Uwolnić Drogi 16 komentarzy

Napisano dnia 27 czerwca 2008, w Ekologia, Ogólne

Od lat mówi się w Polsce, iż z naszymi drogami jest źle. Dziurawe, stare, nieliczne, niewygodne i ogólnie do niczego. Ale za to, gdybyśmy mieli 2000 km autostrad na przykład! Oj, jakież to by było życie!

Mało kto zwraca przy tym uwagę na to, iż, w kontekście rosnących cen nośników, energii, coraz większej liczny samochodów i niebezpiecznie wysokiej emisji CO2, sam wzrost liczby dróg ekspresowych i autostrad nie wystarczy. Polsce potrzebny jest kompleksowy, przemyślany i sensowny plan wzrostu efektywności sektora transportowego, spójny z lokalnymi i globalnymi projektami redukcji emisji dwutlenku węgla.

Oficjalne dane, dotyczące wydalonego CO2, mówią nam o emisji rzędu 28 miliardów ton dwutlenku węgla w 2005 roku. W związku ze znacznym wzrostem gospodarczym krajów BRIC/BIRC (Brazylia, Rosja, Indie, Chiny), wzrostem ilości samochodów, próbą przezwyciężenia narastającej recesji w USA za pomocą odrzucania norm ochrony środowiska (etc, etc), emisja obecna znacznie wzrosła. Nieoficjalne dane wahają się od 40 do 50 mld ton, a i są i bardziej niepokojące propozycje.

Czwarty raport IPCC z 2007 roku głosi, iż dla obniżenia wzrostu temperatury w wyniku obecnego ocieplenia do 2.5C (minimum bezpiecznie osiągalne), należy zmniejszyć emisję do 10 mld ton rocznie. Świat pozbywa się powoli złudzeń, iż da się to zrobić w sposób przyjemny i bezbolesny.

Ograniczenie to powinno nastąpić do 203, najpóźniej 2050 roku. Każdy kolejny rok zwłoki powoduje spadek skuteczności podejmowanych działań, a w konsekwencji wymusza ich zaostrzenie.

Nasz świat to świat energetycznych paradoksów. Z jednej strony dążymy do ograniczenia wydatków na coraz droższą energię, z drugiej zaś realizujemy oszczędności poprzez wzrost energochłonności gospodarki. W urządzaniu gospodarstw domowych łapiemy się często idiotycznych oszczędności, zaś to właśnie w naszych miejscach zamieszkania najczęściej marnotrawiona jest energia. Od zapalania świateł w kilku pokojach naraz, aż po takie błahostki, jak podgrzewanie jednego obiadu po kilkakroć.

Znacznie bardziej paradoksalny i absurdalny jest nasz system transportu. W 2004 roku na świecie użytkowano ponad 670 mln samochodów, a emisja CO2 tego sektora wyniosła 6,4 mld ton rocznie. Obecnie samochodów jest ponad miliard, a emisję dwutlenku węgla sektora transportowego szacuje się na 10- 11 mld ton rocznie. Co jest w tym absurdalnego?

Ano to, że w Polsce jedynie 17% towarów przewozi się relatywnie oszczędnym transportem kolejowym, zaś 72% przypada na diabelnie energochłonny transport ciężarowy. Korzyści wynikających z transportu kolejowego jest mnóstwo- od niskiej energochłonności, poprzez masowość transportu, aż do niemal obojętnego wpływu na transport drogowy. TIR-y natomiast to paliwożerne bestie, wkradające się dzień w dzień w ludzkie siedliska, kradnące przestrzeń na drogach, parkingach, które hukiem swych kół i silników uprzykrzają życie tysiącom ludzi. I nie jednemu człowiekowi owo życie odebrały. To głównie TIR-om zawdzięczamy obecny, opłakany stan dróg.

Ograniczenie roli ciężarówek nie tylko zmniejszy ilość marnotrawionej energii, ale i wpłynie na poprawę ogólnej jakości życia społeczeństwa, spowolni dewastację dróg, zmniejszy ruch na drogach głównych i miejskich. Spowoduje to wzrost efektywności pozostałych gałęzi transportu (w tym osobowego), częściowo rozładuje korki, zwiększy bezpieczeństwo pieszych w mieście i zmniejszy ilość zanieczyszczeń emitowanych przy samych siedliskach ludzkich. Rzadziej tez będą się zdarzały sytuacje, jak sprzed kilku dni, kiedy to kierowcy ciężarówek protestowali przeciw cenom ropy i korkom na granicy wschodniej (których by nie było, gdyby nie tranzyt), jadąc z prędkością 20 km/h po głównych drogach. Mniej ciężarówek- mniejsza uciążliwość takich wyczynów grupy idiotów.

Nieracjonalny jest również transport osobowy. Niejednokrotnie jest tak, że korzystamy z samochodów na trasach, na których zdrowiej i po prostu wygodniej byłoby się przejść/przejechać rowerem. Bo jak kuriozalna musi być oszczędność czasu, wynikająca z pojechania do oddalonego o 200m sklepu po zgrzewkę piwa? Czy całej ulicy musimy zawsze pokazywać, że „tak, ja też jestem fajny, bo mam na brykę i na paliwo!”?

Od lat możemy obserwować stopniowy spadek znaczenia kolei w przewozie ludzi. A ile razy korzystamy z samochodu, mimo, iż przejazd pociągiem byłby dużo korzystniejszy dla nas? Dlaczego jadąc np. na jakąś konferencję do Warszawy, wybieramy samochód, którym tłuczemy się przez pół nocy w poprzek kraju, zamiast pojechać pociągiem, który do tego zatrzymuje się pod samym hotelem? Podejście „ktoś jedzie koleją- jest biedny” jest podejściem strasznie ogólnym. Oczywiście nie bez znaczenia jest poziom świadczonych w Polsce usług kolejowych. Zmieni się to od 2010 roku, kiedy na nasz rynek wkroczą przewoźnicy zachodni.

Ostatnio propagowana była akcja podwózek sąsiedzkich, wyśmiewająca „jednoosobowe samochody”. Nie mniej ważne, od korzystania z tego, że człowiek to zwierzę stadne, jest nadanie owemu stadu wystarczających możliwości do samodzielnego przemieszczania się. Mam oczywiście na myśli dwie kwestie: komunikację miejską oraz ścieżki rowerowe.

W naszych miastach brakuje ścieżek rowerowych- to już truizm. A jeżeli już są, to albo prowadzą do nikąd, albo nie stanowią spójnej całości (prowadząc do nikąd). Tak długo, jak długo zmuszać będziemy naszych rowerzystów do korzystania ze zwykłych dróg, tak długo większość z nich wybierze samochód. Bo w słowniku kierowcy rowerzysta to: taki stworek, którego nie stać na samochód, tamuje ruch; rowerzystę można zazwyczaj unieszkodliwić trąbiąc nań, spychając z jezdni, bądź też zajeżdżając mu drogę. Kto będzie ryzykował starcie z „lepszym” uczestnikiem ruchu?

Nie bez znaczenie jest to, że dojechawszy do celu nie ma co z rowerem zrobić. Przypiąć do latarni? Jak wrócę, będzie sama rama. Nie ma stojaków na rowery, nie ma swoistych „rowerowych parkingów”, jakie funkcjonują np w Holandii. W kontekście tego, że miejsc parkingowych dla samochodów jest masa, można wprost powiedzieć, iż rowerzyści sa w Polsce dyskryminowani. Bo jaką stratę ponieśliby kierujący samochodów, gdyby na każdym parkingu zajęto 2-3 miejsca na stojaki rowerowe? Żadną. A dla kilkunastu rowerzystów byłaby to ulga i mniejszy lęk o przyszłość swej własności.

Elementem transportowej układanki jest także komunikacja miejska. Sprawna, czysta, nowoczesna- to raj dla miasta. Niestety, często zmuszeni jesteśmy do korzystania z przepełnionych, przestarzałych i spóźnionych autobusów/tramwajów. Jak to jest, że ja, aby przemierzyc Szczecin z jednego krańca na drugi komunikacją miejską potrzebuję minimum dwóch godzin i czterech linii autobusowych i tramwajowych, zaś samochodem całosć zajmie w najgorszym przypadku pół godziny?

Nasze tabory autobusowe i tramwajowe wymagają gruntownej renowacji. Nad liniami komunikacyjnymi trzeba przysiąść i zdobyć się na wysiłek umysłowy, czemu niektóre autobusy jeżdżą puste (hmm, może dlatego, że przyjeżdżają co 6 minut), a czemu do niektórych wsiąść się nie da (może jeden autobus na linii na całe osiedle to jednak troszkę za mało?).

Częstsze (ale sensowne) odjazdy, nowszy tabor, lepiej opłacani kierowcy i maszyniści (którzy za swą naprawdę nużącą pracę otrzymują grosze), spójny system komunikacji- to wszystko niesie ze sobą masę korzyści. Poprawa jakości usług spowoduje ich lepszą ocenę (czyli wzrost tzw. „szczęśliwości”) oraz przyciągnie większą ilość klientów. Trzeba sprawić, by ludziom bardziej się opłacało pojechać do pracy autobusem, niźli wyciągać z garażu samochód. Oczywiście zakłady komunikacji miejskiej napotkają wiele problemów na swej drodze (np korki, brak zysku), lecz wyzwolona reakcja łańcuchowa samoczynnie rozwiąże część problemów (mniej samochodów- mniejsze korki, więcej klientów- większe przychody). Odciążenie dróg znowóż poprawi ich stan i ułatwi dojazdy innym uczestnikom ruchu.

Coraz większym problemem staje się wysyp jeżdżących złomów na naszych drogach. Stare, zdezelowane samochody z Niemiec czy Francji jeżdżą po naszych miastach i trują. Jak to rozwiązać? Można pójść drogą Berlina i zakazać co starszym wjazdu do centrum, lub też sprzedawać pozwolenia na wjazd dla takowych samochodów (odpowiednio kosztowne). Dzięki temu udałoby się pozbyć znacznej części miejskich trucicieli. Oczywiście można wprowadzić pewną górną, niepłatną granicę pojemności skokowej silników (np 1 200 cm3), żeby nie odbierać środków transportu studentom, młodym matkom, czy ogólniej, mniej zamożnym ludziom.

Ostatnim, najbardziej absurdalnym (lecz czasem zrozumiałym...) elementem naszego systemu komunikacyjnego są samochody ala Hummer2. Na przykładzie jednej z mieszkanek naszego osiedla. Posiada samochód marki NISSAN. Pojemność skokowa 6,700 cm3. Wychodzę rano- stoi. Wracam wieczorem- stoi. Po co tej kobiecie taka bryka?

Ano po to, by kiedy już wyjeżdża, pół dzielnicy o tym słyszało. Tego typu zakupy samochodów „na pokaz” są nie tylko nieracjonalne, ale głupie wręcz. Samochody palące 16-20 l/100 km nie dość, że trują miasto i niepotrzebnie marnują energię, niejednokrotnie tamują ruch, nie mogąc zmieścić się na swoim pasie. A z jakiej racji mam stać w korku, bo sąsiadka swym samochodem-kontenerem (w którym oczywiście siedzi tylko kierowca) nie zdołała zrobić łuku na skrzyżowaniu i stoi w poprzek drogi, nie wiedząc co zrobić?

Zakupu takiej zabawki oczywiście zabronić nie można, bo to by był jawny zamach na wolności obywatelskie. Można natomiast tego typu destrukcyjne i szkodliwe dla miasta praktyki odpowiednio zobrzydzić. Pewnym rozwiązaniem jest wprowadzenie podatku od samochodów osobowych 3 000cm3+ o kuriozalnej wartości (bo nie o pieniądze chodzi), którego jednak zapłacenie kosztowałoby godzinę-dwie postania w kolejeczce. Po kilku latach odwiedzin Urzędu Skarbowego, zastanawialiby się właściciele takich samochodów nad sensem ich dalszego posiadania.

Pozbawione sensu są na przykład podatki od większych wozów, wliczone w ich cenę. Bo to, że elitarny samochód za 220 tysięcy złotych zacznie kosztować 225 tysięcy sprawi tylko, że stanie się jeszcze elitarniejszy, jeszcze bardziej pożądany. A pięć tysięcy kupującemu wielkiej różnicy nie zrobi.

Kilka przedstawionych tu pomysłów nie ma być „młotem na posiadających”. Nie ma też zachęcać do „prześladowania” posiadaczy większych i droższych samochodów:). Ma zmuszać do refleksji nad obecnym kształtem miasta i nad pożądanym kierunkiem zmian.

Wyrzucenie TIR-ów z miast i ograniczenie ich roli w transporcie, wykorzystanie potencjału kolei, podniesienie sprawności komunikacji miejskiej, umożliwienie pełnego korzystania z alternatywnych środków komunikacji- to wszystko garść pomysłów, które mogą pomóc w nadaniu miastu ludzkiego oblicza. Miasto nie jest tylko miejscem ciągłej pracy, gdzie celem jest zysk, a środkiem jego osiągnięcia człowiek. „Buisness as usual” prowadzi w linii prostej do katastrofy, na spółkę z innymi formami degeneracji systemu polityczno-gospodarczego (wszelkiego rodzaju –izmy). Miasto to również miejsce naszej egzystencji, naszego codziennego życia (nie tylko pracy!) i odpoczynku.

Zielone miasto, w którym skwerek, plac zabaw, czy stare drzewo ma większą wartość, niż -naste Centrum Handlowe- to szczęśliwe miasto. Miasto, w którym słowo zysk przykryte przyćmione jest przez jaśniejący wyraz „człowiek”. Miasto zrehumanizowane.

 

Tak, wiem. Jestem Utopistą.

 

Tak, wiem. Jestem Lewakiem.

 

pozdrawiam
KP

Miasto Zieleni... o ekologii miejskiej słów kilka 2 6 komentarzy

Napisano dnia 24 czerwca 2008, w Ogólne

Tereny zielone w miastach mają kilka zasadniczych aspektów. Prócz ekologicznych i zdrowotno- rekreacyjnych, również sportowe i edukacyjne. Bo oto na Błoniach, prócz piłkarzy, masa jest rowerzystów, czy biegających. Czasem zsiądą z rowerów i przysiadają, by popatrzeć na grę i odpocząć. Zauważyłem też jeszcze jedną ciekawą rzecz- gdzieś w pobliżu jest wypożyczalnia czegoś pośredniego, pomiędzy dziecięcym, a czterokołowym rowerem. Taki samochód na pedały, a raczej sam szkielet takowego, z rur spawanych. Jeździły tym i niemowlaki, na rękach rodziców, i rodzice, goniąc za dzieciakami, i niezwykle ciekawie wyglądające nastoletnie parki, które ledwo się w te zabawki wpychały, wywołując przy okazji szeroki uśmiech na mej twarzy. Ale cóż- wszystko dla ludzi.

Obok na trawie siadła czwórka młodych panien. Pojawił się przyjemny, acz nie natarczywy, słodki zapach damskich perfum. Pisać będzie przyjemniej, bo raz, że miasta już nie czuć w ogóle, dwa, krajobraz jakiś piękniejszy...

Spotkałem też ciocię- młodą Panią Doktor pedagogiki. Rozmawialiśmy co nieco na temat naszych studentów, warunków studiów. Dowiedziałem się na przykład, że Błonia służą jej często za... salę wykładową. Bo po co siedzieć na uczelni, jak można kształcić młodych na dworze?

Gdy z ciocią się pożegnałem, zdecydowałem się na odwiedziny opisywanego przeze mnie parę dni temu Parku Żeromskiego. Pora inna, to i warunki inne. Jako, że był to raczej wieczór, niźli popołudnie, to i ruch był odpowiednio mniejszy, i ludzi odpowiednio mniej. Z PARK- HOTELu dochodziły mnie bardzo miłe dla ucha dźwięki kapeli jazzowej. Może troszkę za głośno, lecz przyjemnie. Jazz w najpiękniejszej postaci.

Siedziałem w „lepszej” części parku. Po lewej stronie ławki śmietnik, po prawej śmietnik. Rodzice z dziećmi gdzieś poznikali, w parku, prócz komarów, pojawiają się tylko osoby, zmierzające na wakacyjne imprezy. Oj, zapomniałbym o dwóch pijaczkach, śpiących kilka ławek dalej. Bardzo Kulturalni. Nie chrapią.

Siedzę pod starym, rozłożystym drzewem. Korzystam z jego uprzejmości i kryję się w cieniu jego liści, chroniącymi przed jaskrawym, zachodzącym słońcem. Szczecin to niewątpliwie miasto właśnie takich, uprzejmych i zieleniących się drzew. I oby tak pozostało. Zawsze.

 

pozdrawiam
KP

Polskie Nakłady Zbrojeniowe ;) 7 komentarzy

Napisano dnia 23 czerwca 2008, w Ogólne

Wstając dziś rano, znalazłem na stole w kuchni "Rzeczpospolitą". Poniekąd fajnie, bo rzadko tą gazetę czytuję, a ma opinię pisowczyzny, więc warto będzie popolemizować. Rzuciłem ją sobie na biurko i zajałem się pilniejszymi "sprawami chwili".

Wróciłem do niej wieczorem. Zacząłem przeglądać, ale sama "Rz" szybko wylądowała w kącie. Pełno w niej "antybolkowego" jazgotu, którego mam już serdecznie dość. Zebrałem się za lekturę "Ekonomii i Rynku"- wkładki do gazety.

Po pierwszych stronach przeskoczyłem, zaznaczając jedynie artykuły dotyczące opodatkowania alternatywnych źródeł energii oraz rzucania kolejnych obciążeń na barki samorządów. Na stałe zatrzymałem się na stronicy szóstej. Duży tytuł: "Wojenne misje pomogły zbrojeniówce"- dwa artykuły o mini-wywiad. Wszystko pod redakcją redaktora Lentowicza. W pierwszym z nich czytamy, iż dzięki misjom w Iraku i Afganistanie ustabilizowała się sytuacja ekonomiczna w naszym przemyśle zbrojeniowym.

Nóż w kieszeni się otwiera. Oto w Polsce, kraju permamentnej walki o niepodległość (nieważne z kim, nieważne przeciw komu, byle walczyć), który albo o niepodległość walczy, albo się do owej walki przygotowuje, publikuje się obecnie artykuły, w których Polacy chwalą się gospdoarczymi skutkami okupacji dwóch, niegdyś niepodległych państw (z których jedno- Afganistan- przeszedło nie mniej bolesną drogę do wolności). Okupacji, które kosztowały życie tysięcy Irakijczyków i Afgańczyków. Okupacji, za które Polska otrzymuje należną jej nagrodę, pod postacią daniny krwi własych żołnierzy. Okupacji, które polaryzują Wspólnotę Europejską oraz resztę świata, dzieląc ten drugi na "Amerykę i podwładnych" oraz świat arabski. Okupacji, które nadały Polsce zasłużone miano "Osła Trojańskiego" i zrobiły z niej, za przeproszeniem, przydupnika Stanów Zjednoczonych, od któych to coraz bardziej się uzależnia i względem których jest coraz bardziej spolęgliwa.

Przychody w mln PLN
2005 2006 2007
Bumar 1900 2400 2800
ZM Bumar Łabędy 642,7 607,9 800
ZM Mesko 179 261,7 417
PZL Świdnik 316,5 325 330
CNPEP Radwar 151 180 187
Przemysłowe Centrum Optyki 51,7 78 112
Kama 36 134 103
Radmor 73,7 84,3 95
PSO Maskopol 59,7 74,1 90
ZM Dezamet 48,7 63,6 57
WB Electronics 25,8 42,7 45,4
Lubawa 25,1 38,3 35,4
Suma: 3509,9 4289,6 3509,9

Zysk w mln PLN
2005 2006 2007
Bumar 12,8 10,1 11,5
ZM Bumar Łabędy 7,6 9,8 -6,5
ZM Mesko 38,3 0,7 1,7
PZL Świdnik 1 1,1 4,1
CNPEP Radwar 5 6 9
Przemysłowe Centrum Optyki 2 6 12
Kama 0,4 10 4,3
Radmor 8,6 6,8 9,3
PSO Maskopol 8 9,4 14
ZM Dezamet 3 3,4 2,1
WB Electronics 7,6 11 10
Lubawa 5,2 8,9 10,6
Suma: 99,5 83,2 82,1

 

Ale cóż, spróbujmy podejść do statystyk bez emocji. Wydatki MON na inwestycje i remonty w zeszłym roku wyniosły ponad 3 MLD złotych (w tym roku szacowane 3,5 MLD), zaś przychody 12 największych polskich firm zbrojeniowych wyniosły 5071,8 MLN złotych, czyli o 45% więcej, niż w 2005 roku (3509,9 MLN). Wygenerowały zysk rzędu 82 MLN złotycg, 0 17 MLN mniej niż dwa lata temu. Spowodowane jest to 37 milionowym spadkiem zysków ZM MESKO.

Żeby nie było tak pięknie. Problemem polskiej zbrojeniówki jest monotoniczność klienteli- głównym odbiorcą produktów jest Wojsko Polskie, w większości wojska okupacyjne (tzw. "stabilizacyjne") na Bliskim Wschodzie. Problem pojawi się, gdy naszym władzom zbrzydnie siedzenie w Iraku i Afganistanie (oby jak najszybciej...). Wówczas nie będzie tak gwałtownej potrzeby uzupełniania i modernizacji wojsk. Jak wtedy poradzi sobie przemysł zbrojeniowy?

Recepta pozornie prosta- ekport. Niestaty, Bumar, którego kontrakt z Malezją na dostawę 48 czołgów (wart 370 Mln USD) miał ustawić na długo, przejechał się na spadku kursu dolara. A reszta? Cóż...

Dwa lata temu dużo mówiło się o Poznańskim Kołowym Transporterze Opancerzonym "RYŚ". Szumu było co niemiara- wóz wspaniały, wóz najlepszy. Izraelczycy, Niemcy i Norwegowie już walą do nas drzwiami i oknami, byle tylko RYŚ-ia zdobyć. Rozmowy trwają.
 Równie dużo szumu robiono wokół "polskiego Hummera"- pojazdu opancerzonego DZIK. Eksportowych konkretów- brak. Nie powiódł się również masowy eksport haubic KRAB oraz zestawów rakietowych LANGUSTA. Naszej zbrojeniówce wciąż brakuje hitu eksportowego pokroju austriackiego PANDURA, czy fińskiego AMV (po naszemu: Rosomak). A szkoda.

Wydatki Na zbrojenia
Zakupy Per Capita
Stany Zjednoczone 528,7 1756
W. Brytania 59,2 990
Francja 53,1 875
ChRL 49,5 37
Japonia 43,7 341
Niemcy 37 447
Rosja 34,7 244
Włochy 29,9 514
Arabia Saudyjska 29 1152
Indie 23,9 21
Korea Pd 21,9 455
Świat razem 1204 184

Czytając, jak redaktor Lentowicz rozpływa się nad wielką modernizacją Armii Polskiej, zmuszony jestem zdobyć się na małą złośliwość. Zakładając, iż polskie nakłady na zbrojenia wynoszą 2 MLD USD, Polska ma niebywały, niespotykany w historii kraju od lat, półtora-promilowy udział w zbrojeniach świata (wedle danych globalnych z 2006 roku). Dziesięciokrotnie mniej niż taka na przykład Korea Południowa. A pod względem nakładów per capita jesteśmy co prawda przed Chińską Republiką Ludową ( w końcu 1,3 MLD mieszkańców...), ale daleko za średnią światową. Nie mówiąc już o, na przykład, takiej, jakże przez Polaków pogardzanej, Federacji Rosyjskiej (nawet w przeliczeniu na osobę 4,5 krotnie wyższe zbrojenia), która macha nam już z daleka... A wszystko to dane sprzed, jakże odległych, dwu i pół roku.

 

 

pozdrawiam
KP

Miasto Zieleni... o ekologii miejskiej słów kilka 26 komentarzy

Napisano dnia 20 czerwca 2008, w Ogólne

Koniec roku szkolnego- okazja do przejścia się z klasą "gdzieś". Po, tradycyjnym już, wspólnym obiadku, część z nas rozeszła się po domach, ale spora grupka została. Ostatni rok razem, w sumie na warto by na posiłku skończyć. Za owo "gdzieś" zaproponowaliśmy nieopodal leżący Park Żeromskiego- jedno z mniejszych "zielonych płuc" Szczecina. Niestety, wycieczce determinacji starczyło tylko do dojścia do Zamku Książąt Pomorskich. Zamek- fajna rzecz, ale to wciąż centrum miasta. W godzinach szczytu czuć tam to miasto (dosłownie i w przenośni), a ja właśnie tego "czucia miasta" serdecznie dość mam i odeń permanentnie uciekam. Nic więc dziwnego, że zabrałem swoje zabawki i prawie niezauważenie wyszedłem bocznym wyjściem.

Z Zamku do Parku Żeromskiego niedaleko, poszedłem piechotką oczywiście. Ścieżka ma przecięła się szybko z Trasą Zamkową - dużą, ważną przelotówką z lewo- na prawobrzeże (i na odwrót) Szczecina. Nade mną betonowa podstawa jezdni, wspierana betonowymi kolumnami, stojącymi na betonowej podbudowie. Idę przez umiejscowiony pod Trasą betonowy parking. Za mną betonowy chodnik, przede mną betonowe schody. Betonowa pustynia. Urozmaicana sterczącymi metalowymi prętami uzbrojenia konstrukcji.

W powietrzu unosi się znajomy zapach miasta- spaliny, spaliny i jeszcze raz spaliny. Przyśpieszyłem więc kroku, by wyrwać się z tej cywilizacyjnej marności. Idę dalej, prosta aleja. Po prawej restauracja, na wprost Wały Chrobrego. Nad głową okazałe korony drzew, obsadzonych wzdłuż całej alei. Zielono, przyjemnie, lecz zapach- wciąż miastowy. Po chwili widać już Okazały gmach Urzędu Wojewódzkiego bodajże- przed nim drzewa, on sam cały obrośnięty bluszczem. Widok- cudowny, zapach- brr...

W końcu dochodzę do mniejszej części Parku Żeromskiego. Wkraczając w "obszar zielony" spodziewam się oazy ciszy, spokoju i świeżego powietrza. Naiwny.

Różnicy nie czuć żadnej. Rzadkie drzewa nie stanowią skutecznej bariery dźwiękoszczelnej, nie chronią przed słońcem, nie dostarczają wystarczającej ilosci tlenu, by było to odczuwalne. Głośno jest, nieprzyjemnie jest. Na wprost samochody, po prawej samochody, po lewej samochody, pod nogami nadtłuczona butelka "Lecha". Żyć, nie umierać...

Niesprawiedliwym byłoby jednakże potępienie w czambuł włodarzy miasta- przy wejściu do parku stoją dwie toi-toiki, jeszcze dwa-trzy lata temu nie do znalezienia w mieście. W parkach jest relatywnie czysto, nie licząc bugów patcha "Dres" do "człowieka 2000". Mimo, iż obecnego Prezydenta szczególną sympatią nie darzę (zwłaszcza po obejrzeniu kwoty ostatniego stypendium), trzeba mu oddać, że Szczecin w końcu drgnął.

Idę dalej, w kierunku głównej, większej części parku. Tu już jest lepiej. Stoją ławeczki, są śmietniki. Po ścieżkach przechadzają się babcie z dziećmi, matki z dziećmi, ojcowie z dziećmi, gimnazjalistki z... przyjaciółmi!

Zagłębiwszy się dalej w park, można odnaleźć czystą (!!!) ławkę, przysiąść na niej i poczytać w spokoju. Po godzince pojawia się nawet moja charakterystyczna reakcja na dotlenienie- senność. Hałas jest mniejszy, powietrze czystsze. Irytujące jest kiepskie wykorzystanie powierzchni- większość parku ma więcej wspólnego z polem, niźli lasem. Doskwiera brak litej ściany drzew na styku parku i głównych arterii miasta. Niby rzecz oczywista, a w taki głupi sposób przeoczona.

Nie można jednakże całego dnia w parku przesiedzieć. Zmierzam więc ku skrzyżowaniu Wyzwolenia-Piłsudskiego, jednemu z najbardziej ruchliwych skrzyżowań miasta. Spaliny niczym obuch wybijają mi sen z głowy. Cel jeden- jak najszybciej znaleźć się w domu.

Z perspektywy przystanku widać da krzewy przy torach oraz kilka drzew przy Hotelu Radisson. W oczy rzuca się również kolumna drzew wzdłuż Niepodległości- Wyzwolenia. Zapachowo niewiele one zmieniają, lecz miasto wygląda z nimi dużo przyjemniej. Czekając na tramwaj na przemian podczytuję książkę i wypatruję coraz to kolejnych bezsensownych betonowych placów, na środku których można by upchnąć jakieś rozłożyste drzewko. Zawsze przyjemniej.

Nadziei takich na inwestycję w przyrodę miałem już kilka. Rok temu po mieście rozeszła się wieść, iż kultowy wręcz "Okrąglak" (kolista budowla przy bardzo ruchliwym skrzyżowaniu Wyszyńskiego- Niepodległości) zostanie wyburzony. Z jednej strony szkoda- był to jakiś symbol(ik) miasta. Z drugiej zaś dobrze- budynek stary i brzydki. Cieszyłem się niezmiernie- nowy włodarz miasta uchodził za osobę rozsądną. Sam liczyłem gorąco na nowy mini-park, który i przechodniom, i okolicznym mieszkańcom ulżyłby nieco w codziennym żywocie. Najbliższym parkiem jest wspominany Park Żeromskiego (w linii prostej kilometr na północny wschód), zaś główne płuco miasta- Cmentarz Centralny- dzieli od Bramy Portowej (mieszczącej się przy owym skrzyżowaniu) dwa kilometry linią prostą na zachód. Trzecie płuco- Park Kasprowicza- to w linii prostej tyle samo, lecz na północny zachód. Skrzyżowanie owo jest więc odległe od większych parków i leży dokładnie w centrum miejskiej pustyni ( a dwa kilometry to w bieżącym oczyszczaniu powietrza olbrzymi dystans, jak na Szczecin). Tak więc dwa dorodne buki, lub kasztany, obsadzone dookoła mniejszymi drzewkami (owocowymi?), z ławeczkami pośrodku, byłyby idealną inwestycją dla pobliskiej cukierni, czy sklepu, a przede wszystkim dla mieszkańców i przechodniów. Niestety, nasze zdrowie jak zwykle przegrało z pieniądzem. Z tego, co mi wiadomo, ma tam powstać jakaś galeria (handlowa?). Cóż. Wolny rynek.

O tym, że interes społeczny przegrywa z interesem czysto finansowym, przekonałem się raz jeszcze 350 metrów dalej. Od kilku lat rozgrywana była w Szczecinie kwestia budynku "Odry"- peerelowskiego producenta odzieży. Przy tej "Odrze" znajduje się całkiem pokaźny placyk. Ogrodzony. Można by go wyraźnie odgrodzić od ulicy, obsadzić drzewami, a w środku postawić jakiś plac zabaw, czy inną atrakcję- pobliskie bloki to jedna z bardziej ponurych (i niebezpiecznych) partii Szczecina. Zresztą, byłoby to przedłużenie pobliskiego terenu zielonego, którego drzewa nie sięgają jednak pobliskiego ruchliwego skrzyżowania.

Przedwczoraj przechodziłem obok "Odry". Wyburzanej "Odry". Starego, ale niebrzydkiego budynku (remonty czynią cuda), z którego można by zrobić jakiś budynek użyteczności publicznej- przekazać wspólnocie dzielnicowej do zagospodarowania dla dzieciaków, czy choćby sprzedać pod handel. Na miejscu okolicznych mieszkańców nie odpuściłbym "inwestorowi" ani na krok- chmura dymu i kurzu, która wzniosła się z wyburzanego budynku i od kilku dni nieprzerwanie unosi się ku pobliskim blokom (zaczęło właśnie padać, więc mieszkańcy będą mieli nieco wytchnienia), demolując niejednemu Szczecinianinowi codzienne życie była tak duża, że z początku doszukiwałem się płomieni na budowie. Widok był faktycznie niebywały. A wszystko w imię nowego centrum handlowego. Wszystko fajnie, ale największe w Szczecinie CH Galaxy znajduje się... 200 metrów dalej! Znów "kapitalistyczny" zysk ("money, money, money, must be... funny?") wygrywa z interesem lokalnych społeczności. A dzieciaki i ich plac zabaw? Cóż, pohasają sobie po klimatyzowanym i nowiutkim sklepie. Oglądając rzeczy, których 90% z nich nigdy mieć nie będzie. A od zazdrości i pożądania dóbr materialnych droga do kradzieży krótka. I wygodna.

Z rozważań wyrwała mnie dwójka, sympatycznych poniekąd Niemców, starających się rozszyfrować rozkład jazdy linii tramwajowej numer dwa. Z ich pełnych zakłopotania słów wynikało, iż nie mogli zrozumieć trasy tramwaju i interwałów pomiędzy kolejnymi przystankami (tłum: Czemu wszędzie jest ta sama "2" [minuty, przy tłumacza], a tu jest "1" [minuta, przyp. tłumacza]?! Przecież to ta sama linia...). Udało mi się wytłumaczyć Państwu, że na Bramę Portową w drugą stronę. Poniekąd sukces.

Pół godziny później szedłem już wzdłuż jedynej drogi, prowadzącej na nasze osiedle (twórczo nazwane przeze mnie mianem "Zawarszewia"). Kiedyśmy się wprowadzali tutaj pół roku temu, była to oaza ciszy i spokoju. Od miasta dzieliły nas z rzadka zalesione pola. Liczyłem, iż ten bufor pozostanie nietknięty. Od dwóch miesięcy drzew na tych polach już nie ma, rosną za to bloki mieszkaniowe. Gdzie bloki, tam samochody. Gdzie samochody, tam parkingi. Betonowe pustynie. A ja tylko na spacer chciałem...

 

pozdrawiam
KP

Praca na wakacje 4 komentarze

Napisano dnia 18 czerwca 2008, w Ogólne

Witam;)

W dniu dzisiejszym dostałem zestaw pytań z czterech ostatnich olimpiad filozoficznych, a w nich w sumie 12 tematów prac pisemnych. Postanowień na wakacje mam kilka, jednym z nich jest napisanie wszystkich z tych prac i publikacja ich na joggerze. Czy się uda? Czas pokaże, póki co wierzę w siebie;)

Krótko i bez sensu, ale mnie tknęło na tę notkę;)

 

pozdrawiam
KP


« Wcześniejsze wpisy Późniejsze wpisy »

Kuba Pakulski
Szczecinianin. Fascynat filozofii, historii i nauk społecznych. Piszący dla przyjemności i praktyki. Lewicowiec, umiarkowany anarchista, skrajny antynacjonalista. Antyklerykał, którego serce bije po lewej stronie. Dziewiątkowicz z pięcioletnim stażem. Od lat aktywny w mikronacjach. Słucha wszystkiego, co da się zamknąć w trójkącie Judas Priest- Enya- Miles Davis.

Kontakt:
e-mail: kuba.pak666 wp.pl
jabber: kuba.pak666 jabber.wp.pl
gg: 9933809


SZUKAJ


KATEGORIE

ARCHIWUM

Linki

META