Uwolnić Drogi
Od lat mówi się w Polsce, iż z naszymi drogami jest źle. Dziurawe, stare, nieliczne, niewygodne i ogólnie do niczego. Ale za to, gdybyśmy mieli 2000 km autostrad na przykład! Oj, jakież to by było życie!
Mało kto zwraca przy tym uwagę na to, iż, w kontekście rosnących cen nośników, energii, coraz większej liczny samochodów i niebezpiecznie wysokiej emisji CO2, sam wzrost liczby dróg ekspresowych i autostrad nie wystarczy. Polsce potrzebny jest kompleksowy, przemyślany i sensowny plan wzrostu efektywności sektora transportowego, spójny z lokalnymi i globalnymi projektami redukcji emisji dwutlenku węgla.
Oficjalne dane, dotyczące wydalonego CO2, mówią nam o emisji rzędu 28 miliardów ton dwutlenku węgla w 2005 roku. W związku ze znacznym wzrostem gospodarczym krajów BRIC/BIRC (Brazylia, Rosja, Indie, Chiny), wzrostem ilości samochodów, próbą przezwyciężenia narastającej recesji w USA za pomocą odrzucania norm ochrony środowiska (etc, etc), emisja obecna znacznie wzrosła. Nieoficjalne dane wahają się od 40 do 50 mld ton, a i są i bardziej niepokojące propozycje.
Czwarty raport IPCC z 2007 roku głosi, iż dla obniżenia wzrostu temperatury w wyniku obecnego ocieplenia do 2.5C (minimum bezpiecznie osiągalne), należy zmniejszyć emisję do 10 mld ton rocznie. Świat pozbywa się powoli złudzeń, iż da się to zrobić w sposób przyjemny i bezbolesny.
Ograniczenie to powinno nastąpić do 203, najpóźniej 2050 roku. Każdy kolejny rok zwłoki powoduje spadek skuteczności podejmowanych działań, a w konsekwencji wymusza ich zaostrzenie.
Nasz świat to świat energetycznych paradoksów. Z jednej strony dążymy do ograniczenia wydatków na coraz droższą energię, z drugiej zaś realizujemy oszczędności poprzez wzrost energochłonności gospodarki. W urządzaniu gospodarstw domowych łapiemy się często idiotycznych oszczędności, zaś to właśnie w naszych miejscach zamieszkania najczęściej marnotrawiona jest energia. Od zapalania świateł w kilku pokojach naraz, aż po takie błahostki, jak podgrzewanie jednego obiadu po kilkakroć.
* Czy polityk ma prawo kłamać? Czy powinien zawsze mówić prawdę? [KLIK!]
Znacznie bardziej paradoksalny i absurdalny jest nasz system transportu. W 2004 roku na świecie użytkowano ponad 670 mln samochodów, a emisja CO2 tego sektora wyniosła 6,4 mld ton rocznie. Obecnie samochodów jest ponad miliard, a emisję dwutlenku węgla sektora transportowego szacuje się na 10- 11 mld ton rocznie. Co jest w tym absurdalnego?
Ano to, że w Polsce jedynie 17% towarów przewozi się relatywnie oszczędnym transportem kolejowym, zaś 72% przypada na diabelnie energochłonny transport ciężarowy. Korzyści wynikających z transportu kolejowego jest mnóstwo- od niskiej energochłonności, poprzez masowość transportu, aż do niemal obojętnego wpływu na transport drogowy. TIR-y natomiast to paliwożerne bestie, wkradające się dzień w dzień w ludzkie siedliska, kradnące przestrzeń na drogach, parkingach, które hukiem swych kół i silników uprzykrzają życie tysiącom ludzi. I nie jednemu człowiekowi owo życie odebrały. To głównie TIR-om zawdzięczamy obecny, opłakany stan dróg.
Ograniczenie roli ciężarówek nie tylko zmniejszy ilość marnotrawionej energii, ale i wpłynie na poprawę ogólnej jakości życia społeczeństwa, spowolni dewastację dróg, zmniejszy ruch na drogach głównych i miejskich. Spowoduje to wzrost efektywności pozostałych gałęzi transportu (w tym osobowego), częściowo rozładuje korki, zwiększy bezpieczeństwo pieszych w mieście i zmniejszy ilość zanieczyszczeń emitowanych przy samych siedliskach ludzkich. Rzadziej tez będą się zdarzały sytuacje, jak sprzed kilku dni, kiedy to kierowcy ciężarówek protestowali przeciw cenom ropy i korkom na granicy wschodniej (których by nie było, gdyby nie tranzyt), jadąc z prędkością 20 km/h po głównych drogach. Mniej ciężarówek- mniejsza uciążliwość takich wyczynów grupy idiotów.
Nieracjonalny jest również transport osobowy. Niejednokrotnie jest tak, że korzystamy z samochodów na trasach, na których zdrowiej i po prostu wygodniej byłoby się przejść/przejechać rowerem. Bo jak kuriozalna musi być oszczędność czasu, wynikająca z pojechania do oddalonego o 200m sklepu po zgrzewkę piwa? Czy całej ulicy musimy zawsze pokazywać, że „tak, ja też jestem fajny, bo mam na brykę i na paliwo!”?
* Na czym polega ten cały Witz z OFE? [KLIK!]
Od lat możemy obserwować stopniowy spadek znaczenia kolei w przewozie ludzi. A ile razy korzystamy z samochodu, mimo, iż przejazd pociągiem byłby dużo korzystniejszy dla nas? Dlaczego jadąc np. na jakąś konferencję do Warszawy, wybieramy samochód, którym tłuczemy się przez pół nocy w poprzek kraju, zamiast pojechać pociągiem, który do tego zatrzymuje się pod samym hotelem? Podejście „ktoś jedzie koleją- jest biedny” jest podejściem strasznie ogólnym. Oczywiście nie bez znaczenia jest poziom świadczonych w Polsce usług kolejowych. Zmieni się to od 2010 roku, kiedy na nasz rynek wkroczą przewoźnicy zachodni.
Ostatnio propagowana była akcja podwózek sąsiedzkich, wyśmiewająca „jednoosobowe samochody”. Nie mniej ważne, od korzystania z tego, że człowiek to zwierzę stadne, jest nadanie owemu stadu wystarczających możliwości do samodzielnego przemieszczania się. Mam oczywiście na myśli dwie kwestie: komunikację miejską oraz ścieżki rowerowe.
W naszych miastach brakuje ścieżek rowerowych- to już truizm. A jeżeli już są, to albo prowadzą do nikąd, albo nie stanowią spójnej całości (prowadząc do nikąd). Tak długo, jak długo zmuszać będziemy naszych rowerzystów do korzystania ze zwykłych dróg, tak długo większość z nich wybierze samochód. Bo w słowniku kierowcy rowerzysta to: taki stworek, którego nie stać na samochód, tamuje ruch; rowerzystę można zazwyczaj unieszkodliwić trąbiąc nań, spychając z jezdni, bądź też zajeżdżając mu drogę. Kto będzie ryzykował starcie z „lepszym” uczestnikiem ruchu?
Nie bez znaczenie jest to, że dojechawszy do celu nie ma co z rowerem zrobić. Przypiąć do latarni? Jak wrócę, będzie sama rama. Nie ma stojaków na rowery, nie ma swoistych „rowerowych parkingów”, jakie funkcjonują np w Holandii. W kontekście tego, że miejsc parkingowych dla samochodów jest masa, można wprost powiedzieć, iż rowerzyści sa w Polsce dyskryminowani. Bo jaką stratę ponieśliby kierujący samochodów, gdyby na każdym parkingu zajęto 2-3 miejsca na stojaki rowerowe? Żadną. A dla kilkunastu rowerzystów byłaby to ulga i mniejszy lęk o przyszłość swej własności.
Elementem transportowej układanki jest także komunikacja miejska. Sprawna, czysta, nowoczesna- to raj dla miasta. Niestety, często zmuszeni jesteśmy do korzystania z przepełnionych, przestarzałych i spóźnionych autobusów/tramwajów. Jak to jest, że ja, aby przemierzyc Szczecin z jednego krańca na drugi komunikacją miejską potrzebuję minimum dwóch godzin i czterech linii autobusowych i tramwajowych, zaś samochodem całosć zajmie w najgorszym przypadku pół godziny?
Nasze tabory autobusowe i tramwajowe wymagają gruntownej renowacji. Nad liniami komunikacyjnymi trzeba przysiąść i zdobyć się na wysiłek umysłowy, czemu niektóre autobusy jeżdżą puste (hmm, może dlatego, że przyjeżdżają co 6 minut), a czemu do niektórych wsiąść się nie da (może jeden autobus na linii na całe osiedle to jednak troszkę za mało?).
Częstsze (ale sensowne) odjazdy, nowszy tabor, lepiej opłacani kierowcy i maszyniści (którzy za swą naprawdę nużącą pracę otrzymują grosze), spójny system komunikacji- to wszystko niesie ze sobą masę korzyści. Poprawa jakości usług spowoduje ich lepszą ocenę (czyli wzrost tzw. „szczęśliwości”) oraz przyciągnie większą ilość klientów. Trzeba sprawić, by ludziom bardziej się opłacało pojechać do pracy autobusem, niźli wyciągać z garażu samochód. Oczywiście zakłady komunikacji miejskiej napotkają wiele problemów na swej drodze (np korki, brak zysku), lecz wyzwolona reakcja łańcuchowa samoczynnie rozwiąże część problemów (mniej samochodów- mniejsze korki, więcej klientów- większe przychody). Odciążenie dróg znowóż poprawi ich stan i ułatwi dojazdy innym uczestnikom ruchu.
Coraz większym problemem staje się wysyp jeżdżących złomów na naszych drogach. Stare, zdezelowane samochody z Niemiec czy Francji jeżdżą po naszych miastach i trują. Jak to rozwiązać? Można pójść drogą Berlina i zakazać co starszym wjazdu do centrum, lub też sprzedawać pozwolenia na wjazd dla takowych samochodów (odpowiednio kosztowne). Dzięki temu udałoby się pozbyć znacznej części miejskich trucicieli. Oczywiście można wprowadzić pewną górną, niepłatną granicę pojemności skokowej silników (np 1 200 cm3), żeby nie odbierać środków transportu studentom, młodym matkom, czy ogólniej, mniej zamożnym ludziom.
Ostatnim, najbardziej absurdalnym (lecz czasem zrozumiałym...) elementem naszego systemu komunikacyjnego są samochody ala Hummer2. Na przykładzie jednej z mieszkanek naszego osiedla. Posiada samochód marki NISSAN. Pojemność skokowa 6,700 cm3. Wychodzę rano- stoi. Wracam wieczorem- stoi. Po co tej kobiecie taka bryka?
* Trzydziestolecie Heavy Metalu! [KLIK!]
Ano po to, by kiedy już wyjeżdża, pół dzielnicy o tym słyszało. Tego typu zakupy samochodów „na pokaz” są nie tylko nieracjonalne, ale głupie wręcz. Samochody palące 16-20 l/100 km nie dość, że trują miasto i niepotrzebnie marnują energię, niejednokrotnie tamują ruch, nie mogąc zmieścić się na swoim pasie. A z jakiej racji mam stać w korku, bo sąsiadka swym samochodem-kontenerem (w którym oczywiście siedzi tylko kierowca) nie zdołała zrobić łuku na skrzyżowaniu i stoi w poprzek drogi, nie wiedząc co zrobić?
Zakupu takiej zabawki oczywiście zabronić nie można, bo to by był jawny zamach na wolności obywatelskie. Można natomiast tego typu destrukcyjne i szkodliwe dla miasta praktyki odpowiednio zobrzydzić. Pewnym rozwiązaniem jest wprowadzenie podatku od samochodów osobowych 3 000cm3+ o kuriozalnej wartości (bo nie o pieniądze chodzi), którego jednak zapłacenie kosztowałoby godzinę-dwie postania w kolejeczce. Po kilku latach odwiedzin Urzędu Skarbowego, zastanawialiby się właściciele takich samochodów nad sensem ich dalszego posiadania.
Pozbawione sensu są na przykład podatki od większych wozów, wliczone w ich cenę. Bo to, że elitarny samochód za 220 tysięcy złotych zacznie kosztować 225 tysięcy sprawi tylko, że stanie się jeszcze elitarniejszy, jeszcze bardziej pożądany. A pięć tysięcy kupującemu wielkiej różnicy nie zrobi.
Kilka przedstawionych tu pomysłów nie ma być „młotem na posiadających”. Nie ma też zachęcać do „prześladowania” posiadaczy większych i droższych samochodów:). Ma zmuszać do refleksji nad obecnym kształtem miasta i nad pożądanym kierunkiem zmian.
* Wolność finansowa — ideał czy zagrożenie? [KLIK!]
Wyrzucenie TIR-ów z miast i ograniczenie ich roli w transporcie, wykorzystanie potencjału kolei, podniesienie sprawności komunikacji miejskiej, umożliwienie pełnego korzystania z alternatywnych środków komunikacji- to wszystko garść pomysłów, które mogą pomóc w nadaniu miastu ludzkiego oblicza. Miasto nie jest tylko miejscem ciągłej pracy, gdzie celem jest zysk, a środkiem jego osiągnięcia człowiek. „Buisness as usual” prowadzi w linii prostej do katastrofy, na spółkę z innymi formami degeneracji systemu polityczno-gospodarczego (wszelkiego rodzaju –izmy). Miasto to również miejsce naszej egzystencji, naszego codziennego życia (nie tylko pracy!) i odpoczynku.
Zielone miasto, w którym skwerek, plac zabaw, czy stare drzewo ma większą wartość, niż -naste Centrum Handlowe- to szczęśliwe miasto. Miasto, w którym słowo zysk przykryte przyćmione jest przez jaśniejący wyraz „człowiek”. Miasto zrehumanizowane.
