Współczesne utopie? 6 komentarzy

Napisano dnia 22 kwietnia 2009, w Ogólne, Przemyślenia Filozoficzne, Przemyślenia Globalne

Człowiek od dawien dawna szuka lepszych rozwiązań społeczno-politycznych niźli te, które oferuje mu rzeczywistość. Za twórcę pierwszej utopii zwykło się przyjmować Tomasza Morusa, choć i Państwo Platona posiada cechy społecznego manifestu. Wydawać by się mogło, że po katastrofie realnego socjalizmu myśli utopijna została zupełnie pogrzebana. Złudne to mniemanie.

Autorzy utopii postulowali niemal całkowite przekształcenie rzeczywistości, na co ona nie za bardzo chciała się zgodzić. Właśnie ów opór świata realnego obszedł bokiem Armin Mikos von Rohrscheidt zakładając w październiku 2002 roku w Poznaniu Królestwo Scholandii- jedną z pierwszych w Polsce mikronacji. Mikronacje jako takie funkcjonowały na zachodzie już w latach siedemdziesiątych. W Polsce jednakże przyjęły zupełnie inną niźli zachodnia formę. Miast aspirować do roli reformatorów świata realnego usadowiły się w bezpiecznej przestrzeni świata... wirtualnego.

Czym właściwie są mikronacje?
W państwach zachodnich mikronacje przyjmowały niejednokrotnie komiczną postać. Właściciel skrawka ziemi ogłaszał swoją niepodległość i powstanie na nim nowego państwa. W Polsce przybrały one zupełnie inną formę, istnieją praktycznie jedynie w internecie. Za swe zadanie stawiają sobie jak najwierniejsze odwzorowanie rzeczywistości, próbując oczywiście pozbawić tę kopię wad oryginału.

W mikronacjach odnajdujemy więc pełną strukturę państwową. Największe wirtualne państwa są monarchiami konstytucyjnymi o w pełni demokratycznych mechanizmach wyłaniania władzy. Prócz urzędu Monarchy funkcjonują w nich również parlamenty (czasem kilkuizbowe) z posłami z wyboru, senatorami z tytułu przynależności do arystokracji, czy czasem samozwańczymi przedstawicielami narodu. Do sprawnego funkcjonowania państw potrzebne są oczywiście rady ministrów wraz z licznymi ministerstwami. Administracja niższego rzędu składa się z prefektur bądź księstw. Każde państwo posiada co najmniej kilka miast otwartych (takich, w których można zamieszkać). Każde państwo opiera swe funkcjonowanie na własnej, autorskiej konstytucji. Na jej bazie powstają akty prawne, ustawy, rozporządzenia etc. Jest więc oczywistym, iż funkcjonują sądy i trybunały honorowe i stanu. Działa nawet wirtualny ONZ- Organizacja Polskich Mikronacji (OPM). Pod jej pieczą powstają międzynarodowe konwencje dotyczące chociażby szkolnictwa, czy uznania, oczywiście wirtualnych, tytułów naukowych.

Rządy państw wirtualnych kładą duży nacisk na rozwój kulturalny swych mikronacji. W mikroświecie funkcjonują liczne biblioteki i galerie, zawierające autorskie teksty mieszkańców v-świata. Podejmowano nawet próby tworzenia muzyki tylko na użytek wirtualnych odbiorców. Funkcjonują rozgłośnie radiowe, wirtualne kina i teatry. Powstało nie jedno opowiadanie, którego akcja toczy się w wirtualnej rzeczywistości.

Główną jednak sferą rozwoju kulturalnego jest prasa. Organów prasowych są dziesiątki, różnej specjalizacji: od prasy satyrycznej, po poważne organy ekonomiczno-polityczne. Jedną z pierwszych decyzji towarzyszących ustanowieniu nowego państwa jest utworzenie zalążka rynku prasowego. Nie zawsze jednak udaje się utrzymać poziom liczby publikacji wysokiej jakości. Pisanie jest przecież czasochłonne, a przy wciąż niewielkim gronie odbiorców nie zawsze daje ono wystarczającą satysfakcję. Reakcją na taki stan rzeczy stały się agencje prasowe. Obecnie funkcjonują dwie znaczące agencje informacyjne: starsza Grodziska Agencja Prasowa (GAP), oraz młodsza Agencja Prasowa Scholandii (APSik). O czym nie wolno zapomnieć, zdarzyły się również akty paskudnych plagiatów dzieł realnych mistrzów pędzla. Jest to jasny sygnał, iż z ideałem do czynienia nie mamy.

Wielkim sukcesem mikronacji jest ich dorobek naukowy. Prócz największego i nie mającego (póki co...) w swojej klasie konkurencji KUS-u (Królewski Uniwersytet Scholandii) działają liczne ośrodki badawcze konkretnych wirtualnych państw, organizacji czy ideologii. Podejmują one różnorodną tematykę rozważań. Prócz publikacji w formie wykładów pojawiają się zupełnie twórcze dzieła dotykające zagadnień czysto wirtualnych (jak choćby z dziedziny ekonomiki wirtualnej) bądź posiadających realne źródła. Od reinterpretacji Marksa, aż po teorię libertarianizmu. Od przenoszenia myśli chrześcijańskiej na grunt wirtualny, aż po tworzenie wirtualnych kościołów ateistycznych. Poziom refleksji bywa na tyle głęboki, że nie jeden realny myśliciel zawodowy mógłby swym wirtualnym odpowiednikom pozazdrościć.

Nie zapomniano o systemach gospodarczych, co jest kolejnym wyróżnikiem polskich mikronacji na arenie międzynarodowej. Struktury gospodarcze są dość zbliżone do tych realnie istniejących, główny podział gospodarki oparty jest na rozróżnieniu dóbr „materialnych” (uwzględnionych w informatycznym systemie gospodarczym) od dóbr „niematerialnych”, czyli usług. Dóbr systemowych jest całkiem sporo, mimo, iż systemy gospodarcze są relatywnie ubogie. Opierają się one na tzw. potrzebach systemowych (termin wprowadzony przez wirtualną myśl ekonomiczną), które spełnione być mogą w różnym stopniu, z różną efektywnością i polotem. Widocznym problemem jest niedobór popytu, spowodowany brakiem „potrzeby zaspokajania potrzeb”, jak również ograniczonym efektem motywacyjnym (wirtualna jednostka zazwyczaj nie odczuwa potrzeby posiadania więcej i lepiej, nie ma więc głównego motoru gospodarki). Drugim filarem gospodarek są usługi, opierające się głównie na usługach informatycznych, dziennikarstwie oraz pracy naukowej. Tu zaś zauważa się niedobór pracowników. Istnieją oczywiście środki akumulacji dóbr, czyli pieniądze, indywidualne dla większości krajów. Mamy więc różne waluty (arminy, liberty etc) o różnej sile nabywczej. Funkcjonują banki centralne, pojawiają się próby bankowości prywatnej. Mówiąc o pieniądzach warto wspomnieć o jeszcze jednym- mikronacje są organizacjami non-profit. Nikt na nich nie zarabia i nikt nań nie płaci.

Głównym budulcem mikronacji są jednakże ludzie. Często zupełnie od siebie różni ludzie o nie zawsze czystych wobec współuczestników zamiarach. Jest to jedna z przyczyn, dla których mikronacje nie aspirują do miana roli państw idealnych. Zdarzają się u nas zupełnie na poważnie odbierane afery zarówno na szczytach władzy, jak i na poziomie szarych mieszkańców wirtualnego świata. Odnotowano niejeden przypadek oszustwa, kradzieży czy złamania prawa. Finałem takich sytuacji jest zazwyczaj interwencja sił porządkowych i skierowanie sprawy do sądu. Orzeczenia wydawano po rozmaitych przestępstwach, od zwykłej potwarzy, aż po wyjątkowo perfidne przekręty gospodarcze. Niemal zawsze jednak zasada ograniczonego zaufania połączona z daniem delikwentowi „drugiej szansy” kończyła się sukcesywnym naprawianiem przez niego swoich błędów.. Człowiek i jego twory nie są idealni, ale mają zdolność stawać się lepszymi.

Mnogość państw
Jak dotąd pojawiła się nazwa jednej mikronacji- Królestwa Scholandii. Błędnym byłoby jednak twierdzenie, że jest ona jedyną mikronacją. Prócz niej do tak zwanej „Wielkiej Trójki” wirtualnego świata należy jeszcze Księstwo Sarmacji oraz Królestwo Dreamlandu. Ponadto funkcjonują dziesiątki mniej lub bardziej do planktonu zbliżonych państw i państewek. Większość z nich upada po krótkim czasie, lecz niektóre bronią się przed (bardzo silną!) konkurencją i potrafią przez lata egzystować na arenie wirtualnego świata. Między konkretnymi państwami nawiązywane są bogate kontakty dyplomatyczne. Od wspólnych konwencji, niewielkich umów, aż po wieloletnie sojusze lub jawne wrogości. Mimo, iż kilkakroć ogłaszano już „wirtualne wojny”, to każdy kraj ma świadomość, iż jedyne efektywne uderzenia są możliwe w kontekście paraliżowania systemów informatycznych. To zaś jest zagrożone w pełni realnymi konsekwencjami. Często więc walczy się innymi metodami- zakładając pseudopaństwa „wykarmione i utrzymane na kpinie”, lub też, w pełni cywilizowany sposób, poprzez konkurencję sportową, naukową bądź propagandową.

Wystarczająco to dużo, by wykształcić własną specyfikę i niepowtarzalną kulturę. W pełni uzasadnione jest mówienie o wirtualnych narodach posiadających własną historię, kulturę i tożsamość. Pojawia się tutaj kolejny bezcenny aspekt mikronacji- przekraczanie granic pomiędzy poszczególnymi wirtualnymi państwami i narodami i spotkanie z Innym. W wydaniu wirtualnym jest to nie mniej ekscytujące i wciągające niż poznawanie realnych krajów i ich kultur. Uczy nas to ponadto umiejętności rozumienia Inności w codziennych sytuacjach. Zmusza również do spostrzeżeń dotyczących ludzkiej wartości, stereotypów bądź dogmatów, co może ułatwić dostrzeganie i usuwanie niejasności i uproszczeń w naszych obrazach świata realnego.

Od klasycznej utopii mikronacje różni jeszcze jedno- wirtualna tożsamość ich uczestników, niezależna od naszych codziennych przejawów realnej aktywności życiowej. Daje to uczestnikom „zabawy w państwo” niespotykane w życiu realnym możliwości. Będąc na co dzień niskiego szczebla pracownikiem administracji państwowej, w mikronacji nic nie przeszkodzi Tobie sięgnąć po fotel Ministra Spraw Wewnętrznych i Administracji. Będąc realnym studentem równie dobrze możesz być wykładowcą wirtualnego uniwersytetu (z własnym tytułem Profesora net.). Ciężką pracą można dojść do tego, do czego rzeczywistość z różnych powodów nie chce nas dopuścić.

Jednym z głównych aspektów wirtualnego życia jest właśnie dążenie do realizacji własnych celów, pragnień i ambicji. Myli się jednak ten, kto uważa mikronacje za tani i niskich lotów zamiennik rzeczywistości- tutaj nikim nie zostaje się za dobre chęci. Owszem, ścieżka kariery jest w porównaniu z życiem realnym znacznie ułatwiona, ale do wszystkiego dochodzi się ciężką pracą. Pracą procentującą nie tylko w wirtualnym państwie, lecz również w życiu realnym. Ani życie codzienne, ani coraz bardziej nastawiona na... ćwiczenie pamięci szkoła nie zmusiła mnie nigdy do takiej gimnastyki umysłowej jak zwykła, codzienna praca w mikronacjach. To, co wypracowałem, pozostanie we mnie. Ze zdolności, których mikronacje wymagają do zwykłego funkcjonowania w wirtualnej rzeczywistości każdy współtwórca korzysta na codzień w pełni realnej pracy, szkole czy rodzinie.

Dla kogo ten fenomen?
Odpowiedź na to pytanie jest dla mnie oczywista. Dla wszystkich. Każdy zapalony społecznik, lubiący kontakt z drugim człowiekiem, mający sobą coś do zaprezentowania i chcący czegoś nowego doświadczyć, odnajdzie swoje miejsce w wirtualnym państwie. Niewątpliwie jednak trzeba mieć pojęcie chociaż o podstawach obsługi przeglądarki internetowej (co wciąż nie jest normą), bowiem rzecz się dzieje w internecie, a trudno poruszać się weń, nie odwiedzając go. Być może jest to wartościowy powód, by przełamać niechęć do sieci?

Szczególnie jednak polecam mikronacje młodym. Zarówno młodym fizycznie, jak i młodym duchem. Wirtualne państwa są świetnym miejscem by zdobywać wiedzę, doświadczenie, umiejętność współżycia w społeczeństwie i by popełniać błędy. Popełniać błędy w przestrzeni wirtualnej i nie powtarzać ich już w świecie realnym. Uczyć się odpowiedzialności i umiejętności współpracy, zanim jeszcze świat realny będzie tego od nas wymagał. Być kimś, gdy codzienność pozwala co najwyżej być.

Gdy pracowałem jako prefekt jednej ze scholandzkich prowincji miałem obowiązek pomagać młodym Scholandczykom na starcie, tłumaczyć im ideę i zasady mikronacji. Jednym z najczęściej powtarzających pytań było „Czyli Scholandia to taka gra?”. Owszem. Gra w życie.

Jak nie pisać o człowieku? 9 komentarzy

Napisano dnia 20 kwietnia 2009, w Ogólne

Niemal tydzień temu wracałem do domowych pieleszy nowym autobusem komunikacji miejskiej (odpowiednio już zdewastowanym) trzymając w ręku szesnasty tegoroczny numer „Polityki”. Na okładce obraz brudnego, rozczulającego dziecka leżącego w starej pościeli, w tle upaskudzona ściana. Obok dziecka zapowiedź artykułu tygodnia: „Nasze slumsy. Jak żyje polski trzeci świat. Strona 108”. Numer ten posiadałem już od godzin kilku, lektura tegoż artykułu była więc już nieco wyczekana. Liczyłem na wrażliwe, dogłębne świadectwo o tym, czego nie zaświadczy się w centrum dużego miasta, co nie jest oficjalną rzeczywistością. Maiłem nadzieję na małe katharsis i, nie ukrywam, na punkt wyjścia dla kilku słów na joggerze. No i się, przynajmniej w tej ostatniej kwestii, nie zawiodłem.

Artykuł jest po prostu OBRZYDLIWY. „Sto lat” nagrane przeze mnie via „Ivona” na urodziny przyjaciółki niosło w sobie głębszy ładunek emocjonalny, głębszą refleksję i wyraz zrozumienia. Opis namnażania bakterii z mojego podręcznika od biologii ma w sobie więcej człowieczeństwa, więcej wrażliwości czy czułości wręcz.

Nie wiem, jaka ma być konwencja tego artykułu. Przypomina mi on techniczny opis bugów systemu operacyjnego albo pisma medyczne mojego Ojca, w których nie ma „człowieka”, jest zaś „pacjent”, „jednostka chorobowa”, „środek farmakologiczny” i „optymalna dawka”. Czytając to po raz któryś zacząłem nabierać wrażenia, że autorka próbowała zrobić z tego opowieść pisaną językiem opowiadanych. Próba była to, co najmniej, nieudana. Monolog stoi na poziomie dialogów znanych ze „Świata wg Kiepskich”. No urodziła się, no kradła sobie, no zaszła w ciążę jako nastolatka, no ojciec nieznany no, no i siedziała sobie w zakładzie karnym, no. Nie jest to pisane językiem ludzi prostych, nie. Jest to pisane językiem prostackim. Posłużę się cytatem. „Krystek, lat 17, do policji nic nie ma. Jak ściągną mundury, robią to samo, czyli jedzą i dupczą żony”. Nic, tylko być dumnym z polskich badaczy patologii społecznych. Są z nimi, jakby to ująć, za pan brat.

By lepiej zrozumieć, nazwijmy to, „niuanse językowe” można sobie wyobrazić jakiegoś inteligenta, profesora wychowanego od dziecka wśród książek i w przednim towarzystwie. Język jego jest szczytem finezji i polotu, pełen barwnych porównań czy mądrze brzmiących słów. Tenże profesor wybiera się na ulicę zapadłej dzielnicy, słucha parę minut języka dwóch mentów, po czym wraca na uniwersytet i zaczyna prowadzić wykład nieudolnie używając tego języka. Dla studentów od razu stanie się to sytuacją komiczną, może żenującą. Coś w stylu rapującej Violetty Villas. Różnica jest jedna jedyna. Villas nie rapowałaby raczej o głodnych, przemarzniętych i brudnych dzieciach.

A do pisania (śpiewania?) o ludzkiej biedzie i nieszczęściu trzeba mieć dużą dawkę wrażliwości. Nie rozumiem redaktora naczelnego „Polityki”, który taki gniot nie tylko wpuścił do numeru, ale i wrzucił na okładkę. Czyżby chęć przyciągnięcia czytelników chwytającym za serce tytułem i zdjęciem? Nie można pisać o biedzie nie posiadając wystarczającej zdolności empatii(której tu WYRAŹNIE brakuje!), by wczuć się w sytuację opisywanych. Tak samo trudno jest pisać o cierpieniu nigdy go nie doświadczając, o starości będąc młodym, czy o śmierci najbliższych, gdy wciąż mamy pełen garnitur rodzinny.

Sam nie jestem mistrzem słowa, zwłaszcza mówionego. Me prace pisemne budziły u moich polonistek grymas na twarzy wprost wyrażający staropolskie WTF?, zaś wypowiedzi ustne do dziś są rzczej bełkotliwe. Mimo wszystko uważam, iż jeżeli pisze się o tak nieuniknionej i tragicznej sytuacji jak ta, w której znajdują się opisywani, to nie można tego tak wulgaryzować, przy tak zbanalizowanej i merytorycznie pustej treści. Zwłaszcza, gdy czytają to potem tysiące ludzi. I gdy bierze się za to pieniądze.


"Krwią żołnierzy zdobędziemy kontrakty!" 6 komentarzy

Napisano dnia 11 kwietnia 2009, w Ogólne

W ten sposób uzasadniano w Polsce opłacalność udziału naszych żołnierzy w okupacji Iraku. Mieliśmy budować drogi, mosty, odbudowywać miasta, a przede wszystkim- zbroić nową iracką armię. Dróg nie potrafimy wybudować u siebie, mosty trafiają nam się równoległe do rzek, z miast odbudowywaliśmy tylko szkoły (ze zbiórek w kraju…), a broń eksportujemy do Indii i Malezji. Co z Irakiem?

W Iraku daliśmy się, delikatnie mówiąc, wykorzystać. Nie chcę wdawać się w ogólną ocenę zysków i strat naszej obecności tam, skupię się powierzchownie na naszych zeszłorocznych gospodarczych koneksjach. A właściwie to mogę opisać nasz eksport do Iraku bardzo szeroko, każdemu kontraktowi poświęcając co najmniej stronę. Bo nie wyeksportowaliśmy niczego.

Największym eksporterem broni pozostały oczywiście USA. W zeszłym roku wysłały sprzęt za 59,34 miliarda dolarów, z czego 22%(ok. 13 mld) przypada na Irak właśnie. Pozostałe irackie źródła broni miały wartość zaledwie dwudziestu milionów dolarów.

Jak jesteśmy w Iraku traktowani gospodarczo niech świadczy postępowanie w sprawie irackiej broni pancernej. Irak planuje do końca 2011 roku posiadać 2000 czołgów. Mają to być stare, używane T-72 skupowane w Europie Wschodniej za grosze, modernizowane w Stanach do standardu T-91 i wysyłane do Iraku. Kto ma mieć większe doświadczenie w rewitalizacji sprzętu, jak nie kraj, który przez lata go eksploatował i produkował i wciąż produkuje? Czy kraj, który produkuje ulepszone wersje T-91 na eksport nie ma większego doświadczenia z tym modelem związanego, niż firma, z której pierwszej dostawy „zmodernizowanych” T-72 część czołgów jechała jak na syndromie dnia dzisiejszego? Pracę przy każdym czołgu wyceniono na 3,2 mln dolarów, łącznie prawie sześć i pół miliarda. Przy takim dopływie waluty żaden Goldman Sachs nam by nie zagroził.

W przeciągu ostatnich pięciu lat podpisano umowy zbrojeniowe na kwotę 226,73 mld dolarów. Z tego: 138,11 mld USA; Rosja: 43,21; Francja: 36,10 mld; Niemcy: 23,63 mld; Polska zaś- 1,653 mld. Za Australią i Ukrainą, ale przed Austrią i Singapurem.


Bojkot TVP? 7 komentarzy

Napisano dnia 06 kwietnia 2009, w Ogólne, Polityka..., Przemyślenia Filozoficzne

Dziś w „Wyborczej” przeczytałem list otwarty Krzysztofa Krauzego „Bojkotujmy TVP. Skróciwszy całość można stwierdzić, iż w liście tym Krauze sprzeciwia się „brunatnemu przewrotowi” który miał miejsce pod koniec zeszłego roku. W pełni zgadzam się z treścią listu, zastanowił mnie jednak jeden szczegół. Mianowicie reżyser (wraz z innymi wybitnymi twórcami polskiego kina, A. Holland i A. Wajdą) zaproponował, by… w ramach bojkotu nie włączać telewizji publicznej trzeciego maja. Oczywiście z dala pachnie tu, prócz ideologicznych i godnych pochwały pobudek, graniem na czyjąś korzyść. Bowiem jeżeli nie TVP, to kto? Wielu Polaków nie potrafi zrezygnować z obejrzenia obchodów czy to 11 listopada, czy 3 maja w telewizji oczywiście. Wygrywa tu raczej TVP, bowiem (przynajmniej w trakcie ostatnich obchodów święta niepodległości) miała lepszy sygnał dźwiękowy, lepszy obraz i ogólnie przyjemniej się to świętowało. Czy jednak odrzucenie „brunatnej” telewizji musi oznaczać zawierzenie się TVN-owi?

Osobiście proponowałbym inne wyjście- wyłączyć TVP nie tylko w święto narodowe, lecz w ogóle. Zmniejszona oglądalność to mniejsze wpływy z reklam, MOŻE ułatwi to potem oczyszczenie telewizji z neofaszystów. Najpewniej jednak nie pozwoli Wam dać się nieświadomie okłamać, wprowadzić w błąd lub źle nastawić do ludzi, których wcześniej byście zignorowali lub zaakceptowali. Im mniejszy zasięg propagandy tym lepiej. Co robić w tym czasie? Weźcie dziewczynę/ chłopaka/ żonę/ męża/ syna/ córkę/ psa/ kota/ chomika/ i-poda ze sobą i idźcie na spacer, pogoda jest wspaniała, powietrze pięknie pachnie. Jeżeli pobudki patriotyczne będą mimo wszystko silne, obchody trzeciego maja możecie oglądać na żywo w Waszych miastach. Mi samemu telewizyjna absencja łatwo przyjdzie, bo, z wyjątkiem jednego w tygodniu „Dokumentu w TVN24”, nic nie oglądam. I czuję się dużo lepiej, niż z telewizją na łbie:-)

„Telewizja kłamie”?

Nie bardziej, niż inne media. Telewizja OGŁUPIA.


Od obiektu do Osoby 9 komentarzy

Napisano dnia 05 kwietnia 2009, w Ogólne, Przemyślenia Filozoficzne

Czyszcząc swoją pamięć podręczną przypomniałem sobie newsa sprzed n lat [n€(0,5>]. Była to informacja o nieudanym napadzie na sklep z komputerami, we Włoszech bodajże. Pewien mężczyzna postanowił obrabować tę szlachetną instytucję. W tym celu wtargnął doń, sterroryzował sprzedawcę-właściciela atrapą broni, zwinął dwa laptopy i rozpoczął ucieczkę… na piechotę. Gdy sprzedawca zorientował się, że broń to atrapa, kazał swemu asystentowi zawiadomić karabinierów, sam zaś podjął równie pieszą próbę pościgu, co uciekający zauważył. Zbliżamy się do sedna sprawy. Goniący w pewnym momencie potknął się i wywrócił, złamał nogę. Słysząc krzyk bólu uciekający obejrzał się i… zatrzymał. Wrócił do człowieka, którego przed chwilą okradł, odłożył laptopy, podniósł gościa i zaniósł powrotem do sklepu. Potem wrócił po sprzęt, zaniósł je właścicielowi, przeprosił i wraz z nim czekał na przyjazd pogotowia. Nie doczekał się, zwinęła go policja. Zapytany, dlaczego to zrobił, odparł „Bo było mi go żal…”.

Ha, ciekawa sytuacja. Nie chodzi o sam motyw zła przeradzającego się w dobro. Temat złoczyńcy, który w nagłym akcie olśnienia pojmuje, iż popełnił czyny mniej lub bardziej straszne, jest tematem tak starym, jak sama literatura. Jako, ze takie olśnienia były, są i będą społecznie pożądane, dzieła dotykające tego zagadnienia weszły na stałe do kanonu lektur. Chciałbym raczej zwrócić uwagę na powód tak diametralnej zmiany zachowania- „Bo było mi go żal”. MI (było) ŻAL GO. On, jako osoba, zaczął żywić ludzkie uczucia do niego, jako osoby. Przede wszystkim zaś doniosłe jest powiązanie „sprzedawcy” z „osobą”.

Spróbujmy prześledzić „szlak kradzieży”, ze szczególnym naciskiem na rolę okradanego. Nie wnikając w determinanty kradzieży- przyszły złodziej podejmuje decyzję o jej dokonaniu. Wybiera towar, wybiera sklep(okrada sklep, a nie człowieka, bo przecież człowieka w życiu by nie dotknął!), obmyśla pierwszy plan napadu. Ten, kogo będzie okradał (sklep), jest jakimś tam obiektem, nie trzeba więc słychać imperatywu „nie kradnij”, a przy szybkim przebieraniu nóżkami ani kodeks karny, ani cywilny nie stanowi żadnego zagrożenia. Wybiera się do owego sklepu, by dopracować plan napaści i inne aspekty przedsięwzięcia. Jeżeli nie zrezygnuje z kradzieży oznacza to, że albo przezwyciężył w sobie kulturową „nadbudowę”, albo wciąż widzi w swym planie jedynie obiekty.

Dokonuje napadu. Grozi śmiercią dwóm obcym facetom, gdyby Ci nie oddali mu oczekiwanego towaru. To przecież jedynie dwie przeszkody na drodze ku sukcesowi. Zabiera łup i ucieka. W pewnym momencie słyszy krzyk, odwraca i widzi wijącego się z bólu człowieka. Nie „sprzedawcę”, nie jakiś kłopotliwy element planu, lecz żyjącą i czującą osobę. A skoro to cierpiący z jego winy człowiek, to warto by było mu pomóc, nie? To też czyni, płacąc za swą decyzję niemałą przecież cenę.

Przemiana nastąpiła, gdy w świecie przedmiotów pojawił się człowiek. Jakże często i my sami postrzegamy świat jedynie przedmiotów? Co ciekawsze jednak, ilekroć budzi nasze nieme zdziwienie fakt, że w absolutnie niespodziewanych momentach spośród tych często znienawidzonych przedmiotów człowiekopodobnych wyłania się konkretny człowiek jako osoba, który przecież sam w sobie to dość ciekawe i przyjemne zwierzę?



« Wcześniejsze wpisy Późniejsze wpisy »

Kuba Pakulski
Szczecinianin. Fascynat filozofii, historii i nauk społecznych. Piszący dla przyjemności i praktyki. Lewicowiec, umiarkowany anarchista, skrajny antynacjonalista. Antyklerykał, którego serce bije po lewej stronie. Dziewiątkowicz z pięcioletnim stażem. Od lat aktywny w mikronacjach. Słucha wszystkiego, co da się zamknąć w trójkącie Judas Priest- Enya- Miles Davis.

Kontakt:
e-mail: kuba.pak666 wp.pl
jabber: kuba.pak666 jabber.wp.pl
gg: 9933809


SZUKAJ


KATEGORIE

ARCHIWUM

Linki

META