam zaproponowane rozwiązania za błędne, bo i sam autor nie do końca dookreśla swój cel. Jest nim nie wolność finansowa, lecz wolność od pracy. Bogactwo nie jest samorodne. Żeby ktoś mógł poleżeć, ktoś inny musi postać. Bogaci rodzice, podatnik- ktokolwiek.
W mej opinii należy szukać innych dróg do uwolnienia się spod tyranii pieniądza. Jedną z nich jest właśnie praca, jako środek do zapewnienia sobie wpierw materialnego, potem finansowego bezpieczeństwa. Ale nie tylko. „Pieniądz jest bytem społecznym”- od tego zacząłem. W związku z tym, to w gestii społeczeństwa bądź wspólnot leży moc znoszenia ciążącej siły pieniądza. Rodzina, przyjaciele, czy nawet uczciwy i przyjazny pracodawca- oni wszyscy mogą pomóc, gdy powinie nam się „finansowa” noga. Sami jednak mają prawo do oczekiwania analogicznej pomocy, gdy będą w kłopotach. Można zastosować strategię Obamy, przedstawioną przez niego w „Odwadze Nadziei”. Gdy ma się przed sobą dwa lata w senacie, przez rok trzeba pomagać tylu senatorom, ilu się da. By przez drugi rok korzystać z ich wdzięczności przy walce o prezydenturę. Ale tego nie da się osiągnąć przeliczając wszystko na odsetki.
Logika Szczęścia- Logika Sukcesu 4 komentarze
Napisano dnia 05 czerwca 2009, w Ogólne, Przemyślenia Filozoficzne
Sprawiłem dziś sobie książkę „O ulotności życia” Profesora Tadeusza Gadacza. Z Panem Profesorem miałem do czynienia raz- na pogadance o Józefie Tischnerze, którą wspominam jako... kiepską, co i tak jest eufemizmem. Powód wyboru tej właśnie książki? No cóż, miałem upatrzone opracowanie europejskich systemów politycznych, na które zabrakło mi paru złotych. Przeszedłem do działu „Filozofia”, trafiłem na Gadacza, skojarzyłem i... wziąłem.
Książka pisana jest językiem dość prostym, momentami można mieć wręcz wrażenie, iż czyta się dobry podręcznik do etyki dla liceum. Trzyma się ona ram ogólnych konwencji pisania o filozofii- są więc cytaty z wielkich bądź znacznych, nawet na poparcie truistycznych tez. Po lekturze kilku pierwszych stron mogę ją w zasadzie polecić jako zaczyn poszukiwań JEDNEJ Z MOŻLIWYCH odpowiedzi na pytanie „Jak żyć?”. Bowiem już lektura pierwszego rozdziału wprowadzającego, którego tytuł przyjąłem za tytuł wpisu, dostarcza pewnych podstaw, by filozofować wedle definicji filozofii autorstwa dr Zienkiewicza, czyli- wbijać szpilki w lity pomnik rzeczywistości.
Pierwszą ważną tezą postawioną przez Profesora Gadacza jest stwierdzenie, iż celem działań każdego człowieka jest szczęście. Co podkreśla on cytatami z Augustyna, Kanta, Wojtyły i, jako ostatniego, Arystotelesa. Co więcej, cytat z Karola Wojtyły o naturalności dążenia do szczęścia jest w zasadzie... absolutnie niepotrzebny. Nic on, w porównaniu z późniejszym fragmentem z Arystotelesa, nie wnosi. Rozumiem autorytarny charakter cytatów z Papieża-Polaka, aczkolwiek jest dla mnie sytuacją co najmniej zastanawiającą, gdy filozof, by publikować swą pracę, musi (albo chce?) jak najwięcej tez poprzeć cytatem z Wojtyły. Analogia nasuwa mi się dość jasna- kiedyś praca doktorska bez cytatu z Marksa nie była pracą doktorską. Czemu w analogiczną skrajność wpada się z, nie kwestionuję- wielkim, Polakiem? To trochę tak, jakby stwierdzić dziś, iż każde ciało gęstsze od wody wrzucone do wody powinno tonąć. I przywołać Newtona, powołać się na Einsteina (bo jak Einstein coś powiedział, to to musi być prawda) a na końcu sięgnąć po prawo Archimedesa. Bowiem to Arystoteles stwierdził (jako pierwszy?- nie wiem, by ktoś mówił to przed nim), iż celem działania każdego człowieka jest szczęście. Różnie jest ono jednak pojmowane, co zresztą zdaje się być, po lekturze fragmentu i przewertowaniu jej, ważnym tematem książki Profesora Gadacza, Teleologiczna koncepcja Arystotelesa była oczywiście dużo szersza- człowiek jako byt celowy jest jedynie następstwem metafizyki Arystotelesowskiej. Jednakże jedno nie ulega wątpliwości- to myśliciel grecki był ‘ciutkę’ wcześniejszym autorem koncepcji.
Jest to jednak pewna uwaga tycząca się doboru cytatów. Zresztą dla tak oczywistego stwierdzenia raczej niepotrzebnych, wystarczyłaby wzmianka o wcześniejszych myślicielach głoszących podobny bądź analogiczny pogląd. Uwagę mą przykuł raczej nieco późniejszy fragment. Kontekstem jest absurdalność przewartościowania szczęścia i utożsamienia jej z życiowym sukcesem zawodowym, rodzinnym etc. Zacytuję:
„Sukces całkowicie zależy od dóbr zewnętrznych, częściowo zależnych, częściowo niezależnych od człowieka. Także do szczęścia należy pomyślność. (...) Wiele jednak z tych dóbr nie jest od nas zależnych. Człowiek powinien się rozwijać, wciąż dążyć do nowych celów, kształtować swoje życie, dbać o zdrowie. (...) Siedzibą szczęścia jest wnętrze SAMEGO człowieka. Nie przyniesie go nam żadne obiektywne dobro, jeżeli nie odnajdziemy go w nas samych. Tajemnica szczęścia polega na umiejętności odnalezienia w sobie punktu oparcia. Sukces zależy jest często od innych lub od zrządzeń losu. Szczęście może być tylko naszym własnym udziałem. Nie może być szczęśliwym ktoś, kto sam sobie nie wystarcza.”
Prof. Tadeusz Gadacz,„O ulotności życia”, strona siódma.
Koniec cytatu. Podkreślenia moje.
Przygotowując się do tej wypowiedzi po parokroć próbowałem złożyć spójną podstawę pod krytykę powyższych stwierdzeń. Dylemat mój opierał się na pozornej niekonkretności zdania „Szczęście może być tylko naszym własnym udziałem”. Naszym w sensie nas jako ludzkości, czy naszym w znaczeniu moim, tylko moim i tylko przeze mnie? W pierwszym przypadku przeszedłbym nad stwierdzeniem dalej. Jeżeli człowiek jest „podmiotem uszczęśliwiającym” (a w mej opinii- absolutnie jest), to nie podważa to ani pozytywnej koncepcji człowieka w personalizmie, doszukującej się w człowieku nieskończonego potencjału szczęścia, dobra i miłości, którym to obdarzyć może drugiego człowieka. Wskazywałoby na to pierwsze podkreślone zdanie.
Drugą opcją byłoby uznanie, iż autor miał na myśli człowieka jako indywiduum oddzielone od świata. To stawiałoby ucznia Tischnera obok Sartre’a- ateisty raczej, niż egzystencjalizmu teistycznego. Co by się bowiem okazało- szczęście mogę nadać sobie tylko ja sam. Szczęście jest celem mojego życia, moim najważniejszym dążeniem. Powstaje więc układ równań: cel=szczęścia^szczęście=ja. Stąd- cel=ja. Stąd cel!= inny człowiek. Niesie to za sobą parę następstw. Po pierwsze- skoro drugi człowiek nie może mnie uszczęśliwić, to... po ką choinkę mi on? Po drugie, jeżeli drugi człowiek może uszczęśliwić jedynie sam siebie, to... po ką choinkę ja jemu? Po trzecie, skoro ja nie mogę go uszczęśliwiać, to nie mogę podnosić własnego szczęścia poprzez uszczęśliwianie drugiej osoby (ufff). Czyli też nie jest mi ona do niczego potrzebna. Człowiek jako indywiduum staje się więc jedynym wartościowym podmiotem w świecie przedmiotów. Sartre.
Skłaniałem się ku drugiej opcji. Coś jednak powstrzymywało mnie przed przyjęciem jej. Uczeń Tischnera, filozofa dialogu, który tak chętnie i tak często odwołuje się do swego mistrza, zaczyna głosić tak skrajnie izolacjonistyczne tezy?
Spójrzmy jednak na drugie podkreślenie. „Sukces zależy jest często od innych lub od zrządzeń losu. Szczęście może być tylko naszym własnym udziałem”. Sukces= inni. Szczęście= tylko nasz własny udział. I Sukces!= Szczęście. Czyli Szczęście!= inni. To raczej potwierdza przypuszczenie drugie, niźli pierwsze. I sam koniec. „Nie może być szczęśliwym ktoś, kto sam sobie nie wystarcza.”. Szczęścia nie należy więc szukać w drugim człowieku. Należy szukać go w sobie.
Absolutnie nie mogę się zgodzić z powyższym tokiem myślowym. Zasadniczo zauważam w nim dwie luki- odrzucenie zewnętrzności jako raz źródła, dwa celu, bądź adresata. Więc po kolei.
Najłatwiejszym przedstawieniem argumentów za pierwszą opcją jest sięgnięcie po empirię. Przykład banalny, ale przebogaty w uczucia. X przychodzi smutny do szkoły. Y widząc jego smutek, obdarowuje go czymś. X rozpogadza się, uśmiecha, dziękuje, etc. Czy można zaprzeczyć, iż nie został obdarzony pewnym ładunkiem szczęścia (można powiedzieć, że małym. Dla mnie zaś to ogrom człowieczeństwa)? Zaś w kategoriach zaprezentowanych przez Profesora Gadacza jest to sukces, bowiem elementem wyzwalającym jest dobro zewnętrzne (dar) oraz obdarowujący. A sukces nie jest szczęściem. Toć to nonsens.
Potencjał takich zewnętrznych uszczęśliwień jest przecież niemal nieskończony, jeżeli w przypadku czegoś tak subiektywnego, jak szczęście można w ogóle mówić o jakiejkolwiek miarze, a jeżeli nie, to każda zmiana szczęścia jest nieskończona. Czemu idziemy do przyjaciela, gdy los nam dołoży? Czemu w ogóle żyjemy w społeczeństwie? Dla sukcesów? Panie Profesorze, toć to sprowadzenie człowieka do roli interesownej hieny!
Inną kwestią jest to, iż świat zewnętrzny do nie musi być poklepujący po ramieniu przyjaciel. Może być poklepujący po szczęce opryszek. No ale człowiek musi znaleźć w sobie ostoję, punkt oparcia, na którym zbuduje swoje szczęście. „Okradają mnie, biją mnie, poniżają mnie, och jak dobrze!” Szczęście +2.
Postulat idealnie zrównoważonego podmiotu etycznego jest dla mnie przykładem urojonych dążeń człowieka do absolutnego samoudoskonalenia się. Jasne, to pięknie brzmi, gdy się mówi „jestem emocjonalnie niezależny”. Ale to absolutna brednia. W dobie wojny akceptującej użycie środków psychotropowych, które z największych „twardzieli” robią płaczące dzieci, jest to po prostu nieprawda. Zwłaszcza, że wewnętrzny spokój buduje się przecież w oparciu o interakcję. Rozmowę z samym sobą, ale również odbieranie bodźców ze świata zewnętrznego. Przykładem niech będzie sytuacja, w której nie mogąc zasnąć włączamy sobie przy łóżku muzykę relaksacyjną. Wpadamy w półsen, po czym ona nagle się kończy. Czy niepokóju tym wywołanego można uniknąć poprzez budowanie silnej osobowości? Inny przykład to powtarzany do znudzenia w horrorach motyw monotonnej muzyki (pozytywka, bicie dzwonów), gdy cichnie która- zaczyna się rzeź. Znowuż- czy tej chwilki niepokoju pojawiającej się w momencie pomiędzy muzyką a akcją da się uniknąć poprzez kształtowanie swojej osobowości?
Powyższe przykłady mają jedną wadę- nijak mają się do szczęścia. Oczywiście- na wstępie można by sięgnąć po ostrzejsze przykłady, jak choćby śmierć najbliższych, rodziny, przyjaciół. W/w niepokój jest przecież jednym z rozlicznych uczuć. Tak samo, jak smutek, rozpacz, żal, radość. Uczuć, które są znaczącymi składowymi szczęśliwości jako takiej.
Drugą dziurą przeze mnie podnoszoną wadą modelu Profesora Gadacza jest odrzucenie zewnętrzności jako adresata ludzkich działań. Adresata uszczęśliwiającego. Ilekroć czynimy coś, nie dla nas samych, lecz dla skonfrontowaniem efektów naszej pracy z różną od nas rzeczywistością? I ilekroć uszczęśliwia (bądź nie) nas skutek tejże konfrontacji? Czy Pan Profesor potraktował tą książkę jako sukces, czy szczęście? Jeżeli jako sukces, to jaki sens ma pisanie jej? A jeżeli jako szczęście, to czy byłby równie szczęśliwy, gdyby stracił zamówienie i z tekstem nie zapoznał by się nikt, poza nim?
Czy też inaczej- czy uszczęśliwia nas pokazowy samochód, bo jest ładny, czy bo komuś innemu wpadł w oko? Czy dbamy o siebie, by być zadbanymi, czy by spodobać się komuś? Nagrywamy muzykę, by słuchać jej w samotności, czy by podzielić się z kimś swą twórczością?
Piszemy, by ktoś mógł to przeczytać. Kochamy, by być kochanymi. Obdarzamy, by w każdej chwili móc liczyć na pomocny dar od innych. Każda z tych czynności wymaga obecności drugiego człowieka. Nie elementu rzeczywistości, kogoś, kto może nam pomóc i my na tym skorzystamy, lecz CZŁOWIEKA, jako celu samego w sobie.
Przedwczoraj rozmawialiśmy o przeintelektualizowaniu jako czynniku utrudniającym poznanie człowieka. Model szczęścia tworzony przez Profesora Gadacza jest przykładem właśnie takiego przeintelektualizowania. Nie można wszystkiego brać na rozum. Zawsze pojawią się sytuacje, w których główka bardziej nam przeszkadza, niż pomaga. Liczmy na swoje serca.
O potrzebie filozofii. 2 komentarze
Napisano dnia 03 czerwca 2009, w Ogólne, Przemyślenia Filozoficzne
Dzisiejszy dzień był szczególny. Był to bowiem drugi przypadek w tym roku, by na Międzyszkolnym Kole Interdyscyplinarnym mającym miejsce w IX LO było więcej słuchaczy, niż sztuk jeden. Dodatkowy słuchacz jest uczniem klasy drugiej matematyczno-fizycznej. Przyszedł „przez przypadek”. Zobaczył afisz reklamujący wykład naszego fizyka pt. „Czy Bóg gra z nami w kości?” i postanowił wpaść. Gościu wygadany, z szerokim horyzontem i, co bodaj najważniejsze, z wyczuwalnym głodem pytań i potrzebą odpowiedzi. Rozmowa o Bogu Einsteina całkiem nam się udała. Wielkim plusem był sam fakt jej zaistnienia- drugi taki przypadek w tym roku (wcześniejszym była całkiem udana Sesja Popularnonaukowa). Niestrudzony i niezrażający się niepowodzeniami organizator pozwolił sobie nawet na stwierdzenie orzekające o „zerwaniu relacji mistrz- uczeń”. No i w sumie miał rację- czwórka chcących poszerzyć horyzonty ludzi dyskutowała dość długo i udanie w warunkach dyskutanckiej równości, oczywiście przy zachowaniu form grzecznościowych etc. Inną ciekawą kwestią jest w ogóle profil rozmówców- zawodowy filozof uprawiający filozofię na wzór niemiecki, fizyk po podyplomówce z filozofii, lecz mimo to wciąż poruszający się trochę po omacku, zwłaszcza w zagadnieniach głęboko egzystencjalno-metafizycznych, uczeń profilu mat-fiz, miłośnik fizyki i astronomii (tyle o sobie powiedział) oraz uczeń profilu inf-mat, który swą dość chaotyczną filozofię opiera raczej na tym, co można zrozumieć, a czego nie da się wytłumaczyć. Sytuacja taka sprawiła, iż nikt nie mógł wziąć w dyskusji góry nad resztą, bowiem teren był dla każdego z nas w znacznej mierze nieznany.
Równie ciekawą dyskusją skończyło się dzisiejsze koło. Mianowicie rozmawialiśmy o frekwencji i sposobach zmienienia beznadziejnej sytuacji. Bo przy rozmowach o wadach współczesnej szkoły wracają kwestie- Szkoła zabija myślenie! Szkoła wbija w szablon! W szkole nikt nie pyta uczniów o zdanie! W szkole nie ma dyskusji!- ale kiedy pojawia się konkretna i interesująca oferta, to na pytanie „Idziesz dziś na koło na wykład Waszaka?” pada odpowiedź „Eee, no wiesz, bardzo go lubię, ale no, tego.... filozofia...?”. W sumie postanowienia były dość konkretne- przede wszystkim poluźnienie koła. Ja proponowałem zmianę nazwy z „Koła Interdyscyplinarnego” (brzmiącego trochę odstraszająco...) na zwykłe „Koło dyskusyjne”, czy też cosik w ten deseń. Problem jest takiej materii, że brak iskry zapłonowej. Gdyby zebrało się kilka osób na przykład na dzisiejszym spotkaniu, to dalsze same by się organizowały. Pojawiłoby się parcie od spodu, którego brak. Całość żyła by swoim życiem. Problem jest taki, że takowego parcia nie ma. A przecież jest tyle fajnych tematów, które można by opracować i przedstawić. Od typowych zagadnień etyczno-filozoficznych, poprzez filozofię polityczną, a na filozofii kultury kończąc. Przeprowadzone w odpowiedniej konwencji wprowadzenie powinno wystarczyć, by każdy uczeń posiadający elementarną świadomość kulturową i wymagane w liceum wiadomości z zakresu nauk szczegółowych mógł podjąć dyskusję. Zresztą- zaczyna się od epistemologii u Einsteina, a kończy na neo-logoizmie. Do dzisiejszego składu zabrakło nam kogoś skierowanego ku filozofii kultury, do tego jakiegoś uczniowskiego teologa i byłoby o wiele ciekawiej. Zaproponowałem również, by dać innym nauczycielom przedmiotowym propozycję, by ci w ramach przygotowań do olimpiad proponowali swoim uczniom referaty, które mogliby prezentować na środowym kole. Zysk i dla nich, i dla nas. Oni zyskaliby publikę, przed którą mogliby doszlifować wypowiedzi ustne. My zyskalibyśmy referujących, ciekawe tematy i potencjalnych członków koła.
Wszystko to jest jednak kwestią przyszłości. Nadzieja w pierwszych, nienastawionych negatywnie bądź obojętnie klasach. Jest to ogólnie przykra sytuacja. Tyle fajnych rzeczy można by razem zrobić. A braci uczniowskiej się po prostu nie chce. Nie mówiąc już o tym, że takie koło dawałoby bardzo szeroki zakres obycia w kodach kulturowych, możliwość poznania konkretnych teorii naukowych od strony historycznej, strony ich źródeł i poszukiwań, które wywołały.
Powyższą ideę udało się zrealizować dziś w II LO. Równie niestrudzony P. Paweł Kołodziński zwołał zebranie tegorocznych olimpijczyków na godzinę osiemnastą w dwójce. Oczywiście o w pół do szóstej już robiliśmy herbatę. Przyszło nas w sumie sztuk sześć, po czym jedna sztuka odpadła z przemęczenia. Mam zasadniczy problem z opisaniem tego spotkania, bowiem... o czym to myśmy nie gadali? Pływaliśmy po licznych morzach zagadnień- od rozmów bardziej prywatnych, poprzez dzielenie się własnymi spostrzeżeniami, aż po standartowe pytania o źródła i cele naszych filozofii. Po raz kolejny podjąłem próbę przedstawienia mych opinii na temat postrzegania człowieka w świecie przedmiotów. I mimo, iż Kołodziński raczej przez grzeczność kiwał głową, to zauważam swoje istotne postępy w przedstawianiu swych racji:):):)
Nie można podważać znaczenia takich spotkań. Młody człowiek nie ma zbyt wielu możliwości, by móc twórczo pogadać o trudniejszych niż przeciętnych zagadnieniach przy ciasteczkach i herbacie. Co nabiera niebywałego znaczenia, gdy ma się do czynienia z uczniem po czterech godzinach snu, małym śniadaniu i nastu godzinach na nogach. Wracając o dziewiątej do domu można usiąść nad obiadem i bez żalu stwierdzić, iż to najlepiej spędzone popołudnie od długiego czasu.
W trakcie spotkania padło kilka niezobowiązujących stwierdzeń traktujących o przyszłości zgromadzonego wokół Olimpiady Filozoficznej młodofilozoficznego środowiska naszego regionu. Gdyby udało się je zrealizować, to byłby to nasz spory sukces. Kołodziński niemal na pożegnanie rzekł nam- Z filozofią jest jak z wodą mineralną na pustyni. Gdy już się po nią sięgnie, należy dzielić się nią z każdym napotkanym człowiekiem. Ale to taka rąbnięta woda mineralna- im więcej rozdasz, tym więcej jej zdobędziesz. Koniec cytatu.
Nocne brednie 2 komentarze
Napisano dnia 03 czerwca 2009, w Ogólne, Przemyślenia Filozoficzne
Tym razem nie będzie o zbrojeniach. Ani o zieleni miejskiej. Ani ludzkiej uczciwości. Będzie całkiem niepasująco do dotychczasowego profilu tejże strony. Kilka niepoukładanych słów o człowieku samym w sobie.
Ostatnimi czasy w mediach pełno było niejakiej Susan Boyle. Nie śledziłem na bieżąco brytyjskiego „Mam talent”, w ogóle nigdy takich programów nie śledziłem. Raz przypadkiem trafiłem na klip z występem Hollie Steel- dziesięcioletniej śpiewaczki, która wbiła mnie po prostu w fotel. A chciałem wyłączyć akurat w chwili, gdy zaczęła śpiewać. Pewnie na tym by się skończyło, gdyby nie niesamowita kariera Pani Boyle.
Usłyszałem o niej przechodząc z wyprasowaną koszulą przez salon. Absolutnie przypadkiem. „Faworytka brytyjskiej edycji >Mam talent<”... Chryste, znowu jakaś celebrytka. Parę dni później starając się nie zasnąć w samochodzie słuchałem Eski Rock i usłyszałem wiadomość- „Susane Boyle (blebleble). Organizatorzy ukryli przed publicznością informacje o umysłowym upośledzeniu Susane.”. Pierwsza myśl? „Sk....ny wykorzystali niepełnosprawną umysłowo osobę”. Nie, nad tym nie można przejść obojętnie.
Ledwo znalazłem się w domu, wbiłem na youtube.com i znalazłem (co nie było zbyt trudne) obejrzany przez dziesiątki milionów ludzi klip . To było po prostu niesamowite.
Pochylona do przodu głowa, zadziornie uśmiechnięty wyraz twarzy. Kobieta na oko sześćdziesięcioletnia. Wchodzi na scenę. Nie dostojnie, raczej nieco głupawo wyglądającym krokiem. Staje, kłania się. Przedstawia. Odpowiada, skąd pochodzi. Dużo dziecinności w tych słowach, brzmią jak wyuczone formułki. Małe miasto? Nie, kilka (nie wiem, co to za słowo dokładnie było- mój angielski...) tych, no... kilka wiosek, o! Czterdzieści siedem lat. Jakaś zadziorna gadka, której nie udało mi się (vide: mój angielski...) rozszyfrować. Machnięcie głową. Marzenie? Zostać zawodową śpiewaczką. I jeden z kluczowych, w mej opinii, momentów. Czemu przez tyle czasu nią nie została? Bo nikt jej nie dał szansy. Ma nadzieję, że teraz wszystko się zmieni.
Spójrz na nią, jak to mówi. Na jej twarz, jej mimikę, jej gesty. Wsłuchaj się w słowa. Nie w samą wypowiedzianą treść, ale w to, czego nie powiedziała wprost. W ton, w załamania głosu. Głos się łamie, jak małemu dziecku, które tłumaczy się przed kimś będąc w poczuciu wielkiego skrzywdzenia. Ona nie atakuje. Nie żali się. Mówi- nikt mi nie dał szansy. Być może to moja osobista dewiacja, ale takie momenty, chwile takich sytuacji działają na mnie niebywale. Patrzy się na kobietę późnego wieku średniego, o której wie się, że życie nie dało jej równych szans. Ma się również przeczucie, jak wspaniały występ zaraz da. „Nikt nie dał mi szansy...”-tylko tyle i aż tyle- dalej przeżyć budzących się we mnie w takiej chwili opisywać nie będę. Bo po prostu nie dam rady, tego trzeba samemu doświadczyć.
Pada nazwisko wielkiej poprzedniczki, której śladami kroczyć chce nasza bohaterka. Publika buczy, śmieje się i szemra. Tytuł utworu, ostatni uśmiech i zaczyna śpiewać. Chryste, jakież ciarki przeszły mi po plecach po paru pierwszych słowach. Ten śpiew był po prostu niebywały. Z teorii muzyki jestem absolutnym laikiem, ale jako wielki fan Halfordowskich falsetów z definicji rozpływam się we wszystkim, co jest śpiewane „powyżej normy”. Jednak mniejsza o muzykę- w moim przypadku przeżywanie jej jest dość prywatnym aktem- skupmy się na śpiewającej. Sama niemuzyczna część występu szczególnie mnie nie fascynowała. Było widać pasję, uczucie, wysiłek- to prawda. Głównym jednak bodźcem oddziałującym w tym czasie na odbiorcę była muzyka.
Kończy śpiewać i... tym samym mechanicznie-komicznym krokiem schodzi ze sceny. Zatrzymana wraca w ten sam sposób. Staje z uśmiechem. Nie widać po niej jakiegoś szczególnego triumfu, choć szczerze nie chciałbym zobaczyć jej reakcji, gdyby usłyszała „Przepraszamy, do widzenia”. Jurorzy zaczynają opisywać występ. Na jej twarzy najpierw skupienie, trochę niezrozumienia i zdziwienia. Potem lico rozjaśnia się, pogodnieje. Pojawia się szeroki uśmiech. Ale wciąż norma. Trochę głupawa, schematyczna wypowiedź jurorki. Sztuczny zachwyt pierwszego jurora. Dopiero gdy jedyna dama z komisji kończy swą mowę, na twarzy Pani Boyle pojawia się spontaniczna, nieukrywana i nieudawana radość. Krótki, kokietujący dialog. Sędziowie wiedzą za co im płacą. No i „chwila prawdy”.
Moment zasadniczo najciekawszy. Moment, w którym kumuluje i rozładowuje się napięcie, które przecież musiało być olbrzymie. Moment, w którym od pojedynczych słów zależy, czy sen się spełni, czy też, zgodnie ze słowami utworu, życie znowu go zabije. Pierwsze „tak”. Przyjrzyj się dokładnie jej reakcji. Sam przewijałem to po kilkakroć. Duża radość. Drugie „tak”- przechodzi dalej- chwila bełkotu, krzyk, dwoma słowami- wielka radość. Świetna końcówka jurora i trzecie „tak”- reakcja jest wprost przewspaniała. Absolutnie niesterowana- tupanie nogami, niekontrolowane gesty rękoma, krzyk. Kłania się i mechanicznie-komicznym chodem opuszcza scenę.
Główną pobudką do napisania powyższego (i poniższego zresztą również) była wieczorna korespondencja z pewną otwartą i wrażliwą duszyczką. Kłania się tu jednak Augustyn ze swoim „Kiedy myślę co to jest czas- wiem. Kiedy mnie pytają co to jest czas- nie wiem”. Kiedy myślę o jakiejś formie uwewnętrznienia czyichś uczuć, „czyjejś czyjości”, której doświadczyłem i doświadczam oglądając ten klip, to wiem doskonale, o co chodzi. Kiedy przychodzi do spisania tego- ojej, to już jest problem. Czego doświadczyłem powyżej (i poniżej zresztą również).
Kiedy prawie rok temu zostałem zaproszony na kolację przez mą przemiłą kuzynkę (choć, co muszę z dużą dozą bezczelności stwierdzić, więcej było uczty duchowej, intelektualnej, niźli gastronomicznej- pozdrawiam Cię Gosiu!!!:)), spędziliśmy wraz z jej równie przemiłym mężem i przeuroczym synkiem ładne siedem godzin (synek odpadł nieco wcześniej). Siedem godzin, w trakcie których po raz pierwszy usłyszałem słowo „personalizm” i kiedy po raz pierwszy zacząłem pojmować, iż coś z tym nurtem w filozofii mam wspólnego. Nurtem stawiającym na, w dużym skrócie, człowieka jako osobę (persona=> personalizm). W moim wydaniu ma to ponadto lekkie zabarwienie Kantowskie, człowiek bowiem staje się celem samym w sobie. „Ja” nabiera więc wartości nie tylko jako byt-podmiot transcedentalny (jadąc już w pełni Kantem), który (w kontekście personalizmu) realizuje się poprzez wykraczanie poza, a więc ku drugiemu człowiekowi. Pojawia się „Ja” samo w sobie, o niedającej się wyrazić wartości, będące celem najwyższym, absolutnym. Wartości aktualnej („Ja” w sobie) i potencjalnej zarazem („Ja” wobec kogoś). Wartość aktualna może być wypełniana, aktualizowana poprzez realizację wartości potencjalnej- wartości dobra, ciepła, szczęścia, które możemy dać drugiemu „Ja”, jako celowi samemu w sobie.
Nie mogę pominąć jeszcze jednego.
Krytycy ekonomicznego „one size fits all” nawiązują w linii prostej do Marksa, który w niedeterministycznej części swej historiozofii rozwijał zagadnienie historyczności ludzkiej egzystencji. Każdy z nas rodzi się w jakichś specyficznych, historycznych warunkach. Gdzie historyczność nie oznacza epoki, czy czasu, lecz zestaw tych argumentów x, dla których funkcja rzeczywistość daje różne wyniki dla takich samych argumentów. Nie podlegają więc one logicznej analizie, matematycyzacji a w efekcie- uniwersalizacji. Historyczny znaczy więc „nieuniwersalny”, „wyjątkowy dla danej sytuacji”, „specyficzny”. Jedni rodzą się w bogatych rodzinach i rozwiniętych społeczeństwach. Inni zaś w biednych rodzinach wielodzietnych. Jedni mają szanse na zdobycie świetnego wykształcenia, dobrej pracy, szczęśliwe i dostanie życie. Inni są tej szansy pozbawieni. Ta historyczność może pomóc nam wznieść się na wyżyny, ale może również przygnieść nas, połamać wszystkie kości. Zasadniczo bardzo trudno jest wyrwać się z „getta historii” i udaje się to nielicznym. Jednak owa historyczność trzyma nas w ryzach- bieda bezdomnego nie pozwala mu na powrót do społeczeństwa. Rodzina bogacza nie pozwala stoczyć mu się na dno. Oczywiście są jednostki wybitne. Które potrafią wybić się ze społecznej czarnej dziury. Albo, w drugą stronę, zgnić w rynsztoku, będąc urodzonym wśród kawioru. A więc.
Samotna kobieta pod pięćdziesiątkę, o nie do końca pewnej sprawności intelektualnej. Żyjąca samotnie. Przez czterdzieści lat nikt „nie dał jej szansy”. Startuje w programie telewizyjnym i w przeciągu pięciu minut zupełnie zmienia swoje życie. Cel sam w sobie, który nie miał równych szans i takich samych, jak inni, możliwości. Z przedmiotu, osoby wybuczanej i wyśmianej, staje się podmiotem kształtującym swoje życie. I znowuż pojawia się tu element, motyw, którego nie jestem w stanie wyrazić w języku. Ktoś dał jej tak niesamowitą radość, ktoś ją UPODMIOTOWIŁ. Ktoś uczynił coś naprawdę wspaniałego.
Za nieco ponad sześć godzin mam diagnozę z matematyki, a mi się zebrało na pisanie o personalizmie. Skutków czego i tak nie da się zrozumieć. Z W A R I O W A Ł E M.
« Wcześniejsze wpisy Późniejsze wpisy »

Kuba Pakulski
Szczecinianin. Fascynat filozofii, historii i nauk społecznych. Piszący dla przyjemności i praktyki. Lewicowiec, umiarkowany anarchista, skrajny antynacjonalista. Antyklerykał, którego serce bije po lewej stronie. Dziewiątkowicz z pięcioletnim stażem. Od lat aktywny w mikronacjach. Słucha wszystkiego, co da się zamknąć w trójkącie Judas Priest- Enya- Miles Davis.
Kontakt:
e-mail: kuba.pak666 wp.pl
jabber: kuba.pak666 jabber.wp.pl
gg: 9933809
SZUKAJ
KATEGORIE
ARCHIWUM
- Marzec 2010
- Luty 2010
- Grudzień 2009
- Listopad 2009
- Październik 2009
- Wrzesień 2009
- Sierpień 2009
- Lipiec 2009
- Czerwiec 2009
- Maj 2009
- Kwiecień 2009
- Marzec 2009
- Luty 2009
- Styczeń 2009
- Grudzień 2008
- Listopad 2008
- Październik 2008
- Wrzesień 2008
- Lipiec 2008
- Czerwiec 2008
- Maj 2008

